WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

10.11.2013

Grin - cz.2



     Późna noc już była, gdy wreszcie wszyscy zapadli w głęboki sen. Grin, który nie brał udziału w „zabawie”, teraz trzymał wartę. Wstał i przeszedł się pomiędzy śpiącymi, sprawdzając, czy poganiacze śpią dość twardo. Upojeni trunkiem i hulankami chrapali mocno.
     Najciszej jak się dało, osiodłał jednego wielbłąda. Potem odwiązał wszystkie i oddalił się z nimi. Osiodłanego zostawił tuż za skalnym nawisem. Resztę poprowadził jeszcze kawałek. Gdy uznał, że znalazł się dostatecznie daleko od obozowiska, porozcinał ich pęta i popędził je w noc, strzelając korbaczem po zadach.
     Wrócił do ogniska. Zabrał derkę. Skatowana dziewczyna leżała tam, gdzie ją zostawili. Wciąż jeszcze żyła. Jęknęła bezwiednie, gdy owijał pledem zmaltretowane ciało. Chciała coś mówić. Zasłonił jej dłonią usta, wzrokiem nakazując milczenie. Wielbłąd, którego pozostawił za skałą, wciąż tam był.

     Całą noc jechali na wschód, w kierunku kolonii. Jeśli tamci będą ich ścigać… Kolonia była jedynym logicznym kierunkiem ucieczki dla sigina. O świcie znaleźli się nad brzegiem szerokiego, kamienistego uedu biegnącego w kierunku północno-wschodnim. Kilka godzin posuwali się jego dnem na południe. Na kamienistym podłożu płaskie kopyta wielbłąda nie zostawiały śladów. Wreszcie Grin skierował wierzchowca na zachód i znów popędził galopem.
     Nie rozmawiali. Ona, co chwilę traciła przytomność. Szaleńcza ucieczka nie pomagała odzyskać bodaj odrobiny sił. Ciało trawiła gorączka. Grin poił ją jedynie wodą, licząc, że zdoła utrzymać przy życiu, nim dotrą do jakiejś oazy, gdzie będzie mógł opatrzyć jej rany...
***
     Syn rymarza przyszedł na świat wczesnym latem. Jego matka odeszła cicho i spokojnie, pozostawiając troskę o potomka ojcu. Wychowywał chłopca sam. Sam uczył go rzemiosła i posługiwania się bronią.
     – Tato...? – zapytał któregoś dnia chłopak. – Czy moja matka… Czy jestem do niej podobny?
     Z uwagą przyglądał się własnemu odbiciu w tafli wody w stawie.
     – Bo ty masz ciemne włosy i oczy, a ja nie. Jaka ona była? – dopytywał się.
     Rymarz uśmiechnął się i zmierzwił dłonią rudawą czuprynę syna.
     – Była dobrą kobietą. I piękną. Masz jej oczy.
     – Tylko oczy? – zdziwił się chłopak. – To do kogo w końcu jestem podobny? Ty nigdy nie mówisz o mamie. Opowiedz mi...
     – Kiedyś ci opowiem, Grin. Kiedyś, nie dziś…
     Któregoś dnia opowiedział…
***
   Grin miał dwadzieścia jeden lat, gdy umarł jego ojciec. Młodzieniec nie przejął po nim rymarskiego warsztatu. Zniknął z wioski i słuch o nim zaginął.
***
     Perta nie mógł sobie darować, że dał się tak głupio podejść. Wiedziony chciwością, licząc na łatwy zysk, dał się wywieść w pole jakiemuś smarkaczowi i teraz tkwił w tej cuchnącej norze nie wiadomo gdzie. Nie dochodziły tu żadne odgłosy. Panowała ciężka, ponura cisza, od czasu do czasu przerywana jedynie odgłosem upadającej na kamienne podłoże kropli wilgoci. W tej dudniącej w uszach ciszy brzmiało to niemal jak huk.
     Wykręcone, skrępowane kończyny zdrętwiały i bolały. Więzy zaciągnięto mocno. Bardzo mocno. Bezlitośnie i w taki sposób, że próba poruszenia ramionami lub nogami powodowała zaciskanie się zadzierzgniętej na szyi pętli, a oddychanie i bez tego utrudniał wepchnięty aż po gardło knebel. Powietrze było ciężkie, gęste i cuchnęło rozkładem. Skonstatował, że leży w kałuży jakiejś obrzydliwej, smrodliwej cieczy. Wzrok przyzwyczaił się do mroku i dostrzegał teraz maleńkie okienko pod sufitem. Ale od środka zabito je deskami, a przez szpary, tylko w jednym miejscu, sączyła się nitka światła cieniutka jak pajęcza nić. Z zewnątrz okienko też musiało być czymś zasłonięte. Mdły promyczek rozpraszał ciemność tyle tylko, że dało się rozróżnić płaszczyzny ścian, a i tak, żeby je dostrzec, trzeba było nieźle wytężyć wzrok. Gdyby nawet Perta mógł wrzeszczeć, pewnie i tak nikt by nie usłyszał jego wołania.
     Za plecami starego kupca, przez grubą warstwę głuchej ciszy, przebił się stłumiony odgłos kroków. Nie mógł się jednak odwrócić, by zobaczyć, kto się zbliża, nie narażając się przy tym na uduszenie. Oklapł więc i czekał zdjęty przerażeniem, sam nie wiedząc, czy woli tkwić tu w beznadziei, sam jak palec, czy pragnie jakiegokolwiek towarzystwa. Cokolwiek miało się zdarzyć, perspektywa napawała go strachem, bo jakieś dziwne przeczucie mówiło mu, że nie będzie to nic miłego.
     Ten, kto znalazł się za nim, syknął jadowicie do ucha:
     – I co, kupcze? Co teraz powiesz?
     Nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć, nawet gdyby w gębie nie tkwił knebel uniemożliwiający powiedzenie czegokolwiek. Zamrugał tylko oczyma, czując jak ciepła strużka moczu cieknie po udzie, rozpływając się w paskudnej cieczy, w której leżał. Nieznajomy rozciął więzy na nogach Perty i solidnym kopniakiem potraktował otłuszczone nerki.
     – Wstawaj, gnido…
     Z wciąż skrępowanymi rękami i pętlą zaciskającą się na szyi przy niemal każdym ruchu, sapiąc niemiłosiernie, wreszcie stanął na odrętwiałych nogach. Próbował wykręcić głowę i zerknąć przez ramię, lecz niemal natychmiast stalowe palce zacisnęły się na tłustym karku.
     – Nie oglądaj się – padło polecenie i człowiek pchnął Pertę przed sobą w kierunku ciemnego korytarza.

