A życie płynie sobie swym, utartym torem, zaczyna się i kończy niezależnie od nas i naszych pragnień, czy marzeń... Tak to już jest...
Ostatnio nie byłam odpowiednio nastrojona do szwendania się po sieci, a przy tym, wzięłam do serca radę Moniki - odciąć się od internetów :). Oczywiście nie na amen, ale ograniczenie zaowocowało przygotowaniem kilku wpisów na zaś. Konkretnie dwóch, trzeci się robi... Ustawione, czekają tylko, by wskoczyć :)
Nammas...
Kolejna wiosna nieśmiało, lecz konsekwentnie obejmowała w
posiadanie dolinę. Lód na jeziorze zaczął topnieć, a spod coraz cieńszej
warstwy śniegu śmiało wystrzeliły pierwsze przebiśniegi. Z każdym dniem
cieplejsze powietrze, niosło coraz głośniejszy i gwałtowniejszy świergot, uganiających się po bezlistnych jeszcze krzakach, wróbli.
Zimowe ptactwo odleciało już na północ, za to w lesie
aktywniejsze stały się dzięcioły. Uporczywe stukanie, poszukujących pożywienia
ptaków, raz po raz dawało się słyszeć w dali, podobnie jak wrzaski, poszukujących
partnerów, sójek. Śnieżne czapy wciąż zalegały w zacienionych wąwozach i pod
skalnymi nawisami. Także powyżej wsi, w górach, śniegi topniały znacznie wolniej. Jednak
życie niepowstrzymanie, każdego dnia, budząc się z hibernacji, coraz silniej
akcentowało koniec zimy.
Do Nammas znów dotarły królewskie listy i Arut, zamyślony, po
raz kolejny przebiegał wzrokiem pismo.
Botta pisał: „Północ, póki bezludna, bezpieczna nie będzie.
Sześć zamków pobudowaliśmy. Każdy z nich pieczę ma nad przyległościami, które
zarazem włości lordowskie stanowią. Wasali swoich na nich, z tytułami i prawem
dziedziczenia, chcę osadzić. Wybrałem i Twojego Meltę, przyjacielu. Tytuł już
mu nadałem, ale na ziemi osadzę, jeśli Ty dasz zgodę, bo to Twój jedyny syn i
nie chcę Ci go bezdusznie odebrać. Sam Melta, na moje wezwanie, ze swymi ludźmi
stanie w Dioridzie przed latem. Proszę więc, tym pismem, byś mi jak najszybciej
dał odpowiedź. Jeśli się zgadzasz, by Twój syn porzucił ostatecznie Nammas, ludzi, którzy są przy nim, a mają rodziny, na lato poślę do domów, by żony, dzieci i dobytek mogli zabrać. Wszyscy
oni bowiem przy Melcie, jako jemu poddani, w jego nowych włościach zostaną.”
Naczelnik ściągnął brwi i utkwił wzrok w sadzie rozpościerającym się za domem. Trawa dopiero zaczynała się zielenić, powoli przesłaniając świeżą
barwą zrudziałe jesienią połacie ziemi. Korony drzew otulała złoto-zielona
mgiełka otwierających się pąków, ale dwie wiśnie rosnące tuż przy domu już
kwitły, jakby nie chciały się pogodzić z postępującą zmianą kolorystyki z
jednostajnej, białej, na całą mnogość barw. Marzec dobiegał końca i kwiecień
zaczął już rozrzucać po łąkach i lasach kolorowe punkciki, które z dnia na
dzień przekształcą się w całe dywany błękitu, żółci i bieli.
Z sąsiedniej izby dochodził wesoły, dziewczęcy śmiech. Arut potarł dłonią szorstki podbródek i westchnął. Jego córki bawiły się z małym Iredem, synem Yave.
Z sąsiedniej izby dochodził wesoły, dziewczęcy śmiech. Arut potarł dłonią szorstki podbródek i westchnął. Jego córki bawiły się z małym Iredem, synem Yave.
