WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

27.12.2013

Żagle



     Wypłynęli na morze. Pogoda była piękna i nic nie zapowiadało nieszczęścia. Niebo bezchmurne, wiatr idealny do przybrzeżnej wakacyjnej żeglugi. To miały być wakacje marzeń.
     Było ich czworo na pokładzie niewielkiego jachtu. Dwoje świetnie radziło sobie z żaglami. Pozostali pomagali doświadczonym żeglarzom, stosując się ściśle do ich poleceń.

     Sztorm zerwał się nagle. Uderzył nie wiadomo skąd, uchwycił w szpony i porwał niewielką jednostkę jak drapieżny ptak.

            


        Pierwsze uderzenie zmyło z pokładu Adama. Znikł, w ogromnych jak góry falach. Nie zobaczyli go więcej. Próbowali walczyć, ale byli niczym marne plewy wobec rozszalałego żywiołu, zdani na jego łaskę.
Dno sponiewieranego, przez tropikalną burzę, jachtu rozprysło się o przybrzeżne skały niczym szklana bańka. Mogli próbować ratować jedynie własne życie.
     Lisa ocknęła się z twarzą wciśniętą w ziemię.

     Promienie wschodzącego słońca lizały skórę. Powieki były sklejone, ciężkie jak ołów. Bolały ją głowa i gardło. Język wysechł, w ustach miała piasek. Muszę wstać, pomyślała. Poobijana i obolała spróbowała podnieść się na łokciach. Brakowało jej sił. Była jak sflaczała piłka, z której uszło powietrze. No, wstawaj Liso! Musisz wstać! Nie możesz tu tak leżeć...!
   
     Sycząc z bólu podniosła się na czworaki. Fale łagodnie obmywały brzeg i niemal sięgały stóp.
Morze było teraz spokojne, błękitne, a niebo pogodne. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka godzin temu było piekłem. Rozejrzała się. Plaża w koło była pusta. Żadnych żywych istot, tylko pas białego piasku odgradzającego błękit oceanu od reszty lądu i... Lisa.

     Rozbiliśmy się – pomyślała, ciągle jeszcze oszołomiona i nie do końca świadoma swojej sytuacji – jestem rozbitkiem, ale żyję... A reszta? Co z Erykiem, Idą, z Adamem?
     Niemożliwe by ocalała tylko ona sama, tylko Lisa. A jednak otaczająca pustka zdawała się potwierdzać przerażającą prawdę. Była sama i zdana na siebie. Gdy uświadomiła sobie ten fakt przerażenie odebrało na chwilę oddech. Zaraz jednak stłamsiła w duchu panikę. Teraz nie czas na nią.

     Przyszło jej do głowy, że jeśli wyrzucił ją tu przypływ, to kolejny może z powrotem zabrać. Powinna się stąd oddalić. Tkwić na brzegu morza, w strefie gdzie różnica pływów sięga półtora, dwóch metrów, nie byłoby rozsądne. Musi się stąd wynieść i to jak najszybciej. Nie miała zegarka, nie wiedziała która jest godzina i ani ile czasu upłynęło od ostatniego przypływu.
     Spróbowała wstać a wtedy ból szarpnął nogą dziewczyny. Usiadła na powrót na piasku. Nogawka spodni była rozdarta od kolana w dół. Na łydce było paskudne, dość głębokie skaleczenie i to ono promieniowało tępym bólem. Lisa musiała zahaczyć o jakąś podwodną skałę na płyciźnie. Skrzywiła się. Rana była brudna, zanieczyszczona piaskiem i licho wie, czym jeszcze. Należało ją oczyścić i to jak najszybciej.
     Obmacała żebra. Chyba nie są połamane, chociaż oddech sprawiał ból.
     Na czworakach niepewnie odpełzła, jak najdalej od brzegu, w cień palm chylących korony nad plażą.
Uznała w końcu, że znalazła się powyżej linii przypływu i usiadła, opierając plecy o chropowaty pień drzewa, by trochę odpocząć. Krótka wędrówka przyprawiła o zadyszkę niczym maraton. Nocna walka z żywiołem o życie wyczerpała Lisę, wyzuła z sił, a co gorsza odwodniła. Pragnienie dokuczało jej coraz bardziej.
     Muszę znaleźć wodę. Znajdę ją albo zginę z pragnienia, innej alternatywy nie ma.

