Było ich czworo na pokładzie niewielkiego jachtu. Dwoje
świetnie radziło sobie z żaglami. Pozostali pomagali doświadczonym żeglarzom,
stosując się ściśle do ich poleceń.
Sztorm zerwał się nagle. Uderzył nie wiadomo skąd, uchwycił
w szpony i porwał niewielką jednostkę jak drapieżny ptak.


Pierwsze uderzenie zmyło z pokładu Adama. Znikł, w ogromnych
jak góry falach. Nie zobaczyli go więcej. Próbowali walczyć, ale byli niczym
marne plewy wobec rozszalałego żywiołu, zdani na jego łaskę.
Dno sponiewieranego, przez tropikalną burzę, jachtu
rozprysło się o przybrzeżne skały niczym szklana bańka. Mogli próbować ratować
jedynie własne życie.
Promienie wschodzącego słońca lizały skórę. Powieki były
sklejone, ciężkie jak ołów. Bolały ją głowa i gardło.
Język wysechł, w ustach miała piasek. Muszę wstać, pomyślała. Poobijana i
obolała spróbowała podnieść się na łokciach. Brakowało jej sił. Była jak
sflaczała piłka, z której uszło powietrze. No, wstawaj Liso! Musisz wstać! Nie
możesz tu tak leżeć...!
Sycząc z bólu podniosła się na czworaki. Fale łagodnie obmywały brzeg i niemal sięgały stóp.
Morze było teraz spokojne, błękitne, a niebo pogodne. Aż
trudno uwierzyć, że jeszcze kilka godzin temu było piekłem. Rozejrzała się.
Plaża w koło była pusta. Żadnych żywych istot, tylko pas białego piasku
odgradzającego błękit oceanu od reszty lądu i... Lisa.
Rozbiliśmy się – pomyślała, ciągle jeszcze oszołomiona i nie do końca świadoma swojej sytuacji – jestem rozbitkiem, ale żyję... A reszta? Co z Erykiem, Idą, z Adamem?
Niemożliwe by ocalała tylko ona sama, tylko Lisa. A jednak
otaczająca pustka zdawała się potwierdzać przerażającą prawdę. Była sama i
zdana na siebie. Gdy uświadomiła sobie ten fakt przerażenie odebrało na chwilę
oddech. Zaraz jednak stłamsiła w duchu panikę. Teraz nie czas na nią.
Przyszło jej do głowy, że jeśli wyrzucił ją tu przypływ, to
kolejny może z powrotem zabrać. Powinna się stąd oddalić. Tkwić na brzegu morza, w strefie gdzie różnica pływów sięga półtora, dwóch metrów, nie byłoby rozsądne. Musi się
stąd wynieść i to jak najszybciej. Nie miała zegarka, nie wiedziała która jest
godzina i ani ile czasu upłynęło od ostatniego przypływu.
Spróbowała wstać a wtedy ból szarpnął nogą dziewczyny. Usiadła na powrót na piasku. Nogawka spodni była
rozdarta od kolana w dół. Na łydce było paskudne, dość głębokie skaleczenie i to
ono promieniowało tępym bólem. Lisa musiała zahaczyć o jakąś podwodną skałę na
płyciźnie. Skrzywiła się. Rana była brudna, zanieczyszczona piaskiem i licho
wie, czym jeszcze. Należało ją oczyścić i to jak najszybciej.
Obmacała żebra. Chyba nie są połamane, chociaż oddech
sprawiał ból.
Na czworakach niepewnie odpełzła, jak najdalej od brzegu, w
cień palm chylących korony nad plażą.
Uznała w końcu, że znalazła się powyżej linii przypływu i
usiadła, opierając plecy o chropowaty pień drzewa, by trochę odpocząć. Krótka
wędrówka przyprawiła o zadyszkę niczym maraton. Nocna walka z żywiołem o życie wyczerpała Lisę, wyzuła z sił, a co gorsza odwodniła. Pragnienie dokuczało jej
coraz bardziej.
Muszę znaleźć wodę. Znajdę ją albo zginę z pragnienia, innej
alternatywy nie ma.
Powiodła wkoło wzrokiem. Przed nią rozciągała się piaszczysta, biała plaża. Podobnie po lewej i po prawej stronie. Za plecami zaś miała zieloną dżunglę.
