WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

03.04.2014

Yave... wstępniak...

Parę notek temu zapowiedziałam nowy tekścior... Dzisiaj, ponieważ w dalszym ciągu nie udało mi się ruszyć wykończeniówki ani w DŻ, ani w SW, a nie tylko Wy, ale i ja przyzwyczaiłam się, że coś się w ciągu dnia pojawić powinno, mały wstępniaczek do nowego. Z niespodzianką...

Tekst pochodzi z cyklu, z którego kiedyś w ferworze walki chciałam zrobić wielowątkową powieść, ale potem rzuciłam w kąt i zostały się tylko wątki, z których każdy stanowi dziś osobną historyjkę. Wszystkie łączy ze sobą świat, jako miejsce akcji każdej z nich, łączą je bohaterowie, którzy gdzieś tam orbitują wokół głównych wydarzeń, łączą w końcu same wydarzenia, bo większość rozgrywa się w tym samych okresie, mniej więcej równolegle, jeśli chodzi o chronologię. Wspominałam już, że właśnie chronologicznie wydarzenia z „Yave” rozgrywają się kilkanaście lat później, po tych właściwych.
Motyw z dwojgiem ocalonych dzieci, gdzieś mi się tam przewinął, w którymś z wątków, a nie mając akurat nic innego do roboty rozwinęłam go. Jak? Będziecie miały/mieli właśnie okazję przez jakiś czas pośledzić.
Oczywiście, zgodnie z moją podstawową wadą, krótko i zwięźle nie będzie, bo tak nie umiem. Może to dobrze, może nie, nie wiem. Same/sami ocenicie.

Świat z „Dzikich łabędzi” to inne uniwersum niż w poprzednich opowieściach. Nie ma w nim magii, nie ma żadnych nadprzyrodzonych mocy, żadnych niezwykłych mitologicznych istot itp. udziwnień. Bohaterami są wyłącznie ludzie i wyłącznie na stosunkach międzyludzkich (głównie damsko-męskich) się tu skupiłam. Ot, samo życie. Chociaż pewnie można by polemizować odnośnie tej magii. Bo przecież czyż to, co dzieje się pomiędzy kobietą i mężczyzną, nie jest jednak rodzajem magii? Niektórzy powiedzieliby, że to co najwyżej chemia, ale spytajcie chemika, a powie Wam, że chemia jest magiczna ;)
Jednakże z magią, czy bez niej, nadal jest to fantastyka w klimatach jakie lubię, czyli daleka od współczesności. Wiadomo, żadnych helikopterów, supermarketów, a wygódka za stodołą, albo w jakimś innym równie romantycznie przytulnym miejscu... Cud, miód, malina, sielanka i oczywiście moja miłość, konie jako jedyny dopuszczalny środek transportu wszystkiego :D.

Przy czym zważywszy tempo w jakim jeżdżą u nas pociągi (bo niestety nie prowadzę auta i jak się zabieram w Polskę, to głównie pociąg) wcale nie miałabym nic przeciwko, żeby wrócić do koni i konnych wozów. Czasem chyba byłoby szybciej i to wcale nie jest żart, a żenująca rzeczywistość.
Dość dygresji...

Akcja całego cyklu toczy się oczywiście w nieistniejącym świecie, nie mającym żadnego odbicia ani odniesienia do tego, w którym przyszło żyć nam samym.
Dwa państwa graniczące ze sobą: Barthia i drugie, twór, który po dziś dzień nie dostał konkretnej nazwy, jakoś tak wyszło, kraj Aurów.
Akcja „Yave” toczy się tylko w kraju Aurów, chociaż bohaterka jest z urodzenia Barthyjką.
Barthowie to lud osiadły od zarania swoich dziejów, Aurowie zaś to świeżo upieczeni osadnicy, którzy ledwie dwa, czy trzy pokolenia wstecz uznali, że im się znudziło szwendanie po świecie.
Oba kraje dzieli rzeka zwana Graniczną. Terytoria na południowym brzegu należą do Brathii i są, a właściwie były, metodycznie łupione przez Aurów. Tereny na północnym brzegu są kontrolowane przez byłych koczowników, ale swoje siedziby mają oni w głębi kraju, głównie w trudno dostępnych górach i puszczach.
O wydarzeniach sprzed lat teraz pisać nie będę, wrócimy do nich jeszcze w innym tekście z cyklu. W bieżącej opowieści owe łupieżcze, auryckie zagony należą do historii, a oba państwa żyją w zgodzie.
Inspiracją dla stworzenia ludu Aurów stali się... Hunowie... Czemu? A, bo czemu nie? Jednak poza inspiracją, niewiele moi Aurowie mają wspólnego z historycznymi Hunami. To taka ciekawostka tylko ;).
A na koniec tego przydługawego wstępniaka, pierwszy wpis z nowego-starego tekstu :)

Uwaga! Stajemy w blokach i... Startujemy z...