     Powiodła wkoło wzrokiem. Przed nią rozciągała się  piaszczysta, biała plaża. Podobnie po lewej i po prawej stronie. Za plecami zaś miała zieloną dżunglę.
     Zieloną! Więc tam musi być woda! Obawiała się jednak zagłębiać w las. W dzikim gąszczu mogły kryć się drapieżniki. Lisa była sama i nie miała żadnej broni.
     Stwierdziła, że bezpieczniej będzie pójść skrajem dżungli. Może w ten sposób trafi na jakiś strumień wpadający do morza? Albo uda się znaleźć na drzewach epifity, gromadzące wilgoć w zagłębieniach liści? Choć pochodząca z takiego źródła woda pozostawiała wiele do życzenia, zwykle pełna gnijących szczątków roślin i owadów. Ale ma przecież na sobie koszulę i T-shirt, to może uda się to jakoś przefiltrować.
     Pośpiesznie oczyściła skaleczenie na nodze, jak się dało, na sucho. Bolało jak wszyscy diabli. Powinno się to zszyć –pomyślała. Ba, łatwo powiedzieć.

     Przeszukała kieszenie. Znalazła pudełko zapałek. Mokrych. Ognia też nie będzie. Przynajmniej na razie – pomyślała ponuro.

     Wędrówka w cieniu, skrajem lasu, wcale nie była łatwiejsza niż czołganie się w pełnym słońcu po plaży, ale opłaciła się. Po godzinie męki znalazła strugę wpadającą do morza. Uradowana ugasiła pragnienie.
Zimny, krystaliczny płyn, mimo iż zanieczyszczony trochę wodą morską, miał smak olimpijskiego nektaru.
     Niestety on sam nie wystarczał, by przeżyć.
     I cóż jest wart człowiek w lesie, bez MacDonalda i supermarketu w okolicy? – Przebiegła ironiczna myśl. – A przecież jestem pewna, że w tej dżungli jest mnóstwo żarcia, tyle że ja nie mam pojęcia, jak je znaleźć.

     W brzuchu buczało i żołądek boleśnie skręcał się z głodu. Jeszcze chwila, a zacznę żreć robaki. Podniosła nieduży kamień. Coś się tam wiło i umykało przed światłem. Z trudem powstrzymując odruch wymiotny cisnęła kamień z powrotem. Nie no, to chyba ponad moje siły...

     Przyszło jej do głowy, że lepiej nie siedzieć nad brzegiem strumienia. Przypływ z pewnością wepchnie wody oceanu w głąb lądu i podniesie poziom w korycie i nie miała pojęcia jak wysoko. Rozsądnie będzie zatem zawczasu się stąd oddalić. Ale najpierw „przyzwoity” opatrunek...

     Ignorując rwący ból, ponownie zabrała się za oczyszczanie rany na łydce, tym razem używając czystej wody. Oderwała fruwającą nad kolanem nogawkę. Wypłukała starannie materiał, podarła go na paski i założyła prowizoryczny opatrunek.
Czy to ważne jaka będzie przyczyna mojej śmierci? Nawet jeśli nie skonam z głodu, to wykończy mnie zakażenie i gorączka – pomyślała ponuro. Robali jeść nie będę, w takim razie chyba głód ma przewagę. Chwilę zastanawiała się, co począć dalej. Miała do wyboru przeprawić się na druga stronę strumienia i pójść dalej plażą, albo wrócić skąd przyszła.

     Słońce stało wysoko. Z pewnością zostało jeszcze sporo czasu do zachodu. Niestety nie potrafiła określić godziny według pozycji słońca. Wprawny żeglarz pewnie nie miałby z tym problemu, ale Lisa była tylko niefortunną turystką.
     Postanowiła jednak zaryzykować i zagłębić się nieco w las, idąc w górę strumyka. Może znajdzie coś jadalnego? Owoce, albo stworzenie, które da się jakimś cudem złapać i pożreć na surowo? Na samą myśl o tym zrobiło się jej niedobrze.
     Jutro pójdzie dalej plażą i może... może po prostu dojdzie brzegiem do rybackiej wioski, ludzkiej osady i w ten sposób ocali swój marny żywot? Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zachowała oba buty, więc piesza wędrówka jest możliwa. Pod warunkiem, że wpierw znajdzie coś do jedzenia.