Yave rzadko zachodziła do wsi. Jeśli już, to najczęściej do matki. Ale czasem,
zgodnie z daną obietnicą, zachodziła też do domu naczelnika. Zwykle brała wtedy
jakieś zlecenia od Illith. Potem pojawiała się, przynosząc gotowe robótki. Oczywiście, ku wielkiej, nieskrywanej uciesze dziewczynek i równie wielkiej, acz starannie tajonej, uciesze samego Aruta, przyprowadzała wtedy ze sobą Ireda.
Chłopczyk skończył w tym roku dwa lata i choć jego matka nigdy tego potwierdziła, niejeden w osadzie i tak po cichu domyślał się, kto tak naprawdę jest jego ojcem. Arutowi niezmiennie leżała ta sprawa na sercu ciężarem. Niemożliwym było, by ludzie dookoła nie dostrzegali, jaką szczególną troską darzy młodziutką wdowę po Ukerze i jej syna.
Mieszkańcy Nammas wiedzieli, że on wie, to co i oni wiedzą, i
na odwrót. Jednak nikt w osadzie nie ośmielał się głośno gadać o swoich
domysłach. Zbyt szanowali naczelnika. Yave zaś, zacięta w swoim uporze, wciąż
nie chciała słyszeć o ujawnieniu prawdy, ani wejść do domu Aruta, jako matka
jego wnuka.
Obiecując dochowanie tajemnicy przed Meltą, zdołał jedynie
wymóc, zgodę na pomoc w postaci prac zlecanych przez Illith, za które przyjmowała
zapłatę. I tylko w taki sposób pozwalała się wspierać, zachowując jednocześnie
dumę.
Tymczasem Botta chciał teraz osadzić jedynego syna Aruta na
północy kraju... Jeżeli tak się stanie, Melta nigdy nie wróci do Nammas.
Starszy mężczyzna z zasępioną twarzą obserwował wróble uganiające się
ze sobą wśród obsypanych kwieciem wiśniowych gałązek.
Dobrze niech tak będzie, ale w takim razie... W takim razie ojciec
ma pełne prawo zobaczyć syna, nim ten ostatecznie opuści rodzinny dom. Arut
uśmiechnął się pod nosem... Wziął czystą kartę, pióro i zaczął pisać list do
Botty...
* * *
Północ...
Melta ze złością zacisnął szczęki. Bolało, cholernie bolało, ale i tak miał szczęście, że cięcie, choć głębokie, nie uszkodziło tętnicy, a jedynie mięsień. Inaczej nie dojechałby żywy
do fortu, wykrwawiając się na śmierć.
Teraz po starannym oczyszczeniu rany i bardzo dokładnej dezynfekcji wódką, oraz znieczuleniu pacjenta przy użyciu tego samego, uniwersalnego środka, miejscowy spec od "łatania" zakładał niezgrabne szwy. Nie dało się ukryć, że artystyczna robota to nie była, nie mniej ten akurat człowiek miał w owej czynności największe doświadczenie w całej okolicy.
Teraz po starannym oczyszczeniu rany i bardzo dokładnej dezynfekcji wódką, oraz znieczuleniu pacjenta przy użyciu tego samego, uniwersalnego środka, miejscowy spec od "łatania" zakładał niezgrabne szwy. Nie dało się ukryć, że artystyczna robota to nie była, nie mniej ten akurat człowiek miał w owej czynności największe doświadczenie w całej okolicy.
Dowódca garnizonu, łyknął kolejną dawkę, z obciągniętej
skórą manierki, dla poprawy efektów zabiegów znieczulających. A miał co znieczulać... Prócz zgryzoty i wciąż głupio upartego serca, złość na cały świat, a szczególnie na drani nękających ich potyczkami przez ostatnie miesiące.
Tego roku Melta stracił dwóch oficerów i kilkunastu niższych rangami ludzi, w tym kilkoro nowicjuszy. Cały patrol wpadł w zasadzkę i został wycięty w pień. Jak zwykle, Urtowie nie brali jeńców.
Jedynym, jakkolwiek marnym, pocieszeniem był fakt, iż tej zimy, poza dość dramatycznym jej początkiem, kiedy to banda Urtów wymordowała i spaliła drwalską osadę, nie stracili już więcej cywilów.
