Zgodnie z obietnicą...
Dzisiaj wybierzemy się do Dioridy i przedstawię Wam Bottę, króla Aurów. W tej akurat części "Dzikich łabędzi" Botta niewielki ma wpływ na wydarzenia, nie mniej jest wodzem, któremu podlega Melta i przyjacielem jego ojca, dlatego sądzę, że odrobinę możemy się tej postaci przyjrzeć. Będzie okazja poznać go lepiej, gdy skończymy z Yave, ponieważ Botta ma swój własny epizod w DŁ.
Diorida, choć w porównaniu z wielkimi starymi miastami Barthii była maleńkim grodem, przybywającej do niej z pomniejszych miejscowości młodzieży, zdawała się ogromną metropolią.
Nammas i tego roku posłało w doliny niewielki oddzialik
rekrutów. Większość członków tej grupki nigdy dotąd nie opuszczała Nammas i
teraz z dreszczykiem zaciekawienia oglądali pierwszy raz w życiu miasto. Jak
sięgała ich młoda pamięć, wielkim zdawał im się królewski dwór w rodzinnej wsi.
Teraz w zdumieniu rozdziawiali gęby, podziwiając ogrom dioridzkiego zamku, w
całości budowanego z kamienia, z wieżycami i zwodzonym mostem przerzuconym nad
głęboką fosą.
Tylko cześć grodu otoczona była murami. Diorida była nowym
miastem i murów wciąż jeszcze nie ukończono. Tu na południu kraj był spokojny i
bezpieczny, nie było więc pośpiechu.
Na zamkowym dziedzińcu Botta, władca kraju Aurów lustrował
nowo przybyłych kandydatów na królewskich Gwardzistów.
– Arut dzieciaków mi tu przysłał. Mężczyzn widać do innej
niż wojaczka roboty w domach zatrzymał – roześmiał się Botta, wodząc
spojrzeniem po prężących się na baczność młodzikach.
– Pół roku i wyjdą na ludzi.
– Ba, pod twoją ręką Rokko, na pewno. Bierz ich i nie
rozczulaj się. Potrzeba nam ludzi sprawnych i dobrze...
Urwał, bo na dziedziniec wpadła trójka rozwrzeszczanych
dzieciaków. Jasnowłosy chłopiec uciekał ze śmiechem przed zagniewanymi dwiema
dziewczynkami.
Chłopak przeleciał
przez zamkowy podworzec, klucząc zręcznie pomiędzy rekrutami i zniknął w
okolicach stajni. Za hałaśliwą trójką, przebierając co sił krótkimi nóżkami,
wbiegł jeszcze jeden jasnowłosy, młodszy od reszty, chłopczyk.
Dziewczynki tymczasem dostrzegły Bottę na dziedzińcu i
obskoczyły go, przekrzykując się nawzajem.
– Tatku! Tatku! Botta zabrał nasze lalki i nie chce oddać!
– Hola, moje panny! – Król ściągnął brwi i spoglądał surowym
wzrokiem na córki. – Czy wy i wasz brat nie powinniście być teraz na lekcji?!
Biegnący za rodzeństwem malec, potknął się i rozciągnął jak
długi w samym środku błotnistej kałuży. Usiadł w niej i zaczął głośno płakać,
rozmazując błoto po twarzy.
– A Botta powiedział, że nie pójdzie na lekcje i nikt go nie
znajdzie. – Z wyraźną satysfakcją naskarżyła starsza z dziewczynek.
– I obciął włosy lalkom! – Młodsza wyciągnęła zaciśnięte
piąstki pełne kolorowej wełny. – I Teldzie chciał obciąć, ale uciekł, bo
przyszłyśmy!
– O bogowie – jęknął Botta, wyciągając najmłodszą latorośl z
błota. Skrzywił się zdegustowany i rozejrzał dokoła.
Trzymając malucha w górze, z dala od siebie, rozważał
właśnie szybką kąpiel w poidle dla koni.
Wrzeszczącego Teldę, przed nadmiarem
ojcowskiej troski, ocaliła piastunka, która właśnie w tej chwili zdyszana wpadła
na dziedziniec, doganiając dzieci. Zabrała malca i pośpiesznie, by nie dać
królowi szansy na słowną reprymendę pod swoim adresem, znikła w dworzyszczu.
– Liyah, Imeni – Botta zwrócił się stanowczym tonem do córek
– maszerujcie natychmiast na nauki, bo matka będzie się gniewać.
– A Botta nie musi iść! – Obruszyła się złotowłosa Imeni.
– Owszem, musi. Ale z Bottą wpierw sobie pogadam. No już,
zmykajcie stąd.
