Notes szczęśliwie dotarł, za co należą się podziękowania Poczcie Polskiej, za sprawne funkcjonowanie i naszej Pani Listonoszce :).
Wakacje powoli dobiegają końca, ale ponieważ ciągle jeszcze trwają, a od ostatniego fragmentu upłynęło trochę czasu, wpis nie ramówkowy (w samo południe), lecz znienacka. Sądzę jednak, że nikt się o to nie obruszy ;).
poprzedni fragment
Jest w Warszawie…
Jest w Warszawie… Słowa z uporem tłukły się pod czaszką, sprawiając, że
niepokój i irytacja narastały.
Do jasnej cholery!
Przecież Warszawa, to nie Nowy Jork! Ani nawet nie Londyn! Ileż czasu można
szukać jednej, bezradnej dziewczyny w tym mieście?
Upływający czas
nieuchronnie sprawiał, że wcześniejsza irytacja i niepokój z wolna przeradzały
się w przygnębiające zwątpienie. David zaczynał zastanawiać się nad tym, czy
jednak Artur nie ma racji i czy nie powinien pozostawić spraw własnemu biegowi.
A najlepiej po prostu zapomnieć.
Jednakże, by
zapomnieć musiałby sprzedać Krymanów, a tego przecież nie chciał robić. Z
irracjonalnego powodu nie chciał pozbywać się niczego, co przypominało mu o
pannie Krymańskiej. Nawet konie zostały, choć naprawdę zupełnie do niczego nie
były mu potrzebne.
Westchnął ciężko,
odsunął od siebie przeglądane papiery i zerknął na zegarek. Za dwie godziny ma
odebrać z lotniska Nadię i jej opiekunkę.
Do świąt zostało
ledwie kilka dni. Ulice wokół pełne były świątecznych dekoracji, sklepowe
witryny przekrzykiwały się nawzajem, kusząc świątecznymi okazjami, a w
galeriach z głośników nachalnie sączyły się świąteczne melodie. Cały ten
euforyczny nastrój nijak nie chciał udzielić się Davidowi. Jedyne z czego
naprawdę się cieszył, to perspektywa spędzenia z córką kilku spokojnych dni, z
dala od wielkomiejskiego zgiełku.
Matka i ojciec nie
byli zachwyceni faktem, że zamiast wrócić na świąteczny czas do kraju, ściąga
córeczkę do siebie, ale David się uparł. Chciał spędzić te święta w Polsce a
skoro tak, mała musiała przyjechać do niego. Początkowo planował także przyjazd
rodziców i siostry. Niestety, choć rehabilitacja Emily dawała wymierne wyniki,
to jednak przebiegała znacznie wolniej niż oczekiwano. Podróż absolutnie nie
wchodziła w rachubę i w związku z tym, ona i reszta rodziny, zmuszeni byli pozostać w Anglii.
Ostatecznie nostalgiczno-refleksyjne
przygnębienie, w jakie wpędziły go wydarzenia sprzed kilku tygodni, sprawiło,
że nie chciał ponownie stąd wyjeżdżać póki nie dowie się, gdzie jest Ada i
dlaczego nagle zniknęła bez słowa. Czym innym bowiem było snuć domysły, a czym
innym usłyszeć, co ma do powiedzenia prosto w twarz.
Myśl, że Ada
mieszka i pracuje w Warszawie, nie dawała spokoju. Dręczyła, wypełniała
nadzieją i zwątpieniem jednocześnie. Może jednak należałoby pójść za radą
Artura i zwyczajnie odpuścić? Przecież, gdyby dziewczyna chciała się z nim skontaktować,
mogła to zrobić na wiele sposobów, poczynając od pozostawienia wiadomości w Krymanowie, na
wizycie w warszawskim biurze kończąc.
Naprawdę aż tak
bardzo czuje się zraniona? Czy po prostu postawiła na nim krzyżyk? Ale kiedy
wracał pamięcią do tamtego weekendu, do ich ostatniej rozmowy, za każdym razem
dochodził do wniosku, że to niemożliwe. Ona uciekła, ponieważ przestraszyła
się, że to on postawił krzyżyk na niej. I teraz pewnie cierpi gdzieś sama, ze
złamanym sercem.
Nie, nie miał
zamiaru odpuszczać, chociaż czuł wyraźne wyczerpanie targającymi nim
sprzecznymi emocjami. W jednej chwili była to bezbrzeżna, bolesna tęsknota i pragnienie, by móc wziąć dziewczynę w
ramiona. W następnej frustracja i gniew, za tę bezsensowną, dziecinną ucieczkę,
za jej brak wiary w niego i zwątpienie.
Dzwoniła do
Jonasza...
David nie do końca
był skłonny wierzyć zapewnieniom stajennego, że nie zostawiła żadnych namiarów,
żadnych konkretnych informacji.
Z drugiej strony, jeśli
nawet to zrobiła, a zastrzegła sobie przy tym dochowanie tajemnicy, nie miał
serca, ani prawa mieć za złe staremu człowiekowi, że ów jest wobec Ady lojalny.