     Start

YAVE


     Rok pierwszy... Nammas... początek lata...

     Yave trafiła do zielonej doliny Nammas, gdy miała zaledwie pięć lat. W tamtym czasie jej rodzina była jedną z wielu uprowadzonych z pogranicznych wiosek.
     Uważani za barbarzyńców Aurowie, nieustanie nękali wówczas pogranicze Barthii. Niedawni koczownicy, znaleźli za Rzeką Graniczną dziki, nieujarzmiony kraj dla siebie i osiedli w nim.
     Południe było barthyjskie, oni zaś postanowili podporządkować sobie terytoria na północnym brzegu rzeki. Nie byli jednak zbyt liczną nacją, a kraj zagarnęli ogromny i bezludny. Potrzebowali osadników. Głównie rolników, którzy znali obcą Aurom sztukę uprawy roli. W tych okolicznościach osłabiona wewnętrznymi konfliktami Barthia, leżąca „tuż za miedzą”, stanowiła „ludzki spichlerz”, z którego czerpali bez pardonu.

     Podczas jednego z siejących postrach zagonów, Yave i Gedora, matka ukryła w szopie, gdy najeźdźcy palili wioskę, po uprzednim zrabowaniu z niej wszystkiego, co zrabować się dało, czyli ludzi i ruchomego dobytku. Dzieci niechybnie zginęłyby w pożarze gdyby przypadkiem nie odnalazł ich Botta, wtedy jeszcze książę Aurów, dziś ich władca i król. Ocalił maluchy i całe i zdrowe zwrócił matce. Niewolnicy stanowili bowiem potężny ludzki potencjał, z którego ci niezwykli wojownicy i panowie umieli rozsądnie korzystać.

     Były to jednak dawne dzieje. Dziś oba kraje żyły w pokoju i nawet współpracowały ze sobą. Dawni niewolnicy, zostali wyzwoleni specjalnym aktem przez króla Bottę. Odzyskawszy wolność, niektórzy porzucili auryckie puszcze i góry, i powrócili do dawnej ojczyzny. Większość jednak pozostała, integrując się z dawnymi panami w jeden lud.
     Rodzina Yave została i dziś wiedli spokojny żywot, pracując w majątku byłego pana, w dawnej stolicy kraju Aurów, w Nammas ukrytym w dzikiej górskiej dolinie.

     Yave miała teraz siedemnaście lat i bardziej czuła się Auryjką niż Barthyjką, ale nie powinno to dziwić skoro wychowała się tu, w auryckich górach i lasach. Nie była już niesfornym dzieckiem i najczęściej pomagała matce w kuchni lub wykonywała domowe prace, które jej zlecano. Ojciec zmarł kilka lat wcześniej, ale rozdzina nie cierpiała nędzy. Matka i prawie dorosłe już dzieci znajdywały zwykle zajęcie w gospodarstwie i majątku swego wcześniejszego właściciela, obecnie opiekuna i protektora.
   
     Młoda Yave miała zręczne palce. Dobrze radziła sobie z szyciem. Matka nauczyła ją też robić niciane koronki i spod rąk młódki wychodziły prawdziwe cudeńka. Jej brat, piętnastolatek nie odziedziczył ciesielskich talentów ojca, nad czym ubolewała matka i było niemal pewne, że nie przejmie po nim warsztatu. Stanowczo miał inne zamiłowania.
     Pasją Gedora były konie i jeśli nie można było nigdzie go znaleźć, z całą pewnością siedział w jakiejś stajni. Przyjaźnił z synem jednego z wolnych Aurów. On i Yorka byli rówieśnikami. Razem jeździli konno, razem uczyli się fechtunku, razem podkradali smakołyki z komory, a osiągnąwszy odpowiedni wiek, razem podglądali starsze dziewczęta, czy młode kobiety, zaspokajając chłopięcą ciekawość.