    Ciężkie, okute drzwi otwarły się, a Pertę wypchnięto na zewnątrz w pełnię południowego słońca. Oczy zareagowały tępym bólem, mimo natychmiast zaciśniętych powiek. Upadł na kolana, boleśnie kalecząc je na ostrych krawędziach kamieni. Odważył się wreszcie ostrożnie otworzyć obolałe oczy, ale kolejnych kilka chwil upłynęło, nim zdołał dostrzec cokolwiek. Przed nim ktoś stał. Widział czubki butów z licowanej skóry.
Perta powoli przeniósł wzrok wyżej. Nieznajomy stał pod słońce. Kupiec nie widział jego twarzy. Zorientował się tylko, że ów jest dosyć wysoki. Chyba wyższy od niego. Trudno było to określić, tkwiąc na klęczkach.
     Tajemniczy mężczyzna przyglądał mu się, spoglądając nań z góry. Perta dostrzegał złowrogi błysk oczu. Wreszcie tamten odrzucił kaptur i ułapiwszy kupca za poły kaftana postawił na nogach. Teraz Perta mógł mu się wreszcie przyjrzeć.
     Nieznajomy, z rozwichrzoną, rudawą czupryną, był młody, zaś Perta był absolutnie pewien, że nigdy wcześniej go nie widział. Mimo to nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w tej, obcej przecież twarzy, dostrzega coś znajomego.
     - Dziwisz się, co? – odezwał się mężczyzna, mierząc kupca chłodnym spojrzeniem niezwykłych oczu o złocistych tęczówkach. – Może coś sobie jednak przypominasz… Mówiono mi, że mam jej oczy.
     Sterany umysł kupca pracował intensywnie. O czym ten bandyta gada? Czego ode mnie chce?
     – Mam na imię Grin – syknął Percie do ucha, obchodząc go wkoło.
     Gdy znów znalazł się przed nim, potrząsnął mu przed nosem jakimś mieszkiem roztaczającym obrzydliwą woń. Perta poczuł, jak wnętrzności podchodzą mu do gardła. Smród wywołał falę gwałtownych mdłości. Pomyślał tylko, że jeszcze chwila, a przyjdzie mu zadławić się treścią własnego żołądka.
     – Wiesz, co tu mam? – warknął Grin. – Znalazłem was wszystkich. Ciebie zostawiłem sobie na koniec… Nie domyślasz się, dlaczego?
    
