WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

20.01.2016

15 godzin... cz.8

Witajcie :). Dzisiaj, kawałek, w którym zdradzę jaki to "plan" wymyśliła sobie Anna... Myślę, że czas najwyższy...


poprzedni fragment


     Była zmęczona, bardzo. Niestety nie mogła sobie pozwolić na odpoczynek. Musiała nie tylko wydostać yenniego z kostnicy, ale także przetransportować go jakoś i ukryć w bezpiecznym miejscu póki nie odzyska dość sił by mógł sam o siebie zadbać. Potrzebowała środków medycznych, opatrunkowych, żywności, prawdopodobnie też odzieży... Z każdą chwilą była coraz bardziej przerażona szaleństwem tego co zamierzała zrobić, co już zrobiła.
     Nie wróciła od razu na kwatery. Zeszła do piwnic szpitalnych, gdzie mieściły się magazyny. Pracownik w ekspedycji uśmiechnął się. Widywał ją ty nie raz, ona jego także. Personel nie był zbyt liczny i wszyscy się ty nawzajem znali.
     – Znów jakieś braki, pani doktor? – zagadnął przyjaźnie.      Nie raz zdarzało się, że dzienny przydział nie wystarczył ktoś przybiegał po uzupełnienie czy to leków, czy innych środków.
     Odpowiedziała zmęczonym uśmiechem. Bała się, że nie zdoła wydobyć głosu ze ściśniętego gardła.
     – Mam jutro robotę w terenie, potrzebuję w pełni wyposażonej apteczki.
     – Się robi, pani doktor. – Człowiek, szurając głośno, odsunął się od biurka razem ze stołkiem, poczym podniósł się ciężki i znikł pomiędzy regałami.
     Anna wsunęła dłoń w kieszeń i wilgotną od potu zacisnęła na chłodnej blaszce. Czuła też kropelki potu powoli spływające wzdłuż kręgosłupa. Nieprzyjemne uczucie...
     Wrócił magazynier i podał jej plecaczek oznaczony czerwonym krzyżykiem.
     – Powinno być wszystko, proszę sprawdzić.
     Kobieta pobieżnie przerzuciła zawartość plecaczka. Standardową znała na pamięć, ale potrzebowała jeszcze czegoś.
     – Proszę jeszcze dorzucić trzy iniektory z epinefryną.
     – Tego nie ma w wyposażeniu apteczki.
     – Tak wiem… - Głos nienaturalnie zachrypł. Odchrząknęła i opanowała się. – Wiem, ale czuję się pewniej, jeśli mam ją pod ręką. Nigdy nic nie wiadomo. Proszę zapisać, że wydano na żądanie.
     Mężczyzna  wzruszy ramionami i znów znikł wśród regałów. Po chwili położył na blacie trzy aplikatory. Anna zgarnęła je bez słowa, poczym burknęła niewyraźnie:
     – Dziękuję.

     Magazynier skinął tyko głową, wpatrzony w monitor, palce tańczyły po klawiaturze, wprowadzając dane. Wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Oparła się plecami o ścianę. Wzdrygnęła się, gdy drelich lekarskiego uniformu przylepił się do mokrych od potu pleców. Nogi miała jak z waty. Czas... Odetchnęła i wzięła się w garść. Nie ma czasu... Pobranie kilku racji żywnościowych w kolejnym magazynie przyszło już znacznie łatwiej. Odzieżą postanowiła zająć się później. W tej chwili najważniejsze było, dokąd ma przetransportować rannego. Jak to zrobić...? No, cóż, miała jedynie nadzieję, że uda się zrealizować to co zamierzyła. Ze swojej kwatery wymknęła się na palcach, niepostrzeżenie, korzystając z chwili, gdy baraki się wyludniły, w porze kolacji. Niczym duch zniknęła w mroku, nie zauważona przez nikogo i pomknęła ciemną ulicą w kierunku niezamieszkałego, zrujnowanego sektora. Pod pachą niosła kilka zwiniętych koców i śpiwór, które zabrała ze swojego pokoju.

