Ten fragment jest w sumie "świeży". Jak zabrałam się za poprawki to praktycznie w ich ramach po prostu dopisałam całkiem spory kawałek. Musiałam, bo to co było, bardziej przypominało mi szkic niż powieść. Było zbyt suche i po prostu nijakie. Pisałam "Dioris" dość dawno. Wtedy mialam tendencję do parcia z akcją na przód, bez troski o szczegóły i "opakowanie" informacji. Ważne było tylko to, co wydarzy się w następnej kolejności. Teraz uzupełniam pozostawione luki, staram się troszkę o poprawę ładunku emocjonalnego, wiem, że teraz jest lepiej i liczę, że Wam się też spodoba. Wiem, nie macie porównania, bo nie znacie wersji pierwotnej, ale raczej nie ma czego żałować ;). Plus takiej weryfikacji własnego tekstu jest, że zaczynam wreszcie wpadać w ciąg... znaczy piszę, piszę, piszę. I trzymajcie kciuki, by mi tak zostało. Wtedy skrócą się nam przerwy pomiędzy wpisami.
Tymczasem zapraszam :)
Śmiech... Szyderczy
rechot... Nienawidzi tego... Nie widzi jego twarzy, ale czuje dotyk dłoni na
ciele... Te dłonie… Nienawidzi ich... Chciwe, lepkie, spocone... Obrzydliwe...
Strach... Przed bólem, przed upokorzeniem... Znów… Nienawidzi tego… Jeszcze
chwila i zedrze z niej ubranie... Jego palce się na karku... Ból... to
zaboli... Potem zmusi ją... Błagam, nie... Napina mięśnie w oczekiwaniu na ból.
Czuje, jak żołądek podjeżdża jej do gardła. Oddech przyspiesza... Nie chcę!
Śmiech... jego oczy, płonące, mętne od alkoholu i pobudzenia. Nie chcę! Świat przed
oczyma traci kontury, zlewa się w czerwoną plamę... Wszystko płonie... Ogień...
Ona płonie... Nie chcę! Nie dotykaj...! Nie dotykaj...! Chce uciekać, ale za
plecami jest tylko ściana, czuje jej szorstką, chropawą powierzchnię. Nie ma
dokąd uciec. Kuli się na podłodze w oczekiwaniu na razy... Niczego już w niej
nie ma... Ani wiary, ani nadziei... Niczego, prócz wstrętu i strachu... Nie
bij... proszę...
Odetchnęła głębiej, wzrokiem wiercąc dziurę w plecach
oddalającego się Aury. Musiała mu wierzyć, nie miała wyboru. W głębi ducha
czuła, że może ufać temu człowiekowi. Jednak ta złamana, skrzywdzona,
sponiewierana część jej istoty, nie pozwalała ufać nikomu. Musi się mieć na
baczności. Musi być czujna, musi się uczyć. Inaczej nie będzie zdolna dokonać
zemsty, a tylko myśl o niej kazała trzymać się życia. Tylko wiara w to, że
kiedyś nadejdzie dzień i odda krew za krew. Tymczasem musi być posłuszna.
Poszła więc, za Bottą, jak sobie życzył.
Cisza... Chłód...
Samotność... Kiedyś ucieknie... Zemsta... Hańba... Rozpacz... Śmierć... Imeni
nie żyje. Oni ją zabili... Nie ochroniła jej... Wina... Kara... Krew...
Czerwień... Wszystko płonie... Ona też spłonie... Popiół... Pustka... Śmierć...
Ktoś podnosi ją z
ziemi, tuli w ramionach. Dotyk... ale inny. Ciepły, troskliwy... Głos...
Tato... Imeni... Chce wyciągnąć ręce, poczuć ich dłonie w swoich, ale dookoła
jest tylko czerwień... I głos, życzliwy, łagodny. I jego dłonie... Nie... Nie
jego... Te jej nie krzywdzą, nie ranią... Te dłonie koją, ramiona chronią...
Ojciec... Dom... Szept... Spokój... Spokój...
– Jak ci na imię,
maleńka?
Kim jestem? Kim
jestem? Ty nie wiesz? Czy ja to wiem?
– Powiedz...
Posłuszeństwo... Kim
jesteś?
– Jestem Dioris, córka
Anegorda...
Czy to ja? Kim jestem?
Cisza... Ciepło... Spokój... Morze... Fale łagodnie liżące brzeg... Czerwień
zbladła... Krew wsiąkła w piasek... Cisza... Światło gaśnie powoli... Świat się
zamyka, kurczy się i znika w czerni... Pustka... Cisza... Wszechobecna cisza...
