Gadania ciąg dalszy... Szczerze Wam powiem, że ja na miejscu tego króla, to bym już dawno Ferona udusiła gołymi rękami, ale wiadomo... ja jestem pieniacz. Na szczęście dla Ferona, król z pieniactwa wyrósł dawno temu :D
Feron pchnął je, a one uchyliły się zaskakująco lekko i absolutnie
cicho.
Obaj starcy, król i mędrzec weszli do środka, a drzwi
zamknęły się za nimi równie cicho i jak wcześniej się otwarły.
Znaleźli się w ciemnej, wąskiej, niezbyt długiej sieni. Na
przeciwległym jego końcu, wejście do kolejnego pomieszczenia, jaśniało żółtawym
blaskiem rozświetlających je pochodni. Tam właśnie się udali.
Komnata, do której weszli była obszerna i zupełnie pusta,
jeśli nie liczyć tkwiącego w samym jej środku, kamiennego filara, wokół którego
owijały się spiralnie drewniane schody wiodące, poprzez wszystkie kondygnacje,
aż na dach.
W komnacie-holu, panował półmrok, podobnie jak w korytarzyku,
który właśnie opuścili. Pochodni nie było wiele i mało dawały światła. W
ścianach znajdowały się otwory wejściowe wiodące do kolejnych pomieszczeń na
tej kondygnacji. Nie opatrzono ich jednak drzwiami. Przesłaniały je grube
kotary z bordowej tkaniny przetykanej złotą nicią. Dookoła unosiła woń
rozmaitych ziół i wywarów, pomieszana z ciężką wonią kadzidła.
– Zechciej zaczekać tutaj, panie mój, wezmę tylko coś... –
powiedział Feron, znikając za jedną z bordowych zasłon. Powrócił kilka chwil
później, niosąc ze sobą jakieś pergaminy i zwoje.
– Teraz pójdźmy na górę – rzekł i zaczął wspinać się po
schodach. – Jest tam więcej światła i powietrze nie jest tak ciężkie.
Król w milczeniu podążył za przewodnikiem.
Zakończyli wędrówkę na trzeciej kondygnacji. Tak jak i na
dole, komnata ze schodami była pusta, a w ścianach znajdowały się odrzwia
wiodące do kolejnych pomieszczeń. Tutaj jednak nie było owych bordowych kotar. Wejścia
miały kształt łagodnych łuków i sączył się przez nie, niezbyt już o tej porze
jaskrawy, blask dziennego światła. Boki każdego z odrzwi stanowiły misternie
wyrzeźbione w kamieniu pnie drzew, których korony splatały się ze sobą w górze
zamykając łuk.
Feron skłoniwszy się lekko wskazał jedno z wejść królowi i
gestem zaprosił do środka.
I ta komnata była obszerna, lecz w przeciwieństwie do klatki
schodowej, jasna. Duże, pionowe okna pozwalały zachodzącemu, jesiennemu słońcu
wlewać obficie ciepłe światło. Podłoga pokryta była grubymi kobiercami,
głuszącymi kroki, a ściany zdobiły tkane, gobelinowe obrazy. Po środku stał
duży, ciężki stół z ciemnego drewna. Jego masywne nogi wyrzeźbiono na kształt
lwich łap. Nieopodal wielkich okien stały też dwa wielkie fotele z wyściełanymi
miękko siedziskami. Oba meble wystylizowano na kształt siedzących gryfów,
których wysunięte w przód skrzydła stanowiły podparcie dla ramion siedzącego. Gospodarz,
uprzejmym gestem, wskazał jeden z nich swemu gościowi. Sam rzucił na stół
pergaminowe zwoje i zaczął je przeglądać.
– Niektóre z tych dokumentów są ci znane... – powiedział
grzebiąc w papierach Znalazłszy pośród nich to, czego szukał podał królowi
mówiąc:
– Lecz spojrzyj na to, Arthiranie.
Usiadł w drugim fotelu.
Władca z zaciekawieniem, ale i sceptycyzmem wypisanym na
twarzy oglądał podany sobie pergamin pokryty jakimś dziwnym pismem.
– Hmm... − mruknął król – to niewątpliwie dosyć stare.