     Czas płynął nieubłaganie piętnaście godzin, kurczyło się i przeciekało z bezwzględną konsekwencją, niczym ziarenka piasku odmierzane w klepsydrze...

***
     Dochodziła 23.30 gdy ponownie stanęła przed ponurym budynkiem. Pchnięte lekko drzwi, ustąpiły bez problemu. Nie zamykano ich, bo kto chciałby kraść zwłoki. Anna wślizgnęła  do środka. Na korytarzu było ciemno. Nie odważyła się zapalić światła. Musiało starczyć, to nikłe, rzucane przez uliczną latarnię prowizorycznie zamontowaną przed budynkiem. Ona jednak oświetlała głownie podjazd, a przez brudne, zakurzone szyby niewiele światła wnikało do wnętrza.  
     Sunąc przy ścianie, jak najdalej od okien dotarła do właściwego pokoju.
     Nawet przez zamknięte drzwi czuć było fetor rozkładających się tkanek. Zasłoniła twarz chustką zwilżoną odrobiną kamfory, dla zamaskowania obrzydliwego smrodu. Zamknęła za sobą drzwi. Tu było jeszcze ciemniej. Zdjęła z ramienia plecak, do którego wcześniej spakowała medykamenty i środki opatrunkowe. Wrzuciła tam także podręczną latarkę. Wymacała ją po ciemku, wcisnęła przycisk... Zapaliła się dopiero, kiedy solidnie nią potrząsnęła. Wąskim snopem mdłego światła omiotła ciała, szybko znajdując to właściwe. Tylko „jej” yenni nie miał ramienia. Ponownie zbadała jego funkcje życiowe. Serce nadal biło i yenni oddychał. Co więcej, teraz jego oddech był wyraźniejszy, jak gdyby z wolna w jego ciele powracały funkcje i odruchy. Nadal jednak był nieprzytomny i chcąc go stąd wydostać musiała postawić go na nogi. Nie było innej możliwości. Albo on wyjdzie stąd o własnych silach, albo jedyne co będzie mogła dla niego zrobić to wstrzyknąć mu śmiertelną dawkę silnej trucizny.
     Nie ruszała opatrunku na ramieniu, tym zajmie się później, kiedy już będą w miarę bezpieczni.
Z plecaka wydobyła trzy aplikatory z epinefryną.

     Nie była w stanie w pełni przewidzieć jego reakcji na podawane środki. Dawkę ustaliła w oparciu o ludzki organizm. Yenni byli potężniejszy od przeciętnego człowieka, a masa jego ciała była większa. Zaaplikowała od razu potrójną ilość środka. Ryzykowała, ale nie miała wyboru. Czas uciekał, jeśli się nie uda i tak czekałaby go śmierć.
     Nie oczekiwała tak szybkiej reakcji. Bo trwało dwie, może trzy minuty nim zwiększyło się ciśnienie krwi i pogłębił oddech. Ale nawet ten krótki czas  wlókł się niczym wieki, nim wreszcie otworzył oczy. W pierwszej chwili wystraszyła się, czy jednak nie przesadziła. Jeśliby uznał ją za zagrożenie, nie byłaby w stanie się obronić ani go unieszkodliwić. Szybko okazało się, że yenni odzyskał tylko część świadomości. Oddychał, poruszał się, lecz jego wzrok był mętny a on sam bezwolny i apatyczny niczym automat. Mechanicznie wykonywał polecania i choć nie było łatwo utrzymać go w pionie, w końcu Annie udało się wyprowadzić go na zewnątrz.
     Trzymali się blisko budynku, gdzie było najciemniej. Najszybciej, jak było to w tej sytuacji możliwe, Anna pragnęła ze swym brzemieniem zniknąć w bezpiecznym mroku. Zdecydowanie sprzyjała tej ucieczce późna pora.