     I właśnie tego dnia wybrali się na „poznawczą” wyprawę nad strumień, gdzie latem starsze i młodsze niewiasty zbierały się, by robić pranie.
     Było słonecznie i ciepło, co za tym idzie prawdopodobieństwo udanych „łowów” spore. Ułożyli się w rosnącej blisko potoku kępie jałowców i czekali, cierpliwie znosząc kąśliwe ukłucia jałowcowych igieł i komarów.
     Takoż cierpliwość i poświęcenie zostały wreszcie nagrodzone, gdy z daleka dobiegły ich śmiech i rozmowy zbliżającej się grupki praczek. Chłopcy wymienili spojrzenia, chichocząc cicho i poszturchując się nawzajem. Kobiety zbliżały się nieświadome obecności zaczajonych w krzakach żartownisiów. Niosły kosze z brudną bielizną, wspierając je na biodrach. Pośród rozmów i żartów każda wyszukała sobie odpowiednie miejsce.
     Chłopcy tłumili chichoty, wciskając pięści w usta, gdy niewiasty podkasywały wysoko spódnice, by ich nie zamoczyć, odsłaniając przy tym kolana i uda. Niektóre poklękały na brzegu przy dużych, płaskich kamieniach, na których można było swobodnie tłuc kijankami. Inne, dla wygody weszły wprost do strumienia, podchodząc bliżej zdradliwej kępy jałowców, kryjącej spiskowców. Ci zaś byli wniebowzięci, kiedy, nieświadome ich obecności, dawały im w ten sposób możliwość bezpardonowego zaglądania w dekolty luźnych, codziennych koszul, w które zwykły były przyodziewać się do pracy.

     Przez dłuższą chwilę słychać było tylko klaskanie kijanek po mokrej bieliźnie.
     Dwie młode dziewczyny, troszkę oddalone od reszty, śmiały się i przekomarzały, tracąc czas zamiast zająć się pracą. Stały po kolana w wodzie, spódnice podciągnąwszy wysoko. Jedna, smukła jak młoda brzózka, druga odrobinę niższa i zdecydowanie tęższa od towarzyszki. Ochlapywały się nawzajem wodą, rozbryzgując ją uderzeniami kijanek. Po kilku chwilach obie były mokre od stóp do głów. Płótno koszul przylepiło się do ciał, podkreślając dziewczęce kształty.

     – Ej, Gedor, popatrz na te dwie – szepnął Yorka.
     – Gdzie? – Zainteresował się natychmiast kompan.
     – No, tam. – Wskazał palcem Yorka. – Widzisz je? Fajne są, co?
     – Umm... zaraz... – Gedor odgiął gałązkę żeby lepiej widzieć.
     – Zwariowałeś?! – Yorka trzepnął go po ręce. – Zobaczą nas i weźmiemy baty.
     – Ale mi zasłania... – Chłopak śmiesznie przekręcił głowę, układając ją pod dziwnym kątem, gdy usiłował dokładniej się przyjrzeć.
     – Ta ładniutka jest.
     – Która? Ta czarna? – Gedor wyciągał szyję jak gąsior. – No, jak kluseczka – zachichotał – i znam ją...
     – Nie, nie ta – skrzywił się Yorka – ta ruda, tam za nią.
     Gedorowi udało się wreszcie przyjąć pozycję pozwalającą dostrzec to, na co patrzył Yorka. Spojrzał ostrożnie pomiędzy gałązkami.
     – Ej! – Syknął z oburzeniem i sprzedał druhowi kuksańca łokciem w bok. – Na nią nie patrz!
     – Bo co? – Wzruszył tamten ramionami. – Podoba mi się.
     – Bo to moja siostra, głupku.
     – Naprawdę? – zdziwił się Yorka. – A myślałem, że twoja siostra jest młodsza. Ile ona ma lat?
     – Siedemnaście.
     – Oo, to już kobieta. – Z uznaniem pokiwał głową Yorka, rzucając jednocześnie ku dziewczynie zaciekawione spojrzenie. Gedor natychmiast zdzielił go w łepetynę.
     – Nie gap się na nią, powiedziałem.
     – No, dobra, dobra... Już się nie gapię... – chichotał Yorka, zerkając jednak kątem oka.

