Skoro mamy z tym skończyć do końca wakacji, najwyższa pora brać się do roboty... Zatem część... chyba przedostatnia. Dokładnie nie pomnę ile tego mi w notatkach jeszcze zostało. To się dopiero okaże, jak notatki wrócą do mnie, albo ile wyjdzie w powtórce z rozrywki, która mnie czeka.
Łukasz, w
milczeniu, przysłuchiwał się ich rozmowie. Nie wtrącał się, nie robił żadnych
uwag. Dolewał tylko kawy do filiżanek. Na koniec pogłaskał Adę po głowie i
westchnął:
– Nic się nie
martw, córeczko, damy sobie radę.
Córeczko? Ada
zaczerwieniła się zażenowana. Maciek nie żartował. Facet naprawdę ma
niezaspokojony instynkt rodzicielski, pomyślała ponuro. Na szczęście, poza tym
jednym szczegółem, Łukasz wydawał się nieszkodliwy, choć miał wyraźną skłonność
do bycia nadopiekuńczym.
Gdy dziewczyna
zaczęła szukać pracy, stanowczo wykreślił z jej listy potencjalnych miejsc
zatrudnienia wszystkie pozycje, gdzie obowiązywał tryb trzy zmianowy.
– Pracuj sobie,
gdzie chcesz, ale noce masz spędzać w domu.
– Łukasz... – Spróbował
się wtrącić Maciej. Bez większego efektu.
– Co, Łukasz?!
Tylko na nią popatrz! – Irytował się starszy z mężczyzn. – Wyobrażasz ją sobie,
szwendającą się po nocach poza domem?
– Przecież nie
będę mieszka z wami wiecznie. – Napomknęła nieśmiało Ada.
– Dziecko –
oznajmił protekcjonalnie – o mieszkaniu i innych perspektywach pogadamy, jak
znajdziesz pracę i zarobisz dość, by się samodzielnie utrzymać za miesięczne
pobory.
Słowa okazały się
niestety prorocze. Ada nie miała konkretnego wykształcenia. Świadectwa
ukończenia ogólniaka nikt nie traktował poważnie. Pobory na stanowiskach
dostępnych dla osoby „bez wykształcenia” zaiste nie były imponujące.
Ostatecznie
znalazła pracę w pobliskim przedszkolu, w kuchni, jako pomoc. I miała
nieprzyjemne wrażenie, że zarobi w najlepszym razie na „waciki i tampony”. Jej
gospodarze uważali jednak, że nie ma się czym martwić. Posada zyskała
akceptację Łukasza ponieważ godziny pracy były „przyzwoite”, zaś Ada mimo
wszystko była zadowolona, ponieważ nie szukała zbyt długo. Pozostały jeszcze
formalności związane z badaniami lekarskimi, uzyskaniem książeczki
sanitarno-epidemiologicznej i z początkiem grudnia miała rozpocząć nowy etap w
swoim nowym życiu – samodzielne zatrudnienie. No i oczywiście wróciła kwestia
mieszkania...
– Ten pokój i tak
stoi pusty. – Upierał się Łukasz, właściciel lokalu.
Ku rozpaczy Ady w
tej sprawie miał pełne poparcie Maćka, zadowolonego z układu, w którym mógł
mieć oko na „młodszą siostrę”.
– Kochani, ja
jestem wam ogromnie wdzięczna. Za wszystko. Doceniam troskę, ale jak wszyscy
korzystam z prądu, wody i lodówki. Albo umówimy się na odstępne, albo się
wyprowadzam. – Postanowiła być stanowcza i rzeczowa.
Ostatecznie
dogadali kwestię odstępnego, ale Łukasz zastrzegł, że to dopiero, jak dziewczyna
dostanie pierwszą wypłatę.
W któryś
niedzielny wieczór, oglądali z Maćkiem stary horror, z miską chipsów stojącą
pomiędzy nimi. Byli w domu sami, bo Łukasz wojażował akurat w delegacji.
– Tak sobie myślę
i nie daje mi to spokoju – zaczął chłopak – nie jestem przekonany... Może
powinnaś... no, wiesz...