Jakby nie patrzeć Jonasz
znał ją od dziecka, a wcześniej znał i pracował dla jej rodziców. Davida zaś zna
ledwie od trzech miesięcy.
Ponownie
westchnął, po czym przetarł dłońmi twarz i spojrzał na zegarek. Pora jechać na
lotnisko...
– Jest choinka! – Zawołał
od progu Łukasz i zaraz dorzucił:
– Ja zdobyłem, wy
ubieracie!
– Ja gotuję! – odkrzyknęła
z kuchni Ada. – Maciek! Ubierasz choinkę!
Wywołany wysunął
głowę ze swojego pokoju, mrucząc:
– Jak zwykle...
Stanął w przedpokoju
i zaplótłszy ramiona na piersi zmierzył krytycznym spojrzeniem drzewko,
zajmujące tu niemal całą dostępną przestrzeń.
– No, nie do
wiary... Naprawdę nie zbyło niczego większego? – Prychnął z drwiną.
– Nie marudź. Dwie
godziny biegałem po placu nim wybrałem najładniejszą.
– Chyba najbardziej
okazałą. Mieszkamy w bloku. Zapomniałeś?
– Dwa metry pięćdziesiąt
centymetrów, akuratna. – Zmierzył wzrokiem odległość od podłogi do sufitu
Przytargane do
domu drzewko, wspierając się pieńkiem o panele, czubkiem smyrało sufit.
– Po wstawieniu do
stojaka i zamontowaniu czuba, będzie miała dwa siedemdziesiąt. Akuratna, o ile
się przebijemy do sąsiadów z góry. Albo do tych z dołu, jeśli wybierzemy opcję
z wpuszczeniem jej w podłogę.
– Czarnowidz. –
Podsumował Łukasz. – Przytnie się ją troszkę i gotowe. Nie zrzędź tylko śmigaj
do piwnicy po piłkę i stojak.
Maciek wywrócił
oczyma, po czym z trudem przecisnął się obok drzewka do drzwi.
– Może lepiej od
razu ustawić ją przed klatką?
– Idź, idź nie
mędrkuj. I nie zapomnij o lampkach! – Dorzucił jeszcze za nim Łukasz.
Ada otrzepała
dłonie z mąki i zerknęła do przedpokoju.
– Och! – Aż
podskoczyła z zachwytu. – Jaka piękna!
– No, chociaż
jedna osoba w tym domu doceniła mój trud włożony w jej znalezienie – sapnął zadowolony
mężczyzna.
Wieczorem
siedzieli we trójkę na sofie, sącząc, panowie białe wino, Ada kakao i przyglądali
się efektom pracy Maćka.
– Na moje oko... –
zaczął Łukasz, Maciek próbował zmrozić go spojrzeniem, co zostało przez
pierwszego permanentnie zignorowane. – Na dole prawie nie ma lampek –
stwierdził tonem znającego się na rzeczy.
– Fakt – zgodziła się
po chwili Ada. – I z lewej strony jest więcej ozdób niż z prawej, przez co
drzewko wygląda jakby było krzywe.
– Nie jest krzywe,
tylko krzywo osadzone w stojaku – podsumował oględziny Łukasz.
– Wiecie, co...?! –
Nie wytrzymał w końcu Maciej. – A weźcie wy się...!
Ada i Łukasz spojrzeli
po sobie i oboje parsknęli śmiechem. Ada nachyliła się i cmoknęła
naburmuszonego chłopaka w policzek.
– Jest super,
głuptasie. I zobacz, nawet prezenty już są.
Zmarszczył czoło i
przekrzywił głowę, zaglądając pod choinkę.
– Prezenty? – Zdziwił
się. – Do wigilii jeszcze trzy dni.
– Tak, wiem. Ale
być może w wigilię nie będzie mnie w domu...
– Jak to?! –
Zapytali obaj równocześnie.
Ada spojrzała na
nich z powagą i wzięła głęboki oddech...
Wiem, że trochę krótko, ale tak wypadło jeśli chciałam przerwać w tzw. "odpowiednim" momencie. Nie wiem dlaczego, cały tydzień żyłam w świętym przekonaniu, że z jego końcem kończy się sierpień i w związku z tym nie wyrobię z tym opowiadaniem do końca wakacji, jak sobie zaplanowałam. Normalnie, kalendarz mi się przestawił. Dzisiaj przewertowałam kalendarz i wreszcie dotarło do mnie, że mam jeszcze całych osiem dni. Zatem po niedzieli ja sobie już całą resztę na spokojnie przepiszę i finiszujemy z tym towarzystwem. I chyba w końcu zbiorę się do Yave :).

.gif)
Oj, Kajjko, jak dobrze, żeś mi tą przyjemność zrobiła... Jakaś taka wymęczona jestem, że na nic energii nie mam i tak przyjemnie było sobie usiąść i wrócić do któryś z bohaterów. Duet Maciej i Łukasz strasznie mi się podobają. Chłopaki dają radę mnie za każdym razem rozbawić :) Ada niech się w końcu ogarnie, bo jak mu nie powie, że jest w ciąży (Davidowi oczywiście) to jej łomot po porodzie spuszczę. Duma dumą, ale dziecko siła wyższa. Trzeba przestać myśleć tylko o sobie. Zwłaszcza, że on taki zakochany cały czas jest...