     Obejmowała go ramieniem w pasie, jego górne prawe zarzucając sobie na barki. On odruchowo otoczył ją drugą prawą ręką w talii i przyciągnął mocno do siebie, bezwiednie opierając się o nią jak o filar. Mamrotał coś bezładnie pod nosem w ojczystym języku. Zresztą może i składnie, Anna i tak nie potrafiła tego określić. Z trudem utrzymywała się na nogach, bo sporo od niej wyższy i masywniejszy yenni, bezpardonowo przerzucił na nią niemal cały ciężar opornego ciała. Anna stwierdziła jednak, że środków dostał akuratną dawkę. Mniejsza prawdopodobnie nie postawiłaby go na nogi, większa mogłaby spowodować niepożądane reakcje, z nadpobudliwością włącznie.

     Powoli, noga za nogą posuwali się w stronę zrujnowanej fabryki, gdzie przygotowała kryjówkę. Było to dostatecznie daleko od szpitala i kwater, by zapewnić względne bezpieczeństwo i równocześnie dostatecznie blisko, by dostanie się tam nie zabierało jej zbyt wiele cennego czasu. Zdawała sobie sprawę, że minie przynajmniej kilka dni, nim odzyska dość sił, by mógł podjąć próbę przedostania do swoich. I w tym momencie nie zastawiała się ani dlaczego ani po co to robi. Działała pod wpływem irracjonalnego impulsu a yenni był dla niej po prostu bezimiennym życiem, które chciała ocalić.
     Kryjówka znajdowała się w kompletnie zrujnowanej dzielnicy przemysłowej. Kiedyś znajdowały się tu magazyny i zakłady produkcyjne. teraz żaden z budynków nie ostał się nie uszkodzony. Sprzęt, który komuś mógł się do czegoś przydać, dawno rozkradziono. Pozostał jedynie bezużyteczny złom i gruz, o które nikt nie dbał. Nie było tu czego szukać i od dawna nikt się tu nie szwendał.

     Znów przemykali w najgłębszym cieniu pod ścianami, choć tu i tak nie paliły się żadne światła. Ulice jednak były przejezdne. Odgruzowano je, bo tak było praktycznie. Transportery, ambulanse i inne pojazdy mogły be przeszkód przecinać dzielnicę zamiast omijać ją, nadkładając drogi przez miasto.
Dostrzegła smugi rzucane przez reflektory ciężarówki nim ta wyłoniła się zza zakrętu. Natychmiast pchnęła swojego pacjenta za załom muru i znaleźli w pomieszczeniu bez stropu, z którego pozostały tylko dwie ściany. Szczęśliwie dla nich jedna oddzielała ruderę od ulicy, którą właśnie zbliżała się ciężarówka.
     – Już niedaleko – mruknęła, sapiąc ciężko bardziej chyba by dodać otuchy sobie, niż jemu. Wątpiła czy ją rozumie. Odpowiedział jej niezrozumiały bełkot, w którym wydawało się, wychwyciła nutkę gniewu.
Podniosła na wzrok. Yenni stał oparty o ścianę i mierzył ją dziwnym, mętnym spojrzeniem. Otworzył usta, a twarz ściągnął mu grymas. Wyglądał jakby miał zamiar wrzasnąć, więc na wszelki wypadek szybko zasłoniła mu usta obiema dłońmi. Ugryzł ją. Zacisnął zęby na kciuku tak mocno, że przestraszyła się, że odgryzie jej palec. Choć to jego chciała uciszyć sama prawie krzyknęła z bólu. Zagryzła wargi i wtedy rozluźnił szczęki i tylko uśmiechnął się drapieżnie. Potem nagle chwycił ją za kark i przyciągnął jej głowę do swojej twarzy. Poczuła gorący oddech na policzku i szorstki dotyk spieczonych warg. Coś szeptał, oczywiście nie zrozumiała co. Odepchnął ją tak gwałtownie, że upadłaby, gdyby jednocześnie jego drugie ramię nadal nie obejmowało jej w talii. Zachowywał się kompletnie nieprzewidywalnie. Ciężarówka znikła tymczasem za kolejnym zakrętem.
     Jedyne lewe ramię zwisało bezwładnie nad kikutem pozostałym po drugim lewym. Anna miała nadzieję, że ten bezwład był jedynie odruchem obronnym, nie zaś konsekwencją nieodwracalnego uszkodzenia nerwów. Nie poruszał zdrową kończyną, nie używał, żeby nie urazić świeżej rany, która musiała sprawiać ogromny ból.
     Na ulicy znów było ciemno i cicho, i zaczął siąpić deszcz. Jeszcze tylko kilka kroków...

