No, to dajemy dalej z koksem... Przyznam się szczerze, że mnie samą trochę zaskakuje tempo w jakim się wszystko posuwa... Ale tak właśnie ma być. Bywa, że życie zaskakuje znienacka wymachując przed nosem jedyną niepowtarzalną okazją i albo mamy odwagę ją złapać i nie wypuszczać z rąk, albo się wahamy i tracimy coś bezpowrotnie. Co zrobią moi bohaterowie? Którą opcję wybiorą? Ostrożność, rozwaga i rozsądek, czy instynkt i spontan? Na dwoje babka wróżyła... Zapraszam :)
Zbliżył się do starszego mężczyzny z wyciągniętą na powitanie ręką. Jonasz znów postawił taczkę i lekko zażenowany
otarł spracowaną dłoń o koszulę nim podał ją Davidowi.
– Tak, panie Ferbs, to ja, dzień dobry – powiedział, odpowiadając
uściskiem na mocny i szczery uścisk Ferbsa.
– Zapowiada się ładny dzień. – David zerknął na bezchmurne niebo.
– Taa, ranki już chłodne, w nocy przymrozki, ale za dnia jeszcze
słoneczko grzeje. Dzisiaj też pewnie będzie ciepło.
– Uhm... idealna pogoda na długi spacer... – mruknął, wzrokiem śledząc
Adę mocującą się z dawno nieużywanymi wrotami do garażu.
Musiały być spaczone, bo miała poważne problemy z ich otwarciem.
– Przepraszam Jonaszu, ktoś chyba potrzebuje pomocy...
Stajenny podążył za wzrokiem Davida i uśmiechnął się wyrozumiale.
– Jasne – stwierdził. – Miłego dnia, panie Ferbs.
David uniósł tylko dłoń w pozdrowieniu, maszerując już w kierunku
Adriany, która z narastającą furią szamotała się z garażowymi drzwiami.
Przebrzydłe skrzydło za nic nie chciało ustąpić. Osiadło mocno na ziemi i ani drgnęło. Katem oka widziała zbliżającego się Davida i z tym większą desperacją szarpnęła oporne wrota.
– Dam sobie radę! – krzyknęła, by zniechęcić go do pomocy.
– Właśnie widzę... – powiedział kpiąco.
Zignorował gniewne spojrzenie dziewczyny, podparł drzwi ramieniem, uniósł
je odrobinę, pchnął i wreszcie, ze zgrzytem, uchyliły się tyle, by można było
wejść do środka.
– Tak to jest, kiedy rankiem ucieka się z domu bez śniadania – stwierdził
żartobliwie David.
– Dziękuję – warknęła Ada. – O moje śniadanie niech cię głowa nie boli – dorzuciła
jeszcze i znikła wewnątrz. – Specjalista się znalazł, od zdrowego żywienia... –
burczała pod nosem rozdrażniona.
David tymczasem pchnął drzwi jeszcze trochę, by wpuścić do wewnątrz
więcej światła. Drobinki kurzu tańczyły w świetlnej smudze. W głębi garażu Ada przerzucała
jakieś stare pudła, przekładając rzeczy z jednych do drugich.
– Zostaw to, Ado. Nie potrzebujesz w tej chwili tych pudeł.
– Właśnie, że potrzebuję Muszę się spakować.
– Ale nie musisz tego robić teraz. Zdążysz się spakować po niedzieli.
– Nie – uparła się. – W poniedziałek chcę opuścić dom.
Uniósł brwi zaskoczony.
– Przecież powiedziałaś, że nie ruszysz się stąd przed terminem.
– Powiedziałam. – Wzruszyła ramionami. – I co z tego? Zmieniłam zdanie.
Jestem kobietą, kobiety z tego słyną, że zmieniają zdanie.
– Ado, proszę – chwycił jej nadgarstek – naprawdę nie musisz się
śpieszyć. W ogóle nie musisz trzymać się jakichś idiotycznych terminów...
– A właśnie, że muszę! – Wyszarpnęła rękę.