W końcu udało im się przyprzeć grasującą hordę i otoczyć na bagnach. Nie zdążyli się wycofać do swoich siedzib, zaskoczyła ich gwałtowna odwilż. Ale fakt pozostawał faktem, nim to się stało, wrogowie niemało napsuli auryckiej krwi.
Tego roku Melta stracił dwóch oficerów i kilkunastu niższych rangami ludzi, w tym kilkoro nowicjuszy. Cały patrol wpadł w zasadzkę i został wycięty w pień. Jak zwykle, Urtowie nie brali jeńców.
Jedynym, jakkolwiek marnym, pocieszeniem był fakt, iż tej zimy, poza dość dramatycznym jej początkiem, kiedy to banda Urtów wymordowała i spaliła drwalską osadę, nie stracili już więcej cywilów.
W końcu udało im się przyprzeć grasującą hordę i otoczyć na bagnach. Nie zdążyli się wycofać do swoich siedzib, zaskoczyła ich gwałtowna odwilż. Ale fakt pozostawał faktem, nim to się stało, wrogowie niemało napsuli auryckiej krwi.
To był dziwny lud, ci Urtowie, którego kompletnie nie potrafili zrozumieć. Dla Aurów, ludzie zawsze stanowili jedną z najcenniejszych zdobyczy, podczas gdy tamci zdawali się mieć wszelkie życie za nic. Mordowali przecież nawet gospodarskie zwierzęta.
Sami także nie pozwalali się brać do niewoli, a jeśli nawet
jakimś cudem udawało się któregoś z nich schwytać żywcem, to zachowywał się jak
dziki wilk, gotowy rzucić się do gardła każdemu, kto poważyłby się doń zbliżyć.
Skrępowanie ramion i nóg jeńcowi w
niczym nie zapewniało bezpieczeństwa komuś, kto nieopatrznie znalazłby się w zasięgu jego zębów.
– Dosyć – warknął Melta, pociągając kolejny łyk alkoholu.
– Jeszcze tylko jeden. – Spróbował zaoponować „medyk”.
Dowódca łypnął tylko na niego przekrwionymi oczyma i
człowiek więcej już nie próbował forsować swoich racji. Dla lepszego gojenia posmarował jedynie szramę obficie niedźwiedzim sadłem i
nałożył opatrunek.
Ledwie skończył, Melta odepchnął go i mocno utykając ruszył
ku drzwiom.
– Ale, panie! – Obruszył się jego opiekun. – Dokąd? Z
gorączką, do pola?! Wy do łóżka...!
– Milcz. Sam wiem, co mam robić. – Szarpnął drzwi do siebie, wpuszczając zimne, wilgotne powietrze do wnętrza.
Stanął w podcieniu i usiłował ogarnąć spojrzeniem majdan,
ale gorączka mąciła wzrok, a głowa chwiała się na obolałym karku, bynajmniej nie tylko od
gorączki. Oparł się ciężko o drewniany filar, podtrzymujący zadaszenie.
Po majdanie dość niemrawo kręcili się ludzie. Od kilku dni trwała kolejna już odwilż. Błoto było wszędzie, głębsze lub płytsze, ale nie było skrawka ziemi od niego wolnej. Kilku żołnierzy, ćwiczyło walkę na miecze, kilku innych zmagało się wręcz. Ich stopy ślizgały się na niestabilnym podłożu. Ale rekruci najwyraźniej nie za bardzo przykładali się do treningu, bo choć brunatna ciecz co chwilę bryzgała spod butów, to żadnemu nie zdarzyło się bodaj przyklęknąć w śniegowo-błotnistej brei, póki nie dostrzegli przyglądającego się im, z surową miną, Melty. Ów już nabierał powietrza w płuca, by zgromić opieszałych, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
Po majdanie dość niemrawo kręcili się ludzie. Od kilku dni trwała kolejna już odwilż. Błoto było wszędzie, głębsze lub płytsze, ale nie było skrawka ziemi od niego wolnej. Kilku żołnierzy, ćwiczyło walkę na miecze, kilku innych zmagało się wręcz. Ich stopy ślizgały się na niestabilnym podłożu. Ale rekruci najwyraźniej nie za bardzo przykładali się do treningu, bo choć brunatna ciecz co chwilę bryzgała spod butów, to żadnemu nie zdarzyło się bodaj przyklęknąć w śniegowo-błotnistej brei, póki nie dostrzegli przyglądającego się im, z surową miną, Melty. Ów już nabierał powietrza w płuca, by zgromić opieszałych, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
Każdy z nich nosił bandaże, jedni na ramionach, inni na
głowach, czy nogach. Wszystkim tegoroczna zima dopiekła solidnie, wyczerpała, wyzuła z sił i zapału.