     Brzegiem potoku nie udało się jednak ujść zbyt daleko. Drzewa wyrastały i zstępowały korzeniami do samego koryta. Żeby nadal posuwać się w górę jego biegu, trzeba by oddalić się od niego, a tego nie chciała robić. Wróciła zatem na plażę. Odpocznie trochę i w tym czasem wysuszy zapałki. Dzień jeszcze długi, ale w końcu zapadnie noc. Wolałaby mieć wtedy choć malutki ogień, przy którym można się będzie ogrzać i który odstraszy ewentualne drapieżniki.
     Uporządkowała włosy, wytrząsając z nich piasek. Przydałby się szampon, albo chociaż odrobina najzwyklejszego mydła. Cóż, na razie musi starczyć woda. I do higieny, i do życia.

     Zapałki schły, a Lisa postanowiła zebrać drewno na opał. Trzeba zgromadzić trochę zapasu, żeby starczyło go na całą noc do podtrzymania ognia.
     Kiedyś czytała, że prymitywne ludy pieką owady, na przykład szarańczę, zawinięte w liście. Być może też spróbuje tej metody. Wielkiego wyboru nie ma, o ile znajdzie się coś, co da się zawinąć w liść i upiec.

     W pudełku było ponad czterdzieści zapałek. Zakładając, że przynajmniej połowa będzie nadawała się do użycia po wysuszeniu, przez kolejne wieczory także może liczyć na ogień. W tym czasie powinna dotrzeć do jakiejś wsi, albo osady. Spojrzała na morze, spokojne, okrutne morze.

     Ida, Erik, Adam... nikogo prócz Lisy nie było na brzegu. Erik był pod pokładem. Wypompowywał wodę. Nie wyszedł na zewnątrz, kiedy jacht uderzył o skały. Tratwę ratunkową dawno porwały fale. Ida i Lisa miały wprawdzie kapoki, ale żywioł śmiał się z tego. Rzucał nimi jak piłeczkami. Przez chwilę Lisa widziała, rozpaczliwe walczącą o oddech, Idę. Wkrótce i ona znikła jej z oczu. Fale, to ciskały Lisą o dno, to wynosiły na powierzchnię. Zaczepiła o coś paskiem kapoka. Niemal straciła przytomność nim uwolniła się z uprzęży. Kolejna fala porwała ją w górę, pozwalając zaczerpnąć powietrza. Walczyła, czując, że dno się podnosi, że brzeg musi być blisko. A potem nie było już nic...

     Dlaczego tylko ona? Dlaczego Ida, Erik i Adam nie mieli tej odrobiny
szczęścia? Razem jakoś daliby sobie radę. Sama niewielkie ma szanse. Po policzkach wolno spłynęły łzy. Otarła je wierzchem dłoni. Weź się w garść, Liso. Na refleksje i żałobę będziesz miała czas, jak dotrzesz do ludzkich siedzib. Wtedy będziesz mogła wyć do bólu. Na razie masz dosyć bólu, bez wycia.

