WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

11.11.2013

Shanya

Opowieść Shanya, z racji tego, że powstała później niż Grin, jest wspomnianym rodzajem prequela do tegoż opowiadania.


     Menhida – pustynia, jest domem, schronieniem. Przetrwaniem i życiem. Nieprawda, że jest jałowa i martwa. Tak mówią tylko ci, którzy jej nie znają i boją się jej. Menhida jest Matką i my, jej dzieci, żyjemy skryci w niedostępnych oazach-koloniach, jak w łonie matki właśnie.

     Moim żywiołem była Woda. Moją mocą i siłą, i ja byłam Wodą. Nie lękałam się pustyni. Matka nie  krzywdziła swych dzieci. Lękałam się ludzi, bo oni byli niebezpieczni, okrutni. Nienawidzili nas, radość i rozkosz znajdując w zadawaniu bólu. I my także byliśmy ludźmi. Wybranymi – Siginami, wszakże tamci mówili o nas Divari – Przeklęci.
     Moje imię było Shanya, a w mojej wiosce byłam drugą, za ludzkiej pamięci, naznaczoną Żywiołem. Wybrana przez bogów i przeklęta przez ludzi zarazem. Byłam mała, miałam pięć lat kiedy tamtą dziewczynkę, Savę, wybrał Ogień. Ludzie oszaleli. Naznaczona należy do Żywiołu... Jej ojciec błagał, by pozwolono mu wywieźć dziecko na pustynię, lub odebrano życie szybko.
     „Twoja córka należy do Ognia”, tak mu powiedzieli. I oddali ją Ogniowi. Staliśmy tam wszyscy i słyszeliśmy, jak krzyczy, gdy jęzory płomieni trawiły drobne ciało, aż wreszcie huk płonącego stosu zagłuszył dziecięcy głos, a dym przesłonił obraz. Lecz smród spalenizny pamiętam do dziś...

     Dwa lata później i mnie naznaczył żywioł. Woda. Płakałam, bo nie chciałam płonąć żywcem jak Sava. Przez kilka dni udawało mi się skrywać znamię. Nie wiedziałam wtedy, że mnie oddano by nie Ogniowi, lecz Wodzie. Znamię zauważył mój brat. Najstarszy. Nakazał milczeć, a potem nocą, w tajemnicy przed wszystkimi, zabrał z rodzinnego domu. Dwa dni jechaliśmy przez bezdroża, aż dotarliśmy na skraj Menhida – pustyni Matki. Tam mnie zostawił. Kazał iść. Iść w głąb pustyni, nie oglądać się za siebie i nigdy nie wracać.
     Nie miałam żywności ani wody, lecz Menhida nie pozwoliła mi umrzeć. Bliską śmierci z wyczerpania znalazła mnie Arna, poszukująca. Pustynia przywiodła ją do mnie. Bo Matka troszczy się o swoje dzieci. Oaza-kolonia stała się domem, a Sigini – naznaczone jak ja, nową rodziną. Nauczyły, kim jestem. Pokazały, w jaki sposób chroni mnie Woda i jak mam zwracać się do niej o pomoc.
   
     Tamtego dnia nadszedł czas, bym spłaciła swój dług. Miałam wyruszyć na pustynię, by przemierzać ją w poszukiwaniu dzieci. Wyrzutków, podobnych mnie samej, by ocalić od śmierci i sprowadzić do kolonii. Musiałyśmy je chronić. Należały do nas.
     Byłyśmy kobietami, lecz nie rodziłyśmy dzieci. Nie było pośród nas mężczyzn, siejących życie w łonach kobiet. Naszymi dziećmi były naznaczone, wyklęte i wypędzone przez swoich. Niewiele nas było, choć każdego roku wiele bywało wybranych przez Żywioły bogini-Matki. Tylko nieliczne trafiały na pustynię, gdy wiedzeni fałszywie pojętą litością ludzie, nie chcąc kalać swych rąk, a czasem pragnąc oszczędzić kaźni, oddawali je piaskom i skałom, by te za nich wykonały wyrok. Porzucali je, tak jak i ja zostałam porzucona, bez żywności i wody na pewną śmierć. Tych właśnie szukałyśmy, by ocalić od zguby, nauczyć, jak czcić Matkę i osiągnąć harmonię z Żywiołem.

     Życie w koloniach nie było łatwe, bo wszystko musiałyśmy tam robić same. Produkować żywność, odzież, budować domy, leczyć choroby. Lecz nasze Żywioły wspierały nas w działaniu. Ziemia dbała o plony, Ogień nie dopuszczał chłodu, Woda leczyła i koiła zmęczenie, Wiatr pozwalał oddychać i dawał siłę.