Odwilż oznaczała, że bagna tajały, to zaś był znak, że do
następnych mrozów są tu bezpieczni, a osaczona i wycięta banda Urtów była ostatnią
jaka się tu pokazała, aż do kolejnej zimy. Teraz z każdym dniem będzie coraz
cieplej. Wkrótce spadną wiosenne deszcze i zazielenią okolicę, jednocześnie trzęsawiska czyniąc już, nie tyle zdradliwymi, czy niebezpiecznymi, ale w ogóle niedostępnymi i nie do przebycia. Gdy nadejdą
słoneczne dni zrobi się naprawdę pięknie. Osadnicy będą mogli w spokoju obsiać
swoje pola i zebrać plony.
Melta tęsknił za widokiem szumiących, ukwieconych łąk,
dojrzewających zbóż i zarazem zżymał się w duchu na te obrazy. Wspomnienia,
które przywodziły na myśl, zapachy późnej wiosny i lata, zaciskały się jak ciernie
wokół zbolałej duszy. Marzył i przeklinał siebie za te marzenia. Przeklinał własną
pamięć i nadzieję, która dawno już powinna była umrzeć. Tymczasem, wbrew zdrowemu
rozsądkowi trzymała się go kurczowo i uparcie, mimo bolesnej świadomości, że żywi ją na próżno.
Westchnął ciężko i potarł dłońmi twarz, szorstką od niegolonego zarostu. Jego „medyk” stanął tuż
obok, trzymając w objęciach swoje przybory i niewykorzystane opatrunki.
Podążył wzrokiem za spojrzeniem Melty i pokiwał z dezaprobatą głową, patrząc na
niemrawo taplających się w błocie żołnierzy.
– Wszyscy powinniście w łóżkach leżeć. Wojacy...
– Mędrzec się znalazł – burknął Melta niechętnie, ale i on zdawał
sobie sprawę, że ludzie potrzebują wypoczynku, a skoro zagrożenie przestało
istnieć...
– Odwołaj ćwiczenia. Tylko warty... Reszta niech odpoczywa i
liże rany.
– Nie zapominajcie o sobie, lordzie. – Nie omieszkał przypomnieć podwładny. – Wam, to do łóżka przydałaby się...
– Ani słowa więcej – syknął Melta, mrożąc go spojrzeniem. –
Zejdź mi z oczu i zrób, co kazałem.
Mężczyzna wzruszył ramionami i oddalił się wykonać
polecenia, a Melta wrócił do izby i rzucił się na pryczę. Długą chwilę leżał, patrząc tępo w sufit, aż w końcu zmorzył go niespokojny, gorączkowy sen...
Tydzień później wiosna już była w pełnym rozkwicie. Trawy jeszcze
nie wylazły spod ziemi, ale błoto obeschło, a leszczyny i olchy obsypały się
długimi, złocistymi baziami. Gleba zmiękła dość, by zaczęła wychylać spod niej
ozimina. W pola ruszyli oracze, by przygotować ziemię pod siew jarego jęczmienia.
Do fortu przybył w tym czasie królewski goniec z wezwaniem
dla Melty, by ów wraz ze swymi ludźmi stawił się przed królem w Dioridzie, z
początkiem lata.
* * *
Nammas...
Uśmiechała się, zerkając na uśpione dziecko.