     Pomacała zranioną łydkę i syknęła. Ostrożnie odwinęła swoje prowizoryczne bandaże. Rana nie wyglądała najlepiej. Brzegi były lekko zaognione i naciśnięte rwały bólem. Wróciła  nad strumyk żeby wyprać opatrunek. Szorowała twardy materiał tak gorliwie, że poocierała kostki palców. Postanowiła nie zakrywać skaleczenia na noc. Niech ma dostęp powietrza. „Bandaże” do rana wyschną, a wtedy założy suchy opatrunek. Tak chyba będzie lepiej.
     Skupiła się na zgromadzeniu opału. Nim zaczęło zmierzchać, uzbierała całkiem zgrabny stosik. Za to w głowie kręciło się i dokuczał tępy ból. To pewnie z głodu. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, starannie pozbierała wysuszone zapałki, modląc się, by jak najwięcej z nich nadawało się do użytku. W zasadzie powinny być dobre, tak zwane „sztormówki” powinny zapalać się nawet wilgotne. Drżącymi rękami potarła pierwszą o draskę. Zapłonęła jasnym, żywym płomieniem. Przygotowana zawczasu kupka suchego listowia i drobnych gałązek zapaliła się. Ogniki rozpełzły się z cichym sykiem po podpałce. Lisa omal nie zaczęła wrzeszczeć z radości. Ostrożnie dokładała kolejne kawałki drewna, żeby nie zdusić wątłych płomyków. Dopiero teraz przyszło jej do głowy, że rozpalenie ognia w tym akurat miejscu nie było wcale najlepszym pomysłem.
     Znajdowała się na skraju plaży i lasu, na otwartym terenie. Owszem, ogień dawał ciepło i światło, ale żeby tak było przez całą noc, trzeba pilnować żeby nie zgasł. To zaś oznaczało, że spania nie będzie. Co najwyżej króciutkie drzemki. Marny wypoczynek, a jutro trzeba znów iść. Iść, jak najdalej i jak najszybciej. Trudno, ale kolejnej nocy będzie musiała znaleźć inny sposób na jej  bezpieczne przetrwanie.

     Ogień udało się utrzymać do rana. Mimo to była zziębnięta, zesztywniała, a brak snu połączony z pustką w żołądku zaowocował jeszcze większym bólem głowy niż ten wczorajszy. Poszła nad strumyk, wyszukała trochę głębsze miejsce, położyła się na brzegu i zanurzyła całą głowę, starannie wypłukując z włosów piasek i morską sól. Chłodna woda przyniosła odrobinę ulgi, ale tylko odrobinę.

     Znalazła ścieżkę, którą wędrowały wielkie mrówki. Wielkie, znacznie większe niż te znane jej z lasku za miastem.
     Mrówki! Owady!

     Pośpiesznie dorzuciła resztę drewna do ognia, potem ruszyła na „łowy”. Nie zważając na dotkliwe ukąszenia złapała kilka mrówek i ukręciła im łebki. Ułożyła je na liściu. Nie wyglądało to imponująco, jak na posiłek. Mimo wszystko były to jedynie mrówki i chociaż większe, to i tak kilkanaście sztuk zdawało się zbyt małą liczbą, by zaspokoić głód. Wróciła więc do „polowania” i zaprzestała dopiero wtedy, gdy na liściu zebrała się spora garść. Ręce miała obolałe i pokryte czerwonymi śladami ukąszeń owadów. Nie miała pojęcia czy to, co ma wystarczy, by się najeść. Nie miała też pojęcia czy w ogóle da się je jeść, ale nie wiedziała także, czy jad owadów w większym stężeniu nie okaże się niebezpieczny, dała więc spokój pozostałym, by uniknąć kolejnych ukąszeń. Te, które zebrała były wystarczająco bolesne i nieprzyjemne.
Wróciła do swego obozowiska, tam ostrożnie zawinęła zdobycz w liść i zagrzebała w gorącym żarze. Jak długo powinno się to prażyć? Godzinę? Więcej? Jak określić kiedy upłynie godzina?

     By wypełnić sobie czas oczekiwania na „pieczyste” zeszła na plażę.  Może i tam się coś znajdzie? Podobno da się jeść wodorosty, aczkolwiek nie miała pojęcia, czy występujące tutaj są jadalne. Postanowiła zaryzykować gdyby nie znalazła nic innego, a pieczone mrówki okazały się nie do przełknięcia.
     Po piasku, przebierając cienkimi odnóżami, umykał przed porannym słońcem mały krab. Krab?! Jego na pewno da się zjeść! Instynkt drapieżnika pchnął Lisę naprzód. Upadła na kolana i zacisnęła dłoń na korpusie skorupiaka.
     – No, panie krabie... – mruknęła ironicznie. – Co pan powie na mały eksperyment?
     W odpowiedzi stawonóg, broniąc się przed agresją kłapnął kleszczami, kalecząc dłoń dziewczyny.
     – Aauuua! – wrzasnęła, odruchowo puszczając zdobycz. Przytknęła dłoń do ust, by wyssać rankę.
     – Rozumiem… – wybełkotała, z żalem odprowadzając wzrokiem umykającego w pośpiechu kraba. – Śniadania nie będzie. Do dupy, z takimi eksperymentami – burknęła zła.