     Pogranicze nie było bezpiecznym miejscem. Wiedziałam o tym. W kolonii, od pierwszych chwil, wpajano nam, kim są Psy Pustyni, ucząc jak unikać pułapek i ich samych. Nie bałam się Psów. Byłam pewna, że nie zdradzą mnie pozostawione ślady. Umiałam je zacierać tak, by ludzkie oko nie było zdolne ich dostrzec. Lecz moja młodość, brak doświadczenia i brawura sprawiły, że zlekceważyłam inne niebezpieczeństwa. A pustynia skrywa ich wiele.
   
     Ślady dziecka znalazłam o świcie. Były niepokojące, dziewczynka często upadła. Musiała być u kresu sił. Śpieszyłam się, myśląc jedynie o tym, by dotrzeć do niej jak najszybciej. Napoić ją i przekazać dość energii, by zatrzymać w niej życie. Gdybym była ostrożniejsza, bardziej uważna, dostrzegłabym, że weszłam na teren łowiecki harpii. Lecz gnał mnie niepokój. A potem ogarnęły rozpacz i gniew, gdy znalazłam jedynie skrwawione strzępy, które niegdyś były dzieckiem, pozostałe po uczcie drapieżnika.
     Moje serce ścisnęło się z żalu nad małą, bezbronną istotą, której nie dane było dorosnąć. Ja nie byłam bezbronna. Gdy ptak zaatakował, usłyszałam furkot lotek dość wcześnie, by uchylić się i nie dać pochwycić szponom. Zdołały jednak mnie sięgnąć. Uderzenie rozerwało ciało na żebrach i powaliło na ziemię, a z bólu pociemniało w oczach. Zdławiłam krzyk, by nie zwabić innych. Podniosłam się, ignorując płynącą z rany krew. Wraz z nią wyciekała moja siła, moje życie, ale nie zamierzałam się poddać. Harpia siedziała teraz na ziemi przede mną. Ogromna. Niemal dorównywała mi wzrostem. Wyciągnęła ku mnie łeb i próbowała hipnotyzować swym niesamowitym, przenikliwym wzrokiem.
     Wezwałam żywioł, by mnie osłonił przed mocą tego spojrzenia. Kropelki wody zrosiły moje ciało, a ich chłód rozproszył dziwną otępiającą aurę, tworzoną przez umysł harpii. Ptak rozdziawił wielki, zakrzywiony dziób i syknął złowrogo. Rozłożył potężne skrzydła i machnął nimi, wzbijając chmurę pyłu, która przesłoniła wszystko. Nie widziałam nic, czułam jednak, że przeciwnik się zbliża.
     Bijąc skrzydłami, harpia biegła po ziemi, osłonięta się przed moim wzrokiem tumanem kurzu. Uderzyłam na oślep. Gdybym trafiła w klatkę piersiową, impuls zatrzymałby serce. Walka byłaby skończona. Lecz oślepiona nie widziałam celu i chybiłam. Uszkodziłam jedynie jedno z ogromnych skrzydeł. Impuls sparaliżował nerwy i poraził mięśnie tak, że stało się bezużyteczne. Jednak harpia wciąż była groźna. Zyskałam tylko tyle, że nie mogła wzbić się w powietrze, by zaatakować z góry, pochwycić w szpony, unieść i cisnąć mną o ziemię. Krążyła teraz wokół, sycząc złowrogo i wlokąc za sobą bezwładne skrzydło. Impuls, który posłałam był silny, wiedziałam, że paraliż nie ustąpi szybko. W tym upatrywałam szansy dla siebie. Harpia obserwowała mnie swymi jaskrawożółtymi oczyma o wielkich źrenicach. Raz po raz próbowała sięgnąć, kłapiąc potwornym dziobem.
     Dobrze mnie wyszkolono. Uchylałam się zręcznie, lecz rana na boku sprawiała ból, a ten utrudniał koncentrację. Zacisnęłam zęby. Znów wezwałam żywioł. Potrzebowałam jego mocy, jego esencji, by zebrać siły w jeden, potężny impuls, gdy harpia zaatakuje ponownie. Ona też zbierała siły. Skumulowałam tyle mocy, ile zdołałam zebrać, stawiając wszystko na jedną kartę. Jeśli mi się nie uda, jeśli chybię, zginę, bo będę zbyt osłabiona, by walczyć dalej. Zagłuszyłam ból skupieniem i adrenaliną. Czułam, jak umysł harpii wyczekuje odpowiedniego momentu, jak ptak spina mięśnie, gotując się do skoku. Ja także wyczekiwałam. Działanie zawsze poprzedza decyzja, myśl krótsza niż mgnienie oka. Jeśli ją wychwycę, zdołam się uchylić i sama zadać cios. Teraz!
     Wykonałam półobrót, w chwili gdy ciało ptaka wystrzeliło do przodu. Moje palce musnęły jego pierś i posłałam impuls najsilniejszy na jaki byłam w stanie się zdobyć. Harpia zaskrzeczała chrapliwie, rzuciła w bok głową i upadając w moją stronę, kłapnęła dziobem. Zahaczył o udo i rozdarł mięsień. Ból poraził mnie, na moment odbierając oddech. Trysnęła krew. Upadłam, a tuż obok legła martwa już harpia.
     Impuls był tak potężny, że osmalił pióra na klatce piersiowej ptaka, w miejscu, którego dotknęły moje palce, wypalając je do samej skóry. Odwróciłam głowę i napotkałam martwe spojrzenie pustych źrenic okolonych żółtymi tęczówkami.
     Nie wiem, jak długo leżałam, wpatrzona niewidzącym wzrokiem w niebo nad sobą. Moja krew, moje życie wyciekały ze mnie, ból ogłuszył, tłumiąc wszelkie inne odczucia. Moje zmysły usnęły. Wzrok, słuch, dotyk... nie było nic... Niebo nade mną pociemniało i zamigotało gwiazdami. Dopiero wtedy odzyskałam dość sił, by się podnieść i rozeznać w sytuacji. Rana na nodze nie krwawiła już, ale poczerniały od krwi piasek dokoła mówił mi, że straciłam jej wiele, wiele sił. Nie mogłam kontynuować poszukiwań. Musiałam wrócić i oddać się w ręce uzdrowicielek, by móc na nowo podjąć swoją misję. Czułam pragnienie, lecz nie miałam wody i zbyt mało mocy, by wezwać żywioł i wydobyć ją głęboko spod ziemi, gdzie zawsze jest ukryta. Znałam pustynię, wiedziałam gdzie są oazy, w których można znaleźć wszystko, co potrzebne do przeżycia. Musiałam wykorzystać cień i chłód nocy na marsz. Za dnia będę musiała skryć się przed prażącym słońcem. Jeśli tylko zachowam dość sił by dotrzeć do najbliższej, poradzę sobie.
     
