Jeszcze jeden kawałek przed wyjazdem, a potem kochani życzę wszystkim udanych urlopów :)
Literówki tym razem łowiłam sama, więc... Cóż, może nie będzie tak źle...
Wyjechał w niedzielę, najpóźniej jak się dało. Musiał rankiem być w
Gdańsku. Ada trochę niepokoiła się, że będzie jechał w nocy, ale zapewniał, że nocne
podróżowanie nie jest dla niego żadną nowością i nie powinna się martwić.
Obiecał solennie nie zasnąć za kierownicą i zadzwonić natychmiast, gdy dotrze
na miejsce, bez względu na porę.
Kiepsko spała z niedzieli na poniedziałek, nieustannie się budząc w
oczekiwaniu na telefon. Rozważała nawet możliwość uszykowania sobie legowiska w
holu, by mieć aparat pod ręką i przeklinała w duchu swoją niechęć do posiadania
komórki.
Dźwięk połączenia wyrwał ją z kolejnej niespokojnej drzemki. Wyskoczyła z
łóżka i tak jak stała, boso, w piżamie, przeskakując po dwa stopnie, zbiegła na
dół.
– Tak? – wydyszała w
słuchawkę całkowicie już rozbudzona.
– Spałaś w ogóle? Sądziłem, że trochę będę musiał poczekać nim cię
dobudzę...
Po bezsennej nocy spędzonej za kierownicą, głos miał lekko schrypnięty,
ale na jego dźwięk napięcie w jakim trwała Ada przez ostatnie godziny nagle ją
opuściło.
Odetchnęła z ulgą.
– Kiepsko spałam. Wiesz... Czekałam na telefon.
– Więc jednak troszkę martwisz się
o mnie. – Niemal słyszała jego uśmiech w słuchawce.
– Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – usiłowała nadać głosowi protekcjonalny
ton, ale kiepsko jej wyszło, zbyt ucieszył ją fakt, że cały i zdrów dotarł do
celu podróży. – Ale tak, troszkę się martwiłam – przyznała się ostatecznie. – Troszkę
– dorzuciła z naciskiem.
– Cóż, jeśli „troszkę” oznacza dla
ciebie bezsenną noc, to co robisz, gdy martwisz się naprawdę?
– Co robię? – Z szerokim uśmiechem usiadła, na podłodze obok stolika,
opierając plecy o ścianę. – Chyba po prostu w ogóle przestaję sypiać nocami, rano
ryczę w poduszkę, a potem przesypiam cały dzień, wstaję wieczorem i potykam się
na walizce, i spotykam przystojniaka, który zakochuje się w narzeczonej
Frankensteina...
– O, a tego to nie rozumiem...
– Czego?
– Tego o narzeczonej Frankensteina.
Ada zachichotała do słuchawki.
– Ekhem – chrząknęła, tłumiąc chichot – kiedyś ci wyjaśnię.
– „Kiedyś” brzmi obiecująco –
podchwycił.
– Mówiłam ci już, że ponosi cię wyobraźnia?
– Tak.
Na chwilę zapadła cisza...
– Ado... Tęsknię za tobą...
– Ja... – zawahała
się na moment – chyba też tęsknię... – dokończyła cichutko.
– Chyba?
– No, jeszcze nie wiem, ale wiem, że... chyba tak.
– I zrozum tu człowieku, co kobieta
ma na myśli – roześmiał się.
– Śmiejesz się ze mnie – nastroszyła się.
– Z ciebie w żadnym razie. Śmieję
się, bo skoro się wahasz, to jest dla mnie nadzieja.
– Akurat...
– Ado, kochanie, mógłbym przegadać
z tobą cały dzień, wiesz...
– Uhm, wiem...
– Muszę się przygotować, na ósmą
mam umówione spotkanie. Odezwę się... Idź wreszcie spać, już ranek. Zadzwonię
po południu.
– Dobrze, będę czekała.
