WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

03.07.2014

Jesienny nokturn cz.4

Dzisiaj wybierzemy się z Adą i Davidem na króciutką wycieczkę. Myślę, że to odrobinę przybliży miejsca i ułatwi odnalezienie się na mapie, aczkolwiek margines dla wyobraźni pozostawiam tak duży, jak duży jest region, o którym wspominam w tekście ;).


– Rany boskie, daleko jeszcze? Maszerujemy już chyba z godzinę – jęknął David, dysząc jak parowóz.
– Mówiłam: dwie godziny marszu. Poza tym, to tobie zachciało się zwiedzać okolicę, więc mi tu teraz nie jęcz.
– Sądziłem, że to marsz po normalnym, utartym szlaku, a nie po dzikich wertepach.
– Szosą byłoby znacznie dalej. My idziemy na skróty. I nie gadaj tyle, dostaniesz zadyszki.
– Już mam – sapnął.
Spojrzała na niego z dezaprobatą i stwierdziła:
– Tym bardziej nie gadaj, bo teraz mamy pod górkę. – Wskazała stromą jak klif, pooraną erozją wapienną skalną ścianę.
Zrezygnowany tylko ciężko westchnął.

Kiedy wreszcie stanęli na szczycie zamkowego wzgórza mijało południe. Słońce stało w zenicie, choć o tej porze roku ów zenit nie znajdował się zbyt wysoko. Zaczął wiać dość zimny, porywisty wiatr, a niebo dotąd czyste zaczęło się chmurzyć.
– Wiedziałem, że w tym skrócie tkwi jakiś podstęp – mruknął, spoglądając na wijącą się po zboczu wygodną, szeroką ścieżkę, po której dałoby się spokojnie jechać autem.
Ada uniosła brwi.
– Niby jaki?
– Liczyłaś, że mnie wykończysz, przestanie mi się podobać okolica i więcej nie będę chciał tu wracać. Muszę cię zmartwić, ja lubię stare zamki.
Skwitowała oświadczenie wzruszeniem ramion.
 Stali teraz na szutrowej drodze wiodącej w otwartą paszczę niegdysiejszej zamkowej bramy, dziś będącej jedynie dziurą w pozostałościach średniowiecznego muru z białego wapienia, upstrzonego czerwonymi plamkami cegły używanej do łatania i naprawy ścian, zapewne po starożytnych bitwach. Z dawnej świetności pozostało jedynie kilka fragmentów ścian, tu i ówdzie szczerzące zęby blanki. Wszystkie drewniane elementy budowli dawno przestały istnieć zachował się jedynie kamień. Nad resztkami dolnego zamku wznosiła się wapienna skała, w którą idealnie wtapiały się ruiny górnej części warowni. Stare, puste baszty ze smutnymi oczodołami okien, echo dawnej chwały...
– Wyobraźnia cię ponosi. Szosa biegnie dookoła wsi i lasu. Idąc nią dotarlibyśmy tu pewnie przed zmrokiem, a tak... – urwała pod pełnym sceptycyzmu i dezaprobaty spojrzeniem Davida. – Chodź, obejrzymy go od środka i wdrapiemy się na górny zamek.
– Co?!
– No chodź. – Nie kryjąc rozbawienia, pociągnęła go za rękaw kurtki, kierując się ku bramie.

Weszli na dziedziniec, na którym w kilku miejscach zachował się bruk, którego okoliczni mieszkańcy nie wyrwali z ziemi, pozyskując budulec.

– Kiedyś musiał być wspaniały – odezwał się David. – Szkoda, że nie zachowało się więcej niż trochę pokruszonych murów.
– Zamknij oczy i wyobraź go sobie w czasach, gdy tętnił życiem. Jest ich więcej na szlaku Orlich Gniazd, zamków znaczy, jest więcej. Lepiej lub gorzej zachowanych. Niektóre częściowo odbudowano, inne niszczeją w zapomnieniu. Kiedy stały się niepotrzebne okoliczna ludność traktowała je jak magazyny budulca. To, co z nich zostało, przypomina nam dziś, kim byliśmy i zmusza do zastanowienia kim się stajemy.
– Jesteś dumna z historii swojego kraju. – Przyglądał się jej z poważną uwagą.
Pogładziła dłonią szorstki kamień.
– Tak, Davidzie, jestem dumna.
– I słusznie. Moja babcia także była dumna.
– Była Polką?
– Tak, jak moja matka. To im zawdzięczam doskonałą znajomość języka.
– No tak, to wyjaśnia wszystko. Masz polskie korzenie i pewnie jakąś rodzinę w Polsce.
– Nie, nie mam. Matka była jedynaczką.
– To co, prócz sentymentu, skłoniło cię do przyjazdu tutaj? To nie jest kraj tysiąca możliwości, jak Ameryka.
– Głownie praca. Chociaż zawsze chciałem dokładnie poznać ojczyznę matki. Dlatego kupiłem tu dom.
– Praca... – odgarnęła z twarzy włosy, rozburzone przez wiatr. – Czym się właściwie zajmujesz?
– Pracuję w branży hotelarskiej. Nie podobają mi się te chmury. – Z obawą spoglądał na ciemne chmurska, napływające z silnym wiatrem od wschodu. – Nie wróżą nic dobrego.
Ada podążyła za wzrokiem Davida i skrzywiła się lekko.
– Nie wróżą niczego gorszego niż deszcz.
– W połączeniu z tym wiatrem... Lepiej wracajmy, kawał drogi przed nami.
Ada mrugnęła wesoło.
– Teraz będzie z górki, więc będzie łatwiej i szybciej...