     Pojęcia nie mam! I gówno mnie to obchodzi! Ty sukinsynu! Ty… morderco! Oczywiście z gardła Perta zdołał wydobyć jedynie niezrozumiały bełkot. Knebel wciąż przecież tkwił w jego gębie.
     Na ustach Grina wykwitł drwiący uśmieszek.
     – Opowiem ci coś. Odświeżę pamięć...
     Perta słuchał. Nie miał najmniejszej ochoty na jakiekolwiek opowieści, ale nie pozostawiono mu wyboru. Wreszcie zrozumiał... Pojął, dlaczego twarz młodego człowieka wydaje mu się znajoma. Zabije mnie... On mnie zabije…
     
     – ...była moją matką – zakończył swoją opowieść młody mężczyzna.
     W ponurym milczeniu obserwował twarz Perty, rozkoszując się rosnącą w jego oczach paniką. Wolno wysunął z pochwy długi, prosty sztylet.
     Kupiec chciał skamleć, błagać o litość, o życie. Grin skrzywił się z niesmakiem, słysząc nieartykułowany bełkot wydobywający się spod knebla. Po nalanej twarzy więźnia popłynęły łzy strachu, a po nogawce szarawarów znów pociekła strużka ciepłej, cuchnącej cieczy.
     Perta jęczał w panice. Zamknął oczy, nie chcąc oglądać zbliżającej się śmierci. Przerażenie podcięło mu nogi, gdy poczuł dotyk chłodnej stali na gardle. Upadł na kolana, które eksplodowały bólem. W pewnej chwili uczuł, że ręce ma wolne.
     Otworzył oczy.
     Grin oddalał się ku stojącemu opodal koniowi, spokojnie skubiącemu trawę. Wskoczył na niego. Potem, już siedząc w siodle, zbliżył się do Perty. Wymijając go, rzucił mu pod nogi obnażony sztylet.
     – Nie wart jesteś, bym cię zabił…


KONIEC




Do tego tekstu powstało też ostatnio coś w rodzaju prequela, który to tekst także znajdzie się tutaj w niedalekiej przyszłości :).
Wspomniany wyżej  prequel, żeby nie trzeba było daleko szukać tutaj.

11 komentarzy:

  1. hm.. powiem szczerze , że w połowie troche się pogubiłam , teskt fajny, w rezultacie zrozumiały choć zabrakło mi odrobine więcej wyjaśnienia; całość jednak uznaję za udaną

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale się nie dziwię temu pogubieniu. "Grin" istotnie jest trochę zakręcony. Wiele osób sugerowało mi, że powinien być dłuższy. Powstał jednak na konkurs, a tam musiałam zmieścić się w limicie znaków. Potem jakimś cudem załapał się na wyróżnienie, więc poza drobnymi poprawkami nie chciałam go w drastyczny sposób zmieniać. Sentymentalna jestem, ot co ;). Jako pewne dopowiedzenie tego opowiadania napisałam "Shanyę". Być może jeszcze kiedyś wrócę do tego "universum", choć nie koniecznie do tych bohaterów.