     Wstała i zataczając się z osłabienia powlekła ku obozowisku. Polowanie na kraba z pewnością nie trwało godzinę, ale nie zważała na to. Wygrzebała swoje „pieczyste” z popiołu. Parząc palce ostrożnie odwinęła liść.
     – Upieczone czy nie, mniejsza o to – mruknęła, pakując do ust pierwszą porcję.

     Długo żuła, krzywiąc się z obrzydzenia nim w końcu przełknęła. Smak pozostawiał wiele do życzenia, ale udało się nie zwymiotować. Resztę wpakowała do ust na raz. Zacisnęła powieki, starannie przeżuła i przełknęła. Uczta to nie była, ale zawsze coś. Postanowiła, że później złapie jeszcze trochę mrówek. Tymczasem zgasiła ognisko, zasypując je piaskiem i polewając wodą, noszoną w szerokim liściu. Pozbierała bandaże. Nogę opatrzy, gdy przeprawi się przez strumyk.
     Chwilę później, po drugiej stronie potoku, uświadomiła sobie kolejny problem. Woda. Ona musiała iść, ale struga zostawała tutaj. Nie miała pojęcia, czy przed wieczorem trafi na kolejne źródło słodkiej wody. A jeśli nie, to co? Ma wrócić tutaj? To nie miało sensu. Obolała i głodna opadła bezsilnie na ziemię. W ogóle nic nie ma sensu. Rana na nodze, obolała głowa i żebra, głód...

     Po co ja się męczę? Nie mam jak zabrać zapasu wody, więc nie mogę się stąd ruszyć. Powinnam zacząć sobie kopać grób, a potem się w nim zagrzebać. A właściwie i to, po co? Co za różnica, czy się zagrzebię, czy będę sobie leżeć na piasku? Zamknęła oczy. Nie miała już sił walczyć. Zapragnęła jedynie zasnąć i więcej się nie obudzić.
     I zasnęła...



     Nie czekał aż dobiją do brzegu. Wyskoczył i brodząc w falach wyszedł plażę. Rozbili się w pobliżu tej wysepki. Jeżeli poza nim ktokolwiek jeszcze ocalał prądy musiały go wyrzucić gdzieś w okolicy. Obserwator z helikoptera widział dym unoszący się nad lądem gdzieś na tej plaży. Nie udało się dostrzec nic więcej. Z góry widok przesłaniały korony palm. Ogień rozpalono na skraju dżungli, ale przecież rozniecić musiał go żywy człowiek.
     Osłonił dłonią oczy od słońca i... Nawet nie obejrzał się, czy ratownicy już dotarli na plażę. Ruszył biegiem.

     – Tutaj! – krzyknął, a dwaj mężczyźni, wyciągnąwszy uprzednio na brzeg ratowniczy ponton, podążyli w za nim.

     Adam przypadł do Lisy leżącej nieruchomo na piasku. Nie reagowała na wołanie. Czy...? Boże! Jest tylko ona, tylko Lisa! Żyj, Liso! Błagam, żyj choć ty!

     Gorączkowo szukał oznak życia. Drżącymi palcami wymacał tętno. Była nieprzytomna, ale dzięki Bogu, żywa.

     – Odsuń się – polecił jeden z ratowników.
     Adam posłusznie wykonał plecenie, choć truchlał z niepokoju.

