Grin - to opowiadanie, które ma dość specyficzną historię. Pierwotnie powstał tylko początkowy fragment i był przymiarką do większego projektu. Powstał i jak wszystkie moje teksty, trafił do "szuflady", czyli do folderu "Pisemka" na moim komputerze ;). Później napatoczył się konkurs i fragment na jego potrzeby został odpowiednio rozbudowany i podrasowany, stając się Grinem ;). Tutaj publikuję wersję poprawioną i chyba już ostateczną.
Start
Poraniona, skuliła się
pod nawisem rudawego piaskowca, wciśnięta w naturalną szczelinę wyżłobioną
pracowicie przez wiatr i piasek. Wodziła dokoła przerażonymi, przekrwionymi
oczyma o złotawych tęczówkach. Przez rozdarty rękaw prześwitywała jasna skóra
naznaczona filigranem znamienia.
Było ich sześciu.
Odziani w proste ubrania z wełny i koźlej skóry, wskazujące na wykonywaną
profesję. Poganiacze. Tylko jeden, najwyższy, tęgi, o nalanej twarzy ze szczeciniastym,
rudawym zarostem, odziany był w drogi jedwab i aksamitny, pikowany kaftan
zdobiony haftem. Ten musiał być kupcem i właścicielem towaru, który wiozła
karawana. Kupiec miał krótki sztylet zatknięty za jedwabny, szeroki pas.
Pozostali także uzbrojeni byli w sztylety, ale ich broń miała wąskie, długie
ostrza.
– Wiedziałem, że to
nie dziki zwierz wykończył tamtą harpię. Od razu wiedziałem. – Pochwalił się
swoją przenikliwością jeden z poganiaczy.
– Suka – syknął inny. – Trzeba jej poderżnąć gardło i powiesić głową w dół, żeby krew zeszła.
– Zostawcie. Jest
ranna i ledwo zipie, długo nie pożyje. Tu wszędzie pustynia... ani żarcia, ani
wody…
– Głupiś, Grin. Sigin,
jak go nie wykrwawisz, jak flaków nie wyprujesz, zawsze się jakoś wyliże.
Czarów użyje. Ona – wskazał wzrokiem kulącą się w szczelinie dziewczynę –
widziała nas. Wielbłądy ochwaci jak nic. Albo burzę ściągnie. Trzeba ją wykończyć,
inaczej źle będzie z nami.
– Sam głupoty
pieprzysz, Bermus – warknął Grin z niesmakiem.
Miał nieprzyjemną świadomość,
że spieranie się o życie napotkanego sigina nie ma sensu. Jego towarzysze
zabiją ją tak czy inaczej.
– Wierzycie w te
wszystkie bajdy o siginach jak małe dzieci. – Splunął pogardliwie pod nogi
Bermusa i oddalił się od nich. Nie miał ochoty być świadkiem kaźni.
– A ty co?! – zawołał
za nim któryś z poganiaczy. – Żal ci ścierwa? Może jeszcze opatrzyć i nakarmić
ją mamy? – zarechotał złośliwie.
Reszta zawtórowała mu
równie nieprzyjemnym rechotem, po czym zajęli się rozważaniem możliwości:
– A może by sprzedać?
Podobno na zachodzie za żywego sigina niezłą sumkę można utargować.
– Taa… tyle że nim
dotrzemy na zachód, wiedźma wszystkich nas wydusi.
– Słyszałem, że jak
sigin wycieńczony, to słaby i czarować nie może. Żarcia jej nie dać, to
nic nie zrobi…
– A ja mówię – upierał
się Bermus – wykrwawić trzeba.
Sięgnął pod nawis,
złapał nieszczęśnicę za nadgarstek i próbował wyciągnąć ze szczeliny. W obronnym
odruchu trzepnęła go lekko palcami wolnej ręki, trafiając w odsłoniętą
skórę na przedramieniu. Poganiacz wrzasnął, puścił ją i odskoczył w tył.
Wrażenie było nieprzyjemne, choć nie oberwał mocno. Na silniejszy impuls nie
było jej już stać.
Szarpane rany na
żebrach i udzie, pozostawione przez szpony i ostry, haczykowaty dziób harpii,
spowodowały znaczny upływ krwi i osłabiły. Teraz promieniowały tępym bólem, być
może zainfekowane jakimś paskudztwem.
