Poprzednim wpisem zakończyliśmy dygresyjne wędrówki, , przynajmniej na razie. Acz, do Dioridy jeszcze pewnie zajrzymy w swoim czasie. Teraz zaś pora wrócić do starego, poczciwego Nammas i rzucić okiem na to, co tam się dzieje... A dzieje się...
poprzedni fragment
Rok trzeci... Nammas... jesień...Ired rósł ku radości swojej matki. Wiosną skończył rok i nauczył się chodzić. Nie można było ani na chwilę spuścić go z oka. Zrobił się też bardzo gadatliwy, choć prawdę mówiąc, nikt poza Yave nie potrafił go zrozumieć, a niekiedy zdarzało się, że i ona miała z tym problem.
W Nammas mijało lato. Miało się
już ku końcowi, gdy niespodziewanie pojawił się w dolinie wielki
niedźwiedź-samotnik. Dobierał się do stad. Zabił kilkanaście owiec i kilka
koni. Pustoszył barcie i rozszarpał dwóch bartników. Nie bał się ludzi i był
tak zuchwały, że kilka razy ważył się zapuścić nawet w pobliże zagród, w
poszukiwaniu łatwego łupu.
Mowy nie było, by kobiety, czy
dzieci mogły bezpiecznie po lasach zbierać jagody, grzyby, czy chrust na zimę.
Koniecznym stało się pozbycie szkodnika.
Zebrało się więc kilku myśliwców
i poszli zapolować na zwierza.
Udało im się go wytropić i
osaczyć w jednym z wąwozów, lecz nim ubili, poważnie poturbował trzech z nich. Nieszczęście
chciało, iż znalazł się pośród tyże, Uker, mąż Yave. Nieszczęście tym większe,
że jego rany okazały się najpoważniejsze.
Mężczyzna zmarł z upływu krwi, nim
rannych dowieziono do osady i sprowadzono pomoc.
Pochowano Ukera z szacunkiem i honorami należnymi
szlachetnemu człowiekowi.
Zdruzgotana Yave znów została sama. Po pogrzebie męża przebywała
w domu swej matki. Nie płakała, siedziała tylko, z tępo wbitym przed siebie
wzrokiem, nie odzywając się do nikogo. Zostawiono ją w spokoju, dając czas, by
otrząsnęła się po tragedii.
Tillemi zajmowała się Iredem, a Gedor sprowadził zwierzęta z
domu Ukera.
Zagroda w lesie opustoszała. Sądzili, bowiem wszyscy, że
młoda wdowa już tam nie powróci. Gospodarstwo Ukera było przecież znacznie
oddalone od wioski. Nienajlepsze miejsce do zamieszkania dla młodej kobiety z
małym dzieckiem.
Tymczasem po dwóch tygodniach Yave ocknęła się z odrętwienia
i ku zaskoczeniu wszystkich postanowiła wracać do swego domu.
– Oszalałaś, dziewczyno! – Gwałtownie sprzeciwiła się matka.
– Chcesz mieszkać tam sama, z malutkim dzieckiem?! Z dala od ludzi?! –
perswadowała. – Jesień szybko minie, przyjdzie zima. Jak sobie poradzisz? Tu
powinnaś zostać, z nami. Miejsca i strawy starczy dla was obojga.
Ale Yave się uparła.
– Tam jest dom Ireda. I mój też. Martwisz się na zapas,
mamo, niepotrzebnie. Umiem sobie radzić.
– No, pewnie – wywróciła oczyma Tillemi – gdzieżby nie.
Tylko, że...
Córka jednak pozostawała głucha na wszelkie perswazje.
– Zabiorę dwie kozy i muła. Konia daruję Gedorowi –
oznajmiła.
– Yave... – spróbował zaprotestować, milczący dotąd, Gedor.
– Nic nie mów – uciszyła go, wpadając mu w słowo – wiem, że
zawsze chciałeś mieć konia.
– Tak, ale...
– I wiem, że dobrze się nim zajmiesz. – Nie miała zamiaru
dopuszczać go do głosu. – Owce też zatrzymajcie, mnie samej niewiele trzeba
wełny. Dacie mi trochę czasem, to starczy.
– Nie podoba mi się to, moja córko – próbowała przekonywać
matka – nie zgadzam się...
Ale młoda kobieta już podjęła decyzję.
– Mamo, nie możesz mnie zatrzymać.
– Nie mogę, ale zastanów się jeszcze.
– Dość długo się zastanawiałam i wiem, że chcę i muszę tam
wrócić.
– Dziecko, jeszcze pamięć zbyt żywa, nie powinnaś być sama.