Niestety nie potrafię tego przeczytać. – Chciał oddać pismo, lecz Feron
uśmiechnął się tylko.
– Ano stare... ale o treści później. Teraz zaś spójrz na
pieczęcie i znaki herbowe.
Arthiran uczynił, jak mu polecono i przez dłuższą chwilę
uważnie badał wzrokiem pergamin.
– Pieczęcie wyglądają na rodowe – zauważył – ale to nie są
herby naszych rodów.
– Istotnie – uśmiechnął się znów Feron, potwierdzając
skinieniem głowy domysły Arthirana – herby nie są raskońskie... mimo to
powinieneś je znać.
Król spojrzał na niego z konsternacją.
Feron podniósł się ze swego miejsca i wziął ze stołu kolejne
dwa dokumenty, jeden wyraźnie tak samo stary i zniszczony jak ten, który
trzymał Arthiran, drugi w nieco lepszym stanie. Głośno przeczytał starszy.
Zawierał on umowę zawartą przez prapradziada Arthirana z ówcześnie panującym
władcą Anvilionu. Tę samą, która stała się pretekstem do roszczeniowego
wystąpienia Raskonii wobec, opustoszałego po śmierci Bogedora, anviliońskiego
tronu. Tę, która w konsekwencji odrzucenia owych roszczeń przez Anviliończyków,
dała pretekst do wypowiedzenia wojny.
Drugi z dokumentów, był oficjalnie
sporządzoną kopią pierwszego i dodatkowo zawierał postanowienie Rady
Królewskiej Anvilionu o przekazaniu praw do tronu i korony, rodowi Arthirana w
przypadku wygaśnięcia królewskiej Danargidów. Zawierał także zgodę ówczesnej Rady na włączenie terytorium Anvilionu w
obszar Raskonii, gdyby zaistniały warunki wymienione w królewskim porozumieniu.
Oba dokumenty datowano tą samą datą. Oba opatrzone pieczęciami, nie
pozostawiały żadnych wątpliwości, co do treści. Drugie pismo także Feron
odczytał na głos, po czym podał oba trochę zdezorientowanemu Arthiranowi,
mówiąc:
– Porównaj wszystkie pieczęcie, panie.
Król w milczeniu, przez długą chwilę uważnie badał wzrokiem
trzy dokumenty, starannie je ze sobą porównując. Wreszcie podniósł zdumiony
wzrok na mędrca.
– To anviliońskie pieczęcie królewskie – powiedział,
wskazując najstarszy z pergaminów, ten którego przeczytać nie potrafił – i
znaki szlachetnych rodów... To niewątpliwie anvilioński dokument. Co robi
tutaj, w Alsarath? I co właściwie zwiera?
– Taak... – Feron z tajemniczym uśmiechem rozparł się
wygodniej w fotelu. – Lecz wszystko po kolei, mój królu. Zacznijmy od
pierwszego pytania...
– Ech – westchnął Arthiran – coś mi się zdaje, że zanosi się
jednak na dłuższą opowieść. Może zjemy wieczerzę tutaj?
– To oczywiście da się zrobić – ożywił się gospodarz i klasnął
trzykrotnie.
Niemal natychmiast w świetle wejściowego łuku stanął sługa.
Skłonił się i w milczeniu oczekiwał poleceń. Służba w domu Ferona pozostawała
zawsze dyskretnie w ukryciu pokazując
się jedynie wzywana.
– Przygotujcie wieczerzę na dwie osoby i podajcie nam tutaj –
polecił pan domu, a sługa przyjąwszy dyspozycję w milczeniu znikł tak samo cicho, jak się
pojawił. – Nim podadzą nam posiłek powiem, jak trafił do mnie najstarszy z tych
trzech dokumentów. Otóż kilka lat temu – podjął opowieść... może pięć, a może
dziesięć, nie pomnę już... zresztą to nie istotne... Kilka lat temu, do drzwi
mego domu zastukał samotny, wycieńczony wędrowiec. Przebył długą drogę, by
dotrzeć tutaj. Nosił znaki Mędrców, dlatego też w moim domu nie odmówiono mu
pomocy i schronienia. Niestety nie zdołałem ocalić jego życia. Człowiek ów
ciężko chory, trawiony gorączką, zmarł krótko po swoim tu przybyciu.