– Będę tęsknił...
– Ja też...
– A jednak i już bez chyba...
– Pa. – Ada rzuciła słuchawkę na widełki.
Przyłożyła dłonie do zarumienionych policzków i uśmiechnęła się szeroko. Zwariowałam?
Pomyślała. O tak, nie inaczej. Najwyraźniej wraz z cnotą straciłam też rozum.
To jedyne rozsądne wytłumaczenie.
Uwolniona od niepokoju, z lekkim sercem pobiegła na górę i zakopała się w
pościeli.
Telefon nie zadzwonił, ani w poniedziałek, ani we wtorek. Adriana czuła
dziwne kłucie w klatce piersiowej i jakiś taki ciężar, że aż ciężko było jej
oddychać. Siedziała jak na szpilkach, zachodząc w głowę co mogło się stać.
Przeklinała w duchu swój brak zapobiegliwości, że nie zapisała jego numeru
telefonu. Z drugiej strony jeśli nie dzwonił, to pewnie miał jakiś powód. Ważny
powód. Nie powinna mu przeszkadzać i narzucać się ze swoją obecnością.
We środę, z trudem powstrzymując łzy, zaczęła pakować swoje dwa pudła.
Nie miała pojęcia dlaczego David nie daje znaku życia, ale wyobraźnia podsuwała
jej najczarniejsze scenariusze. Niepokoiła się o niego, ale też potrafiła
odpędzić myśli, że po prostu zapomniał, bo przecież dlaczego miałby pamiętać?
Była tylko przelotną przygodą. Jakby mogła być kimś więcej, skoro prawie się
nie znali? Zaciskała zęby, powtarzając w duchu: jesteś głupią, naiwną gęsią
Adriano, a z głupotę i naiwność się płaci. Lęk mieszał się z gniewem na samą
siebie. Dała się omotać jak dziecko i wciągnąć w jakąś idiotyczną gierkę.
Praca? Jaka praca? To był jedynie pretekst, dla wygody. Nie musiałby szukać
weekendowych rozrywek. Tu w Krymanowie miałby ją za darmo. No, prawie za darmo,
przecież miał jej płacić jakąś pensję. Płacić za...
Zagryzła wargi. Wspomnienia minionej niedzieli z każdą mijającą godziną
coraz bardziej smakowały goryczą i paliły wstydem.
Telefon uparcie milczał...
Dokończyła pakowanie, zastanawiając się posępnie, czy David w ogóle zamierza
przyjeżdżać w piątek do Krymanowa, tak jak obiecywał. Postanowiła jednak być
twardą i wytrwać do końca. Wywiąże się ze swojej części umowy i zostanie do
końca tygodnia. Jeśli David się nie pojawi wyjedzie zgodnie z umową w poniedziałek
rano. Jeśli jednak przyjedzie, ona opuści Krymanów w piątek. Nie przyjmie jego
propozycji, bo to nie ma sensu.
Nie będzie się użalać nad sobą, ani nikogo o nic oskarżać. Po prostu
wyjedzie i niech jej droga tutaj zarośnie za nią krzakami, przekonywała samą
siebie, by chwilę później gryźć palce z niepokoju i beznadziejnie podsycać w
sobie naiwną wiarę, że to przecież niemożliwe. Mężczyzna, z którym spędziła
tych kilka dni, z którym śmiała się beztrosko, rozmawiała szczerze... Ten
czuły, wspaniały mężczyzna, który kochał się z nią z taką pasją, nie mógł
przecież potraktować jej tak instrumentalnie. Każdy, ale nie on, to zupełnie do
niego nie pasowało. A po chwili słabości przychodziło opamiętanie... Ależ mógł.
I zrobił to.
„Jesteś zwyczajną, głupią gęsią, Ado. Pomyśleć, że jeszcze w
poniedziałkowy poranek całkiem poważnie brałaś pod uwagę propozycję tego faceta
– beształa się w duchu. – Miałam być jedynie rozrywką... tanią rozrywką.”