     Posuwałam się wolno, brnąc z uporem ku zbawczym oazom. Każdy krok był okupiony bólem, ale parłam przed siebie z determinacją. W samo południe musiałam przerwać marsz. Słońce prażyło bez miłosierdzia, a ja wciąż nie miałam dość sił, by wydobyć wodę. Do najbliższej oazy... Gdybym była silniejsza, starczyłaby jedna noc marszu. Miałam jedynie nadzieję, że zdołam dotrzeć tam kolejnej nocy.
Skryłam się przed promieniami słońca w niszy, którą u podstawy piaskowej skały, wyżłobiły wiatr i piach. Przymknęłam powieki, starając się ignorować palące pragnienie i głód, nie zwracać uwagi na rwący ból poszarpanych mięśni. Moje zmysły były przytępione, nie nasłuchiwałam, nie oglądałam się za siebie. Marzyłam tylko o tym, by dotrzeć do oazy, która była jedynym ratunkiem. Chyba zapadłam w drzemkę... Gdy się ocknęłam za późno było na ucieczkę. Wcisnęłam się tylko głębiej pod skalny nawis, licząc, że mnie nie zauważą...
     Nie wiedziałam, z której strony nadeszli, choć z ich rozmowy wywnioskowałam, że musieli iść moim tropem od truchła harpii. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że zaniedbałam zacieranie śladów. Gdybym tylko nie była tak słaba...
     Nie byli Psami Pustyni, lecz zwykłymi ludźmi. Mimo to wiedziałam, że niczego dobrego nie mogę się spodziewać. Próbowałam się bronić, w nadziei, że zostawią mnie własnemu losowi, lub zabiją szybko, rozjuszeni oporem. Chciałam ich jedynie odstraszyć. Nie miałam jednak dość sił, a jeden z nich wiedział, jak zabezpieczyć się i nie dać dosięgnąć moim impulsom.

