Wracam do kontynuacji Yave.
Dzisiaj krótki flesz z północy... Ostatecznie zrezygnowałam z obszernego rozwijania tego wątku i tylko tak pobieżnie rzucimy okiem, jak tam się ludziom wiedzie. Co za tym idzie, dzisiejszy wpis będzie stosunkowo krótki. Ale grunt to wreszcie ruszyć z miejsca, potem już powinno polecieć z górki ;)
poprzedni fragment
Ku utrapieniu wszystkich ochraniających północną granicę oddziałów, tego roku mrozy ścięły ziemię wcześniej niż zwykle. Zima zawsze była tu najgorszym okresem do przetrwania i to bynajmniej nie z powodu chłodów i śnieżyc.
Wiosną, latem i jesienią północ chroniły bagna ciągnące się
wiele mil wzdłuż granicy. Mrozy ścinały moczary, tym samym otwierając kraj i
narażając na niebezpieczeństwo ze strony dzikich północnych plemion.
Trzęsawiska stanowiły naturalną przeszkodę, której nie próbowali forsować w
cieplejszych porach roku, za to zimą...
Jeszcze nim spadł pierwszy śnieg w hrabstwie, za
bezpieczeństwo którego odpowiadał Melta, agresywne bandy zrównały z ziemią,
najdalej wysuniętą na północ osadę drwali. Jak zawsze, przy życiu nie zostawili
nikogo. Rabowali jedynie przedmioty: broń, narzędzia, żywność. Ludzie byli dla
Urtów zbędnym balastem. Żywego inwentarza brali tylko tyle żeby nie cierpieć
głodu w drodze powrotnej, resztę wyrzynali, podobnie jak ludzi. Cechowało
napastników brutalne i bezwzględne okrucieństwo. Do niewoli nie brali nikogo
ani młodych, ani starych, ani kobiet, ani mężczyzn. Zupełnie jakby ich celem
była eksterminacja wszystkich poza własną nacją. Nie używali koni.
Paradoksalnie dawało im to przewagę w trudnym terenie.
– Pochowajcie ich – polecił, wskazując wzrokiem na długi
rząd trupów, które zebrali spośród zgliszcz niewielkiej wioski.
Z chałup nie pozostało nic prócz kilku kup zwęglonego
drewna. Kiedy Melta i jego ludzie dotarli tu z rutynowym patrolem, już nawet
nie dymiły.
Podoficer pociągnął nosem i obtarł go rękawem.
– Ziemia zmarznięta... – zauważył z niechęcią, ale dowódca
nie ustąpił.
– Mróz trzyma dopiero od tygodnia. Nie zmarzła jeszcze na
tyle, żebyście nie dali rady wykopać grobu. Do roboty – dorzucił twardo.
Żołnierz westchnął i krzyknął do pozostałych, żeby brali się
do łopat. Nikt nie śmiał sarkać, ponieważ Melta, nie czekając aż inni zabiorą
się do pracy, sam zaczął z pasją dziobać ziemię podręcznym narzędziem.
Kiedy zasypywali bezimienną, zbiorową mogiłę, nie czuli już
mrozu. Zgrzani, spoceni, w pośpiechu przyrzucali ułożone równo ciała
pomordowanych kolejnymi warstwami ziemi. Uformowali kopczyk, który z wiosną
pokryje się zieloną trawą, ostatecznie zamykając historię nieszczęsnej osady.
Melta oczyścił łopatkę z grudek gleby.
– Na koń – rzucił komendę. – Wracamy.
Opuszczali miejsce w ponurym milczeniu.
Ludzie po wsiach znali wytyczne – gdy tylko mrozy zetną
bagna, natychmiast przenieść się z dobytkiem w okolice fortu...
Tego roku mrozy zaskoczyły wszystkich. Nie zdążyli.
Melta zacisnąwszy mocno usta, postanowił osobiście
dopilnować, by mieszkańcy pozostałych dwu osad, jak najszybciej przenieśli się
w bezpieczniejsze miejsce.