     Niegdyś Nammas było siedzibą królów. Do dziś w centrum osady stał wielki, częściowo murowany dom, dawniej rezydencja władców, dziś pusty i opuszczony.
     Przed dwunastu laty, gdy zawarto pokój z Barthami, Botta, król Aurów, ożenił się z barthyjską szlachcianką. Dla niej kazał zbudować gród w dolinach i nazwał go Dioridą, od imienia żony. Przenieśli się tam z całym dworem, by ona mogła być bliżej swoich. Gród wzniesiono nad brzegiem Rzeki Granicznej. Wtedy jeszcze na jej linii przebiegała granica między Państwem Aurów a Barthią. Teraz granicę przesunięto na północ, ale stara nazwa pozostała.
     W tamtym czasie barthyjscy niewolnicy, dla uczczenia królewskich godów, otrzymali wolność. Król ogłosił, że ci, którzy zechcą przenieść się wraz z nim w doliny i zająć uprawą roli otrzymają na własność ziemię.
     Kraj w dolinach stał się bezpieczny i niejeden opuścił wtedy góry wraz z rodziną i dobytkiem, zyskując w ten sposób w nowej ojczyźnie więcej niż utracił w dawnej. Tym, którzy pragnęli mimo wszystko powrócić do Barthii pozwolono na to, choć takich było niewielu. Zwykle jedynie starcy, którzy do kraju Aurów trafili już ludźmi dojrzałymi i nie potrafili się tu zadomowić decydowali się na powrót.

     Po wyjeździe królewskiej rodziny z Nammas, naczelnikiem odpowiedzialnym za tutejszą społeczność został Arut, ojciec Melty. Tak, jak Botta, Arut ożenił się był z barthyjską niewiastą, ona zaś należała do tych, którzy pokochali ten kraj i nie tęskniła za równinami Barthii. Nie była matką Melty. Ta zmarła na kilka lat, nim Arut spotkał swą obecną żonę. Melta miał od niej cztery przyrodnie, młodsze siostry. Najstarsza z nich urodziła się z barthyjskiego ojca. Arut adoptował ją, gdy zaślubił Illith. Pozostałe dziewczynki były już córkami Aury.

     Melta miał lat dwadzieścia pięć i był postawnym, młodym mężczyzną. Tegoroczne lato przyszło mu spędzać w rodzinnym Nammas, które opuścił był niemal siedem lat wcześniej, kiedy to zaciągnął się do królewskiego wojska. Teraz właśnie wracał z polowania, na które wyruszył przed świtaniem.
     Głowa martwej sarny, przytroczonej z tyłu siodła, kiwała się smętnie na boki. Wielkie aksamitne oczy spoglądały niewidzącym, melancholijnym wzrokiem.
     Zbliżał się już do osady. Słyszał śmiech i głosy kobiet piorących odzież nad potokiem. Oczywiście nie przyszłoby mu do głowy zatrzymywać się i skradać po krzakach dla podziwiania „widoków”. Na takie zabawy był już stanowczo „za stary”. Nie mógł jednak powstrzymać uśmiechu, gdy dostrzegł, wystające z kępy jałowca, dwie pary chłopięcych nóg o podrapanych ostrymi igiełkami łydkach.

     Zaabsorbowani swoim zajęciem nie słyszeli kroków konia, które zresztą mocno wygłuszała porastająca ścieżkę, miękka trawa. Melta zatrzymał wierzchowca i przywiązał go do drzewa.

     Kobiety kończyły pracę. Większość właśnie się oddalała. Zostały tylko dwie młódki, które strawiwszy czas na zabawie, teraz w pośpiechu nadganiały robotę. Pokrzykiwały coś wesoło, odpowiadając odchodzącym się kobietom.
     Myśliwy skradał się bezszelestnie ku tkwiącym wciąż w jałowcach chłopakom i zbliżywszy się pochwycił podglądaczy za kostki. Głośno wrzeszczących ze strachu wywlókł z ukrycia.
     Zaalarmowane ich krzykami dziewczyny porzuciły pracę i pobiegły, by sprawdzić, co się dzieje. Wypadły z gęstwiny na ścieżkę w chwili, gdy Melta chwytał urwisów za uszy i ciągnąc w górę stawiał na nogach.
   
     – Hejże! Człowieku! – krzyknęła rudowłosa Yave.
     Nie zatrzymując się wparowała pomiędzy Gedora, a wysokiego, obcego mężczyznę i z rozmachem uderzyła napastnika pięściami w klatkę piersiową, starając się odepchnąć go od chłopaka.
     – Zostaw mojego brata!
     – Tak?! – Poirytowany Melta też podniósł głos. – A wiesz, że cię podglądał panienko?!
     Płonące gniewem oczy Yave skierowały się ku Gedorowi rozcierającemu wytarmoszone ucho.
     – Podglądaliście nas?! – wrzasnęła wściekła.
   