– Maciek, gadasz
monosylabami... – zauważyła Ada, pogryzając chipsa. – Niestety nie wiem. Więc wykrztuś
wreszcie, o co chcesz spytać.
– Dlaczego nie
dałaś facetowi szansy, żeby się wytłumaczył? Ile czekałaś na ten cholerny
telefon? Dwa dni, trzy? – Wyrzucił jednym tchem.
Nie odrywając
wzroku od ekranu telewizora, sięgnęła po kolejnego chipsa.
– Cztery.
– Taaa... To
wszystko wyjaśnia. A jeśli zadzwonił piątego dnia?
– Nie zadzwonił –
stwierdziła ponuro.
– Tego to nie
możesz wiedzieć, skoro już cię tam nie było.
– Nie zadzwonił –
powtórzyła z uporem. – Dzwonił jego prawnik zamiast niego i chciał mi tylko
podsunąć do podpisania umowę. To wszystko.
– Widziałaś tę
umowę?
– Nie. Nie miałam
ochoty gadać z prawnikiem. Maciek, o co ci chodzi? Nawet jeśli wyjeżdżając bez
słowa, zachowałam się jak gęś, to i tak cały ten układ był chory i nie miał
sensu.
– Mogłabyś to stwierdzić
z całą pewnością tylko wtedy, gdybyś poczekała na telefon, albo chociaż
przeczytała tę umowę.
– Mówisz, jakbyś
sam ją spisał i wiedział, co w niej jest! A sam byś tego pewnie nie podpisał! –
Zdenerwował ją, uparcie siejąc wątpliwości i podkopał solidną dotąd pewność, co
do słuszności własnego postępowania.
– Nie wiem. –
Wepchnął do ust garść chipsów. – Nie czytałem tego.
Wściekła,
poderwała się z sofy.
– Wiesz, co?!
Jeśli masz mnie dość i chcesz żebym się wyprowadziła, wystarczy po prostu powiedzieć!
Pociągnął ją za
rękę i posadził z powrotem.
– Siadaj... Co ty
taka drażliwa jesteś? Tak sobie tylko głośno myślę...
– To myśl cicho,
albo lepiej nie myśl wcale i nie wkurzaj mnie. – Naburmuszyła się.
– Nie złość się,
mała. – Pogłaskał ją pojednawczo po ramieniu. – Po prostu nie cierpię spraw
nie załatwionych do końca, a twoja jest jakaś taka... zawieszona.
– Też się powinnam
powiesić, do kompletu.
– I znów popadasz
w skrajności. – Pokręcił głową. – Odebrałaś już wyniki od lekarza?
– Nie. Jutro odbiorę.
– A tą robotę
kiedy zaczynasz?
– Od środy.
Zerknął na nią
kątem oka. Pamiętał Adę łagodną i pozytywnie nastawioną do świata. Teraz była
ciągle podenerwowana i ryczała po kątach, sądząc, że nikt niczego nie widzi. Ale
nie raz i nie dwa zdradziły ją zaczerwienione oczy. W dodatku była blada jak
przysłowiowy trup i miała sińce pod oczami. Sporo ostatnio przeszła, wiele
straciła i trochę się o nią martwił.
Zauważyła, że ją
obserwuje i wywróciła oczyma.
– No nie... Nie
będę ci się tłumaczyć ze swoich badań. Wybij to sobie z głowy.
– Jezu... przecież
nic nie mówię.
– Ale myślisz.
– Po cichu, tym
razem.
– Zwoje ci parują
od intensywnego wysiłku.
– Jezu... okropna
jesteś dzisiaj.
– Wiem –
stwierdziła ponuro. Nagle zachciało się jej płakać. Życie jest do kitu... Otarła
łzę wierzchem dłoni.
– No i czego teraz
ryczysz?
– Nie wiem... – Pociągnęła nosem. – Ryczę, bo ryczę. I już.
Maciek ogarnął ją
ramieniem i przytulił.
– Nie rycz. Nie
jesteś pierwsza nieszczęśliwie zakochana i nie ostatnia. W większości
przypadków to nie jest śmiertelne i samo przechodzi...
– Słucham? –
Osłupiała gapiła się na lekarza, jakby ten zleciał księżyca. – Ale po co?