Zieloną! Więc tam musi być woda! Obawiała się jednak
zagłębiać w las. W dzikim gąszczu mogły kryć się drapieżniki. Lisa była sama i
nie miała żadnej broni.
Stwierdziła, że bezpieczniej będzie pójść skrajem dżungli.
Może w ten sposób trafi na jakiś strumień wpadający do morza? Albo uda się
znaleźć na drzewach epifity, gromadzące wilgoć w zagłębieniach liści? Choć pochodząca
z takiego źródła woda pozostawiała wiele do życzenia, zwykle pełna gnijących
szczątków roślin i owadów. Ale ma przecież na sobie koszulę i T-shirt, to może
uda się to jakoś przefiltrować.
Pośpiesznie oczyściła skaleczenie na nodze, jak się dało, na
sucho. Bolało jak wszyscy diabli. Powinno
się to zszyć –pomyślała. Ba, łatwo powiedzieć.
Przeszukała kieszenie. Znalazła pudełko zapałek. Mokrych.
Ognia też nie będzie. Przynajmniej na
razie – pomyślała ponuro.
Wędrówka w cieniu, skrajem lasu, wcale nie była łatwiejsza
niż czołganie się w pełnym słońcu po plaży, ale opłaciła się. Po godzinie męki
znalazła strugę wpadającą do morza. Uradowana ugasiła pragnienie.
Zimny, krystaliczny płyn, mimo iż zanieczyszczony trochę wodą morską, miał smak olimpijskiego nektaru.
Niestety on sam nie wystarczał, by przeżyć.
I cóż jest wart
człowiek w lesie, bez MacDonalda i supermarketu w okolicy? – Przebiegła
ironiczna myśl. – A przecież jestem
pewna, że w tej dżungli jest mnóstwo żarcia, tyle że ja nie mam pojęcia, jak je
znaleźć.
W brzuchu buczało i żołądek boleśnie skręcał się z głodu. Jeszcze chwila, a zacznę żreć robaki.
Podniosła nieduży kamień. Coś się tam wiło i umykało przed światłem. Z trudem
powstrzymując odruch wymiotny cisnęła kamień z powrotem. Nie no, to chyba ponad moje siły...
Przyszło jej do głowy, że lepiej nie siedzieć nad
brzegiem strumienia. Przypływ z pewnością wepchnie wody oceanu w głąb lądu i
podniesie poziom w korycie i nie miała pojęcia jak wysoko. Rozsądnie będzie zatem
zawczasu się stąd oddalić. Ale najpierw „przyzwoity” opatrunek...
Ignorując rwący ból, ponownie zabrała się za oczyszczanie
rany na łydce, tym razem używając czystej wody. Oderwała fruwającą nad kolanem
nogawkę. Wypłukała starannie materiał, podarła go na paski i założyła
prowizoryczny opatrunek.
Czy to ważne jaka
będzie przyczyna mojej śmierci? Nawet jeśli nie skonam z głodu, to wykończy
mnie zakażenie i gorączka – pomyślała ponuro. Robali jeść nie będę, w takim razie chyba głód ma przewagę. Chwilę
zastanawiała się, co począć dalej. Miała do wyboru przeprawić się na druga
stronę strumienia i pójść dalej plażą, albo wrócić skąd przyszła.
Słońce stało wysoko. Z pewnością zostało jeszcze sporo czasu
do zachodu. Niestety nie potrafiła określić godziny według pozycji słońca. Wprawny
żeglarz pewnie nie miałby z tym problemu, ale Lisa była tylko niefortunną
turystką.
Postanowiła jednak zaryzykować i zagłębić się nieco w las,
idąc w górę strumyka. Może znajdzie coś jadalnego? Owoce, albo stworzenie,
które da się jakimś cudem złapać i pożreć na surowo? Na samą myśl o tym zrobiło
się jej niedobrze.
Jutro pójdzie dalej plażą i może... może po prostu dojdzie
brzegiem do rybackiej wioski, ludzkiej osady i w ten sposób ocali swój marny
żywot? Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zachowała oba buty, więc piesza
wędrówka jest możliwa. Pod warunkiem, że wpierw znajdzie coś do jedzenia.
Brzegiem potoku nie udało się jednak ujść zbyt daleko.