      Usuń
  2. w takim razie w wolnym czasie zapoznam się z Shanyą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Shanya się ucieszy i mam nadzieję, że się spodoba :)

      Usuń
  3. No to dziś doczytałam jeszcze to, także i tu mogę się wypowiedzieć ;)
    Cieszę się strasznie, że najpierw przeczytałam Shanyę, bo pewnie jak mrumru bym się trochę pogubiła - tak to niestety jest, że jak jest niewiele tekstu, a dzieje się on w zupełnie nowym dla człowieka świecie, to ciężko się połapać co i jak - a tak, dzięki wcześniejszej historii, to wszystko było jasne. I gratuluję wyróżnienia w konkursie za tę pracę, bo choć oczywiście nie widziałam pozostałych, to ta jest naprawdę dobra i moim zdaniem wyróżnienie jest jak najbardziej zasłużone :)
    Strasznie mi się podoba Twój styl pisania - wiem, mówiłam to już, ale cały czas nie mogę się nacieszyć :) Widziałam też w spisie, że planujesz wrócić do tego uniwersum - to powiem szczerze, że ja z chęcią poczytam, bo podoba mi się sam motyw siginów i taka trochę brutalnośc tego świata (bo nie ma się co czarować, że każdy świat jest brutalny i dla mnie takie ugrzecznione są po prostu w żaden sposób niewiarygodne). I nawet ta cała pustynna otoczka, że tak powiem, przekonuje mnie do siebie, chociaż jakoś tak się złożyło, że jakoś zawsze jak czytałam jakąś fantastykę, czy to wydane książki, czy opowiadania w Interenecie, to wszystko działo się albo w Rosji, albo w Skandynawii (jeśli to był nasz "normalny" świat z nutą fantastyki), albo w światach podobnych do tolkienowskiego Śródziemia. Albo świata Wiedźmina. W sumie z pustynią zetknęłam się tylko dwa razy (w Eragonie, który moim skromnym zdaniem jest do kitu i bardzo mnie zniechęcił, oraz w Pieśni Lodu i Ognia, która całkiem odwrotnie, jest prześwietna). No, zeszłam trochę z tematu, a chciałam tylko powiedzieć, że ta pustynia (jak już w końcu wybiłam sobie z głowy tundrę) jest fajnym powiewem świeżości, przynajmniej wśród tego, z czym miałam styczność.
    Aż mnie ciarki przeszły, jak czytałam pierwszą część i rozmowę tych drani. Okropna sprawa, naprawdę, i udało Ci się to bardzo dobrze oddać.
    A tak swoją drogą, to podobają mi się też wymyślane przez Ciebie imiona. Takie są przystępne, choć oryginalne. Bardzo wkurza mnie, kiedy imiona są tak wymyślne, że aż niewymawialne. Ekhem, i u Tolkiena, którego wielbię, też czasem się to zdarza, i naprawdę strasznie tego nie lubię.
    Chciałabym jeszcze tylko powiedzieć, że zakończenie bardzo mnie zaskoczyło. Kurczę, spodziewałam się naprawdę, że Grin Perta zabije. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że może być inaczej. I naprawdę nie wyobrażałam sobie, żeby ta historia mogła mieć dobre zakończenie (bo zabicia Perta wcale nie rozpatrywałam jako DOBRE ZAKOŃCZENIE - byłoby moim zdaniem sprawiedliwe, ale na pewno nie dobre). Jakież było moje zdziwienie, że stało się to, co się stało - i aż i serduszko zadrżało. Zawsze mnie wzrusza, jeśli postać robi coś tak dobrego, że wydaje się to naprawdę zbyt wielką łaską dla takiego drania jak Pert - bo człowiek aż ma ochotę krzyknąć, żeby Grin go zabił, żeby go ukarał - a on robi coś o wiele lepszego, bo okazuje łaskę i pokazuje w ten sposób, że pomimo, iż jest jego synem, to jest całkiem inny nić on. O wiele lepszy. Pięknie ci to wyszło i naprawdę podtrzymuję wszystko, co napisałam w poprzednim komentarzu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogłam pozwolić Grinowi na zarżnięcie Perty. W tekście trochę to zakręciłam, wiem, ale z przyczyn o których już wspominałam nie chcę zmieniać i poprawiać tego opowiadania. Rzecz w tym, że w opowiadaniu jest dwóch Grinów. Starszy, który uratował Shanyę i zabrał ją oprawcom i młodszy, jej syn, którego nazwała Grinem i którego starszy wychował jak ojciec. W opowiadaniu na końcu młodszy spotyka się jednym z krzywdzicieli swojej matki, ostatnim już (innych wykończył wcześniej), nie zabija go ponieważ Perta jest jego biologicznym ojcem. To on jako pierwszy zgwałcił Shanyę. Młody Grin tylko oczy ma po matce, poza tym jest podobny właśnie do swojego biologicznego ojca i ta informacja jest gdzieś w tekście ;). Grin wie, że Perta jest jego ojcem, gdyby go zadźgał okazałby się niewiele lepszym draniem od niego, dlatego puszcza go wolno i pozwala żyć, chociaż nie chce mieć z nim nic wspólnego :) ot, tak to sobie wymyśliłam ;)