Mały wstawał niemal ze świtem. Gramolił się ze swojego
łóżeczka do Yave i paluszkiem podnosił powiekę matki, mówiąc:
– Mamusia, uś dzień. Sionećko uś śtało...
Yave, chcąc nie chcąc, uśmiechała zawsze na tę pobudkę i
niezmiennie zastanawiała się, czy chłopczyk mówiąc o słoneczku, ma na myśli to za
oknem, czy siebie, jako że często nazywała go „swoim słoneczkiem”.
Energia
rozpierała małego rozrabiakę, ale tak jak była intensywna, tak szybko się
wyczerpywała i malec padał ze zmęczenia przed południem.
W niewielkim domku w lesie niewiele się zmieniło. Łóżko w
kuchni nadal stało na swoim miejscu i tam właśnie ułożyła synka Yave. Mając w
ten sposób oko na dziecko, zajęła się zarabianiem ciasta z nastawionego
wczorajszego wieczora zaczynu. Nie potrzebowała robić wiele chleba, starczała
jej ilość jaka wychodziła z jednej miarki mąki, nawet kiedy odwiedzał ich
Gedor, który zwykle zostawał dwa trzy dni, gdy już się pokazał.
Zima minęła... Żal, gorycz i tęsknota pozostały, choć młoda
kobieta nie skarżyła się nikomu. To było jej życie, takie a nie inne
podejmowała w nim decyzje i z ich konsekwencjami musiała sobie radzić. Synek
był jej największą radością i tylko on sprawiał, że nie zapomniała się
uśmiechać. Na szczęście często dawał jej okazję zarówno do uśmiechu, jak i do
szczerego śmiechu.
Tej wiosny Gedor mało bywał u siostry.
Zaciągnął się do drużyny, ku utrapieniu i rozpaczy Tillemi.
Jednak ku własnemu niezadowoleniu chłopaka, na jego wyjazd, z zaciężnymi do
Dioridy, nie wyraził zgody Arut. Matka oczywiście przyjęła decyzję naczelnika z
ulgą i wdzięcznością, ale sam młodzik tak długo wiercił mu dziurę w brzuchu,
póki ten nie zgodził się przyjąć go do miejscowego oddziału.
Na wojaczkę, w tej formacji, Gedor nie miał wprawdzie co
liczyć, ale odpowiadał mu status wojaka i strażnika. Tutejsza załoga obsadzała
niewielką strażnicę na przełęczy, przy drodze wiodącej z doliny. Przy tym, w
razie nagłej potrzeby, członkowie takich lokalnych drużyn stanowili wojskowe rezerwy,
bowiem wszyscy przechodzili wstępne szkolenie w posługiwaniu się bronią i byli
wdrożeni w wojskową dyscyplinę. Tak więc Gedor został wojem i tylko wolne od
służby dni spędzał u Yave.
Ona choć cieszyła się, bo dla prostego chłopaka, potomka
dawnych niewolników, był to niewątpliwie społeczny awans, to jednocześnie wyraźniej teraz odczuwała brak
męskiej pomocy w gospodarstwie. Nadal jednak zaciskała zęby i nikogo nie
prosiła o nic. Nawał zajęć w obejściu za dnia sprawiał, że nie miała
czasu na zastanawianie się nad swoimi uczuciami, wieczorami zaś zasypiała
niemal natychmiast, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Nostalgia i dziwne
kłucie w piersi zdarzało się jej odczuwać jedynie w takich chwilach jak ta
teraz, gdy powoli zarabiając mąkę z wodą i solą spoglądała na śpiące spokojnie
dziecko. Niemal podświadomie odnajdywała każde podobieństwo w dziecięcej
twarzyczce. To samo czoło, teraz jeszcze po dziecięcemu zaokrąglone, słodkie
usteczka, miniaturka innych ust... Prosty nos, głęboko osadzone oczy, tak samo
ciemne i spoglądające na nią z tą samą przekorą i pewnością siebie... Czasem
nieśmiało odzywały się wyrzuty sumienia, że być może krzywdzi dziecko
milczeniem, ale zacięty upór i poczucie krzywdy, którą jej wyrządzono szybko
głuszyły takie myśli.