A jeśli jednak stało się coś
złego? Podświadomość nie chciała dać za
wygraną, z jednej strony łudząc nadzieją, z drugiej podsuwając scenariusz tak
czarny, że chyba wolałaby, już opcję numer jeden, tą z tanią rozrywką.
Chora z niepokoju pojechała do miasta po bieżące zakupy na te kilka dni
które, miała jeszcze tu spędzić. Nie byłaby jednak w stanie ich zrobić, gdyby
na posterunku przy telefonie nie zostawiła Jonasza. I tak starała się załatwić
wszystkie sprawunki możliwie najszybciej. W drodze powrotnej przyłapała się na
tym, że gaz wciska tak mocno, że groziło to wyrwaniem dziury w zjedzonej przez
rdzę podłodze starego auta.
Rzuciła w holu reklamówki z zakupami, zdjęła kurtkę i buty.
– Odebrałem jeden telefon – poinformował Jonasz, gdy weszła do kuchni.
– Kto dzwonił? – zapytała z nadzieją i jednocześnie wściekła, że nie
siedziała w domu i sama nie odebrała połączenia.
– Jakiś prawnik, powiedział, że jest pełnomocnikiem Ferbsa, prosił by ci
przekazać, że Ferbs musiał pilnie wyjechać. Zostawił numer telefonu, żebyś
mogła oddzwonić i umówić się z nim.
– Po co? – zapytała, patrząc na starszego mężczyznę tak, jakby nie do
końca rozumiała, co do niej mówi.
– Chodziło o jakieś dokumenty do podpisania.
– Jakie dokumenty? – wymamrotała skołowana.
Dotarło do niej jedynie tyle, że Ferbs wyjechał, ot tak, bez słowa
wyjaśnienia. Nie zadzwonił, uznał najwyraźniej, że nie zasługuje na informację.
Wyjechał, formalności zostawiając w rękach jakiegoś... prawnika. Założył z góry,
że się zgodzi. Przeleciał ją i uznał, że ma ją w garści.
– Nie wiem o co chodziło Ado, nie wypytywałem go, zresztą mówił, że ty
będziesz wiedziała. Zadzwoń do tego człowieka, wszystkiego się dowiesz.
– Tak, oczywiście. – Słowa z trudem przeciskały się przez zaciśnięte
gardło i z całych sił walczyła ze zdradzieckimi łzami, uparcie pchającymi się
do oczu.
Powoli położyła na stole siatki, odwracając twarz, by przepadkiem nie
zdradziło ją szkliste spojrzenie piekących oczu.
– Pojdę już, późno się robi – mruknął.
– Dziękuję, Jonaszu – powiedziała, nie odwracając głowy, gdy wychodził z
kuchni.
Jak automat, ale bardzo starannie, wręcz z pedanterią, układała produkty
na półkach. Po bólu rozczarowania i szoku, przyszedł gniew. Przykro mi, panie
Ferbs, ale nie będę weekendową zabaweczką biznesmena. Przykro? O nie, wcale nie
jest mi przykro. Zacisnęła zęby. Jestem wściekła i nie widzę żadnego sensu,
żeby w tych okolicznościach tkwić tu do poniedziałku. Ani nawet do piątku.
Ogarnęła wzrokiem kuchnię, znów jak automat sprawdzając, czy wszystko
jest na swoim miejscu. Potem poszła na górę i z taką samą automatyczną i
pedantyczną starannością spakowała obie walizki. Pudła z prywatnymi drobiazgami
czekały w korytarzu pod ścianą.
Zniosła je na dół i postawiła w holu. Pomachała Jonaszowi kończącemu na
dziś pracę. Odprowadziła wzrokiem jego auto.
Usiadła w salonie na sofie i skuliła się przytulając do siebie poduchę.