Drzewa wyrastały i zstępowały korzeniami do samego koryta. Żeby nadal posuwać
się w górę jego biegu, trzeba by oddalić się od niego, a tego nie chciała
robić. Wróciła zatem na plażę. Odpocznie trochę i w tym czasem wysuszy zapałki.
Dzień jeszcze długi, ale w końcu zapadnie noc. Wolałaby mieć wtedy choć malutki
ogień, przy którym można się będzie ogrzać i który odstraszy ewentualne
drapieżniki.
Uporządkowała włosy, wytrząsając z nich piasek. Przydałby
się szampon, albo chociaż odrobina najzwyklejszego mydła. Cóż, na razie musi
starczyć woda. I do higieny, i do życia.
Zapałki schły, a Lisa postanowiła zebrać drewno na opał.
Trzeba zgromadzić trochę zapasu, żeby starczyło go na całą noc do podtrzymania
ognia.
Kiedyś czytała, że
prymitywne ludy pieką owady, na przykład szarańczę, zawinięte w liście. Być
może też spróbuje tej metody. Wielkiego wyboru nie ma, o ile znajdzie się coś, co da się zawinąć w liść i upiec.
W pudełku było ponad czterdzieści zapałek. Zakładając, że
przynajmniej połowa będzie nadawała się do użycia po wysuszeniu, przez kolejne wieczory
także może liczyć na ogień. W tym czasie powinna dotrzeć do jakiejś wsi, albo
osady. Spojrzała na morze, spokojne, okrutne morze.
Ida, Erik, Adam... nikogo prócz Lisy nie było na brzegu. Erik
był pod pokładem. Wypompowywał wodę. Nie wyszedł na zewnątrz, kiedy jacht
uderzył o skały. Tratwę ratunkową dawno porwały fale. Ida i Lisa miały
wprawdzie kapoki, ale żywioł śmiał się z tego. Rzucał nimi jak piłeczkami. Przez
chwilę Lisa widziała, rozpaczliwe walczącą o oddech, Idę. Wkrótce i ona znikła
jej z oczu. Fale, to ciskały Lisą o dno, to wynosiły na powierzchnię. Zaczepiła o coś paskiem
kapoka. Niemal straciła przytomność nim uwolniła się z uprzęży. Kolejna fala porwała
ją w górę, pozwalając zaczerpnąć powietrza. Walczyła, czując, że dno się
podnosi, że brzeg musi być blisko. A potem nie było już nic...
Dlaczego tylko ona? Dlaczego Ida, Erik i Adam nie mieli tej
odrobiny
szczęścia? Razem jakoś daliby sobie radę. Sama niewielkie ma
szanse. Po policzkach wolno spłynęły łzy. Otarła je wierzchem dłoni. Weź się w
garść, Liso. Na refleksje i żałobę będziesz miała czas, jak dotrzesz do
ludzkich siedzib. Wtedy będziesz mogła wyć do bólu. Na razie masz dosyć bólu,
bez wycia.
Pomacała zranioną łydkę i syknęła. Ostrożnie odwinęła swoje prowizoryczne
bandaże. Rana nie wyglądała najlepiej. Brzegi były lekko zaognione i naciśnięte
rwały bólem. Wróciła nad strumyk żeby wyprać opatrunek. Szorowała
twardy materiał tak gorliwie, że poocierała kostki palców. Postanowiła nie
zakrywać skaleczenia na noc. Niech ma dostęp powietrza. „Bandaże” do rana
wyschną, a wtedy założy suchy opatrunek. Tak chyba będzie lepiej.
Skupiła się na zgromadzeniu opału. Nim zaczęło zmierzchać,
uzbierała całkiem zgrabny stosik. Za to w głowie kręciło się i dokuczał tępy
ból. To pewnie z głodu. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, starannie pozbierała
wysuszone zapałki, modląc się, by jak najwięcej z nich nadawało się do użytku.
W zasadzie powinny być dobre, tak zwane „sztormówki” powinny zapalać się nawet
wilgotne. Drżącymi rękami potarła pierwszą o draskę. Zapłonęła jasnym, żywym
płomieniem. Przygotowana zawczasu kupka suchego listowia i drobnych gałązek
zapaliła się. Ogniki rozpełzły się z cichym
sykiem po podpałce. Lisa omal nie zaczęła wrzeszczeć z radości. Ostrożnie
dokładała kolejne kawałki drewna, żeby nie zdusić wątłych płomyków. Dopiero
teraz przyszło jej do głowy, że rozpalenie ognia w tym akurat miejscu nie było wcale
najlepszym pomysłem.