Nie stać ich było na straty. Tej jesieni przybyły z nimi
trzy rodziny. W nieszczęsnej osadzie zginęły cztery. Bilans znów był ujemny.
Na szczęście zamek był już niemal gotów. Murarze i cieśle
musieli przerwać pracę ze względu na zimno, ale było już wiadome, że dokończą
budowę wiosną. Jeszcze nim wojsko odejdzie latem do Dioridy, by uzupełnić
straty i przywieźć kolejnych osadników. Być może już w przyszłym roku nastanie tu graf, który z
królewskiego nadania obejmie rządy nad niewielką prowincją i będzie odpowiadał
za jej bezpieczeństwo.
Z czasem wokół zamku powstanie miasto, a prowizoryczne
domostwa zimującej w pobliżu fortu i budowy ludności, przekształcą się w
podgrodzie. Dookoła ziemia ulegnie pługom. Kraj stanie się spokojny i
bezpieczny.
Jednak wiele lat musi jeszcze upłynąć nim ta piękna wizja
się spełni i żołnierze strzegący dziś pogranicza doskonale o tym wiedzieli.
Momentami dziwili się, że w ogóle znajdują się chętni do osadnictwa i wielu
powątpiewało, czy ci którzy decydują się tu zamieszkać, mają świadomość
niebezpieczeństwa na jakie narażają siebie i swoje rodziny.
następny fragment
Kolejny fragment tej opowieści jest już gotowy i jego publikacja ustawiona na jutrzejsze południe. Czas bowiem wrócić do rutyny.
Pierwotnie planowałam w tym kawałku jakąś poważniejszą rozróbę i solidne skopanie tyłka Melcie, ostatecznie koleżanka wstawiła się za niecnotą, podsyłając mi to:
Słodziak tak mnie zmiękczył, że ostatecznie Melta zachował oboje oczu i wszystkie kończyny :D


Masz miękkie serduszko, ja bym mu przynajmniej łomot spuściła.
OdpowiedzUsuńA widzisz, a niektórzy uważają, że jestem okrutna względem swoich bohaterów ;)
OdpowiedzUsuńJak możesz czołowemu herosowi i amantowi powieści oczy wydłubać?? :D Chwała koleżance za interwencję! Kajjka wraca do swojej nuuuudnej rutyny, czyli krwi i flaków spływających po ścianach :D
OdpowiedzUsuńKróciutko, ale wybaczam, bo juto znowu dostaniemy porcyjkę.
Kajjko jak Ty świetnie oddajesz klimat i jak świetnie prowadzisz nas przez te zimne, ponure i groźne pustkowia. Dobrze jest wrócić znowu do Twojego świata :)
Jutro będzie więcej... Ale chciałam tylko jedno oko mu wydłubać, prawa pięść i język nie były zagrożone ;)
UsuńTak się cieszę, że dopisałaś kolejny fragment do "Yave"!!! Nie mogę się doczekać momentu w którym Melta dowie się o dziecku. O ile się dowie... ;)
OdpowiedzUsuńPlanuję dobrnąć z tą historią do końca, przed końcem roku... Czyli jest szansa, że Wy się dowiecie, czy on się dowiedział, jeszcze w 2014 ;)
UsuńZdaje mi się ze druga wersja powiesci pisze się w komentarzach Cale szczeście ze nie bedziesz wciskać Yave wybrakowanego towaru och co ja mówie przecież ona ma jeszcze dobrego meża Na pólnocy Melcie cieżko wato by bylo czyms osłodzić mu zycie dzieki do jutra blanka
OdpowiedzUsuńBlanko, zdarza się, że wersja pisana w komentarzach jest o wiele zabawniejsza, od oryginału :)
UsuńMelta schnie od zakochania... Sam jest sobie winien. Jeszcze trochę tej historyjki mamy przed sobą, zobaczymy więc, jak się wszystko poukłada :)