Sen...
***
Ktoś odgarnął połę namiotu, wpuścił do środka smugę jasnego
słonecznego światła. Padła na jej twarz i sprawiła, że powieki zacisnęły się
kurczowo, a świadomość wydobyła się z najgłębszego snu. Nie otwierała jeszcze
oczu. Słyszała jednak, jak człowiek, który tu wszedł zbliżył się do posłania.
Zapewne teraz obserwował ją z uwagą. Nie chciała wiedzieć kim ów jest, ani
gdzie się znalazła. Chciałaby zasnąć ponownie i nigdy się już nie obudzić. Nie
była pewna, co stało się wczoraj wieczorem. Pamiętała, że napojono ją jakimś
trunkiem, potem mężczyzna, który ją pojmał niósł ją do namiotu, żeby...
Otworzyła szeroko oczy i napotkała jego spojrzenie. Stał tuż obok i jedynie
patrzył. Zacisnęła mocno szczęki. Nie spuściła wzroku, wytrzymując jego. Jej
stał się twardy, zimny. Próbowała z wyrazu twarzy mężczyzny odgadnąć zdarzenia
wczorajszego wieczoru, lecz miast spodziewanego szyderstwa, lubieżnej
satysfakcji była tylko troska i zmęczenie, jakby nie spał tej nocy. Ramiona
miał splecione na piersi.
Odwróciła w końcu wzrok, ogarniając nim samą siebie.
Wszystko było w porządku. Nie czuła bólu, tam gdzie spodziewała się odczuwać, ani
żadnego dyskomfortu. Była kompletnie ubrana, zdjęto jej jedynie buty, pewnie
dla wygody. Mężczyzna westchnął.
– Cieszę się, że się w końcu obudziłaś. Słońce wysoko, czas
ruszać w drogę. Ogarnij się i wyjdź, jak będziesz gotowa... – ruszył ku
wyjściu. Odgarnął połę i obejrzał się
przez ramię. – Dioris...
Drgnęła na dźwięk swego imienia, ale nie odpowiedziała. On
wyszedł, pozostawiając jej swobodę i przestrzeń, by nie czuła się skrępowana
jego obecnością.
W kącie stały dwa drewniane wiadra, jedno puste, drugie
pełne czystej świeżej wody. Zimnej, trzeźwiącej. Wciągnęła buty, wciąż usiłując
sobie przypomnieć, co stało się wczoraj. A jeśli...? Wzdrygnęła się. Jeśli tak,
to czego się właściwie spodziewała, zapuszczając się do kraju Aurów? Że ktoś ją
przyjmie z otwartymi ramionami? Jest zbiegłą niewolnicą, a właściwie pochwyconą
niewolnicą. Tak czy inaczej, jest niewolnicą. Nikt jej nie musi pytać o
zgodę...
Na prowizorycznym stoliku leżał kawałek chleba i plaster
wędzonego mięsa na nim, obok kubek z... Powąchała i skrzywiła się z
niechęcią... z ziołami. Znów pewnie prześpi po nich cały dzień. Pomacała
opatrunek na żebrach. Ciągle jeszcze bolało, ale też zaczynało dokuczliwie
swędzieć. Znak, że rana się goi jak należy.
Ugryzła ze trzy razy chleb z mięsem, wypiła kilka łyków z
kubka. Po krótkim namyśle dopiła resztę, pewna, że jeśli tego nie zrobi będzie
o to awantura. Nie miała ochoty na jakiekolwiek sprzeczki.
On zna jej imię? Jak? Skąd?
Wyszła wreszcie, jak jej kazano. I tak dziwiła się, że
pozwolił jej tak długo marudzić. Obrzuciła spojrzeniem polanę, na której
wczoraj rozbili obozowisko. Prócz namiotu, w którym spała, wszystko było już
gotowe do dalszej drogi. Oddaliła się od ludzi. Kilkanaście kroków, na skraj
lasu, ale pozostała w zasięgu wzroku. Próba ucieczki teraz, nie miałaby
najmniejszego sensu. Nie miała dość sił. I tak musiała oprzeć się ramieniem o
drzewo, bo drżące nogi nie stanowiły pewnego podparcia.
Botta widział, jak opuściła namiot i wydał polecenie, by go
zwinięto. Pozostawił ją tam gdzie była, nie niepokoił jej. Nie spuszczał jednak
z oka.