Melta przecież nie wrócił do Nammas... Zeszłego roku nawet o tym nie
myślała. Był przy niej Uker, któremu ufała i który był dla niej wsparciem we
wszystkim. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jej go brakuje...
Zacisnęła zęby i z większą siłą zaczęła miesić wyrobione już
ciasto. Przerwała dopiero, kiedy słone łzy zaczęły kapać wprost do dzieży. Dosyć... To nie ma
sensu... Ukera już nie ma. Tego drugiego też nie ma. Gdyby nawet wrócił, to co? Minęły ponad dwa lata, prawie trzy. Ona w
tym czasie wyszła za mąż i owdowiała. On zaś...
Odstawiła dzieżę z ciastem, by wyrosło, nakryła ją lnianą
płachetką i oczyściła ręce z mąki.
Nie wrócił do Nammas, bo nic go tu nie ciągnie, do niczego i do nikogo nie tęskni. I powinna się wreszcie z tym pogodzić.
Gdzieś w głębi duszy, nadzieja walczyła z gniewem i z dumą
pospołu...
następny fragment
Następny wpis, ustawiony na 15 września, czyli na poniedziałek, będzie niespodzianką, więc sza... Nic nie mówię :)

Rany, jak Ty to pięknie napisałaś! Szaro i buro za oknem, a ja czuję w każdej kości wiosnę. Namalowałaś obraz słowami. Do tego taki 5D, bo czuję zapachy i dotyk świeżutkiej, zimnej trawy... Cudownie. Do tego wmieszałaś emocje każdej ze stron. Zrobiłaś to w taki sposób, że wybaczyłam obojgu wszystkie głupoty jakie narobili. Obydwoje myślą o tym samym, obydwoje pragną tego samego i obydwoje dużo przecierpieli, więc boją się okazać uczucia. Co postanowi wódz naczelny, Katarzyna Waleczna? Zaczyna się bać, że coś bardzo brzydkiego, bo sprawiłaś, że marzę o happy endzie.
OdpowiedzUsuńPrawda, że ograniczenie internetu dodaje co najmniej kilka stron więcej? Magia! A ile pomysłów sie nagle rodzi :)
Przepiękny rozdział, Kasiu. Dziękuję :)
Dziękuję, Nikki :) Cieszy mnie, że właśnie tak to odbierasz, tego "malowania słowami" ciągle się uczę, ale jest Was tu kilka, które regularnie podglądam, więc mam od kogo się uczyć ;)
UsuńCo postanowi naczelny wódz? Cóż, tym razem chyba spróbuje nie zasłużyć sobie na przydomek "Krwawa"... Przynajmniej nie w tym epizodzie DŁ, tyle mogę obiecać... Tymczasem wracam do zapisków, bo chciałabym zdążyć z kolejnym rozdziałem Y na przyszły tydzień :) Wrzesień powoli mija ;)
Trochę mnie uspokoiłaś :) Cokolwiek by nie było, nie będzie totalnego dramatu. Chyba...
UsuńWow... Chylę czoła, napisałaś wspaniale. Mam nadzieję na happy end :)
OdpowiedzUsuńDziękuję i mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań :)
UsuńPiękny spokojny rozdział mimo kilku krwawych epizodów u Melty Bardzo jestem ciekawa co było w pismie naczelnika bo czuję intrygę dziekuję milego dnia blanka
OdpowiedzUsuńWłaśnie uganiam się z ostatnim rozdziałem, więc niebawem wszystkiego się dowiecie :) Wpis z rozdziału przedostatniego już jest ustawiony i wskoczy w wyznaczonym sobie czasie ;)
UsuńCoś tak czuję, że nie obędzie się bez góry fochów, oskarżeń i płaczu. Wszystko jednak dobrze się skończy,będą żyli długo i szczęśliwie.
OdpowiedzUsuńKuście mnie kuście, a wpuszczę do doliny hordę krwiożerczych Urtów :P
UsuńO nie!
Usuń