Znajdowała się na skraju plaży i lasu, na otwartym terenie.
Owszem, ogień dawał ciepło i światło, ale żeby tak było przez całą noc, trzeba
pilnować żeby nie zgasł. To zaś oznaczało, że spania nie będzie. Co najwyżej
króciutkie drzemki. Marny wypoczynek, a jutro trzeba znów iść. Iść, jak
najdalej i jak najszybciej. Trudno, ale kolejnej nocy będzie musiała znaleźć
inny sposób na jej bezpieczne
przetrwanie.
Ogień udało się utrzymać do rana. Mimo to była zziębnięta,
zesztywniała, a brak snu połączony z pustką w żołądku zaowocował jeszcze
większym bólem głowy niż ten wczorajszy. Poszła nad strumyk, wyszukała trochę
głębsze miejsce, położyła się na brzegu i zanurzyła całą głowę, starannie
wypłukując z włosów piasek i morską sól. Chłodna woda przyniosła odrobinę ulgi,
ale tylko odrobinę.
Znalazła ścieżkę, którą wędrowały wielkie mrówki. Wielkie,
znacznie większe niż te znane jej z lasku za miastem.
Mrówki! Owady!
Pośpiesznie dorzuciła resztę drewna do ognia, potem ruszyła
na „łowy”. Nie zważając na dotkliwe ukąszenia złapała kilka mrówek i ukręciła
im łebki. Ułożyła je na liściu. Nie wyglądało
to imponująco, jak na posiłek. Mimo wszystko były to jedynie mrówki i chociaż
większe, to i tak kilkanaście sztuk zdawało się zbyt małą liczbą, by zaspokoić
głód. Wróciła więc do „polowania” i zaprzestała dopiero wtedy, gdy na liściu
zebrała się spora garść. Ręce miała obolałe i pokryte czerwonymi śladami
ukąszeń owadów. Nie miała pojęcia czy to, co ma wystarczy, by się najeść. Nie miała też pojęcia czy w ogóle da się je
jeść, ale nie wiedziała także, czy jad owadów w większym stężeniu nie okaże się
niebezpieczny, dała więc spokój pozostałym, by uniknąć kolejnych ukąszeń. Te, które zebrała były wystarczająco bolesne i nieprzyjemne.
Wróciła do swego obozowiska, tam ostrożnie zawinęła zdobycz
w liść i zagrzebała w gorącym żarze. Jak długo powinno się to prażyć? Godzinę?
Więcej? Jak określić kiedy upłynie godzina?
By wypełnić sobie czas oczekiwania na „pieczyste” zeszła na
plażę. Może i tam się coś znajdzie? Podobno
da się jeść wodorosty, aczkolwiek nie miała pojęcia, czy występujące tutaj są
jadalne. Postanowiła zaryzykować gdyby nie znalazła nic innego, a pieczone
mrówki okazały się nie do przełknięcia.
Po piasku, przebierając cienkimi odnóżami, umykał przed porannym
słońcem mały krab. Krab?! Jego na pewno da się zjeść! Instynkt drapieżnika
pchnął Lisę naprzód. Upadła na kolana i zacisnęła dłoń na korpusie skorupiaka.
– No, panie krabie... – mruknęła ironicznie. – Co pan powie
na mały eksperyment?
W odpowiedzi stawonóg, broniąc się przed agresją kłapnął kleszczami,
kalecząc dłoń dziewczyny.
– Aauuua! – wrzasnęła, odruchowo puszczając zdobycz.
Przytknęła dłoń do ust, by wyssać rankę.
– Rozumiem… – wybełkotała, z żalem odprowadzając wzrokiem
umykającego w pośpiechu kraba. – Śniadania nie będzie. Do dupy, z takimi
eksperymentami – burknęła zła.
Wstała i zataczając się z osłabienia powlekła ku obozowisku.
Polowanie na kraba z pewnością nie trwało godzinę, ale nie zważała na to.
Wygrzebała swoje „pieczyste” z popiołu. Parząc palce ostrożnie odwinęła liść.
– Upieczone czy nie, mniejsza o to – mruknęła, pakując do
ust pierwszą porcję.