Arut podprowadził osiodłane i podał wodze towarzyszowi.
– Teraz przynajmniej znasz już jej prawdziwe imię – rzucił.
– Tak... – mruknął Botta. Ujął podaną wodzę i sprawdzi
siodło. – Rzeczywiście znam. Nadal jednak nie pojmuję, dlaczego córka
szlacheckiego rodu uciekała przed własnymi rodakami niczym złoczyńca.
– Szlacheckiego? – zdziwił się kompan. – A to skąd wiesz?
– Bo Anegen, to spory majątek w środkowej części Barthii.
Należy do starego rycerskiego rodu. – Botta potarł dłonią szorstki od ciemnego
zarostu policzek. – Pamiętasz tego wysokiego, płowowłosego rycerza? Był pośród
posłów Milthorna. Przewodził im. To był Anegord z Anegen. Jeśli Dioris jest jego
córką, musi być szlachetnie urodzona.
– Posłów oczywiście pamiętam. Możni panowie. – Arut zmrużył
oczy, utkwiwszy spojrzenie w szczupłej sylwetce, wciąż tkwiącej nieruchomo na
skraju lasu. – Jeśli ta dziewczyna naprawdę jest córką jednego z nich to, co
ona, do diabła, tutaj robi?
– Albo faktycznie kogoś zabiła – potrząsnął głową Botta – w
co jakoś trudno mi uwierzyć, albo sytuacja w Barthii jest znacznie gorsza niż
sądzimy i dzieją się tam naprawdę dziwne rzeczy, skoro urządza się polowania na
rycerskie córki. – Westchnął i spojrzał na Aruta. – Nadal uważasz, Arucie, że
jest szpiegiem?
Lekarz pokręcił głową. Westchnął i dociągnął popręg siodła.
– Sam już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć... Znasz
wieści. Że rebelia, wojna domowa, że Miltorna zamordowano... Niby nie
potwierdzone, ale nasi ludzie, powinni wrócić z Palamare jeszcze nim chwyciły
mrozy. Gdzie są? I jakoś nie wierzę, że jeszcze kiedyś ich zobaczymy. Ty też
nie wierzysz, bo nie byłoby tej wycieczki, gdybyś wierzył, że porozumienie z
Barthią nadal jest możliwe. Szkoda, że jednak nie udało nam się teraz przejść
Rzeki, zasięgnęlibyśmy języka od samych Barthów, a tak...
– Więc uważasz, że jednak może być szpiegiem.
Arut zamyślił się, znów kierując spojrzenie ku podmiotowi
tej rozmowy.
– Nie, nie uważam. Nie ona. Nie po tym, co wczoraj
widziałem. Nikt nie potrafiłby tak udawać, a ona naprawdę była w jakimś szoku. I
wiesz, co ci jeszcze powiem? Ja też nie wierzę, że kogoś zabiła. Teraz myślę,
że to nie pomsty szuka pośród nas, lecz ratunku i schronienia. Co nie znaczy,
że na możliwych szpiegów nie należy mieć oka.
Botta pokiwał głową ze zrozumieniem. Odetchnął głęboko.
– Niech ludzie ruszają. Dość już zmitrężyliśmy czasu. – Rzucił
przez ramię Arutowi, sam idąc teraz w kierunku Dioris.
Drgnęła, gdy dotknął lekko jej ramienia i obejrzała się.
– Dioris, czas nam w drogę. – Skinął na nią.
– Znasz moje imię...
– Owszem. Chodź.
– Jak?
– Sama mi powiedziałaś. No, chodź – ponaglił, ale ona się
nie ruszyła z miejsca.
– Wczoraj?
– Tak, wczoraj. – Wywrócił oczyma. – Idziesz…? – Na końcu
języka miał groźbę, że zaraz ją tam zaniesie, ale na szczęście zdążył się weń
ugryźć nim mu się wypsnęło kolejne nierozważne słowo.
– Co się wczoraj zdarzyło? – zapytała cicho. Nie patrzyła na
niego. Nie wyrażający żadnych emocji, pusty wzrok utkwiła gdzieś przed sobą.
Spojrzał na nią uważniej. Była blada i wyglądała na
zmartwioną. Zatem nie pamięta koszmaru, który ją wczoraj dopadł. A może udaje?
Nie, raczej nie. Kąciki ust lekko wyginały się ku dołowi, nadając twarzy wyraz
goryczy. Uświadomił sobie, że ani razu dotąd się nie uśmiechnęła. Cóż, jeśli
faktycznie niczego nie pamięta, może lepiej, by nie próbowała sobie
przypomnieć. Wzruszył ramionami.