– Nigdy o tym nie wspominałeś, Feronie. – Zaskoczony
Arthiran uniósł brew.
– Prawda, nie wspominałem. Obiecałem bowiem zachować w tej
sprawie milczenie, do dnia gdy nadejdzie właściwy czas... Przed śmiercią
przybysz zdążył powiedzieć mi, iż pochodzi z Anvilionu i że potajemnie wyniósł
ów dokument z tamtejszych archiwów i przybył z nim do Alsarath, bowiem pismo to
zawiera część klucza do historii rodów. Wyjaśnił mi wiele, choć nie wszystko.
Obaj zgodziliśmy się, by to, co tam zapisano utrzymać w tajemnicy aż do dnia,
gdy proroctwo zacznie się spełniać. Wtedy będzie można ujawnić jego pierwszą
część.
– Doprawdy, Feronie, niewiele z tego, co mówisz pojmuję. Co
jakaś stara legenda może mieć wspólnego z ucieczką i zaginięciem kobiety i
dziecka?
– Historia rodów, panie, oto klucz… Spójrz na znaki na
anviliońskim dokumencie. Umieszczono tam jedynie cztery godła, królewskiego
Smoka a prócz niego Sokół, Księżyc i... Widzisz to?
Arthiran zmrużył oczy przyglądając się dokładnie ostatniemu,
najbardziej zatartemu rysunkowi. Podniósł zdumione spojrzenie na mędrca.
– To raskoński Lew. Godło mego rodu.
– Właśnie – uśmiechnął się Feron.
– Ale dlaczego? Na anviliońskim dokumencie? Co mój ród może
mieć wspólnego z tamtejszymi legendami?
Trzej słudzy przerwali im rozmowę, wnosząc wieczerzę. W
ciszy, szybko uwinęli się z nakryciem
stołu i podano jadło, po czym skłoniwszy się przed panem i jego gościem
wypłynęli z komnaty bezszelestnie niczym duchy. Tylko jeden z nich zatrzymał
się wstrzymany gestem gospodarza.
– Dajcie więcej światła, bo mrok już.
Chwilę później wniesiono lichtarze i ustawiono je na stole.
W pomieszczeniu zrobiło się jasno i przyjemnie.
A wizualizacji suto zastawionego stołu nie będzie, bo nie znalazłam żadnej, która by się wpasowała w moją koncepcję. Tak, że drogie moje, drodzy również, uruchamiamy trybiki wyobraźni... raz, dwa... start ;) I wiem, że mało :P

Kajjka, mówisz, że ja intrygi dobre knuję. W życiu, ale to w życiu bym nie wymyśliła czegoś sięgającego wgłąb historii kilku królestw. Jesteś absolutnie niesamowita. Opis wieży Ferona była tak autentyczny, że czułam chłód wiejący z ciemniejszych zakamarków. Zaprowadziłaś mnie do ponurej, tajemniczej wieży, która bynajmniej nie przypominała tej, w której mieszkała Roszpunkia :)
OdpowiedzUsuńCoraz wyraźniej nam się rysuje fabuła i wyczuwam w kościach kolejną piękną historię za którą będę bardzo tęskniła. Mimo Twoich kulinarnych wybryków na początku i w trakcie mam poczucie czytania pięknej baśni (dla dorosłych). Mamy politykę państw, mamy intrygi i frasunki związane z ich zarządzaniem, mamy legendy i tajemnicze ludy no i będziemy mieć wątek romantyczny, który sprawi, że oddamy serce małemu księżycowi :) Uwielbiam "Księżyc i miecz" od pierwszej linijki i wiem, że się nie zawiodę. (Yave też uwielbiam, ale zupełnie inaczej).
Wypatrzyłam mały błędzik: "(...) ciemnym, wąskim, niezbyt długiej sieni." Chyba w pierwowzorze był synonim rodzaju męskiego :)
:*
W wersji wstępnej był tam "korytarz" a nie sień i zostało po nim właśnie. Dzięki, poprawione :). Feron jeszcze to i owo dopowie, bo jak rzekłam w tym rozdziale będą ino gadać. I obiecuję, żeby w kolejnym fragmencie wyduszę z Ferona wszystko. Co ma do powiedzenia :)
OdpowiedzUsuńNawet nie chodzi o to, że mało, ale... Dla mnie dwa ostatnie rozdziały to porażka. Pisanie o tym jakie to ciekawe rzeczy ma w swoich papiórkach Feron przez dwa rozdziały to już po prostu przegięcie.