– Oto sól życia, Rokko – mrugnął wesoło do kapitana, gdy
dziewczynki wreszcie poszły.
Obmył ręce z błota w poidle, które nie doczekawszy się
awansu na wannę, awansowało przynajmniej na umywalnię.
– O, tak, ale trzeba uważać, żeby z tą solą nie przesolić –
roześmiał się rycerz i po chwili dorzucił już poważniej – pewnie dlatego sam
się nie ożeniłem.
– Hmm... sądzisz, że przesoliłem? – Botta z nietęgą miną
poskrobał się po głowie. – Jakby nie patrzeć, pięć sztuk to niezła gromadka.
Rokka całkiem już spoważniał i utkwił wzrok w dali.
– Masz śliczne dzieci Botto. Śliczne, zdrowe i bystre. I
dobrze wiesz dlaczego się nie żenię. Gdybyś mnie wtedy od niej nie odpędził,
mogłyby być moje.
– Stare dzieje przyjacielu, nie co do nich wracać – Botta
klepnął go po przyjacielsku w łopatkę.
– Nie wiem, czy zatrzymałbym się na piątce. – Kapitan
uśmiechnął się szelmowsko.
Botta zaniósł się szczerym śmiechem.
– Ożeń się mówię ci. A co to, brak urodziwych niewiast, czy
jak? Niestary jesteś jeszcze. Zdążysz wychować synów.
– Może kiedyś...
– Ja naprawdę dobrze ci życzę Rokko – westchnął Botta. – No,
masz swoją robotę. Bywaj...
Oddział rekrutów opuścił dziedziniec. Botta zaś, kątem oka, dostrzegł zbliżającą się Doris. Uśmiechnął się do niej szeroko.
– Domyślam się, moja pani, że szukasz naszego niesfornego,
pierworodnego.
– Znów nie ma go na lekcji. Podobno próbował ogolić głowę
Teldzie – ściągnęła gniewnie brwi – niech no ja go tylko znajdę...
Botta podniósł jej dłonie do ust.
– Królowo moja, nawet jak się gniewasz, jesteś piękna... – Spojrzał
na nią uważniej. – Wyglądasz na zmęczoną.
– Naimah, trochę przeziębiona, budziła się w nocy i mało
spałam.
– A niańka?
– Dziecko płakało, nie mogła sobie poradzić.
– Jeszcze raz będzie cię budzić a wyrzucę ją. – Wściekł się.
– Och, przestań Botto. Chore dziecko potrzebuje matki...
– Potrzebuje wprawnej piastunki, a ta, jeśli sobie nie
radzi, niech się zatrudni jako praczka, a nie niańka. Idź odpocząć, kochana
moja. Sam się rozmówię z małym Bottą.
– Należy mu się kara za ucieczkę z lekcji...
– Wiem.
– I za dokuczanie dziewczynkom też...
– Wiem, wiem... – Cmoknął żonę w czoło. – Nie denerwuj się
tak, moja droga. Dam sobie radę. Idź odpocznij.
Doris oddaliła się, a Botta wyruszył na poszukiwanie swojego
potomka i dziedzica.
Wszedł do stajni i zobaczył drabinę przystawioną do wejścia
na stryszek, na którym trzymano słomę i siano. Nie trudził się zaglądaniem na
górę. Oznajmij tylko donośnym, nie pozostawiającym wątpliwości tonem:
– Czekam na ciebie na dziedzińcu, synu! Natychmiast! ‒
Dorzucił dla wszelkiej pewności i wrócił na podworzec.
Chwilę później, od strony stajni, ze spuszczoną głową
przydreptał potulnie mały winowajca. Zza kołnierza i we włosach sterczały
komicznie źdźbła siana i słomy.
Botta-ojciec stał z założonymi do tyłu rękoma i mierzył go
surowym wzrokiem.
– No, słucham. Masz coś swoje usprawiedliwienie?
Mały potrząsnął tylko czupryną. Oczy miał błękitne, jak
Dioris, tylko włosy nie tak jasne jak ona. U chłopca nieco ciemniejsze, miały
rudawy odcień. Długie, chude nogi i ręce, kazały przypuszczać, że w przyszłości
osiągnie wzrost nie mniej słuszny niż ojciec.
– Rozgniewałeś matkę. Mnie także. Uciekłeś od nauki, mój
książę.
– Bo to nudne – burknął mały buntownik.
– Życzę sobie, by mój syn wyrósł na mądrego człowieka, nie
na dzikusa. W tym celu wiedza jest niezbędna, choćby ci się zdawała nudną.
– Ale ja wolę się uczyć strzelania z łuku i szermierki. – Zamachnął
się niewidzialnym mieczem.