– A to ścierwo… – Potraktowany
impulsem poganiacz rozcierał odrętwiałe ramię. – Jeszcze ma siłę kąsać, wiedźma
parszywa… Już ja cię wykrwawię. – Sprawną ręką wyszarpnął zza pasa swój długi
sztylet.
– Odsunąć się, durnie
– wtrącił się ryży kupiec w haftowanym kaftanie.
Rozepchnął poganiaczy
i wysunął się do przodu.
– Cofnąć się –
nakazał. Posłuchali go i odstąpili nieco.
– Pojęcia nie macie,
jak sobie radzić z siginem – mruknął pogardliwie. Mierząc dziewczynę zimnym
spojrzeniem z pietyzmem naciągał długie, grube, skórzane rękawice, starannie
osłaniając przedramiona.
– Tylko idiota łapie
sigina gołą łapą. Do tyłu mówię – warknął, odpychając stojących najbliżej.
Pozostali sami się cofnęli.
Kupiec nachylił się i
sięgnął…
Próbowała odepchnąć
jego ramię, dotknąć nie chronionej skóry powyżej rękawicy, uderzyć. Ogólne
osłabienie sprawiło jednak, że wzrok się mącił, a ruchy nie były dość szybkie ani właściwie skoordynowane. Mężczyzna bez większego trudu uwięził oba
nadgarstki sigina i szarpnięciem pociągnął w swoją stronę. Krzyknęła, czując,
jak poraniony bok szoruje po twardej skale. Z rany znów zaczęła sączyć się
krew i pociemniało w oczach. Oprawca odwrócił ją twarzą do ziemi, wykręcił
jej ręce do tyłu i przycisnął brutalnie kolanem.
– Dawać jakiś rzemień!
Chwilę później
wprawnie skrępował ręce sigina i kolejnym brutalnym szarpnięciem próbował
postawić na nogi, ale nie była zdolna się na nich utrzymać. Rozorana dziobem
harpii kończyna była odrętwiała i bezwładna. Opadła na kolana.
– No, pięknie,
pięknie, panie Perta. – Stojący najbliżej Bermus wyszczerzył się, ukazując
bez skrępowania nieestetyczne braki w uzębieniu. – A gdzie to nauczyliście
się takich zmyślnych sztuczek? – dopytywał się, nie mogąc się przy tym powstrzymać
przed wymierzeniem kopniaka skrępowanej ofierze.
Perta sapnął z
satysfakcją.
– Za młodu polowało
się trochę z Psami Pustyni.
Z wolna ściągał
rękawice, taksując wzrokiem schwytaną sztukę. Impulsy wysyłane były przez
zakończenia nerwowe w opuszkach palców. O ile nie miała dość sił, by wesprzeć
się żywiołem, ze związanymi na plecach rękami, nie stanowiła dla nich
zagrożenia. Zważywszy, że nie była zdolna utrzymać się na nogach, było mało
prawdopodobne, by zdołała odwołać się do żywiołu.
Perta oderwał lewy
rękaw jej koszuli. Znamię, które normalnie oplatało ramię i sięgało
obojczyka, teraz kończyło się poniżej łokcia. Kupiec cmoknął i skrzywił się niezadowolony.
Zacisnął żelazny uchwyt na gardle sigina, uniemożliwiając oddychanie i z
obojętnym wyrazem twarzy obserwował, jak znikają kolejne segmenty znamienia.
Rozluźnił chwyt dopiero, gdy zostało ich nie więcej niż pięć.
Upadła na ziemię i
krztusząc się, łapała spazmatycznie powietrze.
– Wykrwawić trzeba,
nie udusić. Uduszona czarownica ożyć jeszcze może – wymądrzył się Bermus. – Ja
mogę… – zaoferował się, potrząsając wymownie sztyletem.
− Durnyś, Bermus –
skrzywił się Perta. – Zabieraj tę swoją kosę. Nie po to się trudziłem wyciągać dziewkę
z tej dziury, żebyś mi ją teraz zarżnął.
Poganiacz cofnął się
posłusznie.
− Racja – przytaknął
pochlebczo – za sigina ładny grosz…
− Ani myślę wlec ją ze
sobą taki szmat drogi.
− Jako to? – poganiacz
kompletnie już teraz zgłupiał, nie pojmując intencji ani zamiarów swojego
pryncypała.