     Było ich sześciu... Związali mnie tak, by palce moich rąk nie mogły ich dotknąć, choć po prawdzie nie było we mnie dość mocy, by komukolwiek wyrządzić krzywdę. Gdy pierwszy z nich zdarł ze mnie ubranie, wiedziałam już, co mnie czeka. Tylko raz poprosiłam, by zabił mnie szybko. Wyśmiał mnie, a potem wziął brutalnie i chciwie... Pozostali, śmiejąc się lubieżnie, czekali na swoją kolej. Nie miałam już nadziei. Każdy z nich kolejno zaspokajał swoją chuć i nienawiść. Brali mnie jeden po drugim, nie bacząc, że sprawiają mi ból,
 ani na łzy, które mimo woli płynęły z oczu. Czułam ich oddechy, ich chciwe ręce na swoim ciele, brutalne pocałunki i ukąszenia niemal do krwi. Moje cierpienie i rozpacz zdawały się wzmagać ich żądzę. Nie szczędzili uderzeń i kopnięć, gdy łzy przestawały płynąć, wściekli, że nie krzyczę. A ja już nie miałam sił by krzyczeć, by choć próbować się bronić...
     Byłam prawie nieprzytomna, gdy wreszcie mnie zostawili i poszli spać. Nie dali mi kropli wody, nie opatrzyli ran, zostawili tam, gdzie się zabawiali, na szorstkiej skale, związaną, nagą, wystawioną na chłód nocy. Nie dbałam o to. Błagałam w duszy o śmierć, bo wiedziałam, że jeśli rano wciąż będę żyła, wszystko zacznie się od nowa... póki nie wycisną ze mnie ostatniego oddechu.

     Miał na imię Grin, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Gdy ostrożnie otulał derką moje ciało, myślałam, że to miłosierna śmierć przyszła, by zakończyć moją mękę. Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą kolejną twarz. On nie dotykał mnie wcześniej. Przeraziłam się, bo w pierwszej chwili sądziłam, że przyszedł w tym samym celu, co pozostali. By upokorzyć, podeptać godność i zadawać ból. Ale on nie chciał krzywdzić.
     Zabrał mnie stamtąd. Nie wiem, jak długo uciekaliśmy, ani nawet w którym kierunku. Moja świadomość zapadła w letarg. Niewiele pamiętam z tej podróży, tylko tyle, że on poił mnie wodą i nie pozwalał odejść, cucąc raz po raz, gdy traciłam przytomność. Gorączkowałam. Świadomość odzyskałam w jakiejś maleńkiej oazie, w której się zatrzymaliśmy. Grin powiedział, że byliśmy tam od kilku dni. Opatrzył mnie i czekał, aż nabiorę dość sił, byśmy mogli jechać dalej.
     Milczałam. Nie mówiłam nic. Nawet nie odpowiadałam na jego pytania. Była we mnie tylko rozpacz. Czułam się brudna i nic nie warta, jak puste naczynie, rozbite i bezużyteczne. Czułam wstyd i wstręt do samej siebie. Wstyd bo zawiodłam. Nie ocaliłam porzuconego dziecka, a potem sama jak dziecko dałam się podejść ludziom i schwytać. Wstręt, bo pamięć tamtych potwornych chwil wciąż była żywa i powracała w snach niemal każdej nocy. Krzyczałam wtedy przez sen, a Grin tulił mnie, kołysząc w ramionach i szeptał jakieś słowa, których nie chciałam słuchać, wyjąc z rozpaczy. Nie chciałam żyć, lecz on nie pozwalał mi umrzeć. Mówił, że tamci nie warci są tego, bym porzuciła życie. Chciałam odejść, gdy stałam się dość silna, by utrzymać się na nogach. Nie pozwolił mi. Nie samej.

     Człowiek nie może wejść do kolonii. Chroni je moc Żywiołów i tylko naznaczone mają do nich wstęp. Człowiek, który przekroczy granicę umiera rażony przez Żywioł-opiekuna kolonii. Ale nawet my, Sigini, nie wiedziałyśmy, gdzie przebiega granica. Żywioł sam ją wyznaczał i wiadome nam było tylko tyle, że nie jest ona stała. Dlatego ludzie nie zapuszczali się w głąb pustyni-Matki. Bali się jej i pozostawiali nam tę dziedzinę. Nie mogłam się zgodzić, by Grin odprowadził mnie na pustynię, choć, nie bacząc na własne bezpieczeństwo, chciał iść ze mną, tak daleko, jak tylko to będzie możliwe. Był dobrym człowiekiem. Miał serce pełne litości dla kogoś takiego jak ja, o kim ludzie mówili divari – przeklęta. Nigdy nie sądziłam, że nienaznaczony człowiek zdolny jest nie czuć odrazy i nienawiści w stosunku do Sigina. On nie nienawidził i nie odwracał się ze wstrętem. Kiedy mnie dotykał, nie wyczuwałam w nim przymusu. Opatrywał i pielęgnował mnie, bo tego chciał. Była w nim szczera wola, by nieść mi pomoc i opiekę. I ja sama nie czułam gniewu ani rozpaczy, gdy jego dłonie dotykały mojej skóry. Moje zmysły nie sprzeciwiały się temu, choć lęk długo jeszcze towarzyszył, nim nauczyłam się mu ufać.