– Ależ oczywiście. Tyle, od tego nie rozwinie ci się umysł.
Co najwyżej mięśnie.
– Kiedyś będę wojownikiem, jak ty ojcze. Po co mi te
wszystkie głupie rzeczy, których każe się uczyć nauczyciel?
Botta-ojciec westchnął ciężko i wywrócił oczyma.
– Mężczyzna potrzebuje nie tylko sprawnych mięśni, sprawny
mózg też jest mu potrzebny, Botto. Wojownik, nie umiejący zrobić pożytku z
rozumu, zaiste kiepskim byłby wojownikiem. – Usiadł na kamiennej ławeczce przy
studni znajdującej się na środku dziedzińca.
– Siadaj – nakazał synowi. – Kiedyś będziesz nie tylko
wojownikiem i rycerzem. Mnie zastąpisz. Będziesz władcą, a władca ma obowiązek
troszczyć się o kraj i lud. Musi być odpowiedzialny, sprawiedliwy i mądry. Musi
umieć myśleć i przewidywać. Tego właśnie uczysz się na lekcjach, synu.
Twórczego myślenia.
– A jak ty byłeś taki jak ja, to nie musiałeś się uczyć – zaoponował
uparciuch.
– Tak samo musiałem
się uczyć, jak i ty. Za moich czasów było trudniej. Wy dzisiaj macie wszystko
zapisane w książkach, wystarczy przeczytać. My sami musieliśmy naszą wiedzę
wydzierać światu. A gdyby nie takie lekcje, jak te, od których teraz uciekasz
nie byłoby cię dzisiaj na świecie. – Ojciec uśmiechnął się gdy chłopiec
podniósł na niego zdziwione oczy. – Tak, tak. Twoja mama przybyła tu do mnie,
bo na lekcjach właśnie nauczyła się nie jesteśmy dzikimi barbarzyńcami, za
jakich mieli nas ciemni ludzie z innych krain.
Oczy chłopca rozszerzyły się z niedowierzaniem.
– A kiedyś mówiłeś, że złapałeś ją w lesie.
Botta odchrząknął, powstrzymując śmiech.
– Tak powiedziałem? No, cóż... – odchrząknął jeszcze raz.
– Tak! I obiecałeś, że mi kiedyś opowiesz jak to było...
Opowiedz!
– Może innym razem – mruknął ojciec. – Dzisiaj skupmy się na
twojej edukacji, mój synu.
Chłopak spuścił głowę. Jak zwykle, tak i tym razem, nie
udało się ojca wpuścić w maliny. Szansa na odwrócenie jego uwagi od właściwego
tematu prysła.
– Zatem ustaliliśmy już, że wiedza jest niezbędna każdemu, a
przyszłemu królowi szczególnie – kontynuował kazanie uparty rodziciel. – Ty zaś
chowasz się przed nią w stajni. Nie podoba mi się to i martwi mnie. Martwi też
twoją matkę, a to, że jej dostarczasz trosk, budzi mój gniew. Wiesz o tym.
– Jakby Imeni i Liyah nie skarżyły bez przerwy, to mama by
się nie gniewała.
– Skarżą się, bo im dokuczasz. Podobno zniszczyłeś im lalki.
– Tylko obciąłem im włosy. Wełna przecież odrośnie.
– Wełna rośnie tylko na żywej owcy. Nie wiedziałeś o tym?
– Nie – odparł nieco stropiony.
– A widzisz. To jest właśnie wiedza. Na martwej skórze nic
nie urośnie, podobnie jak mądra myśl nie zrodzi się w pustej głowie. Będziesz
musiał przeprosić swoje siostry.
– Ale jakbym dziewczynom obciął warkocze, to by odrosły,
prawda? – Wystrzelił z błyskotliwym wnioskiem mały bystrzak.
Ojciec jęknął ze zgrozą.
– Żeby cię przypadkiem nie pokusiło tego sprawdzać, bo wtedy
to już nie zdzierżę i złoję ci skórę! – Huknął. – To dotyczy również Teldy!
Twój brat, to nie owca żebyś go golił!
Przyszły władca nie bardzo się przejął ojcowskimi gromami.
– Ma takie głupie loczki, jak dziewczyna. – Wzruszył
ramionami.
– Bo jest mały. Ty też kiedyś takie miałeś.
– Nie mam już – młody Botta z zadowoleniem pomacał czuprynę.