     Budynek, w którym urządziła kryjówkę był już blisko, po drugiej stronie ulicy. Na teren wchodziło się przez bramę z szeroko otwartymi, groteskowo pogiętymi skrzydłami. Trzeba było jeszcze tylko przejść przez magazyn, po którym została jedna ściana i kupa gruzów, minąć następny i będą na miejscu.
Posuwali się naprzód strasznie wolno. Miała wrażenie, że od chwili gdy ukryli się przed ciężarówką yenni nie jest już tak chętny do współpracy jak na początku. Być może w końcu lek zaczął w pełni działać i powoli zaczęła budzić się w nim do życia świadomość, podpowiadając mu, że jest na terytorium wroga i powinien się bronić a nie dawać wlec jak cielę. Być może na rzeź.

     Coraz trudniej było go prowadzić a fakt, że po przejściu przez bramę musieli teraz przeprawić się przez rumowisko wcale nie ułatwiał sprawy. Kobiecie ciążył jej wielki, czteroraki, w tym przypadku trój ręki, mężczyzna, ciążyła torba z lekami. Oczywiście nie miała zamiaru się poddać. Byli prawie u celu.
     Hala, o dziwo, miała ściany i dziurawy, wielu miejscach przeciekający, dach. I było w niej kompletnie ciemno. Anna jedną ręką usiłowała wydobyć latarkę z torby. Nie mogła sobie poradzić z zamkiem. Potrzebowała drugiej ręki i musiała chwiejącego się na nogach yenniego znów na chwile pozbawić oparcia w swojej osobie. Lekko pchnęła go na ścianę, nakłaniając by się o nią oparł. Nakłaniając, bo zmusić go do niczego nie dałaby rady. Próbowała wyplątać sie całkiem z oplatających ją rak, ale zacisnął palce na tali kobiety i szepnął ochryple ostrzegawczym tonem:
     – Nie!
     W pierwszej chwili zaskoczyła ją znajomość języka. Potem uświadomiła sobie, że skoro byli dywersantami to owa znajomość była podstawą. Z kolei poczuła ulgę, że będzie mogła się z nim swobodnie porozumieć. A wreszcie przyszła obawa a z nią refleksja: kto tu kogo prowadzi? Dokąd? I w jakim celu?
     Wydobyła wreszcie latarkę, ale ta nie chciała się zaświecić. Ze złością uderzyła nią kilka razy o dłoń. Yenni przyglądał się z uwagą tym poczynaniom, wreszcie odebrał jej przedmiot, rozkręcił i mrucząc pod nosem zajrzał do środka. Nie dostrzegła co zrobił, ale gdy poskładał sprzęt do kupy latarka zaświeciła się bez problemu.
     Yenni popatrzył na Annę z politowaniem. Wyciągnęła rękę, by odebrać rzecz, ale pokręcił przecząco głową. Nie było sensu się z nim spierać. Objęła go i pociągnęła w stronę kantorka, w którym ułożyła posłanie z kartonów i koców przyniesionych wcześniej. To miejsce było osłonięte i w pewnym sensie dyskretne. Gdyby nawet ktoś zabłądził w tę okolicę i znalazł się resztkach hali z pewnością nie od razu zauważyłby ukrytego tam rannego. To zaś dawało szansę, że nie zauważyłby go tam w ogóle. Taka iluzja bezpieczeństwa w gnieździe wroga...