– Nie, nie musisz. To ja je ustaliłem i zawsze mogę przesunąć. I mówię
ci, że nic się nie stanie jeśli zostaniesz kilka dni dłużej. Jutro wieczorem wyjadę
i nie będę ci przeszkadzał w pakowaniu. A dzisiaj moglibyśmy... Mogłabyś mi
pokazać dom i resztę posiadłości.
– Czy ja cię trzymam? Idź sobie na spacer i oglądaj, co chcesz.
– Park przypomina dzika puszczę. A jak się zgubię?
– To wyślemy za tobą psy tropiące. Albo obejrzyj sobie dom, tam się nie
zgubisz.
– Wolałbym mieć przewodniczkę.
– Poproś Jonasza, będziesz miał przewodnika – warknęła, mocując się ze sporym kartonem.
Wyrwała go gwałtownym szarpnięciem i poleciała w tył, lądując w ramionach
Davida.
– Widzisz? – mruknął, wyraźnie zadowolony. – Los sam wskazuje ci właściwe
rozwiązanie.
– Nie dotykaj mnie! – uniosła się, odskakując, gdy tylko odzyskała
równowagę.
– Sama na mnie wpadłaś – zauważył rezolutnie.
– Jakbyś tu nie sterczał, to bym nie wpadała!
– A pewnie, że nie. Wylądowałabyś na podłodze i potłukła sobie...
tyłeczek.
– Od mojego tyłka trzymaj się z daleka!
Stracił cierpliwość. Nie będzie się napraszał. Zacisnął zęby i odwrócił
się na pięcie.
– Rób co uważasz. Masz całkowitą rację, to nie moja sprawa – powiedział i
wyszedł.
Ada wróciła do swoich kartonów. Zrobiło się jej głupio. W końcu David
starał się tylko być miły. Dopóki się tu nie pojawił, nie wiedziała kim jest nowy
właściciel i wcale nie pragnęła tej wiedzy. Wyobrażała sobie nadętego snoba, z
którym nie da się normalnie rozmawiać. Planowała wynieść się stąd w wyznaczonym terminie i rozpocząć nowe
życie, gdzieś w jakimś wielkim mieście, anonimowa i odcięta od przeszłości.
Tymczasem tajemniczy nabywca Krymanowa okazał się całkiem życzliwym, normalnym człowiekiem. Co gorsza na jego zdecydowaną korzyć przemawiała miła
powierzchowność i urok osobisty. Najwyraźniej nie zamierzał jej ponaglać z
wyprowadzką, gotów nawet przesunąć termin, by mogła zostać dłużej. Nie
traktował z góry, okazywał życzliwość, która nawet dałaby się zakwalifikować
jako sympatia... Dziwak. Po prostu jest dziwakiem, uznała, opróżniając kolejny
karton.
Drobinki pyłu zakręciły w nosie i sprowokowały gwałtowne kichnięcie.
A niech to szlag. Może jednak nie powinna być taka opryskliwa i pójść z
nim na ten spacer? Zawsze była osobą zdecydowaną i pewną siebie. Od dawna
musiała radzić sobie sama z problemami. Na ojca nie mogła liczyć, to on
zwykle potrzebował wsparcia emocjonalnego.
Teraz obecność Davida, mocno zachwiała fundamentami jej opanowania. Od
chwili, w której zapalił światło w jej pokoju, była rozdrażniona i miała
wrażenie, że zachowuje się irracjonalnie. Wszystko to było jakieś irracjonalne... I
zupełnie nie miała pomysłu jak sobie z tym poradzić. Ucieczka i to jak
najszybsza zdawała się jedynym rozwiązaniem.
Zebrała kartony i z ciężkim westchnieniem pomaszerowała w stronę domu.
Chwilę zajęło jej oczyszczenie ich z kurzu i pyłu. Zaniosła je na górę, do
swojego pokoju i wróciła na dół.
W kuchni zastała wszystko tak, jak było nim wyszła. Patelnia leżała tam, gdzie ją rzuciła,
na blacie.
Zatem David także nie jadł śniadania i poszedł na spacer o pustym
żołądku. Czyli jak wróci będzie wściekle głodny, uśmiechnęła się do siebie.