     Grin nie chciał, bym odeszła samotnie, ja nie chciałam, by narażał się, idąc ze mną. Wymusił obietnicę, że pozwolę się sobą opiekować, póki nie odzyskam pełni sił. Wówczas każde z nas miało pójść swoją drogą. On, wrócić między ludzi, ja, na pustynię by odnaleźć swoją kolonię. Do tego czasu mieliśmy trzymać się razem.
     Dotarliśmy do niewielkiej wioski na skraju pustyni Menhida. Nie zgodziłam się zbyt od niej oddalać. Była moim domem, Matką. Od zawsze. Czas bowiem zatarł dziecięce wspomnienia dni, gdy mieszkałam pośród nienaznaczonych.
     W wiosce potrzebowano rymarza, więc pozwolono nam zostać. Nie wiedziano kim jestem. Grin dbał o to, by nie dopuszczać do mnie mieszkańców, choć ci byli ciekawi. Zamieszkaliśmy na skraju osady. Prawie nie opuszczałam domu, kręcąc się jedynie w obejściu. Zawsze starannie osłaniałam znamię. Mój opiekun wiele razy przepędzał ciekawskich, gdy uciekałam przed ich wzrokiem. Mówił im, że jestem nieśmiała, że pochodzę z daleka, z kraju, gdzie kobiety pozostają w swych domach pod opieką ojców i mężów, nie utrzymując kontaktów z obcymi. Wreszcie oni dali sobie spokój i przestali nas niepokoić. Odzyskiwałam siły. Moje rany i sińce goiły się i czułam, że wkrótce będę mogła ruszyć w drogę do domu. Czułam też, że Grin obawia się tego dnia. Im byłam silniejsza, tym z coraz większą troską i smutkiem na mnie spoglądał. Nie chciał, bym o tym wiedziała i skrywał swój niepokój, ale ja byłam Siginem. Wyczuwałam ludzkie emocje. Żaden człowiek nie był zdolny ukryć ich przede mną.
     Także czułam niepokój, lecz ani Grin, ani ja nic nie mogliśmy zrobić. Niemożliwym było dla mnie życie pośród ludzi. Każdy dzień niósł ryzyko, że odkryją prawdę o mnie. Zaś on nie mógł podążyć ze mną na pustynię. Nie dotarłby do kolonii, ponieważ Żywioł nie dopuściłby go do niej. Byliśmy skazani na rozstanie, choć i moje serce pogrążało się w smutku na tę myśl.
Życie jest jednak nieprzewidywalne i znalazło sposób, byśmy pozostali razem, choć na nowo pogrążyło mnie to w rozpaczy.

     Spodziewałam się dziecka. Dziecka jednego z tamtych... Płakałam całymi dniami, pragnąc jedynie umrzeć i gdybym była wtedy sama, odebrałbym sobie życie. Nosiłam w sobie owoc gniewu, nienawiści i okrucieństwa. Nie, nie czułam nienawiści do niego. Ona była mi obca. Ale jak miałam je pokochać? A przecież matka powinna kochać życie, które nosi w sobie. I nie mogłam wrócić na pustynię, bo to, co rosło we mnie było... człowiekiem. Chciałam rozpłynąć się we łzach. Grin znów tulił mnie wieczorami, pocieszając, jak umiał najlepiej, a moje serce, z każdym jego nasączonym miłością słowem, krwawiło boleśnie, jakby wbijał w nie ciernie. Bo zrozumiałam, że jego troska o mnie jest czymś więcej niż tylko chęcią zadośćuczynienia krzywdzie. Grin mnie pokochał. I gdybym miała choć cień nadziei, że owo życie, które zalęgło się w moim łonie, stało się za jego sprawą, nosiłabym je i podarowała mu z radością. Ale on nigdy nie zbliżył się do mnie w taki sposób. Zdarzało się, widziałam, jak walczy z własnym pragnieniem, lecz nigdy nie uległ pokusie, zaś mój lęk był zbyt silny, bym wyszła mu naprzeciw. Teraz zaś miałam wydać na świat...