Złość wyparowała, pozostał jedynie palący żal i poczucie krzywdy. Czuła się
pusta, wypalona i oszukana. Siedziała tak, tępo wpatrując się w zwęglone drwa w
kominku. Coś zapłonęło i wypaliło się równie szybko. Płochy, nietrwały płomień.
Stary zegar stojący w kącie wybił północ. Ada westchnęła ciężko i
powlekła się na górę. Być może powinna zachować wobec wszystkiego więcej chłodnego
dystansu, nie ulegać emocjom. Ale miała dopiero dwadzieścia dwa lata, życie
doświadczało ją mimo młodego wieku, ale niewiele miała w nim okazji by nabrać
dystansu do stosunków damsko-męskich. Kierowały nią emocje z gwałtownością i natężeniem
właściwymi jej wiekowi.
Rankiem, jak zawsze, obudziło skrzypienie zawiasów boksów otwieranych
przez Jonasza. Ogarnęła się, ubrała i zeszła na dół. Gula w gardle stała
nadal, więc poszła do kuchni zaparzyć herbatę, w nadziei, że łyk gorącego
napoju pomoże na tę dolegliwość. Przygotowała też kilka kanapek, narzuciła
kurtkę na ramiona i poszła zaprosić stajennego na śniadanie. Zgodził się
wyczuwając, że dziewczyna potrzebuje duchowego wsparcia i czyjejś życzliwej
obecności.
Usiedli w kuchni. Ada nalała mu herbatę i podsunęła talerz z kanapkami.
– Ty nie jesz?
W pierwszym odruchu chciała skłamać, że już jadła, ale źle by się czuła,
oszukując starego człowieka, który bardziej był przyjacielem, niż pracownikiem.
– Nie jestem głodna. – Istotnie nie czuła głodu. Niczego nie czuła.
– Jednak wyjeżdżasz? – Rzucił
wymowne spojrzenie na dwa pudła stojące w holu pod ścianą.
– Jutro – stwierdziła krótko Ada.
Stary człowiek pokręcił z dezaprobatą głową.
– Miałaś zostać do końca tygodnia, dziś jest czwartek – przypomniał.
– Miałam, ale nie widzę sensu.
– A ten prawnik? Dzwoniłaś do niego? Czego chciał?
– Nie, nie dzwoniłam. Nie chcę z nim rozmawiać, nie widzę sensu... –
powtórzyła.
– Ado, nie wiesz, co się stało...
– Wiem, Jonaszu. Po prostu pomyliłam się. Zdarza się – starała się nadać
głosowi lekkie brzmienie, ale dławiąca w gardle gorycz sprawiała, że z trudem
udawało się panować nad nim dość, by nie drżał.
– Nie wyjeżdżaj dziecko – westchnął bez przekonania, że go posłucha.
Znał Adę, od dziecka. Wiedział, że jest uparta i że jeśli coś sobie
ubzdura, nikt jej pomysłu z głowy nie wybije. Zrobi to, co uzna za słuszne.
Mimo to podjął próbę dotarcia do jej rozsądku.
– Nie podejmuj pochopnych decyzji. Spróbuj się wpierw dowiedzieć, jaka
było przyczyna...
– Nie! – ucięła ostro, tak ostro, że sama poczuła zażenowanie. – Nie –
powtórzyła już spokojniej - albo przetnę to natychmiast, albo utonę. Nie chcę
utonąć.
– Dlatego uciekasz?
– Dlatego... Dlatego muszę się sama siebie zatroszczyć. – I spalić za
sobą mosty, dorzuciła w duchu. – Z rzeczami w kartonach zrób, co uważasz. Auto
oddaj na złom. I tak do niczego innego się nie nadaje.
– To jak się stąd wydostaniesz, skoro nie chcesz zabrać samochodu?
– Podrzucisz mnie do miasta jutro przed południem.