Przygotowywanie posiłków dla siebie było banalne i do bólu nudne. Ale lubiła
to robić dla kogoś. Gotowała ojcu, zawsze kiedy była w domu. Odprężało ją
to i uspokajało.
Nucąc sobie coś pod nosem wrzuciła do rondelka kilka jajek, i podkręciła
gaz żeby się ugotowały na twardo. Z lodówki wyjęła majonez, musztardę, ser
żółty i szczypiorek. Ser starła na grubej jarzynówce, szczypiorek drobno posiekała.
Postawiła wodę na herbatę. Przygotowała kubki. Ostudziła jajka i obrała ze
skorupek. Potem posiekała je w drobną kostkę, dodała ser i szczypiorek.
Wymieszała wszystko z odrobiną majonezu i musztardy, przyprawiając solą i
pieprzem. Woda na herbatę zagotowała się, więc zalała przygotowaną wcześniej
porcję w zaparzaczu.
Trzasnęły drzwi wejściowe, a potem usłyszała, że David wchodzi po
schodach. Posmarowała kanapki i ułożyła na
talerzu. Nakryła stół na dwie osoby.
David nie schodził.
Westchnęła. Cóż, miał powody czuć się urażony, zatem teraz inicjatywa
należała do niej.
Zebrała do kupy swoją mocno nadszarpniętą pewność siebie i pomaszerowała
na górę. Zatrzymała się przed drzwiami sypialni Davida. Wzięła głęboki oddech i
zapukała. Nikt się nie odezwał, więc zapukała jeszcze raz. Kiedy i za drugim
razem odpowiedziała jej cisza nacisnęła klamkę i zajrzała do środka. W pokoju
nie było nikogo. Na łóżku leżały ubrania, zza drzwi łazienki dochodził szum
wody.
Ciekawość to pierwszy stopień...
Ada wsunęła się do pokoju i zbliżyła do łazienki, nasłuchując. Właśnie
miała się wycofać, gdy stanął w nich David odziany jedynie w ręcznik owinięty
wokół bioder.
Zaparło jej dech. Z trudem pozbierana pewność siebie wyparowała jak
kamfora.
– Aaa... eee... ja... – zdolność budowania zrozumiałych zdań też ją opuściła.
Zaczerwieniła się jak burak i cofnęła zażenowana. Nie mogła oderwać
wzroku od doskonale zbudowanej sylwetki, szerokich ramion i idealnie
wyrzeźbionej klatki piersiowej pokrytej ciemnym meszkiem zbiegającym się w
wąską linię wiodącą...
O nie, o nie...! Zmusiła się do podniesienia wzroku i napotkała lekko
rozbawione spojrzenie ciemnych oczu.
– Czemuż to zawdzięczam wizytę, księżniczko?
– J-jj... ja... – jąkała się w dalszym ciągu, a David uniósł brwi,
spokojnie czekając aż zdoła się wysłowić. – Zrobiłam... eee, kanapki... znaczy,
śniadanie... i chciałam... bo widziałam, że nic nie jadłeś i... Zejdź do kuchni,
jak się ubierzesz – wyartykułowała w końcu i czmychnęła na dół.
Ada wpadła do kuchni na miękkich nogach i osunęła się na krzesło. Motylki w
brzuchu szalały. W skroniach pulsowało, ba, nie tylko w skroniach. Zacisnęła
uda, ze wszystkich sił starając się wrócić do równowagi.
Zanim David pojawił się w kuchni, ubrany w sportowy podkoszulek i
jasnoniebieskie dżinsy, zdołała opanować drżenie kolan. Ale ręce ciągle jeszcze się jej trzęsły. Nalewając herbatę miała jedynie
nadzieję, że nie zauważy, jak bardzo.
Postawiła przed nim kubek szczęśliwa, że udało się niczego nie rozlać. Z
ulgą klapnęła na swoim miejscu.
David obserwował ją z zagadkowym uśmiechem.
– Ehm... częstuj się, proszę – zachęciła. – To nic nadzwyczajnego, ale
głód da się zaspokoić.