     Kiedy fala zmyła go z pokładu, żadne z nich nie zdawało sobie sprawy z tego, jak blisko brzegu się znajdują. Jacht stracił z oczu niemal natychmiast, gdy znalazł się w wodzie. Gdyby nie kapok, utonąłby... Mimo to walka z żywiołem o każdy oddech była mordercza.
     Wyczerpanego Adama wyłowił niewielki kuter rybacki. Na szczęście, chłopak był dość przytomny, by powiedzieć, co się stało. Wezwano straż przybrzeżną przez radio. Szczątki jachtu znaleziono na skałach w pobliżu tej właśnie wysepki. Na pokładzie nie było nikogo. Ogromna wyrwa w poszyciu nie pozostawiała wątpliwości. Sztorm musiał rzucić niewielką, lekką jednostkę na skały. W pobliżu wraku znaleziono Idę. Jej ciało unosiło się na falach. Jaskrawo czerwony kapok utrzymywał je na powierzchni. Nie miała tyle szczęścia, co Adam. On sam nie pozwolił się odesłać. Nim przybyła jednostka ratownicza odzyskał trochę sił. Uparł się i popłynął z ratownikami szukać na plaży...



     Ktoś trzymał Lisę w ramionach, czuła ciepło ludzkiego ciała i kołysanie. Kołysanie? Co się dzieje? Do otępiałej świadomości zaczęły docierać także inne bodźce. Owinięto ją czymś, co przyjemnie grzało. Warczał silnik. Próbowała podnieść powieki, ale sklejone nie poddawały się woli. Chciała coś powiedzieć, poruszyła ustami, ale głos, który zdołała wydobyć z krtani trudno byłoby określić nawet jako szept, raczej westchnienie. Ktoś powiedział:
     – Daj jej wody, tylko ostrożnie…
     Do ust przystawiono pojemnik i chwilę później w gardło spłynęła kojąca wilgoć. Ktoś ostrożnie przetarł jej twarz wilgotnym ręcznikiem. To też przyniosło ulgę, ale oczy wciąż nie chciały się otworzyć i wciąż nie wiedziała, co się dzieje.
     – Liso, jestem tutaj, przy tobie…



          Co? Kto? Adam? Ty nie żyjesz Adamie, a skoro tak, to jakim… To i ja nie żyję… Tak? Czy, tak? Powiedz mi…
     Odgłosy zaczęły się oddalać, aż w końcu zanikły zupełnie i została już tylko cisza…
     Na zranioną łydkę założono kilka szwów, zapobiegawczo podano antybiotyk. Lekarz powiedział, że nic jej nie będzie, że jest tylko odwodniona i osłabiona. Mimo tych zapewnień, Adam nie ruszył się na krok od jej łóżka. Dwa dni, dwa długie jak wiek dni, kiedy leżała nieprzytomna…


     Kilka tygodni później…

     Stali na skraju wysokiego klifu. Adam wciąż nosił rękę na temblaku, ramię wciąż nie było w pełni sprawne, choć kość zrosła się prawidłowo. Lisa trzymała w dłoniach dwie wiązanki z białych i kremowych róż. Jedną rzuciła w przepaść. Oboje śledzili wzrokiem, jak pogrąża się w spienionych falach u stóp urwiska.
     – Dla ciebie Ido… – szepnęła Lisa
     Oczy zaszły łzami. Żadne z nich nie próbowało ich skrywać. Adam lekko ścisnął dłoń Lisy. Po chwili ocean przyjął drugą wiązankę. Tym razem Lisa nie powiedziała nic. Słowa uwięzły jej w gardle, a łzy potoczyły się po policzkach jedna za drugą. Adam przytulił ją.
     – Nie płacz… nie płacz… Oni należą do morza. Zawsze będą przy nas, gdy podniesiemy żagle…


KONIEC

Obiecałam przerywnik, no i jest... Troszkę to z innej beczki, ale każdemu czasem potrzebna odskocznia :). Dzieci Żywiołów wrócą... póki co zmagam się z wichrami. Okazuje się, że Powietrze bywa nie mniej kapryśne niż Woda i równie nieprzewidywalne, jak Ogień. Za to żagle doskonałe są do łapania Wiatru ;). Zatem, nim wrócimy do Dzieci Żywiołów - przerywnik... pewnie jeden z kilku... nim zdołam ogarnąć część ostatnią...

2 komentarze:

  1. Gratuluję lekkości pióra i tematu! Niestety, ja tak nie potrafię :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja zajrzałam na Twojego bloga i zachwyciłam się, bo tak to ja nie potrafię :) Dziękuję :)
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.