     Uwaga Melty chwilowo skupiła się na zgrabnych łydkach Yave, odsłoniętych przez dość wysoko podkasaną przy praniu spódnicę i nieopatrznie puścił on ucho Yorki.
     – Ja wcale... – Próbował się tłumaczyć Gedor, lecz jego kompan, korzystając z roztargnienia Melty, rzucił hasło:
     – W nogi!

     – Czekaj! Powiem wszystko matce! Zobaczysz, smarkaczu! Dostaniesz w skórę! – darła się czerwona ze złości Yave, ciskając za nimi szyszkami.
     – Daj spokój. – Nieznajomy chwycił ją za rękę. – Wszyscy chłopcy w ich wieku to robią. – Uśmiechnął się z pobłażaniem. – Wyrośnie z tego.
     – Tak?! A ty, co o tym wiesz?! Też podglądałeś swoje starsze siostry?! – wrzasnęła teraz na niego, jako że był jedynym dostępnym w tej chwili przedstawicielem płci męskiej, na którym mogła zogniskować swój gniew.
     Nad strumykiem coś głośno chlupnęło w wodę.
     – O, nie! Moje pranie! – Pulchna Eyat znikła z prędkością, jakiej nikt by się po niej nie spodziewał przy jej tuszy.

     Mężczyzna, rzecz jasna, poczuł się dotknięty jawnie niesprawiedliwym atakiem na swoją osobę. Powiedział więc, nie kryjąc urazy:
     – Sądziłem, że za ocalenie twojego zgrabnego tyłeczka przed podglądaczami należy mi się, choć życzliwe dziękuję, ale...
     – Ocalenie?! Tak?! – Yave atakowała go, dźgając wskazującym palcem w pierś, niczym rozjuszona czapla. – A może oni ci podpadli, zajmując twoje miejsce, mądralo?! Bo niby skąd ty wiesz, jaki mam tyłek?!
     Rozzłoszczony już na dobre Melta, chwycił jej nadgarstki, unieruchamiając ręce.
     – Wiesz, co powinienem zrobić, dziewczyno?! No, wiesz?!
     – Puszczaj mnie zaraz ty wielkoludzie!
     Zignorował „puszczaj” i „wielkoludzie”, skupiając się na „zaraz”.
     – Zaraz przełożę cię przez kolano i przekonam się, jak jest naprawdę... – mruknął złowrogo.
     – Ani się...!
     Nim zdążyła skutecznie zaprotestować, spełnił groźbę.
     Zaniemówiła z gniewu i oburzenia, tkwiąc w niewygodnej i dosyć upokarzającej pozycji, z wystawioną na dzienne światło częścią ciała, której zazwyczaj nie dane było oglądać słońca. Melta zaś zaniemówił z wrażenia, wlepiając wygłodniały wzrok w to, co sobie na widok wystawił.

     – Ty obrzydliwy, bezczelny...! – Ruszyła kolejna tyrada, gdy wreszcie, zbulwersowana Yave odzyskała głos i rezon.
     Melta, oblizał wargi i przełknął głośno ślinę, obciągnął spódnicę i postawił dziewczynę przed sobą.
     Dyszała jak rozwścieczony buhaj i jak on rozdymała w złości delikatne nozdrza.
     – Tyy...! – Zabrakło jej słów. – Już ja ci pokażę...! – Rzuciła się na Meltę z pięściami.
     Wyższy i masywniejszy, unieruchomił ją równie sprawnie, jak moment wcześniej i uśmiechnął się szeroko.
     – Będziesz moja.
     – Nig...
     Zamknął jej usta pocałunkiem i nie uwolnił ich, ani jej samej, póki nie zmiękła w jego ramionach i nie zaczęła pocałunku oddawać. Rozluźnił wtedy nieco uchwyt, nie odrywając się jednak od niej. Tak tylko, by mogła objąć go za szyję. I gdy tylko to zrobiła, znów przycisnął ją do siebie z pasją, chcąc w pocałunku ugasić żar pożądania, jakie nim owładnęło. Dopiero po długiej chwili podniósł wreszcie głowę i spojrzał na dziewczynę. Odsunął ją odrobinę od siebie, tyle by mogła swobodniej złapać oddech.
     Yave drżała na całym ciele i czując dziwną słabość w nogach z trudem trzymała się na nich, jedyne oparcie znajdując w silnych ramionach Melty. On sam doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby jej nie trzymał osunęłaby się na ziemię.
     – Jak ci na imię? – spytał niemal szeptem.
     – Yave – wymamrotała.
     – Yave... – powtórzył za nią, z rozmarzeniem – Yave...
     Szelmowski uśmiech rozciągnął jego usta.
     – Tyłeczek masz śliczny.
     Krew uderzyła jej do twarzy. Zacisnęła palce na włosach na jego karku.
     – Och, ty...!
     Złość rozgorzała w niej na nowo, ale znów nie pozwolił jej dokończyć.