Długo żuła, krzywiąc się z obrzydzenia nim w końcu
przełknęła. Smak pozostawiał wiele do życzenia, ale udało się nie zwymiotować.
Resztę wpakowała do ust na raz. Zacisnęła powieki, starannie przeżuła i
przełknęła. Uczta to nie była, ale zawsze coś. Postanowiła, że później złapie jeszcze
trochę mrówek. Tymczasem zgasiła ognisko, zasypując je piaskiem i polewając
wodą, noszoną w szerokim liściu. Pozbierała
bandaże. Nogę opatrzy, gdy przeprawi się przez strumyk.
Chwilę później, po drugiej stronie potoku, uświadomiła sobie
kolejny problem. Woda. Ona musiała iść, ale struga zostawała tutaj. Nie miała
pojęcia, czy przed wieczorem trafi na kolejne źródło słodkiej wody. A jeśli
nie, to co? Ma wrócić tutaj? To nie miało sensu. Obolała i głodna opadła
bezsilnie na ziemię. W ogóle nic nie ma sensu. Rana na nodze, obolała głowa i
żebra, głód...
Po co ja się męczę?
Nie mam jak zabrać zapasu wody, więc nie mogę się stąd ruszyć. Powinnam zacząć
sobie kopać grób, a potem się w nim zagrzebać. A właściwie i to, po co? Co za
różnica, czy się zagrzebię, czy będę sobie leżeć na piasku? Zamknęła oczy.
Nie miała już sił walczyć. Zapragnęła jedynie zasnąć i więcej się nie obudzić.
I zasnęła...
Nie czekał aż dobiją do brzegu. Wyskoczył i brodząc w falach wyszedł plażę. Rozbili się w pobliżu tej wysepki. Jeżeli poza nim ktokolwiek jeszcze ocalał prądy musiały go wyrzucić gdzieś w okolicy. Obserwator z helikoptera widział dym unoszący się nad lądem gdzieś na tej plaży. Nie udało się dostrzec nic więcej. Z góry widok przesłaniały korony palm. Ogień rozpalono na skraju dżungli, ale przecież rozniecić musiał go żywy człowiek.
Nie czekał aż dobiją do brzegu. Wyskoczył i brodząc w falach wyszedł plażę. Rozbili się w pobliżu tej wysepki. Jeżeli poza nim ktokolwiek jeszcze ocalał prądy musiały go wyrzucić gdzieś w okolicy. Obserwator z helikoptera widział dym unoszący się nad lądem gdzieś na tej plaży. Nie udało się dostrzec nic więcej. Z góry widok przesłaniały korony palm. Ogień rozpalono na skraju dżungli, ale przecież rozniecić musiał go żywy człowiek.
Osłonił dłonią oczy od słońca i... Nawet nie obejrzał się,
czy ratownicy już dotarli na plażę. Ruszył biegiem.
– Tutaj! – krzyknął, a dwaj mężczyźni, wyciągnąwszy
uprzednio na brzeg ratowniczy ponton, podążyli w za nim.
Adam przypadł do Lisy leżącej nieruchomo na piasku. Nie
reagowała na wołanie. Czy...? Boże! Jest
tylko ona, tylko Lisa! Żyj, Liso! Błagam, żyj choć ty!
Gorączkowo szukał oznak życia. Drżącymi palcami wymacał
tętno. Była nieprzytomna, ale dzięki Bogu, żywa.
– Odsuń się – polecił jeden z ratowników.
Adam posłusznie wykonał plecenie, choć truchlał z niepokoju.
Kiedy fala zmyła go z pokładu, żadne z nich nie zdawało
sobie sprawy z tego, jak blisko brzegu się
znajdują. Jacht stracił z oczu niemal natychmiast, gdy znalazł się w wodzie.
Gdyby nie kapok, utonąłby... Mimo to walka z żywiołem o każdy oddech była
mordercza.
Wyczerpanego Adama wyłowił niewielki kuter rybacki. Na
szczęście, chłopak był dość przytomny, by powiedzieć, co się stało. Wezwano straż
przybrzeżną przez radio. Szczątki jachtu znaleziono na skałach w pobliżu tej
właśnie wysepki. Na pokładzie nie było nikogo. Ogromna wyrwa w poszyciu nie
pozostawiała wątpliwości. Sztorm musiał rzucić niewielką, lekką jednostkę na
skały. W pobliżu wraku znaleziono Idę. Jej ciało unosiło się na falach.