     Chciałam umrzeć, tylko umrzeć... W rozpaczy wykrzyczałam nawet, że wszystko jest jego winą, bo nie pozwolił mi na to, nakazując żyć wbrew wszystkiemu. Nie potrafię opisać, jak bardzo żałowałam tych słów, widząc ból w jego oczach. Ale nawet wtedy nie odwrócił się ode mnie, a ja znów pogrążyłam się w rozpaczy, że nie umiem odwzajemnić jego uczucia. Płakałam więc nad nim i nad sobą. I nad tym, który miał się narodzić. Byłam rozdarta. Wiedziałam, że nie będę mogła zabrać ze sobą dziecka i czułam do siebie wstręt, że będę zdolna je porzucić. Że jestem zdolna porzucić Grina.
Życie jest nieprzewidywalne... I znów znalazło sposób, by rozwiązać wszelkie rozterki.

     Urodziłam mego syna wczesną wiosną. Nie skarżyłam się, choć skurcze wyciskały ze mnie energię i wysysały siły. Trwało to długo... wiele godzin. Nie było przy mnie nikogo prócz Grina. Błagał, bym pozwoliła sprowadzić pomoc. Nie zgodziłam się. Była we mnie pewność. Wiedziałam już, że nie będę zdolna ich porzucić, że zostanę przy nich, a moja obecność nieustannie będzie narażała ich na niebezpieczeństwo. Nikt nie zaakceptuje dziecka sigina, mimo że ono samo nie będzie naznaczone. Jeśli ludzie odkryją, kim jestem, zabiją nie tylko mnie. Zabiją moje dziecko i mężczyznę, który mnie chronił i którego pokochałam. Żałowałam jedynie tego, iż nie mam już czasu, by mu tę miłość okazać.
    
     Słabłam, ale los pozwolił mi zobaczyć syna i nie myślałam już o tym, kto posiał we mnie to życie. To dla Grina wydałam go na świat i pokochałam tę bezbronną istotę, gdy tylko usłyszałam jej głos. Płakałam ze szczęścia, widząc szczerą radość Grina i z żalu, czując jego niepokój o mnie. Ale tak musiało się stać. Musiałam odejść, by ci jedyni, których pokochałam nad życie, mogli się nim cieszyć w spokoju. Wymogłam obietnicę, że da mu swoje imię. Imię najlepszego człowieka, jakiego poznałam w swoim krótkim życiu.
     Światło dookoła gasło, mój oddech był coraz płytszy, coraz rzadszy. Zebrałam wszystkie siły, jakie mi zostały, by zacisnąć nie czujące już niczego palce na dłoni Grina i powiedzieć mu to, co było najszczerszą prawdą i co tak bardzo chciał usłyszeć:
     – Kocham cię, Grin...

KONIEC

11 komentarzy:

  1. świetne opowiadanie. uwielbiam fantastykę :) czy Pani gdzieś publikuje - oczywiście oprócz bloga - swoje opowiadania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj i na portalu literackim extrastory.pl. Tu na razie wrzucam to, co zjadliwie-wnikliwa krytyka zaprzyjaźnionych użytkowników przeciągnęła pod kilem ;). Zwykle, po przyjacielsku nie zostawiamy na sobie suchej nitki. Wiele się tam nauczyłam w dość krótkim czasie.