− Durnyś, powiadam ci.
– Perta nieśpiesznie spojrzał w niebo. Słońce wisiało nisko nad horyzontem.
− Późno już, dzień się
kończy. Rozbijcie obóz. Zostaniemy tu na noc. Miejsce dobre jak każde inne.
− A z tą…? – Poganiacz
wskazał wzrokiem skrepowaną dziewczynę.
− Jak to, co? Nigdzie
nie ucieknie. Kąsać też nie da rady. Zjemy coś, a potem… − przewrotny uśmieszek
wykwitł na ustach Perty – nie wiem jak wy, ale ja się zabawię…
***
Ryży kupiec nachylił
się nad swoją ofiarą.
– I co, wiedźmo? Co
teraz powiesz?
– Zabij… ‒ ledwie była w stanie
mówić – proszę, zabij…
– Zdążysz jeszcze
zdechnąć… – syknął, uśmiechając się szyderczo.
Nie była zdolna się
bronić. Nie miała sił. Nie krzyczała. Tylko w oczach o złocistych
tęczówkach gasło światło. Rozpacz i rezygnacja za każdym razem były głębsze, aż
pozostała w nich już tylko obojętna pustka oczekiwania na koniec.
Grin oporządził
wielbłądy. Zgarnął kilka sztuk uprzęży wymagających naprawy i usiadł z
dala od reszty. Nie miał zamiaru zabawiać się kosztem schwytanego sigina. Skoro
nie wolno jej było żyć, gdyby mu pozwolono, zabiłby ją od razu. Szybko i możliwie
bezboleśnie. Nie pozwolono jednak. Siedział więc sam, z ponurą miną, zabijając
czas pracą.
– Ej, Grin! A ty, co?
Czarownicy się boisz? – zawołał Bermus, poprawiając portki na chudym tyłku.
Wygrzebał ze swoich
juków metalową, obciągniętą koźlą skórą manierkę i zbliżając się do Grina,
rzucił mu ją.
– Trzymaj, napij się.
I ciepnijże tę rymarkę – zarechotał, siadając obok towarzysza. – Zostaw to
powiadam ci. Chodź, zabaw się jak wszyscy. – Klepnął rymarza w łopatkę.
Grin pociągnął słuszny
łyk z manierki i oddał ją właścicielowi.
– Nie lubię siginów –
burknął bez cienia uśmiechu – i nie mam ochoty z żadnym się parzyć ani dla
zabawy, ani dla mściwości. Nie mam upodobania w znęcaniu się czy to wieprz
rzeźny, czy inna zaraza.
– Głupiś… ‒ mruknął w odpowiedzi
Bermus i oddalił się, pozostawiając go z jego filozofią. Grin odprowadził poganiacza
chmurnym spojrzeniem. Zacisnął mocno szczęki i powrócił do swojej roboty.


"spieranie się o życie napotkanego sigina, nie ma sensu."
OdpowiedzUsuń"ukazując bez skrępowania, nieestetyczne braki w uzębieniu."
Zbyt dużo, przecinków ;) Pilnuj ich, to będzie idealnie. Opowiadanie całkiem fajne, zabieram się za następną część.
Przecinki to niestety moja zmora... Walczę z nią, al wciąż jeszcze nie dość skutecznie, jak widać. Dziękuję :)
Usuńlubie fantastyke więc już z tego powodu chętnie przczytałam. wrażania_ czyta się gładko, płynnie, ciekawie napisane i chętnie zapoznam się z ciągiem dalszym
OdpowiedzUsuńŚwietne opowiadanie, jestem zachwycona. Uwielbiam czytać i czytam wszystko co wpadni mi w ręcę. Cieszę się ogromnie, że trafiła w końcu na Twojego bloga, który jest tym co uwielbiam robić, czyli czytać. :) Chętnie przeczytam wszystkie zamieszczone przez Ciebie opowiadania.