Zostań przez zimę, do lata. Mały podrośnie, a tymczasem będziesz między ludźmi.
Potem wrócisz, jeśli będziesz chciała.
– Nie. Im dłużej będę zwlekać, tym będzie trudniej. Wrócę
teraz, jeszcze dzisiaj. Gedorze, zaprzęgnij mi muła do małego wozu. Chcę być w
domu nim zapadnie noc.
– Sam cię odwiozę, siostro – burknął, wychodząc Gedor.
Dobrze wiedział, że skoro Yave już postanowiła, to żadna
siła jej nie nakłoni do zmiany planów.
Matka wciąż próbowała jeszcze przekonywać:
– Pan Imrut, nie będzie zadowolony z tego, że opuściłaś dom.
Z pewnością wolałby mieć cię pod swoją pieczą.
– Nie należę już do jego domu. Jestem żoną... Wdową, po
Ukerze – poprawiła się – i mam własny dom.
Pochyliła się nad koszem, do którego wkładała starannie
poskładane sztuki odzieży własnej i Ireda.
W końcu Tillemi, nie przestając utyskiwać, w pośpiechu spakowała dla
obojga trochę żywności. Ustaliły jeszcze, że Gedor przywiezie w tygodniu kilka
kur i perliczek. Dzisiaj miał zostać u siostry na noc.
Pożegnali się z matką i pojechali.
Małego Ireda wyraźnie ucieszył powrót do domu. Całe
popołudnie obiegał wszystkie znajome kąty. Próbował nawet wdrapywać się na
ogrodzenie zagródki dla kóz, ale spadł, rozdzierając przy tym portki.
Nabił sobie też guza, niegroźnego, ale wcale nie
przeszkodziło mu to urządzić z tego powodu rabanu. Wreszcie, wrzeszczącego wniebogłosy, Gedor oddał w ręce Yave.
Ona zdążyła tymczasem rozpakować rzeczy przywiezione od
matki, ogarnąć izbę i rozpalić ogień. Teraz zabrała mażącego się malca do
zagrody, gdzie uspokoił się trochę, skupiając się na łapaniu ruchliwych kozich
ogonków, podczas gdy mama zajęła się dojeniem.
Gedor wziął się za rąbanie drewna na opał, chociaż Yave uważała,
że sama doskonale sobie z tym poradzi. Posłał jej tylko wymowne spojrzenie i
powrócił do roboty, chcąc sporządzić trochę zapasu.
Wieczorem, uporawszy się z najpilniejszymi pracami,
nakarmionego i umytego malucha Yave ułożyła do spania. Zasnął, gdy tylko
przyłożył głowę do poduszki.
Podła kolację Gedorowi i zajęła się zszywaniem podartych,
małych porteczek. Gedor obserwował ją kątem oka.
– Ciężko ci będzie samej – mruknął pod nosem, dość jednak
głośno, by słyszała.
– Wiem – odparła, nie podnosząc głowy – ale wolę być tutaj
sama, niż we wsi, na każdym kroku, natykać się na ludzką litość. Ludzie gadają
chętnie, a tak naprawdę nikt nie wie, co ja czuję.
– A co czujesz? – zapytał, mrużąc oczy.
– Pustkę... Wielką bezdenną pustkę. – Odłożyła pocerowane
ubranie i spojrzała w ciemne okno. – Los jest taki przewrotny, Gedorze.
Myślałam, oto wszystko jakoś się ułożyło. Życie płynąć sobie będzie spokojnie,
dzień za dniem, że zawsze już tak właśnie będzie, że będę się czuła taka...
bezpieczna. Los zakpił sobie ze mnie. Wydarł podstępnie tę pewność... I skoro
tak się stało, skoro mam być sama, to i sama będę się borykać z życiem. Tak
właśnie będzie.
– Yave... jesteś przecież jeszcze młoda i... i śliczna. Masz
prawo do szczęścia, jak każdy.
– Mam prawo? – Uśmiechnęła się ironicznie. – Nie wiesz, co
mówisz braciszku. Mam syna, którego muszę wychować. Chciałam, by miał ojca, ale
życia nie da się oszukać. Jestem wdową... Moje szczęście odeszło wraz z nim.
Gedor przez chwilę zastanawiał się, kogo właściwie ma na
myśli Yave, mówiąc te słowa, lecz pytać się nie ośmielił. Powiedział tylko:
– Nie ty jedna młodo owdowiałaś. Cóż z tego, że masz
dziecko? Odsuwając się od ludzi, sama zamykasz sobie do nich drogę. Kto cię tu
znajdzie na tym odludziu?