– Nic. Tylko... Wystraszyłaś się... czegoś.
Zakłopotany przegarnął palcami czuprynę z nadzieją, że nie
pamięta i tego jaki on miał udział w tym lęku. Niestety... Spojrzała mu w
twarz, a jego ego aż się skuliło pod tym spojrzeniem. Zimne, ostre jak nóż,
oskarżające.
– Ty mnie przestraszyłeś – syknęła.
– Eeem... Wierz mi, nie chciałem. To był...
– Jeżeli mnie tknąłeś, Auro... – syczała dalej.
– Przestań! – Przerwał jej, teraz już czując irytację, nie
zakłopotanie. – Nie jestem potworem. Wpadłaś w jakiś amok, nie wiedziałaś,
gdzie jesteś ani z kim. Arut dał ci zioła na sen. Zasnęłaś. To wszystko. A
teraz ruszamy.
Nie czekając już na odpowiedź ani na kolejne pytania
odwrócił się i zaczął oddalać.
Był rozdrażniony, zły. Nie zasłużył sobie na tak marną
ocenę, bez względu na głupie żarty. Chciał ją jedynie chronić, a ona posądzała
go najgorsze. Jakby był jakimś zwierzęciem. Prychnął gniewnie pod nosem, warknął
coś do Aruta, w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie. Poklepał konia po
karku. Chyba odrobinę za mocno, bo zwierzę szarpnęło się nerwowo, wyraźnie
spłoszone gwałtownością tej „pieszczoty”. Mała, głupia...
Zacisnął dłoń w pięść, nakazując sobie spokój. Wściekł się,
o to, że oceniono go po pozorach. Sam robił w tej chwili dokładnie to samo.
Przecież poza tym, że wydobył z niej imię i pochodzenie, niczego więcej się nie
dowiedział. Najwyraźniej miała za sobą przejścia, które uczyniły ją nieufną względem
ludzi... Szczególnie względem mężczyzn. Była jednak córką człowieka, dość
blisko związanego z barthyjskiem dworem. Mogła być źródłem całkiem ciekawych
informacji. Nie koniecznie strategicznych, ale wyjaśniających wiele w kwestii
tego, co teraz działo się u południowego sąsiada. Pochodziła z dobrze
sytuowanej rodziny, zapewne wychowywała się w dobrobycie i na niczym jej nie
zbywało. Musiał być jakiś powód, dla którego porzuciła to na rzecz ryzykownej
przeprawy po kruchym lodzie i niepewnego losu we wrogim kraju. Chciał znać ten
powód, ale wpierw musiał zdobyć jej zaufanie. A przecież nie zdobędzie go,
wściekając się z byle powodu.
Skrzywiła się na widok naszykowanych już noszy, zawieszonych
pomiędzy dwoma końmi. Nie czuła się dobrze, w roli bezradnego, słabego dziecka,
a tak ją właśnie traktowano.
Mężczyzna odchylił zachęcająco skóry na, podróżnym posłaniu,
wzrokiem nakazując się na nim ulokować.
– Twoja lektyka czeka. – Kąciki jego ust drgały leciutko.
Dioris zacisnęła dłonie w pięści. Bawiło go to?
– Wskakuj – zachęcał.
Zawahała się. Sprzeciw... Bunt... Brak pokory... Upór... Kalgas
był potworem. Jednak nawet jemu nie udało się z niej tego wyplenić, choć udało
się skutecznie to stłamsić. Ale Kalgasa teraz tu nie było. Przed nią stał
Botta, który wprawdzie też był mężczyzną, ale nie był Kalgasem. Wyczuwała to
podświadomie i pewnie dlatego podświadomie zaczęła dopuszczać do głosu swą
prawdziwą naturę.
– Nie. Wolę na siodle...
Zamruczał coś niezrozumiałego pod nosem, potem potrząsnął
głową, nie wyrażając zgody.
– Za słaba jesteś. – Uciął krótko. – No, już... – Nie dając
czasu na dalszą dyskusję, podniósł ją i umieścił na noszach. – Najlepiej
postaraj się zasnąć – poradził, starannie okrywając dziewczynę miękkimi skórami.
Złość już mu przechodziła. Pogodne usposobienie nie dopuszczało jej na długo.
Nie należał do ludzi skłonnych chować urazę. Problemy ucinał zwykle w zarodku,
co nie znaczy że nie umiał być cierpliwy, gdy tego wymagała sytuacja.