      Usuń
  2. Tak sobie losowo wybrałam do czytania coś krótkiego, no i wylądowałam tutaj. Zacznę może od tego, co mi się rzuciło w oczy, a mianowicie: "Nienawidzili nas, radość i rozkosz, znajdując w zadawaniu bólu." - wydaje mi się, że drugi przecinek jest tu niepotrzebny, aczkolwiek głowy sobie obciąć nie dam, bo ja się nawet nie uczę na profilu humanistycznym, a na bio-chem-fizie, więc wiadomo, że średnio się znam na pisaniu :)
    " Jej ojciec błagał, by pozwolono mu wywieźć dziecko na pustynię, lub odebrano życie szybko." - ten przecinek też chyba niepotrzebny.
    A teraz może przejdę do sedna i uprzedzę Panią, że to będzie baaaardzo długi i być może chaotyczny komentarz.
    Jestem oczarowana. Naprawdę, nie mam pojęcia czym bardziej - Pani pięknym, wyszukanym, a jednocześnie jakże przystępnym językiem, płynnością tekstu, czy może po prostu wrażliwością, jaką ja w tym tekście znajduję. Kurczę, aż nie wiem, od czego powinnam zacząć.
    Po pierwsze, to tekst ma niesamowity klimat. Ciężko jest mi to opisać, ale naprawdę odczucia przy czytaniu tego tekstu są niesamowite. Bardzo nasuwają mi się skojarzenia z Sagą o Ludziach Lodu, która może jakąś górnolotną literaturą nie jest, ale wywoływała (i wywołuje, bo ja wbrew wszystkiemu nadal jestem fanką tej serii, choć zdaję sobie sprawę, że to nie jest zbyt ambitna literatura - ale kto powiedział, że zawsze trzeba czytać coś ambitnego?) we mnie podobne odczucia. Chociaż, jeśli mogę tak powiedzieć, to pomimo podobieństwa klimatu, które ja osobiście widzę, to uważam, że Pani sposób pisania chyba bardziej wyszukany i przepełniony emocjami. Naprawdę, nie mam pojęcia, jak brzmi to, co piszę, ale chciałabym, żeby Pani odebrała to jako bardzo duży komplement. Osobiście powiem, że mimo, że czytałam o pustyni wyraźnie piaszczystej, to (pewnie ze względu właśnie na skojarzenia z Sagą, ale i z racji na moje kręgi zainteresowań w kwestii obcych kultur) z jakiegoś powodu umysł usilnie podtykał mi wizję taką, jakby wszystko to miało miejsce na Syberii, wśród ugrofińskich plemion, a pustynia w mojej głowie była po prostu tundrą. To tak tylko od siebie chciałam dodać :)
    Wracając do tekstu, to podziwiam pani pomysły - kurczę, ja osobiście kocham fantastyczne światy, a jeszcze bardziej kocham historie kobiet, chociaż szczerze powiedziawszy rzadko mówię o tym otwarcie. Pani pięknie pisze o uczuciach, zarówno o tych przyjemnych, jak i gorszych. Po pierwsze, to nie jest łatwo pisać o rodzącej się miłości, i o miłości w ogóle, tak żeby przy okazji patos nie lał się strumieniami, a Pani zrobiła to naprawdę pięknie, uderzając naprawdę prosto w moje poczucie wrażliwości. W ogóle bardzo lubię motyw takiej cichej, skazanej z góry na porażkę miłości, która jednak znosi wszystko (teraz mówię, naturalnie, o Grinie) - nie ma co się czarować, marzycielka, idealistka i romantyczka ze mnie jak się patrzy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Idąc dalej, to żeńskie postacie rzadko mnie przekonują - często są przerysowane, albo odwrotnie, niedopracowane, dlatego też sama piszę głównie z punktu widzenia mężczyzny, bo boję się popsuć postać kobiecą. A Shanya naprawdę trafiła wprost do mojego serca. Jej początkowe przerażenie naprawdę i mnie się udzieliło i kamień spadł mi z serca, kiedy przeczytałam, że została uratowana przez kobiety jej podobne, chociaż naturalnie wiedziałam, że coś takiego musi mieć miejsce, bo jeszcze sporo tekstu zostało mi wtedy do przeczytania :) Idąc dalej, podobała mi się strasznie jej determinacja, by odnaleźć małą dziewczynę. Przemówił do mnie jej żal po znalezieniu jej ciała. Pani tak prawdziwie i naturalnie opisuje uczucia, że to aż szok - co prawda, dla mnie z pewną maluteńką dozą patosu, ale to akurat bardzo dobrze, bo z umiarem wszystko jest dobrze, a taka odrobinka patosu pomaga stworzyć klimat, w mojej opinii. Dalej, z rzeczy bardziej przyziemnych, to walka z harpią byłą opisana wspaniale. I naprawdę zazdroszczę pani tego, bo mnie aż krew zalewa, jak mam pisać o walkach (aktualnie akurat piszę rozdział zawierający małą potyczkę polsko-szwedzką) i chociaż wiadomo, że walka z harpią to co innego niż siedemnastowieczna bitwa, to jednak naprawdę sądzę, że w pewien sposób można to porównać. I okrutnie pani zazdroszczę. Niesamowite, że pisząc o walce i o uczuciach, Pani ciągle utrzymuje ten sam magiczny klimat, a przy tym walka pozostaje dynamiczna, ale zrozumiała, nie ma w niej chaosu. Chylę czoła.
    I teraz dalej. Ja się okropnie boję motywu gwałtu. Boję się, bo to temat delikatny, do którego trzeba podejść z ogromnym wyczuciem, bo inaczej staje się niesmaczny. I naprawdę, będę Panią chwalić pod niebiosa za to, jak Pani o tym pisała. Aż mi się serce ścisnęło, bo naprawdę zawarła Pani w tym fragmencie ogromną dozę emocji, które dały mi po twarzy, że się tak kolokwialnie wyrażę, ale w bardzo pozytywnym sensie. Dla mnie to było tak boleśnie autentyczne, że naprawdę poruszyło mnie do głębi. I powiem Pani, że na w mojej historii miał się pojawić taki motyw, nie odnośnie jednej z głównych bohaterek (ona miała to tylko widzieć), ale muszę się teraz poważnie zastanowić, czy w ogóle o tym pisać. Bo jak przeczytałam coś napisanego z tak wielkim wyczuciem, jak tu, to boję się, że mogłoby mi to wypaść naprawdę o wiele gorzej.
    I na ostatek chciałabym dodać, że łezka mi się zakręciła na sam koniec. Nie ma co tu więcej mówić. Wyszło to pani zgrabnie i z wyczuciem. I naprawdę smutno mi się zrobiło. Ale to komplement.
    Kurczę, jeśli mogę sobie pozwolić, żeby to powiedzieć, to teraz to naprawdę mam nadzieję, że zechce pani zajrzeć do mnie i wypowiedzieć się na temat mojego tekstu, bo po tym jednym tekście stała się Pani dla mnie sporym autorytetem. I naprawdę nie przesadzam, mówiąc to. Może się Pani spodziewać, że będę u Pani częstym gościem. I na pewno wypowiem się pod resztą tekstów.
    Wielkie gratulacje z mojej strony, naprawdę. Jeszcze raz powiem, że jestem pod ogromnym wrażeniem.
    Pozdrawiam serdecznie