– Niczego nie rozumiesz. – Machnęła zniecierpliwiona ręką. –
Nie chcę, by ktokolwiek mnie znalazł, ani niczego nie zamierzam już szukać.
Muszę wychować syna. Sama.
Dwa dni później chłopak przywiózł kury, gęsi, trochę
żywności, jakieś rzeczy dla Ireda, które dała matka. Został kilka dni,
pomagając siostrze ogarnąć trochę zaniedbane obejście. Przygotował zapas drewna
na opał na dłuższy czas i upewnił się, że niczego nie brak samotnej, młodej
kobiecie.
Później zajeżdżał tak często, jak tylko pozwalały mu obowiązki. Przychodziła też
Tillemi, zatroskana, jak też sobie radzi córka. Nikt prócz nich nie zaglądał do
małej zagrody ukrytej w lesie.
* * *
Yave nie oczekiwała, ani nie spodziewała się innych gości
prócz matki, czy brata toteż nie spojrzała nawet w okno, słysząc parskanie
konia, świadczące, że właśnie ktoś zajechał na podwórko. Poważny, męski głos wypowiadający
powitanie zupełnie ją zaskoczył. W drzwiach stał Arut, naczelnik...
Poglądowo naoglądałam się ostatnio filmików z niedźwiedziami w roli głównej... Wnioski końcowe: skończyłam z Bieszczadami, innymi górami i w ogóle wszelkimi miejscami, w których pomieszkują te futrzaki... Nawet zoo znalazło się (przynajmniej chwilowo) na czarnej liście.
A to, jakby ktoś uważał, że nie ma czego się bać:
No i wiem, że i tym razem krótko, ale to tak niestety czasem wypada, jak się chce urwać we właściwym dla uzyskania "zawieszenia" momencie. Ani ten, ani inne moje teksty nie powstały pod bloga. Na blogu jedynie dostają swoje pięć minut. Poza tym żyją sobie własnym życiem i nic na to nie poradzę. Mogę jedynie znów obiecać, że kolejny kawałek będzie trochę dłuższy :)

Wiedziałam, że będziesz musiała wkrótce kogoś ukatrupić, bo za długo już byłaś na głodzie, ale... SERIO??
OdpowiedzUsuńNo, Kajjka, serio??? Czy Ty nie jesteś aby złośliwa?
Już Ci nie powiem kogo lubię. Nigdy. Uważam, że Melta i Gedor są straaasznie nudni, a Yave, to już w ogóle głupia jak but. Nie lubię nikogo, bo go zabijesz, posiekasz, wykrwawisz i zjesz na śniadanie! I jeszcze Arut sobie znienacka nawiedził chatkę w lesie, a Kajjka postanowiła powiedzieć "no to do następnego". Wrrr!! Ty autorko jedna, Ty!
:P
Nikki, musicie się uodpornić, nie ma rady. "Dzikie łabędzie" to dość długi cykl i jeszcze niejeden trup tam padnie. I niestety nie wszystkie bedą z "tych nielubianych. Co do niektórych sama mam wyrzuty sumienia po dziś dzień, ale... "life is brutal" ;)
UsuńNie uodpornię się (głośne tupnięcie nogą) :|
UsuńW takim razie będziesz musiała zrobić spory zapas chusteczek :D
UsuńNo ja się spodziewałam, że akurat ... na niego trafi ale teraz, tak szybko!? I bez krwawych opisów?! ;-) To teraz Melta ma szansę się zrechabilitować! Ale ze mnie nie ugięta, romantyczna dusza ;-) A dlaczego Yave ciągnie na odludzie?! Sama z dzieckiem?
OdpowiedzUsuńLena
Leno, bez krwawych, jakoś tak wyszło ;). A Yave, to Yave, jak kot własnymi drogami lubi chodzić i już ;)
UsuńMoże przez to, że życie mi dopiekło i jestem na ostrym zakręcie, to mam nadzieję, że Yave zwiąże się z kimś innym niż Melta.
OdpowiedzUsuńAdo, cokolwiek tam dopieka, życzę, by ułożyło się po Twojej myśli :)
UsuńTo bylo do przewidzenia ze Ukera sie pozbyłas ale jak sama mówisz do końca jeszcze daleko wiec pewno i Melta do portu szybko nie dobije chyba ze spotka go gorszy los dzieki blanka
OdpowiedzUsuńW sumie w tej historii już powoli zbliżamy się ku końcowi, ale cały cykl zawiera jeszcze kilka opowieści :) Też było mi żal Ukera, ale uznałam, że w kraju cierpiącym na niedobór obywateli, lepiej będzie ukatrupić jednostkę nieproduktywną. Wiem, zołza jestem :p
Usuń