OdpowiedzUsuńMasz bardzo ciekawy warsztat, nie znam się jakoś na tym specjalnie, ale dużo czytam. Na SW się nie załapałam, ale DŻ przeczytałam całe dość szybko, bardzo mnie wciągnęło.
Ale błagam, zastanów się czasem co tak naprawdę jest treścią tego co piszesz! Wiadomo, może bardzo to uprościłam, widać, że starasz się bardzo zobrazować w słowach scenerię. I rozumiem, że gadają ze sobą dwa dziadki, ale bez przesady. W moim odczuciu, tego się już przyjemnie nie czyta, to jest po prostu nudne.
Ogólnie od jakiegoś czasu wchodzę tu regularnie, odkąd skończyłam czytać DŻ wczytuję się w nowości na bieżąco, ale przy takim czasie czekania na poszczególne części i jeszcze przy takiej jakości tych części chyba zaniecham regularnych wizyt. Ale bez obaw, przeczytam, jak skończysz ;) Może wtedy będzie mi łatwiej przetrawić takie przeciąganie akcji, te dwa rozdziały w sumie nie są zbyt obszerne :P
Wybacz, że pierwszy komentarz, jaki wyprodukowałam na Twoim blogu jest krytyczny, ale trochę mnie zawiodłaś. Ale rozumiem, nie samym pisaniem człowiek żyje, pewnie nie miałaś czasu, albo jakiś chwilowy zastój i mogłaś nie wymyślić nic więcej. No cóż, będę musiała się zastanowić jak się dobrać do Twoich tekstów :P
Pozdrawiam
Shana
PS. Dzieci Żywiołów to mistrzostwo świata ;D Wymyślić taki świat, od A do Z i rządzące w nim reguły. I cały czas trzymasz poziom. Czasem zdarzy mi się przeczytać pierwszą książkę, zachwycić, a potem okazuje się, że pozostałe 2 części trylogii są coraz gorsze i coraz mniej logiczne. A tu 4 części i każda przemyślana. I żaden bohater nie zmartwychwstaje! :D (Nie czytałam żadnych zakończeń alternatywnych dotychczas :P) Gratuluję ;)
O, wreszcie trochę niezadowolenia... Bardzo mnie to cieszy, bo wreszcie przestanę być posądzana o usuwanie komentarzy z krytyką :D
UsuńShano... zapewniam, że zastanawiam się nad tym, co piszę... Rzecz w tym, że KiM nie jest opowiadaniem blogowym. W ogóle nie jest opowiadaniem. To pełnowymiarowa powieść. Podobnie jak DŻ i SW. Ale powieść inna niż DŻ, to całkowicie inne universum, inna rzeczywistość i zupełnie inny jest też jej zakres czasowy. To znaczy: akcja DŻ wybrzmiewa w okresie niecałego roku. Akcja KiM rozwleka się znacznie dłużej. Dlatego też tempo musi być tu inne. Będą tu fragmenty zarówno sączące się niczym leniwa rzeka, jak i takie pędzące bystro jak górski potok. Bo taka jest specyfika tej powieści :). Jeśli chodzi o ten i poprzedni wpis, to nie są dwa osobne rozdziały, to jeden rozdział podany w kawałkach. To rozdrobnienie wynika z kolei ze specyfiki blogowania. Nie dodawałam i nie dodam całego rozdziału naraz, ponieważ są zbyt długie. Muszę je dzielić i dlatego tak to wygląda. Podobnie, rozmowa dwóch dziadków musi wybrzmieć do końca i będziecie musieli przecierpieć jeszcze jeden kawałek "Pergaminu" nim przejdziemy do "Mroku". Rozdziały mają różną długość ale i tak wątpliwe, by któryś zmieścił mi się w jednym wpisie. W jednym wrzucam od 5 - 7 stron maszynopisu i tego nie zmienię.