OdpowiedzUsuńWitam w moim światku i również się cieszę, bo przecież po to umieszczam tu swoje historyjki, by ktoś przeczytał i z nadzieją, że się spodoba. Dziękuję :)
UsuńŚwietnie operujesz słownictwem. Jestem pod wielkim wrażeniem. Jakość opisów jest powalająca, widać jednoznacznie, że nie jesteś amatorką. Kolejny plus za umiejętność stworzenia fabuły fantasy - moim zdaniem jest to jeden z najtrudniejszych gatunków ze względu na szerokie pole do popisu, a jednak trudność w stworzeniu czegoś nowego, czegoś, czego jeszcze nie było bez powielania wykorzystanych wcześniej już pomysłów. M.in. dlatego sama tymczasowo porzuciłam pisanie fantasy. Myślę, że jest to też kwestia dojrzałości pisarskiej.
OdpowiedzUsuńCo do interpunkcji, bardziej od przecinków rzuciły mi się w oczy kropki, a raczej ich braki. Nie jestem pewna, czy jest to błąd, w końcu mam do czynienia z osobą, która pisze znacznie dłużej ode mnie, aczkolwiek napiszę, może razem dojdziemy do tego, czy to błąd, czy nie.
"– Cofnąć się – nakazał. Posłuchali go i odstąpili nieco."
"– Cofnąć się. – nakazał. Posłuchali go i odstąpili nieco."
Wydaje mi się jednak, że ta kropka powinna się tam znajdować. Błąd (czy też nie) tego typu pojawiał się jeszcze w kilku zdaniach, szczególnie na początku części dialogowanej.
Skoro już mam do czynienia z osobą o tak genialnej zdolności operowania słownictwem, poproszę o radę. Szukałam niegdyś poradników odnośnie do pisania, nie mam tu na myśli poradników opisujących budowę rozprawki czy innej formy, a właśnie wszystkich czynników wpływających na jakość dobrego opowiadania. Nie kupiłam takowej, bo nie była akurat dostępna w salonie, aczkolwiek miałam okazję przeczytać kawałek wstępu. Była to książka autorstwa Stephena Kinga, dlatego wzięłam bardzo na poważnie ów wstęp. Było to coś na kształt "Musisz dużo pisać, jeszcze więcej czytać i, przede wszystkim, oszczędzać słowa". To zdanie wyjątkowo wpłynęło na mój sposób pisania, odnoszę wrażenie, że... skracam opisy? Nie jestem pewna, czy to dokładnie to. A jak Ty to rozumiesz? Nie jestem pewna, czy patrzę na to z odpowiedniej perspektywy.
PS Odpowiedz na moje pytanie na moim blogu, proszę. Nie chodzi nawet o ilość komentarzy, ale chcę uzyskać odpowiedź, a rzadko wchodzę na maila, by sprawdzić powiadomienia. Nie będę spamować, masz mój adres na privie na Zapytaj. ;)
Zapis dialogów i oszczędność słów wyjaśniłam tak, jak prosiłaś u Ciebie na blogu :).
UsuńZ mojego punktu widzenia fantasy to pójście na łatwiznę. Owszem, muszę się trzymać pewnych reguł i kanonów, ale poza tym mam wolną rękę. Mogę dowolnie żonglować, wszelkimi informacjami. Nie potrafię trzymać realiów konkretnej epoki czy konkretnego miejsca. Na to moja wyobraźnia jest zbyt niesforna. Myślę, że nie jest to kwestia dojrzałości, bardziej tego w czym pisząca osoba czuje się po prostu najlepiej. Ktoś czuje się lepiej w powieści obyczajowej, ktoś inny w kryminałach. Mnie pasuje akurat fantasy to skrobię to właśnie.
Kiedyś próbowałam się z tekstem osadzonym w realnym życiu i czasie. Nie jestem z niego zadowolona, z wielu różnych przyczyn, ale głównie z konieczności oddania realiów, które znam jedynie z filmów, książek i informacji prasowo-internetowych, albo opowieści innych ludzi. Jestem świadoma potwornych braków i błędów rzeczowych jakie musiały się tam znaleźć, z tego właśnie powodu. Ale kiedyś też go tu wrzucę ;).
Dzieńdoberek :-)
OdpowiedzUsuńKolejny ogon ;-) ale z siginem super. Chyba zostanę fanką fantasy przez Ciebie Kasiu ! :-)
Miłego dnia
Lena
Dzięki Leno :). Chyba zamienię ogony na pawie piórka :D. Jeśli okazałby się, że ktoś z mojego powodu mógłby polubić gatunek zrobię sobie z nich ogon i będę dumna jak paw ;). I chyba nawet wiem, dlaczego moje fantasy się Wam podoba :)
Usuń