Uśmiechnął się szeroko i sięgnął po kanapkę. Wciąż rozdygotana Ada znów się zaczerwieniła po same uszy. Obawiała się, że jak wyciągnie rękę po chleb, on zauważy jej drżenie.
– Chyba nie każesz mi jeść samemu?
– Ee... nie. Oczywiście, że nie – bąknęła, chcąc nie chcąc, biorąc w
końcu kanapkę. Nie była jednak pewna, czy zdoła cokolwiek przełknąć. – W żadnym
razie nie chcę żebyś pomyślał, że próbuję cię otruć.
– Nigdy bym cię o to nie posądził, wierz mi. Smaczne to. – Z uznaniem
pokiwał głową, wskazując kanapkę.
– Pasta z jajek – rozpromieniła się nagle. – Moja mama ją robiła. Cieszę
się, że ci smakuje.
– Cieszę się, że postanowiłaś mnie nakarmić przed wyjazdem.
Omal się nie zakrztusiła.
– Wyjeżdżasz? Przecież chciałeś
spędzić tu weekend.
– Owszem – powiedział, sięgając po kolejny kawałek chleba – ale ty chcesz
się w spokoju pakować, a ja nie chcę przeszkadzać i krępować cię. Odniosłem
wrażenie, że moja obecność mocno cię rozprasza i przeszkadza...
– To nieprawda...! – zaprzeczyła gwałtownie.
To wszystko było coraz bardziej nienormalne. Powinna się ucieszyć, odczuć
coś w rodzaju ulgi, tymczasem czuła się raczej zawiedziona, rozczarowana nawet.
– Poza tym – kontynuował, puszczając mimo uszu protest – posiadłość jest
moja, będę miał nieskończenie wiele okazji, by spędzić tu weekend. Z Warszawy to ledwie trzy godziny.
Adzie zrobiło się przykro. Był miłym, czarującym człowiekiem, a ona zachowywała
się jak zgryźliwa jędza, żywiąc urazę z powodu jednego drobnego incydentu,
który w znacznym stopniu sama sprowokowała. A przecież dobrze się czuła w jego
towarzystwie i względem panującej ostatnio w domu ponurej ciszy, jego obecność
była miłym, wręcz pożądanym urozmaiceniem. Tymczasem swoim nieżyczliwym
zachowaniem najwyraźniej wypłoszyła niespodziewanego gościa. Nie, tak
naprawdę wcale nie chciała, żeby wyjechał. Wbiła wzrok w blat
stołu przed sobą.
– Davidzie, przepraszam – nie bardzo wiedziała co powiedzieć.
– Nie przepraszaj, Ado. Nie masz za co, ja rozumiem...
– Nic nie rozumiesz... – potrząsnęła głową.
Niezależnie, od tego, że dotąd zachowaniem nie zachęcała go do dłuższego pobytu,
wolałaby żeby został. Nie wypadało jej jednak prosić, by zmienił zdanie.
Wyjedzie więc, a ona znów zostanie sama jak palec. A potem ona wyjedzie i
nigdy więcej...
Pod powiekami paliły łzy, które powstrzymywała z trudem.
– Nic nie rozumiesz. Nie masz pojęcia jak to jest, kiedy kolejny raz
świat wali ci się na głowę... –Zerwała się z krzesła i połykając łzy, które mimo
woli popłynęły po policzkach uciekła na górę. Po chwili do uszu Davida dobiegło
trzaśnięcie drzwiami od sypialni.
Powoli dokończył kanapkę. Siedział jeszcze chwilę, czekając czy Adriana
nie zejdzie jednak na dół. Nie pokazała się. Przeczesał palcami wciąż
wilgotne włosy. Doprowadził ją do łez, choć wcale nie miał takiego
zamiaru i teraz czuł się niezręcznie. Wielokrotnie dawała do zrozumienia, że
jego obecność ją drażni. Sądził, że usunięcie się będzie najlepszym
rozwiązaniem. Wyglądało na to, że jednak nie. Ogarnęła go irytująca
dezorientacja. Uznał w końcu, że wynikła z faktu, że prawie nic nie
wiedział o sytuacji Ady, ani o niej samej. Chętnie by to
zmienił, ale dla niej też był zupełnie obcym człowiekiem. Nie miał
prawa oczekiwać, że otworzy się przed nim, wykładając swoje problemy i troski.