Przecież są w normie...
– Tak – uśmiechnął
się lekarz – ogólnie jak najbardziej w normie. Ma pani tylko podwyższoną
gonatropinę i to chcę sprawdzić.
– Gona... A co to
jest?
– Żeński hormon.
Podwyższony poziom sugeruje ciążę. Chcę więc to wykluczyć lub potwierdzić z
całą pewnością. – Postukał palcem w karteczkę z wynikami badania krwi. – Sądząc
z tego co tu mamy, raczej to drugie.
Że co?! Żołądek
gwałtownie podjechał Adzie do gardła. Zdołała wykrztusić jedynie błyskotliwe:
– Acha...
– Proszę nie robić
takiej przerażonej miny. Od tego się nie umiera. – Uśmiechał się w dalszym
ciągu lekarz. – Proszę – wręczył jej skierowanie – i proszę się z tym zgłosić
do zabiegowego.
Nie umiera się...
Dobre sobie, pomyślała ponuro Ada. Od zakochania też się podobno nie umiera. Za
to od głupoty, jak widać, zachodzi się w ciążę. Jeśli się rzecz potwierdzi to
chyba gorzej już być nie może.
– Dziękuję – wymamrotała słabym głosem, odbierając wypisany druczek.
Z gabinetu wyszła
na miękkich nogach.
Co teraz?
Przede wszystkim
spokój, nakazała sobie, biorąc kilka głębokich oddechów dla opanowania słabości.
Najpierw badanie. Może jednak to pierwsze zawiera jakiś błąd...
Odebrany nazajutrz
wynik postawił ją przed faktem. Nie ma mowy o żadnym błędzie...
Była zszokowana i
totalnie rozbita. I czuła się przerażająco bezradna. Co będzie z pracą, którą
miała podjąć? Jutro ma zacząć. Stawi się na stanowisku i na dzień dobry oznajmi
„jestem Ada i jestem w ciąży”. Świetnie. Podziękują jej zanim zacznie się okres
próbny. Znów zostanie bez pracy, bez środków, a musi się teraz martwić nie
tylko o siebie.
W domu nie pisnęła
słóweczka. Za każdym razem, gdy próbowała zebrać się na odwagę, gula w gardle
więziła głos i dziewczyna nie była zdolna wykrztusić słowa. Robiła więc dobrą
minę do złej gry, w pełni świadoma, że ukrywanie prawdy jest dziecinne i
całkowicie pozbawione sensu.
We środę zgodnie z
planem pomaszerowała do swojej pierwszej pracy. Tam też nie pisnęła ani słowa.
Wróciła wykończona i przespała całe popołudnie.
Pod wieczór zwlekła
się z łóżka. W kuchni wymiotła z lodówki, resztki spaghetti, słuszny kawałek
drożdżowego ciasta, zagryzła wszystko kiszonym ogórkiem. Potem wzięła prysznic
i poszła dalej spać. Podobnie minęły kolejne dwa dni. Maciek i Łukasz schodzili
jej z drogi, obserwując jedynie. Żaden o nic się nie dopytywał, co samo w sobie
było podejrzane, ale Ada zaabsorbowana swoimi problemami zignorowała ich
zachowanie.
W sobotę wstała po
dziewiątej. Wyjęła salaterkę z sałatką z kurczaka, nałożyła sobie słuszną
porcję i spałaszowała ze smakiem. Kiedy jednak sięgnęła po dokładkę Maciek nie
wytrzymał:
– Ada, w tym są
oliwki.
– Tak? –
Niezrażona nabrała kolejną porcję na widelec. – I co, jak są?
– Nie cierpisz ich. – Zauważył uprzejmie.
Przeżuła i
przełknęła po czym stwierdziła:
– Kobieta zmienną
jest...
Uniesione brwi Maćka były jedynym komentarzem do tej powszechnie znanej prawdy. Nalał sobie kawy do
filiżanki.
– Chcesz kawy? –
zapytał.
– Nie, nie
dziękuję.
– Ze śmietanką,
taka jak lubisz. – Kusił podstępnie, podsuwając parujący napar pod nos.
Ada zbladła.