Tylko jednego się czepię... Dlaczego muszę coś spiep... żeby sprowokować Czytelniczkę do zabrania głosu? Co? :P
Co do zmartwychwstających bohaterów... Nie cierpię chronicznie herosów a'la He Man, czyli nie do zdarcia... Jeśli już kogoś ukatrupiam, to nie ma szans na zmartwychwstanie :D
SW, jeśli nikt, poza mną samą, się nim nie zachwyci, wróci tutaj ;)
Czytam, czytam... a tu koniec rozdziału! Albo ja za szybko go przeczytałam albo on taki krótki?! :P
OdpowiedzUsuńDaj Kasiu więcej "światła" na te mroczne sekrety, legendy! Już nie mogę się doczekać jak to dalej się potoczy. Czym nas zaskoczysz?! Duś dobrze (tylko nie za mocno) tego Ferona, aby wyśpiewał wszystko co wie :P
Lena
Duszę, duszę :D jeszcze jeden kawałek dziadkowych pogaduszek przed Wami Leno ;). W następnym spróbujemy troszkę narozrabiać, może poszukamy, Gedris, może wybierzemy się do Falersei, tak by wynikało z konspektu ;) Pytanie brzmi: kiedy to spiszę :D
UsuńA ja myślałam, że się coś rozjaśni przez te dziadkowe pogaduszki ( do poduszki :P ... oj przepraszam do/przy/nad pergaminu/ie/em ) a tu będzie "Mrok"?! Jestem zaintrygowana, zaciekawiona...
UsuńSwoją drogą .. nie czytałam jeszcze nic Tolkien'a może się skuszę...?
Lena
Jeżeli mogę coś Tolkiena polecić ze swojej strony to polecam Silmarillion, to moja ulubiona pozycja toklienowska, lubię też "Niedokończone opowieści". Niestety, ponieważ nie znam angielskiego jestem skazana na to zostało przetłumaczone, a z tego co wiem jest wiele więcej pozycji tego autora. Niestety na polskim rynku jedynie LOTR się pałęta i Hobbit. Jest jeszcze "Księga zaginionych opowieści" ale z tego wpadł mi w ręce tylko jeden tom i to ze środka bo III. Nie znalazłam dotąd pozostałych :(. Do jednego trzeba się przyzwyczaić w przypadku tego autora: do specyficznego języka i do tego, że wszystkie jego pozycje kręcą się w obszarze świata, który stworzył :)
UsuńWiększość swoją przygodę z nim zaczyna od osławionego "Władcy pierścieni", ja też zamierzałam, ale w bibliotece nie mieli i wróciłam z Silmarillionem. Dziś mam własny ;)
Wsiąkłam na długi czas w ten świat, chociaż S nie jest powieścią, a raczej zbiorem mitów i historii. A dla śmiechu... Pierwszą rzeczą jaka wiele lat temu wpadła mi w ręce, autorstwa Tolkiena był Hobbit... Odłożyłam go po przeczytaniu pierwszego zdania: "W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit." - moja reakcja - ja o żadnych robalach czytać nie będę :D I tym, na kolejnych kilka lat pozbawiłam się fantastycznej zabawy z tekstami Tolkiena :D
Tak, że Leno, nigdy nie mów n i g d y :D
No dokładnie... nigdy nie wiadomo... zobaczymy! Chęci są.. a to już coś :P
UsuńLena
Kasia, sorry, ale muszę...
OdpowiedzUsuńMoja babcia zawsze mówiła, że tyłek nie szklanka i jak mnie ktoś kopnie, to najwyżej siniak będzie. I wiem, że z tym zamysłem publikujesz swoje prace. Kto czyta, ten wie, że nie są to wypociny sfrustrowanej nastolatki, które na upartego można by zamknąć w jednym wypracowaniu, ale serwujesz nam ambitną powieść, z racji miejsca dzieląc ją na odcinki. I o ile krytyka jest dobra, budująca i potrzebna do rozwoju (bo przecież o to chodzi), o tyle określenie rozdziałów jako porażka, bo nie zawierają rozpierduchy jest dla mnie odrobinę poniżej pasa.