     Drugi pocałunek był jeszcze gorętszy i żarliwy niż pierwszy i... o wiele dłuższy...
     Palce Yave rozluźniły się i pieściły teraz kark Melty, a ona sama tuliła się do niego, pozostając w jego dłoniach całkowicie uległa. 

     Uwolnił wreszcie jej usta i przytulał tylko, dając czas, by odzyskała równowagę i władzę w miękkich nogach. Oboje milczeli, oddychając ciężko. Choć wcale nie miał ochoty, musiał w końcu ją puścić. Nie mogli tu stać w nieskończoność.
     – Wracaj – powiedział wreszcie, uśmiechając się ciepło – bo nie skończysz swojego prania przed zachodem słońca.
     Odsunął się od niej niechętnie. Już nabierała powietrza w płuca, żeby mu przygadać, ale:
     – Uważaj – ściągnął groźnie brwi i uniósł ostrzegawczo wskazujący palec – już dwa razy próbowałaś. Nie wiem, co będzie za trzecim...
     Zamknęła się natychmiast i odwróciwszy na pięcie pobiegła w stronę strumienia, skąd dochodziło rytmiczne klap, klap wybijane kijanką Eyat.

     – Znajdę cię! – Zawołał za nią już z siodła.


Nom... wystrzeliliśmy z bloków ostro, myślę :p... Mam nadzieję, że apetyty Wam zaostrzyłam... Do następnego wpisu zatem ;)

4 komentarze:

  1. A to Ci numer dopiero! Co za charakterek! Yave została zupełnie pozbawiona woli walki, co mnie ani trochę nie dziwi przy takim... nicponiu! Czuję się jak stara ciotka, kiedy to piszę :D Ciekawi mnie jak to zaplączesz, bo przecież nie może być tak od razu "żyli długo i szczęśliwie"

    OdpowiedzUsuń
  2. Ahhh, nie było mnie tu wieki, ale jak wreszcie dali trochę odetchnąć, to i jestem :D
    No, widzę, że zaczyna się od razu z grubej rury :D Ale Yave, jejku, jak ona mi przypomina moją Cecylię! I nawet Cecylia w pierwszym zamyśle miała być rudzielcem, ale skończyła jako blondynka :) No, ale przecież nie o tym chciałam! Charakterek to ta Yave ona ma, nie ma co :) I bardzo dobrze, bo ja lubię silne kobiety, takie są strasznie ciekawymi bohaterkami.
    W ogóle cały przedstawiony świat bardzo mi się podoba - znaczy, mam trochę problemów z nawałem nowych nazw, póki co, ale to się dzieje zawsze, jak człowiek jakąś fantastykę zaczyna czytać :) Tak czy inaczej, ja to kupuję i aż mi się szkoda zrobiło, że póki co jest tylko tyle, bo z chęcią bym poczytała dalej :D Mogłabym się w sumie wziąć za Dzieci Żywiołów albo Słony Wiatr, ale czuję, że jak zacznę to przepadnę i nie będę mogła się oderwać, a to się na mojej maturze definitywnie dobrze nie odbije :<
    Ehh, ale skoro mam trochę wolnego, to ponadrabiam krótkie opowiadania, których jeszcze nie przeczytałam, także pewnie będę się teraz częściej odzywać :)
    Nie będę tu już marudzić na temat Twojego stylu pisania, bo moje zdanie znasz i tylko co raz bardziej się w nim utwierdzam :) Znalazłam tylko takie małe coś: " Głównie rolników, którzy znali, obcą Aurom, sztukę uprawy roli. " ->tylko ten pierwszy przecinek powinien się w tym zdaniu znaleźć :) Ale oprócz tego to było wsjo haraszo i pozostaje mi powiedzieć, że czekam na kolejną część, bo to będę czytać na bieżąco :) No, na tyle, na ile czas pozwoli. Ale jak się po maturze dopadnę ro reszty tekstów, to się ode mnie nie opędzisz, przykro mi :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za przecinki ;), ktoś mi kiedyś rzekł, że można je z moich tekstów "taczkami wywozić" i ja wiem, że miał absolutną rację :D. Czytelnicy, od których nie można się opędzić zawsze pożądani i mile widziani. Zapraszam i pozdrawiam :)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.