– I co dalej? – Nie ustępował. – Nie przemyślałaś tego Ado. Co zrobisz,
jak znajdziesz się w mieście? Bez mieszkania, bez pracy. Tu masz dom, dziecko.
– To już nie jest mój dom, Jonaszu. To dom Ferbsa.
Mężczyzna nie wydawał się przekonany, dokończył swoją herbatę i wrócił do
pracy.
Dzień spędziła na porządkowaniu swojego pokoju, swojego byłego pokoju. Potem
salonu, kuchni... Kilka godzin spędziła w pokoju matki... Dotykała spłowiałych
obić na meblach, poprawiała firanki, wygładzała szydełkowe serwetki, które mama
lubiła. Wszystkie wyszły spod jej palców. W końcu wyszła stamtąd starannie
zamykając za sobą drzwi. Warkot silnika poinformował, że Jonasz właśnie
pojechał do domu.
W holu na stoliczku obok aparatu telefonicznego leżała karteczka, na
której równym, kaligraficznym pismem Jonasz zanotował nazwisko prawnika: A. Dalkiewicz i numer
telefonu.
Chwilę stała niezdecydowana, jakby czegoś się wahała, gdy silnik ostatecznie
umilkł w oddali, westchnęła ciężko. Wyciągnęła rękę, podniosła słuchawkę i
wybrała ciąg cyfr...
Warszawa cztery tygodnie później
Jeszcze nigdy nie widział go tak wściekłego. David był blady ze złości i
wyglądał jakby miał za chwilę skoczyć prawnikowi do gardła. Całe szczęście, że
dzieliło ich solidne dyrektorskie biurko.
– Co to znaczy, że z nią nie rozmawiałeś? – wycedził przez zaciśnięte
zęby.
– Nie oddzwoniła. Zostawiłem jej kontakt, ale się nie odezwała, a jak...
– Kurwa mać, Artur! Wyraźnie ci powiedziałem, nie dzwoń tylko, jedź i powiedz
jej! Miałeś tam pojechać i wszystko jej wyjaśnić! A nie zostawiać jakiś
pierdolony kontakt! Mówiłem, ale musiałeś zrobić po swojemu!
– Zażyczyłeś sobie, żebym ciepnął wszystko i jechał w ciemno na jakieś
zadupie – obruszył się prawnik, zachowując jednak kamienną twarz i chłodny
spokój mimo wybuchu Davida. – Oczywiście, że zadzwoniłem. Musiałem się chociaż
dowiedzieć, czy mam po co się tam tłuc. Nie rozumiem, o co się wściekasz? Skoro
nie oddzwoniła, to widocznie nie była zainteresowana twoją propozycją.
David podniósł się z fotela nachylił nad biurkiem ku siedzącemu po
drugiej stronie mężczyźnie. Dłonie zacisnął z całej siły na krawędziach mebla
inaczej nie zdołałby się powstrzymać żeby złapać Artura za fraki i nie wyrżnąć
w zęby.
– Wyjdź – powiedział tonem tak spokojnym, że aż przerażającym. – Wyjdź,
bo nie ręczę za siebie.
Prawnik przezornie nie podjął polemiki z poleceniem. Wstał bez słowa i
skierował się do drzwi. Ale ciekawość nie pozwoliła mu wyjść. Zatrzymał się z
dłonią na klamce i spojrzał na Davida, który teraz stał przy oknie, tępo
wpatrując się w wirujące za szybą płatki pierwszego tej zimy śniegu.
– David?
Mężczyzna drgnął, ale nie odwrócił się.
– Co się właściwie stało? – zapytał prawnik.
Dłuższą chwilę czekał na odpowiedź i kiedy już zwątpił, że w ogóle ją
uzyska David powiedział:
– Zniknęła.
Artur cofnął się od drzwi.
– Jak to, zniknęła?
– Po prostu, zniknęła. Wyjechała.
– Dokąd?