– Powiedziałam,
nie. – Wolno wycedziła słowa i odsunęła od siebie filiżankę. – Zabieraj to.
Wzruszył ramionami
i poszedł do salonu.
Dziewczyna
dokończyła śniadanie. Wstawiła naczynia do zmywarki i poczłapała do salonu z
ponurą miną. Maciek czytał gazetę. Usiadła ciężko obok niego.
– Jestem w ciąży.
– Uhm... – Nawet
nie drgnęła mu powieka. Nie oderwał wzroku od artykułu.
Zdenerwowana Ada
przełknęła ślinę. Co jest? Nie zarejestrował informacji?!
– Maciek!
Słyszałeś, co powiedziałam?! Jestem w ciąży!
Mężczyzna
spokojnie odłożył gazetę. Jednak dotarło. Ale jego spokój był irytujący.
Zacisnęła dłonie w pięści i zrobiła się czerwona, chyba zarówno ze złości jak i z zażenowania. Tymczasem on spojrzał na nią z rozbawieniem i wyszczerzył się radośnie:
– Wiem.
– J-jak to, wiesz?
– Zamrugała powiekami. – Znaczy, wiesz bo powiedziałam? Czy wiesz, bo wiesz?
– Zerknąłem na
wyniki, które zostawiłaś na biurku.
– Jesteś okropny. – Skrzywiła się, ale równocześnie poczuła odrobinę ulgi, że przyjmuje wiadomość
bez paniki i dramatyzowania, jak rzecz najnormalniejszą w świecie.
– Wiem –
stwierdził, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony, a wracając do czytania
dorzucił mimochodem:
– Łukasz, też wie.
Ucieszył się.
– Obaj jesteście
okropni. – Podsumowała, czerwona jak burak, Adriana.
– Założę się, że z
dzisiejszych zakupów wróci z zestawem grzechotek marki Chicco i paczką
pampersów.
– Odwołuję, nie
jesteście okropni – sapnęła przyszła mama, podnosząc się z sofy. – Jesteście
stuknięci.
– Ale kochamy cię,
mała. – Mrugnął do niej.
Wywróciła oczyma.
– Kocha mnie dwóch
świrów. To się nazywa mieć szczęście.
– Malucha też
kochamy – dorzucił.
– Mega szczęście...
Byłoby więcej, ale niestety nie ma. Niczego nie cierpię w tej zabawie tak, jak konieczności pisania po raz wtóry czegoś, co już zostało raz zapisane... Ale jak się ma sklerozę... A dzisiaj okazało się, że nie tylko notes zostawiłam.
Niżej Warszawa nocą – szkoda, że w realu nie wygląda tak samo bajkowo, jak na fotce ;).

.gif)

Bardzo polubiłam Łukasza i Maćka. Sama jestem takim nadopiekuńczym Łukaszem, mam brzydki nawyk mówienia do młodszego brata "Synek", przez co niektórzy na ulicy dziwnie się na nas patrzą :P Ale wracając do tekstu. Napisałaś mistrzowsko, nie wiem jak to zrobiłaś, mi takie opowiadania zawsze wychodzą jak tanie romansidła. Niesamowicie mnie wciągneło, nie wiem dlaczego nie przeczytałam go wcześniej. Chyba trochę odstraszył mnie tytuł, "Jesienny Nokturn" przypomniał mi, że "nie ocenia się książki po okładce".
OdpowiedzUsuńNie ma nic złego w tanich romansidłach, ja tam je lubię :).
UsuńLubie ich sa świetni tacy spontaniczni To ze ją zaciązysz bylo do przewidzenia ale to dobrze bo dasz bohaterowi szanse na wykazanie się ze ja kocha a nie tylko dziecko a nasz duecik pewno im w tym intensywnie pomozę dzięki blanka
OdpowiedzUsuńDuecik spełnia tylko rolę koła ratunkowego :). Ostatnia część do napisania mi została... Końcówki zawsze najgorsze. Początek i środek sam się pisze, końcówki trzeba wymęczyć :).
UsuńJak miło sobie do Kajjki z rana zajrzeć i rozdzialik łyknąć :) Dzień dobry!
OdpowiedzUsuńTeż przyznaję, że duecik Ci się udał :) Pocieszne chłopaki.