     Z niemałą ulgą zrzuciła wreszcie z siebie jego ciężar i pomogła ułożyć się na posłaniu. Czas uciekał. Musiała się pośpieszyć i zdążyć wrócić przed świtem, by złapać choć dwie trzy godziny snu nim obejmie swój dyżur. Musiała też wpierw opatrzyć porządnie yenniego i poinstruować, by się pod żadnym pozorem stąd nie ruszał, póki ona nie wróci. Dopiero teraz zaczynało docierać do niej na co się porwała. Działa impulsywnie, bez zastanowienia i bez solidnego planu. Uratować żywą istotę, to był priorytet. To jednak wcale nie było takie proste. Czysty przypadek sprawił, że będą mogli się porozumieć i być może yenni pozwoli sobie pomóc zamiast rozerwać ją na strzępy.

     Jak to wyglądało z jego punktu widzenia? Jeszcze nie do końca był świadomy co się dzieje. Pamięć dopiero powracała, przywołując strzępy obrazów sprzed chwili, gdy utracił przytomność. Budziło się też czucie w członkach. Był mocno osłabiony. Tępy ból ogarniał całe ciało koncentrując się w lewym dolnym ramieniu. Kobieta, która go tu przyprowadziła przykucnęła obok. Zawiesiła latarkę na metalowym szkielecie krzesła i ustawiła strumień światła tak, by oświetlić sobie pole działania. Jej twarz zasłaniały teraz włosy. Jasne. Wysypała zawartość torby na podłogę obok posłania i szukała czegoś.
     Walcząc z bólem i słabością podniósł się odrobinę, wspierając na łokciu, zlustrował własną osobę i uświadomił przyczynę bólu i osłabienia zarazem. W miejscu gdzie powinno być ramię pozostał jedynie kikut zabezpieczony opaską i prowizorycznym opatrunkiem. I to z tego miejsca tępy, pulsujący ból promieniował na całe ciało. Opadł bezsilnie na plecy, przymknął powieki i zaklął cicho.
     Kobieta odgarnęła włosy z twarzy i spojrzała na niego spod ściągniętych brwi.
     – Jak się czujesz? – zapytała. – Słyszysz mnie? Rozumiesz? – Znał język powinien rozumieć, ale chciała wiedzieć na pewno, czy w pełni odzyskał przytomność i czy ma świadomość swojego położenia.
     – Gdzie jesteśmy? – wychrypiał.
     – Ukryłam cię w starej fabryce. Ale tu nigdzie nie jest w pełni bezpiecznie. Musisz jak najszybciej stanąć na nogi.