– Ech... – ojciec z czułością rozburzył włosy na czubku
głowy swojej rezolutnej latorośli, ale zaraz powrócił do poważnego tonu. – Za
wykręcanie się od nauki należy ci się kara i otrzymasz ją. Mama uważa też, że
powinieneś zostać ukarany za dokuczanie siostrom. Zgadzam się z nią. Nie
powinieneś tego robić. Jesteś starszym bratem, o siostry winieneś się
troszczyć.
– One są głupie i ciągle bawią się lalkami!
– Nie ma nic złego w zabawie lalkami. Chłopcy bawią się
drewnianymi mieczykami i konikami. Można by rzec, że i ta zabawa jest głupia.
– Wcale nie. To co innego – zaoponował znów uparciuch.
– O, doprawdy? A na czym to twoim zdaniem polega różnica?
Wyjaśnij mi, bo ja jej nie znajduję.
– No, bo chłopcy to... to... Chłopcy są mądrzejsi, a
dziewczyny są głupie – naburmuszył się.
– Ach, tak – Botta senior uniósł brwi i pokiwał ze
zrozumieniem głową. – Zatem twoje siostry są głupie, ponieważ nie są chłopcami,
tak?
– Tak.
– I zgodnie z tym założeniem, wszystkie dziewczynki są
głupie?
– Tak.
– A wiesz, że małe dziewczynki wyrastają na kobiety? One w
takim razie też muszą być głupie. Zastanawiałeś się nad tym, Botto? Twoja matka
jest kobietą. Uważasz ją za głupią? – Ojciec ściągnął gniewnie brwi.
Chłopak zaczerwienił się po same uszy.
– Mama jest mądra. Dorosłe kobiety nie są głupie... tylko
dzieci.
– Masz absolutną rację, synu. Zaś zważywszy fakt, że sam
jesteś dzieckiem, nie odbiegasz głupotą od swoich sióstr. Płeć bowiem nie ma tu
nic do rzeczy. W dodatku one teraz się uczą i stają się mądrzejsze. Ty zaś
troskliwie chronisz swoją głupotę, chowając się w stajni. Żeby im dorównać w
mądrości będziesz od dzisiaj do końca tygodnia uczył się dodatkowo pod okiem
nauczyciela, w każde popołudnie. Będziesz też musiał pomóc przy reperowaniu
popsutych lalek. Przez dwa tygodnie nie wolno ci jeździć konno. Czy to jasne?
– Tak, ojcze – bąknął potulnie chłopak.
– To dobrze. Mam też nadzieję, że nie zapomnisz przeprosić
matki za to, że ją rozgniewałeś i zmartwiłeś swoim postępowaniem.
– Tak, ojcze.
– Kiedy będziemy rozmawiać następnym razem, wolałbym mieć za
co się pochwalić, niż wyznaczać ci karę. Pamiętaj o tym.
– Wybacz, ojcze. Nie będę więcej gniewał mamy, ani dokuczał
siostrom.
– Ich też nie zapomnij przeprosić.
– Nie zapomnę.
Król uśmiechnął się i znów rozburzył dłonią włosy syna.
– No, idź już, dołącz dziewczynek. I pilnuj się – pogroził
mu palcem.
To byłoby na tyle podróży po kraju Aurów. W kolejnym fragmencie wracamy do Nammas.

Zarzekałam się, że przeczytam wczoraj, ale padłam jak mucha :/
OdpowiedzUsuńKajjka, będę czerpała z Twoich rozdziałów wiedzę o wychowywaniu dzieci :D Strasznie fajny był ten dialog Botty z Bottą. Taki prawdziwy Ci wyszedł. Mądre chłopy z nich obu, chociaż twierdzenie, że wełna i tak odrośnie może temu przeczyć! Myślałam, że padnę ze śmiechu jak mały bronił swoich racji.
Przy zdaniu z solą (Rokko je wypowiada) "z" Ci przewędrowało w złe miejsce :) A ja jestem dumna, że błąd wypatrzyłam :D
Lecę na następny.
Dzięki Nikki :) Poprawiłam to "z". Miałam poważyn problem, czy je tylko przestawić cyz całkiem wywalić ;) Ostatecznie przestawiłam. Rozmowa Botty z synem to jedna z moich ulubionych ze wszystkich dialogów jakie wystrugałam. Pewnie można się przyczepić w niej wielu rzeczy, ale i tak jestem z niej bardzo zadowolona, co rzadko mi się zdarza :)
UsuńAch te dzieci troche radosci i troche kłopotów Z przyjemnościa posluchalam reprymendy Botty takie drobne oderwanie od Melty dzieki
OdpowiedzUsuńTa dygresja tylko na pozór jest tu nie na miejscu, jej zaistnienie w tej historii stanie się jasne jak dobierzemy się do kolejnych opowieści z DŁ :)
Usuń