David będzie miał niespodziankę, jak już ją odnajdzie. Biednej Adzie tak skomplikowałaś życie, że nie wiem, czy pretensji do Ciebie nie mieć. Serca nie masz, autorko jedna? ;)
Ale ja się stęskniłam za Wami :D...
UsuńJak to nie mam serca? Mam i uwielbiam dzieci, szczególnie te które sama produkuję w swoich opowiastkach ;)
Jaaasne!! Te najmniej problemów robią :P
UsuńKajjka, ja zamiast się ogarniać po powrocie, to nura do blogosfery z miejsca zrobiłam :D
Nałóg to nałóg :D... też tak mam... może dzisiaj się zepnę i skrobnę kilka zdań, taka chodzę wnerwiona że zapomniałam zabrać zapisków, że nic mi myślenie nie idzie ;)
UsuńWiem jak to jest! Drugi raz ciężko się wkręcić w ten sam wątek. Ale wierzę, że pójdzie Ci jak z płatka, bo nie mogę się już doczekać dalszego ciągu :*
UsuńWiesz już czy to będzie chłopiec czy dziewczynka?
OdpowiedzUsuńTo dopiero dociekliwość :p. Nie wiem, na dwoje babka wróży ;)
UsuńAch... Ty wyrachowana kobieto... :p Tak z premedytacją...?
OdpowiedzUsuńHmm... ale wszystko prowadzi do tego, że Ada nie będzie miała wyjścia, jak tylko pogodzić się z Davidem ;)
I bardzo dobrze, co by za bardzo uparta nie była, jak przyjdzie co do czego ;)
Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na finał. Tak więc czekam :)
Współczuję trudności technicznych :( Ja nienawidzę pisać drugi raz tego samego tekstu, zawsze mi coś umyka... :(
A właśnie tak z premedytacją ;).
UsuńTeż tego nienawidzę i obawiam się, że na końcówkę jednak przyjdzie poczekać aż notatki dotrą do domu... Po prostu przez gardło mi to powtórnie nie przejdzie, przez palce znaczy...
W poprzednim rozdziale było też "wykapana" zamiast "wykąpana" i najlepsze, że ja przez dłuższą chwilę zastanawiałam się o co chodzi, bo nie załapałam od razu, że to literówka.
OdpowiedzUsuńJak w rozmowie z Maćkiem była wzmianka o tych jej zmiennych stanach, to ja już czułam, że coś jest na rzeczy. Zastanawia mnie tylko czy takie badania, naprawdę mogą wykazać ciąże, takie robione do pracy, bo że inne mogą to wiem.
Jak czytałam o jej zachciankach, to aż mi się przypomniało, że przy córce to jadłam nie frytki czy chleb z ketchupem ognistym, a ognisty ketchup z frytkami, dosłownie łyżką je łowiłam z talerza, a teraz bym chyba już tak nie potrafiła. Nie piłam też kawy i przez to chodziłam taka niedospana. To niby piękny stan, ale ja bym jednak do niego wrócić nie chciała. Uznałam właśnie, że kobieta to ma jednak przejebane, bo jak nie ciąża, to okres, a facet co? Jedynie mu dynda między nogami. Co to za sprawiedliwość w ogóle?
Trochę podejrzliwie traktuję zainteresowanie tych gejów tym dzieciątkiem, jakby jej je chcieli troszeńkę odebrać i mu tatusiować...
Uczciwie się przyznaję, że z medycznego punktu widzenia to moje "widzi mi się" i nie mam pojęcia czy coś w rzeczywistości mogłoby przy standardowym badaniu zwrócić uwagę lekarza. Założyłam sobie, że mogło, bo akurta nie miałam pretekstu do wykonania innych badań. Choć z drugiej strony mogłam to rozwiązać zupełnie inaczej. Ale jest jak jest. Ten tekst nie jest w żadnym razie wart tego, żebym w nim grzebała, poprawiając coś więcej poza literówkami (poprawiłam tę "wykapaną").
UsuńMaciek, a w szczególności Łukasz jest torszkę nadopiekuńczy, ale nie mam zamiaru im oddawać malucha ;).