    PS. Przepraszam, że tak na dwa razy, ale blogspot nie chciał dodać tak długiego komentarza w jednym poście.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję, za tak rozbudowaną i tak życzliwą opinię pod adresem tego tekstu. Naprawdę nie spodziewałam się, że aż tak komuś może się spodobać i tym bardziej mnie to cieszy :)

    Jeśli chodzi o literaturę „ambitną”, to prawdę mówiąc unikam czytywania takiej. A już na pewno nie próbuję takiej pisać. Czytam dla przyjemności, swojej. Piszę dla przyjemności swojej i czytelniczek (zakładam, że panów raczej nie zachwyci moje pisanie).

    Zaglądałam już na Twojego bloga, chociaż nie miałam na razie czasu skupić się na dokładnym przeczytaniu opowieści. Obiecuję, że przeczytam i zostawię słowo, nie mogę jedynie obiecać kiedy znajdę na to chwilkę.

    Pisząc komentarze, czy wiadomości spokojnie możesz używać moje imienia albo nicku i zwracać się na „ty”. W żaden sposób nie poczuję się dotknięta, wręcz przeciwnie, trochę mi niezręcznie, kiedy piszesz „pani” :)
    Co do przecinków, pewnie masz rację, u mnie zwykle jest ich za dużo ;)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ukochane przecinki, zmora każdego z nas. One i literówki.
    Bardzo dobry tekst. W dalszej części trochę mylący przeskok między ojcem a synem, ale ogólnie fajnie się czytało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Shanyę napisałam później niż Grina. Grin cóż, mam świadomość że jest mocno niedoskonały, ale ponieważ zdobył dla mnie moje jedyne wyróżnienie, niech już sobie taki zostanie :). Przecinki... z przykrością i wstydem stwierdzam, że w ich przypadku jestem niereformowalna, niestety.

      Usuń
  6. Według mnie opowiadanie było za krótkie. Jest w nim dużo scen wywołujących bardzo silne emocje. Brakowało chwili na ochłonięcie, zbudowanie napięcia. Poświęciłbym więcej czasu na opisanie Kolonii, przemyśleń Shanyi. Przecież została porzucona na pustyni, uratowana przez Siginam, później, gdy sama miała ratować niezdązyła. Została raniona w walce z harpią, zgwałcona, poznała mężczyznę godnego zaufnia, urodziła dziecko gwałciciela. Każde wydarzenie jest jak cios, zastanawiam się jak ona sobie dała radę, co myślała, jakie miała marzenia, jak wyglądało dorastanie w kolonii itd. Przez to, żetak dobrze opisałaś każdą scenę brakuje mi czasu na chwilę spokoju. Proszę nie katuj tak Shanyi :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ha... Shanyę skatował podły los. Życie bywa brutalne, a ludzie bywają gorsi od życia. "Nigdy nie mów nigdy" - dlatego nie zarzekam się, że kiedyś do tamtego świata i jego problemów nie wrócę, ale jak i kiedy tego najstarsi Indianie nie wiedzą. Gdybym wszystkie te niedopowiedzenie występujące w Shanyi rozwinęła... wyszłaby powieść, nie opowiadanie. Może kiedyś wyjdzie ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wszystko pięknie ładnie, dzielnie czytam wszystkie opowiadania i powieści, ale nurtuje mnie to ,że "Dzieci Żywiołów" są niedostępne. Dlaczego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dzieci Żywiołów" i "Słony wiatr" zostały ukończone i być może spróbuję je wydać, dlatego musiały zostać usunięte z sieci. Jeśli się nie uda... wrócą na bloga ;)

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.