Shana, uwierz mi, a jak mnie nie wierzysz, to uwierz Kasi. Wie co pisze i doskonale wie co jest treścią jej powieści. Pod względem budowania fabuły jest absolutną profesjonalistką i nie ładuje nam do głowy wiedzy, która później do niczego się nie przyda. Prawdopodobnie dlatego, że poświęca na jej tworzenie długie godziny. Fakt, że nikt jej do tego nie zmusza i czerpie z tego przyjemność, ale wypadałoby uszanować jej starania, nawet jak Ci się nie podobają. Rozumiesz, że gadają dwa dziadki, ale bez przesady? Wyraźnie nie do końca rozumiesz. W powieściach tak czasem bywa, że poza akcją jest też wątek fabularny. Jak wyda książkę będziesz ją sobie mogła nabyć i przeczytać jednym tchem, ale na blogu wygląda to niestety tak, że publikuje się odcinkowo i nie każdy odcinek musi zawierać wartką, porywającą akcję. Właściwie gdyby tak było, to mam wrażenie, że szybko by nam się to przejadło.
A myślę, że w rozmowie tych dziadków jest zawarta masa fabuły bez której możemy się później pogubić. Mam nadzieję, że się nie obrazisz, bo nikogo obrażać nie miałam zamiaru i będziesz się częściej odzywała.
Kasiu, Ty też daruj, bo wiem, że to nie moje podwórko i wtrącać się nie powinnam. Ale kiedyś napisałaś, że komentarze to nie recenzje i panuje tu wolna amerykanka, więc skorzystałam z przywileju...
Monia... głęboki oddech proszę... Każdy sobie ulżył wedle woli i gustu i już jest ok :)
UsuńI zachęcam wszystkich do korzystania z przywileju... :)
Oddycham bardzo głęboko, bo mi się już ziewa ;)
UsuńPrzeczytalam ten kawalek i komentarze ale zbieralam się do tego trochę Dlaczego ? Powiem tak fabula mnie wciągnela i dla mnie opisy mogą byc bo to taki gatunek że bez opisów mozna póżniej czegoś nie rozumieć ale ja mam zwyczaj jak mówilam w poprzednim komentarzu przywiązywać się do bohatera a tu nie mialam do kogo wracać Tak wiem muszę trochę poczekać aż bedzię bohater ktory mnie zaitryguje tylko pewnie musi trochę podrosnąć Dziękuję blanka
UsuńNic nie poradzę... Publikowanie powieści we fragmentach na blogu ma swoje dobre i złe strony. Dla mnie dobrą jest fakt, że mam motywację, żeby nad tym pracować, bo wiem, że ktoś czeka na ciąg dalszy. Dla Was złą jest to, że ten ciąg dalszy trzeba czekać, bo tekst jest pisany praktycznie na bieżąco. Zupełnie inaczej się to odbiera, kiedy po prostu można przerzucić kilka kartek i dowiedzieć się co będzie dalej. Ja to rozumiem i nie nie dziwi mnie ze ktoś się niecierpliwi i pisze mi o tym, że mu się to nie podoba :). Ale siła wyższa. Ostatnio mam potworne tyły we wszystkich dłuższych tekstach. Po niedzieli zakończymy, "dziadków rozmowy". I poważnie muszę się zabrać za "Yave", nim mnie za nią i_o pod kilem przeciągnie ;)
UsuńTu po prostu tak miało być, że ci przedstawieni na początku nie mieli odegrać głównych. To była celowe i z premedytacją zagranie z mojej strony. I jak mówiłam, zupełni inaczej odbiera się takie akcje jak się ma w garści całość. Niestety tego zmienić nie mogę, bo jak mówiłam, to nie jest opowiadanie blogowe :). Musicie uzbroić się w cierpliwość wszystko się wyjaśni a po drodze jeszcze to i owo zagmatwa ;)
Kasiu ja to wiem i rozumiem dlatego inaczej podchodzę do czytania muszę przyznać że od roku zupelnie zmienilam sposób czytania jedne teksty czytam w całości by nie psuć sobie przyjemności inne w odcinkach Powieści gdzie tworzy się inny świat muszą mieć opisy bo wszystko bo straci się sens . A co do bohaterow jak jest całość to wiesz kto nim jest a tu moesz się tylko domyślać Na dodatkowy plus trzeba Ci zapisac że jak kogoś usmiercisz to ostatecznie dzieki blanka
OdpowiedzUsuń