Jaskrawo czerwony kapok utrzymywał je na powierzchni. Nie miała tyle szczęścia,
co Adam. On sam nie pozwolił się odesłać. Nim przybyła jednostka ratownicza
odzyskał trochę sił. Uparł się i popłynął z ratownikami szukać na plaży...
Ktoś trzymał Lisę w ramionach, czuła ciepło ludzkiego ciała i kołysanie. Kołysanie? Co się dzieje? Do otępiałej świadomości zaczęły docierać także inne bodźce. Owinięto ją czymś, co przyjemnie grzało. Warczał silnik. Próbowała podnieść powieki, ale sklejone nie poddawały się woli. Chciała coś powiedzieć, poruszyła ustami, ale głos, który zdołała wydobyć z krtani trudno byłoby określić nawet jako szept, raczej westchnienie. Ktoś powiedział:
Ktoś trzymał Lisę w ramionach, czuła ciepło ludzkiego ciała i kołysanie. Kołysanie? Co się dzieje? Do otępiałej świadomości zaczęły docierać także inne bodźce. Owinięto ją czymś, co przyjemnie grzało. Warczał silnik. Próbowała podnieść powieki, ale sklejone nie poddawały się woli. Chciała coś powiedzieć, poruszyła ustami, ale głos, który zdołała wydobyć z krtani trudno byłoby określić nawet jako szept, raczej westchnienie. Ktoś powiedział:
– Daj jej wody, tylko ostrożnie…
Do ust przystawiono pojemnik i chwilę później w gardło
spłynęła kojąca wilgoć. Ktoś ostrożnie przetarł jej twarz wilgotnym ręcznikiem. To też przyniosło ulgę, ale oczy wciąż nie
chciały się otworzyć i wciąż nie wiedziała, co się dzieje.
Co? Kto? Adam? Ty nie
żyjesz Adamie, a skoro tak, to jakim… To i ja nie żyję… Tak? Czy, tak? Powiedz
mi…
Odgłosy zaczęły się oddalać,
aż w końcu zanikły zupełnie i została już
tylko cisza…
Na zranioną łydkę założono kilka szwów, zapobiegawczo podano
antybiotyk. Lekarz powiedział, że nic jej nie będzie, że jest tylko odwodniona
i osłabiona. Mimo tych zapewnień, Adam nie ruszył się na krok od jej łóżka. Dwa
dni, dwa długie jak wiek dni, kiedy leżała nieprzytomna…
Kilka tygodni później…
Kilka tygodni później…
Stali na skraju wysokiego klifu. Adam wciąż nosił rękę na
temblaku, ramię wciąż nie było w pełni sprawne, choć kość zrosła się
prawidłowo. Lisa trzymała w dłoniach dwie
wiązanki z białych i kremowych róż. Jedną rzuciła w przepaść. Oboje śledzili
wzrokiem, jak pogrąża się w spienionych falach u stóp urwiska.
– Dla ciebie Ido… – szepnęła Lisa
Oczy zaszły łzami. Żadne z nich nie próbowało ich skrywać.
Adam lekko ścisnął dłoń Lisy. Po chwili ocean przyjął drugą wiązankę. Tym razem Lisa nie powiedziała nic. Słowa uwięzły jej w
gardle, a łzy potoczyły się po policzkach jedna za drugą. Adam przytulił ją.
– Nie płacz… nie płacz… Oni należą do morza. Zawsze będą
przy nas, gdy podniesiemy żagle…
KONIEC
Obiecałam przerywnik, no i jest... Troszkę to z innej beczki, ale każdemu czasem potrzebna odskocznia :). Dzieci Żywiołów wrócą... póki co zmagam się z wichrami. Okazuje się, że Powietrze bywa nie mniej kapryśne niż Woda i równie nieprzewidywalne, jak Ogień. Za to żagle doskonałe są do łapania Wiatru ;). Zatem, nim wrócimy do Dzieci Żywiołów - przerywnik... pewnie jeden z kilku... nim zdołam ogarnąć część ostatnią...

Gratuluję lekkości pióra i tematu! Niestety, ja tak nie potrafię :(
OdpowiedzUsuńA ja zajrzałam na Twojego bloga i zachwyciłam się, bo tak to ja nie potrafię :) Dziękuję :)
UsuńPozdrawiam serdecznie