Zresztą, po co miałaby to robić? On wyjedzie stąd dzisiaj, ona za kilka dni.
Każde pójdzie w swoją stronę...
Z jakiegoś niesprecyzowanego powodu ta myśl spowodowała nieprzyjemne
ukłucie w piersi. Ciągnęło go do tej dziewczyny, wcale nie próbował się oszukiwać,
czy wmawiać sobie, że jest inaczej. Ciągnęło i już. Nie postrzegał jej jak kogoś obcego. Chciał wiedzieć jakie ma plany i jak zamierza sobie z nimi poradzić.
Na pewno potrzebowała mieszkania, pracy... Dlaczego mu zależało? Nie zadawał
sobie trudu z szukaniem odpowiedzi na to pytanie. Zdał się na instynkt.
Zależało mu i już. I pewien był, że kiedy ona wyjedzie to i tak będzie, śledził
jej losy. Jeśli nie pozwoli mu inaczej, będzie to robił dyskretnie, ale musi wiedzieć,
co się z nią dzieje i jak sobie radzi.
Pierwszy raz, odkąd zniknęła z jego życia Estera, nie czuł się winny, że
interesuje go los jakiejś kobiety. Wręcz przeciwnie, żywił jakieś absurdalne
wewnętrzne przekonanie, że w przypadku Adriany czułby się winny, nie
interesując się nią.
Ada nie zeszła.
David zapukał do drzwi jej pokoju. Nie usłyszał zaproszenia, ale nacisnął
klamkę. Odetchnął z ulgą, gdy nie zamknięte od środka, ustąpiły.
Siedziała skulona na skraju łóżka z rękoma splecionymi na karku. Ramionami wstrząsał bezgłośny szloch i
zdawała się obojętna na wszystko. Nie zwróciła uwagi na to, że wszedł do środka.
Nie podniosła głowy, nie drgnęła nawet.
Usiadł obok i odgarnął niesforne kosmyki z twarzy. Policzki miała mokre
od łez.
– Ada...
Zacisnęła powieki i nowe łzy popłynęły po twarzy. Pociągnęła głośno
nosem.
– Maleńka... – Objął ją przyciągnął i zmusił, by usiadła mu na kolanach. – Chodź tutaj...
Szlochając wtuliła twarz w zagłębienie jego szyi.
– Nie płacz, kochanie... – Gładził ją uspokajająco po plecach. – No, nie
płacz... Nie jesteś sama...
– Jestem... – chlipnęła żałośnie. – Zawsze tak było. Jak umarła mama, ojciec zupełnie się załamał. To ja musiałam być tą silniejszą. Miałam tylko
dziesięć lat... A teraz nawet jego już nie ma... Ty sobie zaraz pojedziesz...
– Nie wyjadę, Ado. – Przytulił ją mocniej. Wplótł palce w włosy na jej
karku i pieścił z czułością. – Jeśli chcesz, żebym został, nie wyjadę. Tylko
powiedz...
– Zostań, proszę – szepnęła, nie podnosząc głowy.
Wstając, zsunął Adę z kolan i postawił przez sobą. Ujął jej podbródek, delikatnie gładził
kciukiem policzek i z powagą patrzył w zapłakane oczy. Przez chwilę myślała, że
znów ją pocałuje, lecz nie zrobił tego. Uśmiechnął się tylko i powiedział:
– Zostanę. A teraz umyjesz buzię, wytrzesz nosek i wrócisz do kuchni
dokończyć śniadanie. Potem pójdziemy na długi spacer i pogadamy sobie. Zgoda?
Posłusznie skinęła głową.
– No, idź do łazienki, poczekam tu na ciebie...
Słowo wyjaśnienia... Proszę nie mylić Krymanowa z Rymanowem i nie trudzić się poszukiwaniem tego na mapie. Nawet na wojskowych go nie ma. Zaistniał bowiem wyłącznie w mojej głowie. Co do Warszawy, to chyba niczego wyjaśniać nie muszę.