OdpowiedzUsuńKaśka, powiedz mi, jak Ty to robisz, że ja w Twoich opowiadaniach cały czas stronę mężczyzn trzymam? Przecież samiec nasz wróg!
Yave... Właśnie mi uświadomiłaś jak ja strasznie tęsknie za Yave! Łał... Pisz, pisz, Kasiu! A na maila odpowiem Ci jutro, dobrze? Bo padam już dzisiaj ze zmęczenia i nie chce mi się w komputry patrzeć dłużej...
Dziękuję za rozdzialik. Buziaki!
Z mailem się nie pali, jutro i tak mnie nie ma... Zresztą mam nadzieję, że to już sprawa załatwiona.
UsuńCo do moich bohaterów... Muszę choroba nad tym popracować, bo normalnie wychodzi na to, że nijak nie mogę sklecić wrednego typa, którego znienawidzą wszyscy czytający. Chyba taka przypadłość moja, że po prostu wolę facetów :P. Ale coś z tym postaram się zrobić, w przyszłości ;)
Absolutnie nic nie zmieniaj, to już tak jest, że kobiety lubią "wredne typy" :)
OdpowiedzUsuńI już się nie mogę doczekać na Yave... Pisz!
Witam,
OdpowiedzUsuńPo przerwie... zarobiona jestem ostatnio.
Krótki ten rozdział ale przyjemny ... to znaczy wreszcie jakieś światełko w tunelu :) David ma jakiś wieści o Adzie. A chłopaki rzeczywiście fajnie się dobrali, droczenie się o choinkę super..
"Wredny typ" - jest ok i ... szsz... więcej nie napisze :P
Lena
Ech.. Ty babo... Rzeczywiście, lepszego zakończenia wstawki nie mogłaś wybrać :p
OdpowiedzUsuńMalutko tego... :( Ale masz już kajecik i pewnie niedługo będzie ciąg dalszy (czyli końcówka, tak?) ;)
Pisz, kochana, i nie trzymaj swoich czytelników w niepewności, bo to na urodę szkodzi... A nie chcesz chyba nas mieć na sumieniu...:p ;)
Miłe moje Panie :) Rozdzialik jest faktycznie krótki, szczególnie, że w sumie niewiele już zostało do zrobienia w tej historyjce, ale uznałam, że dobrze będzie go tu zawiesić więc jest :). Wiem, że lubimy wredne typy, a szczególnie takie, którym żeńskie bohaterki potrafią zrobić z mózgu papkę i sprowadzić na dobrą drogę. To schemat dość popularny, ja go lubię i często z niego korzystam :).
OdpowiedzUsuńObiecuję, że dodam zakończenie po niedzieli ;)
Pisałam komentarz i strona mi się sama zamknęła.
OdpowiedzUsuńOdtworzę go w skrócie.
Gdy Dawid tak rozmyślał, to ja dopowiadałam "jak frajerze nawaliłeś, to teraz cierp".
A gdy Dawid wspominał, że ona taka sama gdzieś jest, to mi się dorzuciło "no już nie taka całkiem sama, ale jak ją olałeś wcześniej, to skąd ty niby możesz wiedzieć".
Przy choince się ubawiłam, bo mój szwagier i mąż też kiedyś takie drzewa skądś przytargali, bo rozdawali i pan co rozdawał to chciał iść do domu i im mówił "panie, bierzcie wszystkie". To było straszne, bo jednej nie było gdzie takiej wielkiej postawić, a oni pięć wzięli, bo tylko tyle dali radę.
Póki co się świetnie bawię, ale widzę została mi jedna notka i koniec, tak?
Wybacz, że piszę Dawid, a nie David, ale jakoś tu przemawia moja kwestia przyzwyczajenia.
Zupełnie nie przeszkadza mi, że piszesz "Dawid", absolutnie się tym nie przejmuj. Czasem ktoś przekręca imiona, które wymyslam moim bohaterom, ale dopóki jestem w stanie zorienotwać się o kogo chodzi, w ogóle mi to nie przeszkadza :).
OdpowiedzUsuńJeśli postać, którą napisałam, jest w stanie wzbudzić jakiekolwiek emocje (poza nudą) to nie jest tak całkiem nieudana. Mogę więc uznać, że nie spaprałam pana D po całości, czyli nie jest tak źle, choć na pewno mogłoby być lepiej, bo zazwyczaj zawsze może ;).
To, że czasem moi bohaterowie popełniają błędy postępują nielogicznie czy wręcz głupio... po prostu chcę czasem z kogoś zrobić durnia, a z kogoś bohatera. Nikt nie jest doskonały, każdy popełnia gafy i błędy, podejmuje nie właściwe decyzje. Moi bohaterowie też. O sobie to nawet nie wspominam ;).