– Ostatnio nic innego nie robię – burknęła Dioris.
– Jeśli chcesz, powiem Arutowi, da ci coś na sen.
– Nie chcę.
– Więc siedź cicho i nie narzekaj.
Pochylił się nad nią jakby miał zamiar opiekuńczo cmoknąć ją
w czoło. Błyskawicznie odwróciła twarz i uchyliła się przed nim.
– Ejże… to miał być tylko braterski pocałunek – mrugnął
łobuzersko. Jej zaciętość rozbawiła go tym razem.
– Oszczędź sobie zachodu, Auro. Nie jesteś moim bratem.
– I całe szczęście, kocico – mruknął. – Nie wiem, czy
wytrzymałbym z taką siostrą. – Pogładził opuszkami palców blady policzek.
– Zostaw mnie – syknęła, znów zaciskając dłonie w pięści.
Uniósł ramiona, prostując plecy.
– Jak sobie życzysz.
Nie uwolnił jej jednak od swojej obecności. Jechał tuż obok,
nie odstępując na krok.
Znów zapadła w drzemkę i przespała moment, kiedy las zaczął
się przerzedzać i wreszcie zostawili za sobą. Okolica się zmieniła . Podłoże
było bardziej skaliste, drzewa tworzyły jedynie niewielkie kępy tu i ówdzie. Zbliżali
się górskiego łańcucha. Teren był coraz silniej pofałdowany, a roślinność coraz
bardziej skąpa i jakby nieco skarlała. Miejscami zalegał śnieg, po zimie brudny
i zszarzały. Ale tam, gdzie słońce intensywnie prażyło za dnia spod śnieżnej
pokrywy wyzierała pożółkła, zeszłoroczna trawa i nagie skały. Posuwali się
teraz brzegiem bystrego potoczku spływającego z gór, zapewne w znacznym stopniu
zasilanego topniejącymi śniegami. Było zimno, ale też dało się wyczuć
nadchodzącą wiosnę. Powietrze nie było już tak ostre, jak zimą.
Na ostatni nocleg zatrzymali się u stóp gór. Dalej wyboista,
wąska ścieżka, którą jedynie wprawne oko zdolne było wyróżnić pośród skał, wiodła
na przełęcz.
A... taka melancholijna nutka na dziś :)

Świetne :-)
OdpowiedzUsuńNie mogłam sie doczekać tej części a teraz z następną będzie gorzej ��
Bardzo wciągająca opowieść :-))
Pozdrawiam :-)
AGucha :)
Dziękuję :) Mam nadzieję, że nie trzeba będzie czekać zbyt długo ;)
UsuńCudnie:)
OdpowiedzUsuńJak się czyta, ma się wrażenie, że stoi się tam gdzieś obok i obserwuje po cichutku występujące po sobie wydarzenia. Wciąż mało, mało, mało .....:) Czekam na dalsze losy bohaterów. Pozdrawiam M.:)
Wspaniałe opowiadanie! <3
OdpowiedzUsuńW przyszłym tygodniu kolejny kawałek ;) Skoro jednak czytacie, nie mogę Was zawieść :)
OdpowiedzUsuńJak możemy nie czytać? Cudownie piszesz! Anka
OdpowiedzUsuńNo wlasnie a gdzie reszta? :D
OdpowiedzUsuńBędzie, będzie, ale zasypywanie dołów trochę trwa. Mam tam ogromne luki i muszę uzupełniać. Zresztą nie tylko w tym staram się trochę podgonić. Inne też przydałoby się wreszcie pokończyć :)
OdpowiedzUsuńPrzyjemnie mi się czytało taką melancholijną wstawkę, aczkolwiek trochę brakuje mi takiego rozpisania jak w powieści, takiego wiesz... póki co choć tematyka mocno, to ciągle jest to lekkim opowiadankiem, które nie pozwala na bliższe zaznajomienie się z bohaterami. Brak mi też opisów ich reakcji które też nawiązywałyby do wyglądu, np że poruszył krzaczastymi brwiami, albo odgonił blond lok z czoła.
OdpowiedzUsuńHmm... nie zastanawiałm się dotąd nad tym, że brakuje takich szczególików. Napewno wezmę sobie do serca uwagę przy pisaniu kolejnych tekstów, dziekuję :). Być może po częsci wynika to z tego, że staram się ograniczać użycie przymiotników. Ale całkiem możliwe, że w ferworze walki przeginam w drugą stronę z tym ograniczaniem.
Usuń