A teraz możecie studiować mapę w promieniu ok 3 godzin jazdy samochodem od Warszawy. I konia z rzędem temu, kto trafnie wytypuje kierunek i okolicę, w której się osiedliłam z moją wydumaną wiochą ;)
I jeszcze trochę muzyczki tutaj.

.gif)
"Od mojego tyłka trzymaj się z daleka" - chyba sama w to nie wierzyła!! I mamy już lokację. Trzy godziny od Warszawy. Ale nie będę szukała tego miejsca na mapie, skoro odwiedzać je możemy tylko pod adresem Twojego bloga :)
OdpowiedzUsuńStworzyłaś kolejny bajeczny świat. Mimo ze realny, to jednak fantastyczny. Dworek, park, stajnia... Zdezelowane drzwi od garażu ;) Świetne!
Jak ty to Kajjko droga robisz, że obcego chłopa przede mną stawiasz, a ja, żona i matka, już wzdycham i się rumienię. I najlepsze jest to, że to dobry i mądry facet. A przecież my kochamy drani! Zupełnie nie rozumiem jak to się dzieje.
Strasznie fajnie Ci te lajtowanie wychodzi :) Czuję się odprężona, rozbawiona, troszkę wzruszona i generalnie uśmiech gości na mej twarzy :)
Dziękuję :*
PS. Uwielbiam pastę z jajek!! A muzyki posłucham dopiero po pracy ;)
UsuńCo ja mogę... To ja dziękuję, Nikki :*
UsuńTeż lubię pastę z jajek. Ogólnie mało kulinarna jestem, a trafiał mi się bohaterka, która lubi kucharzyć. Więc skoro już musi to uznałam, że powinna to robić szybko i sprawnie, na zasadzie "coś z niczego" ;). Co do faceta, tym razem ciepły kluch, tak dla odmiany od napakowanych sterydów ;). Zresztą w swoich bajkach lubię facetów odpowiedzialnych i mądrych, jak dla mnie, nic nie szkodzi żeby takiego wyposażyć w odpowiednią posturę, muskulaturę (w kolejnym kawałku popracujemy troszkę nad mięśniami i kondycją ;)) i facjatę oczywiście, w końcu bajki piszę... Ale o tym będzie w innym tekście ;)
Ja też mało kulinarna jestem, nie kręci mnie codzienne stanie przy garach ... natomiast weekendowe i od święta to coś dla mnie, wtedy lubię coś specjalnego upichcić :D Mój mąż musi mieć ciepły posiłek wiec... on nam gotuje na tygodniu :D
OdpowiedzUsuńCzyżby David odpuścił?! Nie wydaje mi się, raczej zmienił taktykę :P Ciekawe kto pierwszy zmięknie?! :D
A... i jeszcze Ada... ciekawość to pierwszy stopień do ...WIEDZY! A powiedzonko Ada to nie wypada ... to już przeżytek :P
Lena
Leno :) jutro nie, ale mam nadzieję że we czwartek posuniemy się dalej z wiedzą w tej historyjce ;)
UsuńBardzo podobał mi się ich dialog przy stajniach reszta z resztą tez Szukać miejscowości jednak nie będę bo jak sama zaznaczyłaś jest w Twojej głowie a tam nie dotrę no chyba ze .................... dzięki blanka
OdpowiedzUsuńJa przyszedł do niej, na górę i się całkowicie rozkleiła, to i mi się łezka w oku zakręciła...
OdpowiedzUsuńA jak myślała, że ją pocałuje, przed oczami stanęła mi scena sprzed kilkunastu lat, kiedy pewna dziewczyna jednocześnie pragnęła i się obawiała pierwszego pocałunku z mężczyzną, który zaczynał być dla niej ważny. O wiele wyższy, chwycił jej twarz w dłonie, uniósł do góry, przez chwilę wpatrywał się w jej oczy, sprawiając, że serce chciało jaj wyskoczyć z piersi, a potem... złożył czuły pocałunek... na jej czole... Ach... te wspomnienia... Dziękuję, że swoimi słowami je przywróciłaś ;):). Lecę czytać dalej...