– Nie wiem. Rozpłynęła się w powietrzu jak kamfora.
– Ludzie nie rozpływają się w powietrzu, Davidzie.
– Skoro taki jesteś tego pewien, to znajdź ją, dupku – warknął ze
złością.
Przełknąwszy inwektywę, Artur cofnął
się od drzwi i podszedł do kolegi.
– Aż tak ci zależy? – zapytał.
David spojrzał mu w twarz. Choć oczy nadal płonęły mu gniewem rysy ściągnęły
niepokój i troska.
– Jak cholera. – Westchnął ciężko i oparł czoło o chłodną szybę. – Jak
cholera... – powtórzył cicho. – Zostaw mnie. Chcę być sam.
Zostawiam Was na trochę w pewnym zawieszeniu. Cokolwiek jednak sobie myślicie, to pamiętajcie... To jest wakacyjny lajt ;) I do poczytania w następnym wpisie...:)
Ach zapomniałabym... muzyczka na dziś...

.gif)
Rozdział jak zawsze wspaniały. A co do Ady to nie mam słów -.- Jak mogła tak sobie wyjechać?!
OdpowiedzUsuńBoże... biedny David :(
No, masz... Facet skorzystał z okazji i się ulotnił, a tu "biedny David", to się nazywa babska solidarność :P
UsuńUśmiech proszę... Przypominam, że to wakacyjny lajcik, a to znaczy... ;)
Obiecanki cacanki... a głupiemu radość! Ale Ada jest uparta!... typowa kobieta, snuje domysły, wyobraża sobie nie wiadomo co... komplikuje rzeczy/sprawy proste... Podobała mi się reakcja Davida na zniknięcie Ady. Dlaczego sam do niej nie zadzwonił!? Co takiego się wydażyło? No tak nie może być tak łatwo! ;-)
OdpowiedzUsuńRownież życzę udanych urlopów.
Ja dopiero wybieram się na urlop we wrześniu.
Lena
PS. I tak będę tu zaglądać od czasu do czasu ;-)
Według mnie Ada miała rację do prawnika mógł zadzwonić a do niej nie - to ma to co ma . Teraz będzie się musiał trochę napracować aby zdobyć to co tak lekko potraktował.. Udanych wakacji Katy. blanka
OdpowiedzUsuńDziękuję ;) Urlop - cóż ja to tak nazywam, ponieważ zrywam się z domu, ale dziękuję i sądzę że będzie fajnie, byle pogoda dopisała ;)
OdpowiedzUsuńDlaczego D nie zadzwonił? Dowiemy się... ino nie wiem kiedy, bo nie wiem na ile wyjazd będzie sprzyjający pisaniu,chociaż plany to ja mam, że ho ho.
Ale same wiecie, że ogólnie wakacje nie sprzyjają ani pracy, ani przesiadywaniu na blogach, więc mam nadzieję darujecie małe rozluźnienie "terminów" ;)
No, Kajjko Ty jedna! W takim momencie na urlop jechać??!! :D Ale co się odwlecze to nie uciecze. Może czas da Ci takie natchnienie, że pospadamy z krzeseł ;)
OdpowiedzUsuńNie potępiam Ady, bo myślę, że zachowałabym się dokładnie tak samo. Tylko przeryczałabym nieporównywalnie więcej niż ona. David pewnie miał swój powód, który ją znokautuje, kiedy go pozna i wszystko mu wybaczy. Może coś się z jego córeczką stało. Ten wariant obstawiam, ale to nie tłumaczy nie odzywania się przez tak długi czas. Nie mógł wymagać, żeby trwała w zawieszeniu nie mając od niego żadnych informacji i nie wiadomo na co liczyć. Więc nawet jakby miał bardzo dobre wytłumaczenie, to to tylko jego wina i koniec. Samiec twój wróg!! ;)
Kasiu, mam nadzieję, że się odezwiesz od czasu do czasu, bo będę tęskniła za Twoimi wpisami :( Życzę Ci dużo, dużo wypoczynku i pięknej pogody. :*
Urlop jak urlop, ja się zabieram kolonie domowe prowadzić ;)
UsuńNikt nie powiedział, że jeszcze sobie nie poryczy ;) David nie zostawił jej w zawieszeniu, w sumie to prawnik skopał sprawę. No i masz... sama uderzam w ton "biedny David" :D Macie rację, cokolwiek się stało sam mógł się odezwać a dopiero potem nasyłać tępego Artura :P.