     Czy ona nie zdaje sobie sprawy, z tego na co się naraża? Pomaga wrogowi. Ukrywa go. Jeśli go tu znajdą... Mniejsza o to. Nie ma znaczenia co stanie się z nim. I tak był martwy, gdy dopadł ich tamten patrol. Ale jej grozi przecież sąd wojenny. Nie jest tego świadoma? Otworzył oczy, spojrzał na nią i...
     Naprawdę otworzył oczy? Dlaczego więc wciąż śni? To spojrzenie... Błękitne, przenikliwe. Przecież to niemożliwe, to musi być sen, albo więcej niż sen. Może wcale nie przeżył, a to co widzi to jedynie jakaś projekcja wspomnień po tej drugiej stronie? Ale śmierć nie boli. Sny nie bolą. Nawet te najbardziej szalone, nie bolą. Więc jednak nie sen? Nie śmierć? W takim razie co? W ustach czuł szorstką, drażniącą suchość i posmak krwi. Zaczerpnął nieco więcej powietrza w obolałe płuca.
     – Dlaczego to robisz? Dlaczego mi pomagasz?
     Nie otrzymał tym razem odpowiedzi. Anna ponownie skupiła uwagę na pracy. Wśród rozsypanych ampułek znalazła wreszcie tę ze środkiem przeciwbólowym. Musiała go podać miejscowo. Podobno yenni byli dość odporni na ból, ale wolała nie testować wytrzymałości osobnika, z którym tu miała do czynienia. Widziała jak zaciska szczęki, gdy ostrożnie odwijała przyschnięty do rany bandaż. Słyszała jak świszczy wciągane przez nozdrza powietrze.
     Rana wyglądała paskudnie. Nie oczyściłaby jej i nie zszyła bez solidnego znieczulenia. Na wszelki wypadek podała podwójną zalecaną dawkę. Właściwie pacjent powinien być pod narkozą. Anna nadzieję pokładała także silnym działaniu leku nie tylko przeciwbólowym, ale ogólnie otępiającym i wywołującym senność. Poważnie naruszona była kość, ale w tych warunkach wolała nic z nią nie robić poza osłonięciem jej skórą. Poprzestała jedynie na usunięciu martwych tkanek i zamknęła ranę. Założyła kilka szwów przytrzymujących jej brzegi tak, by kość nie była na wierzchu.
     Znieczulenie działało chyba jak należy, bo yenni leżał teraz spokojnie i bez protestu pozwalał się opatrywać. Obserwował spod przymrużonych powiek, jak kobieta oczyszcza i zakłada szwy także na kilka lżejszych skaleczeń.
     Znalazła fiolkę z antybiotykiem, wbiła igłę jednorazowej strzykawki w gumowy korek i napełniła zbiorniczek. Przetarła wacikiem skórę na jednej dłoni Odda i już miała wkłuć się w żyłę gdy yenni, z siłą imadła, zacisnął palce na nadgarstku lekarki. Odruchowo syknęła z bólu. On ranny i osłabiony, w dalszym ciągu bez trudu mógłby zmiażdżyć jej ramię, czy skręcić kark, nawet jedną ręką. Tymczasem wciąż miał do dyspozycji trzy. Nie chcąc prowokować żadnej agresji, zamarła w bezruchu.

     Umysł miał jak otulony watą. Myśli były świadome, ale rwały się i przeskakiwały z tematu na temat. Przeżył? Owszem, żyje. Wykonali zadanie. Kim jest ta kobieta? Zdawał sobie sprawę, że gdyby chciała jego śmierci, dawno byłby martwy. Jego towarzysze są martwi. Widział jak giną. Niebezpieczeństwo! Jest na terytorium wroga! Ta kobieta... Był zdany na jej pomoc i dobrą wolę, bez względu jak bardzo by ich nie chciał. Jest w niej coś znajomego, ale nie rozumiał co. Nie potrafił tego określić. Pomaga... Tak, pomaga. Nie umarł, choć powinien. Przecież był już martwy... Dlaczego ona tu jest? Ludzka samica...
     Uspokoił gniew i po chwili rozluźnił uchwyt odrobinę uchwyt. Nie puścił jednak nadgarstka kobiety. Chciał wiedzieć, co nią powoduje.

     – Dlaczego mi pomagasz? – Ponownie wycedził przez zaciśnięte zęby.
     – To antybiotyk – powiedziała tylko. Jak miała mu udzielić odpowiedzi, której sama nie znała? Zadziałała przecież instynktownie. A jeśli nawet nie, jeśli u podstaw tej decyzji legło tamto zdarzenie sprzed kilku miesięcy... Tylko jednej osobie powiedziała prawdę o tym, co zdarzyło wtedy w piwnicy.
     – Puść mnie. Nie mogę pracować kiedy mnie trzymasz. Nie próbuję cię...
     – Dobrze to wiem – warknął. – Ale dlaczego mi pomagasz? – Nie ustępował. – Jestem wrogiem.
     – Nie widzę w tobie wroga, lecz rannego.
     – Nie chrzań! Narażasz się. Nie zdajesz sobie z tego sprawy?
     Podniosła na niego wzrok. Te oczy... Tak bardzo błękitne, nawet w przekłamującym barwy świetle latarki.
     – Podaj mi choć jeden powód, żebym nie musiał mieć cię za wariatkę, albo za zdrajczynię.
     – Nie jestem zdrajczynią.
     – Więc dlaczego?