      Usuń
    2. Przy Shanyi wszystko jest bardzo zrozumiałe :) Tak czy inaczej naprawdę powtórzę jeszcze raz, że bardzo mi się podobało zakończenie. Właśnie przez wzgląd na to, na co zwróciłaś uwagę :)

      Usuń
  4. Odnoście Twojej odpowiedzi, bo oczywiście ją przeczytałam, to ja popadam w takie skrajności, że albo czytam coś szalenie "ambitnego i górnolotnego" (aktualnie mi się na Fausta rzuciło), albo właśnie coś lekkiego, a tylko dla przyjemności. I uważam, że brak jest takich właśnie luźnych historii, pisanych z sercem i dla przyjemności, a nie po to, żeby pouczać i wielkie morały prawić. I naprawdę strasznie się cieszę, że do Ciebie trafiłam, bo to co piszesz to jest właśnie to, czego mi brakowało :)
    A odnośnie mojego tekstu, to nie gonię, bo wiadomo, że czas nie zawsze jest, aczkolwiek czekać na opinię będę z niecierpliwością :) Ale tak odnosząc się jeszcze do tego co napisałam wyżej, to właśnie ja z tą moją opowieścią, to mam tak, że niby chcę pokazać okropieństwa wojny i to, co ona z człowiekiem potrafi zrobić, a jednocześnie nie mogę się powstrzymać od utrzymywania tekstu w lekkiej i takiej trochę niekoniecznie poważnej konwencji, że wychodzi mi taki miszmasz tego, o czym pisałam - niby chcę coś przekazać, ale jednocześnie piszę głównie po to, żeby sprawić sobie przyjemność, nie zważając na to, czy to jakoś specjalnie ambitnie mi wychodzi, czy też nie. Ech, przepraszam, bo ja jak się rozgadam, to nie dość, że nie mogę przestać, to jeszcze potem gadam nie na temat :<
    Na następną "ofiarę" upatrzyłam sobie Kohortę - już się nakręciłam jak nie wiem, bo widziałam, że to o Rzymianach, a zanim zatopiłam się w historii ludów Skandynawii i Finlandii, to właśnie Rzymem się interesowałam, także jest to bardzo bliski mi temat - ale to jest materiał na inny komentarz :)
    No, podsumowując, to ciągle jestem pod tak samo wielkim wrażeniem :) I na pewno zostaję na dłużej :)
    Pozdrawiam i przepraszam, że znów się nie zmieściłam w jednym komentarzu - no cóż, tak to już z moją gadatliwością bywa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzymianie... cóż, Kohorta też nie jest opowieścią historyczną, po prostu ja nie piszę takich, czasem jedynie posługuję się niektórymi realiami epoki takiej czy innej, nic konkretnego :) Ale generalnie lubię sobie pofantazjować z Rzymianami w roli głównej. Działają mi dranie na wyobraźnię :D. Nie martw się gadatliwością, ja też mówiących mało i piszących w skrócie nie należę, a o swoich własnych tekstach uwielbiam gadać z ludźmi, którym się podobają. Jak się nie podobają uwielbiam się bronić i prowadzić polemikę ;).

      Usuń
    2. Aaa, moje Gud med oss to też jest tylko NIBY historyczne, bo nie oszukujmy się, że to tylko przygodówka/romans osadzona w pewnych właśnie historycznych realiach. Także rozumiem doskonale :)
      Ja kiedyś za rzymianami przepadałam, ale już jakiś czas temu moje serce podbili wikingowie :D I jestem stracona :) Ale z chęcią wrócę do Rzymian, więc biegnę czytać :D
      To pewnie będzie sporo do przedyskutowania, jak się zabiorę za Twoje wieloczęściowe teksty :D

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.