Najlepsze jest to, że na tę chwilę sama nie wiem gdzie jest Ada i co porabia ;). Ale coś się wymyśli...
Zaglądać i odzywać się na pewno będę, przecież bym nie wytrzymała, nie wiedząc co się dzieje w wirtualnym świecie ;)
W sumie to nie wiem czy powinno się dziękować za życzenia pogody i udanego urlopu... ale ponieważ nigdy nie przejmowałam się gusłami, dziękuję :)
No nie... Kolejna scena typu Dellan... Dlaczego? Ale tym razem będzie happy and?
OdpowiedzUsuńJesteś okropna.... :p Znowu się przez Ciebie popłakałam :p W tej ostatniej scenie jest tyle emocji, Kami... I to "jak cholera..." Ech... A Ada, głupia gówniara i tyle :p Tylko wiekiem mogę sobie wytłumaczyć jej zachowanie. On ma dziecko, do jasnej cholery..! Ale panienka, myśląc że jest pępkiem jego świata, nawet o tym nie pomyślała... Bo skąd mogłoby jej to przyjść do głowy... Jest za młoda, za mało doświadczona i myśli, że miłość jest najważniejsza... I racja, ale miłość nie jedno ma oblicze... Ale cóż, dorośnie, nauczy się... ;)
OdpowiedzUsuńWybacz te emocje, ale mnie panna leciutko zagotowała... ;) I teraz taka wkurzona będę czekała na ciąg dalszy... :p
Urlopuj się i twórz :) Bo tu gromadka złakniona Twego pióra czeka ;)
Buziaki, Soul :)
Wygląda na to, że najlepiej wychodzi mi tworzenie męskich bohaterów, za którymi płeć żeńska stoi murem :D. No i rozumiesz teraz dlaczego Ada ma tylko 22 lata ;)
OdpowiedzUsuńA tym, co się niepokoją przypominam, że to mimo wszystko wakacyjny lajcik ;)
No i się dziewuszka zgubiła. Swoją drogą ciekawe dokąd ją wywiało. Opowiadałam właśnie mężowi co czytam, bo pytał i oznajmił, że David mógł ją przed wyjazdem przywiązać do jakiegoś kaloryfera, bo przecież było pewne, że da dyla, bo rzekomo w naszej naturze jest uciekanie, by pozwolić mężczyźnie na ganianie sarenki. Nie kupuję tej teorii w ogóle. Moim zdaniem to wina Davida, bo przecież mógł sam osobiście zadzwonić, skoro do prawnika mógł, to dlaczego do Ady nie? No bo głupi David jest głupi.
OdpowiedzUsuńTaaa, mógł ją zamknąć w jednym z garaży :D. Ucieczki w większości przypadków się nie sprawdzają, coś o tym wiem, gdyby ten tekst naprawdę miał być realistyczny, ona by została i wycisnęła go jak cytrynę ;). Ja też uważam, że mógł sam zadzwonić choćby w drodze na lotnisko, dlatego tu go bronić nie będę, bo wybitnie dał ciała.
OdpowiedzUsuńWiesz, kiedyś dyskutowałyśmy z koleżankami i doszłyśmy do wniosku, że gdyby nasi bohatorewie mieli możliwość reagowania na to, że robimy z nich czasem idiotów, to pewnie żadna z nas nie mogłaby siedzieć bez uczucia bólu :D.