     Zacisnęła usta. Miał rację, jest szalona. A jeśli zostanie złapana, skończy pod ścianą. Nie chciała się zwierzać, ale on nie miał wyboru, musiał jej zaufać bezgranicznie. Czy zatem ona także nie powinna okazać mu odrobiny zaufania? Oboje jadą na tym samym wozie. W razie wpadki zginą. Westchnęła ciężko.
     – W ten sposób spłacam dług.
     – Chyba nie rozumiem... Wyjaśnij. – Zmrużył lekko skośne oczy.
     – Najpierw zastrzyk.
     – Liczysz, że mnie uśpisz?
     – To antybiotyk, już mówiłam.
     – Mniejsza o to. Zrób ten zastrzyk i odpowiedz w końcu na pytanie. – Puścił wreszcie jej rękę i pozwolił wstrzyknąć sobie środek.

     Pozbierała puste fiolki, stare opatrunki i inne śmieci do plastikowego worka i wcisnęła wszystko do plecaka. Po drodze wrzuci to do pojemnika przy szpitalnej spalarni. Wyciągnęła trzy pakiety żywnościowe, trzy butelki z wodą mineralną i mały składany scyzoryk. Położyła rzeczy na kawałku kartonu jak na tacy. Odkręciła jedną butelkę i podła pacjentowi.
     – Woda. Podłączę ci jeszcze kroplówkę, bo potrzebujesz płynów. Jedzenia też. – Wskazała na paczki. – To pakiety żywnościowe. Teraz nie mam więcej, ale jutro coś skombinuję.
     Podsunęła mu pod głowę koc. Potem sprawnie wkłuła wenflon.
     – Mam tylko tyle. Musi ci wystarczyć. Postaram się przynieść jutro jeszcze jakieś. Zostawię ci latarkę... Nie wstawaj, póki kroplówka się nie skończy. Nie wychodź stąd póki nie wrócę.
     – Nie zbywaj mnie. – Jego palce znów zacisnęły się na jej ręce niczym stalowe kajdanki. Ona nie musiała wiedzieć, że mobilizował rezerwy, na krótko zregenerowane leczniczymi preparatami.
     – Nie zbywam. Daj mi chwilę, proszę. Tylko skończę z kroplówką.

     Za chwilę to stracę przytomność, pomyślał ze złością. Z trudem utrzymywał otwarte powieki, czekając aż upora się z umocowaniem worka zawierającego dekstran. Podłączyła kroplówkę do wenflonu i ustawiła kroplomierz.
     Jego oczy przypominały szparki a mowa zabrzmiała bełkotliwie, gdy znów się odezwał:
     – Wciąż nie wyjaśniłaś.
     Pochyliła się nad nim. Pogładziła szorstki policzek.
     – Pomagam ci, bo ktoś kiedyś nie pociągnął za spust i pozwolił mi żyć. To mój dług i teraz go spłacam.
     – Jak to? – wymamrotał jeszcze. Jej słowa docierały do niego jak przez mgłę. Rysy twarzy zaczęły się rozmazywać i rozpływać.
     – To był yenni, taki jak ty... Był w masce... W piwnicy...

    Błękitne oczy wpatrzone w niego intensywnie, jak w tamtym śnie... Jej oczy...

***

następny fragment

Na razie tyle musi staczyć, bowiem ciągu dalszego jeszcze... nie ma. Zanaczy jest, częśc na świstkach, częśc w głowie. Pisze się po prostu, po dobnie jak druga częśźć Dioris. A pomiędzy nimi ogarniam "Dzieci Żywiołów", które mam nadzieję pchnąć w świat w tym roku :).


I oczywiście polecam mój "SŁONY WIATR" wszystkim, którzy zdążyli poczuć jego powiew i chcieliby raz jeszcze, oraz wszystkim, którzy chcieliby się z nim zapoznać.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.