WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

16.11.2013

Niecierpliwość

Tekścik kiczowaty i o "standardzie blogaskowym", dlatego uznałam, że nie może go zabraknąć właśnie na blogu ;)
     


     Jedna, jedyna łza spłynęła po obliczu Pana Piekieł. Nie otarł jej, pozwalając upaść na posadzkę. I upadła tam, najczystszy diament. Z cichym dźwiękiem potoczyła się pod nogi śpiewaka. Palce trącające struny kitary zastygły w bezruchu. Muzyka i śpiew urwały się nagle i tylko echa pobrzmiewały jeszcze w korytarzach i salach podziemnego pałacu.

     – Wzruszyłeś mnie – rzekł Pan Piekieł – przychylę się, więc do twej prośby, śmiertelna istoto. Odejdź w spokoju. Nikt cię nie zatrzyma.
     
     Serce śpiewaka zmroziła trwoga. Nie chciał odejść sam. Nie po to ryzykował życie, schodząc do podziemi, nie po to rzewną pieśnią skruszył kamienne serce Pana Piekieł, by powrócił sam, bez niej. Przecież po nią tu szedł, pchany  nieutuloną tęsknotą. Odejdą razem lub on zostanie z nią, tutaj. I nie żal mu będzie życia, gdy ona będzie blisko.
     
     Stała teraz u stóp czarnego tronu Władcy Umarłych. Śpiewak patrzył w jej oczy, puste, bez wyrazu, jakby go nie znała, nie pamiętała. Nie mówiła nic. Duchy nie potrzebują słów, a on tak bardzo pragnął zobaczyć w jej oczach tę miłość, którą darzyła go za życia. Czy przypomni sobie o tym, gdy wywiedzie ją stąd w światło dnia?
     
     Tłumiąc obawy, śmiertelny zapytał bóstwo:
     – A ona? Czy pozwolisz odejść jej ze mną?
     
     Pan Piekieł spojrzał na niego czarnymi, bezdennymi oczyma, w których zaklęty był bezmiar wieczności.
     – Pójdzie za tobą – powiedział, a jego twarz nie wyrażała niczego, żadnych uczuć, żadnych emocji. – Lecz pamiętaj, nie oglądaj się za siebie póki oboje nie miniecie bram mego królestwa. A teraz idź już...
     
     Ale śpiewakiem wciąż targały wątpliwości. Miał zaufać temu, który z kamienną bezwzględnością nakazywał przecinać nici śmiertelnych żywotów, nie bacząc na boleść i rozpacz, tych którzy zostawali w opuszczeniu? Choć majestat bóstwa budził grozę w jego sercu zapytał znów:
     
     – Skąd będę widział, że ona idzie za mną? Duchy nie mają głosu, mnie zaś nie wolno spojrzeć...
     
     Pan Piekieł ściągnął brwi, a po jego obliczu przemknął cień irytacji, czy zniecierpliwienia.
     
     – Dwóch rzeczy trzeba – powiedział, przeszywając śpiewaka spojrzeniem – by poszła za tobą. Wiary niezłomnej i miłości gorącej. Jeśli je posiadasz dostaniesz to, po co przyszedłeś. Poślę ją twoim śladem. Reszta zależy od ciebie, śmiertelniku.
     
     Śpiewak nie pytał o nic więcej. Ostatni raz spojrzał na nią, lecz jej oczy pozostawały puste. Cień zwątpienia zalągł się w jego sercu, ale rozproszył go światłem nadziei. Skłonił się nisko przed Panem Piekieł. Palce zacisnął na kitarze, odwrócił się, ruszył ku schodom.
     
     – Nie oglądaj się za siebie... – dogonił go głos Władcy Umarłych, jak upiorne echo w jego uszach.
     
     Dłoń mocniej zacisnęła się na instrumencie. Zawahał się na moment, stawiając stopę na pierwszym stopniu wiodących w górę schodów.
     
     Dręczyły go głód i pragnienie, lecz nie przerywał mozolnej wspinaczki. Nękały wątpliwości i niepewność. Idealny słuch nie potrafił wyłowić żadnych dźwięków. Czy ona idzie za nim? Nie słyszy jej oddechu, ni szelestu szaty. Nie słyszy też żadnych kroków poza własnymi. Tysiące razy musiał walczyć z pokusą, by nie spojrzeć za siebie. Nie... Nie oglądaj się, nie wolno... Musisz wierzyć... Tylko wiara i miłość. A on przecież ją kocha i wierzy, że ona idzie za nim wiedziona tą miłością.
     
     Aż wreszcie ujrzał bramę. Ciężką, masywną, okutą czarnym metalem, otwartą szeroko bez obaw, że znajdzie się ktoś tak szalony, by z własnej woli zagłębić się w czeluść znajdującą za nią. Światło słońca wpadało szeroką strugą w ciemny korytarz wiodący w mroki Podziemi.
     Oto świat... Świat żywych... Nareszcie... Przekroczył próg oślepiony blaskiem. Czy ona jest za nim? Czy wreszcie usłyszy jej głos? Poczuje dotyk dłoni? Jak długo jeszcze ma czekać? Niepomny już przestróg odwrócił się...
     
     Przez mgnienie oka dostrzegł na jej twarzy nieopisany smutek i zawód, nim brama zatrzasnęła się hukiem, oddzielając ją od niego na zawsze.
     Za szybko! Za szybko!
     
     Póki oboje nie miniecie bram mego królestwa...
     
     Przeklinając niecierpliwość uderzył w struny kitary, wydobywając z niej swój ból i rozpacz, zamknięte w kakofonii dźwięków... Już nie śpiewał. Sam stał się bólem i krzykiem rozpaczliwym, przyprawiającym o szaleństwo wszystko dookoła.
     Oszalałe Menady rozdarły gardło, uwalniając zamknięty w nim krzyk.

     
     Porzucona pośród szumiących traw kitara z poszarpanymi strunami zamieniła się w ciszę, ta zaś stała się mitem...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.