Niestety chmury i wiatr okazały się szybsze. Ulewa złapała ich w połowie drogi powrotnej i przemokli do suchej nitki.



– Jakbym wiedział, że pogoda tak sobie z nas zakpi, w życiu nie namawiałbym cię na tę wycieczkę – stwierdził David, ściągając w holu przemoczoną kurtkę.
– Od odrobiny deszczu jeszcze nikt nie umarł – odparła, siląc się na niefrasobliwy ton i szczękając przy tym zębami.
– Od deszczu to może i nie, ale od zapalenia płuc już nie jeden. Maszeruj natychmiast pod gorący prysznic.
– Jasne... ale ty też – zastrzegła, unosząc w górę palec – do swojej łazienki oczywiście – dodała, widząc jego minę.
– O-oczywiście, tylko że... nie bardzo mam w co się przebrać.
Ada, już w połowie drogi na górę, zatrzymała się. Fakt, wyrwał się z miasta spędzić miły weekend na wsi, nie brał pod uwagę ekstremalnych wypraw w strugach ulewnego, lodowatego deszczu. Obrzuciła go taksującym spojrzeniem.
– Coś ci zaraz znajdę. Mój tata był twojego wzrostu. Rzeczy nie będą pewnie idealnie dopasowane, ale za to suche.
– Dzięki – uśmiechnął się z wdzięcznością.
– Idź pod ten prysznic – powiedziała, maszerując na górę. – Zostawię ci w pokoju.

Gorąca woda rozgrzała ją szybko. Intensywne wycieranie ręcznikiem pobudziło krążenie i zrobiło się jej przyjemnie ciepło. Włosy tylko rozczesała i zostawiła by same wyschły, machnąwszy ręką na fakt, że zrobią to po swojemu, to znaczy każdy wywinie się w inną stronę. Otuliła się szlafrokiem i zbiegła na dół, by przygotować gorącą herbatę.
David był już kuchni i buszował po szafkach w poszukiwaniu herbaty właśnie. Ściągnął sznurek w zbyt szerokim dresie, tak by spodnie nie zsunęły mu się z bioder, poza tym nie miał na sobie nic. Nawet stopy miał bose. Jego widok rozgrzał Adę chyba bardziej niż gorący prysznic i zupełnie nie tam, gdzie życzyłaby sobie być rozgrzana.
– Gdzie masz herbatę?
W czajniku wesoło bulgotał wrzątek.
– Sz-szafka po lewej... znaczy po prawej...

Otworzyła lodówkę i owionął ją strumień chłodnego powietrza. Pomyślała, że powinna do niej wejść dla schłodzenia emocji. Wzięła w rękę cytrynę, zaciskając palce na chłodnym owocu. David zamknął drzwi lodówki.
– Hej... Miałaś się rozgrzać. W lodówce jest zdecydowanie chłodno.
– Cytryna... – bąknęła, wciskając mu owoc w dłoń. – Skoro już robisz herbatę...
Cofnęła się i usiadła na krześle. Dotyk jego palców, gdy brał od niej owoc, wywołał kolejną falę gorąca i napad szalonych motyli, co poskutkowało nagłą słabością w nogach.
Co się do licha dzieje? Myślała zirytowana. Zachowuję się jak narkoman na głodzie, który poczuł marihuanę. I dlaczego musiało mnie to dopaść, akurat teraz i akurat w jego przypadku? Dzielą nas eony... wszystkiego. Zainteresowania, wiek, majątek, narodowość, wszystko.
No, nic... Trzeba sobie po prostu narzucić samodyscyplinę i tyle. David jutro wyjedzie, ona się wyprowadzi i wszystko wróci do normy. Westchnęła ciężko.
– Coś się stało? – zapytał, stawiając przed nią kubek z gorącą herbatą, w której pływał gruby plaster cytryny.
Przysunął sobie krzesło i usiadł obok.
– Nie nic – znów westchnęła i wykonała nieokreślony ruch ręką.
– A ja mam wrażenie, że jednak coś cię gryzie – nie ustępował.
Tak, ty, pomyślała sfrustrowana. Ogarnęła dłońmi kubek.
– Tak – powiedziała głośno – zastanawiam się, co zjemy na kolację.
Spojrzał na nią z ukosa. Nie miał wątpliwości, co najchętniej by schrupał. Miał nieodpartą ochotę wsunąć palce w jeszcze wilgotne włosy, miękko wijące się na jej karku i wpakować rękę pod szlafroczek, bynajmniej nie po to, by sprawdzać, czy po spacerze w deszczu rozgrzała się dostatecznie.
– Myślę, że cokolwiek – mruknął, odwracając wzrok.
– W takim razie... zapiekanka – chciała wstać, ale zatrzymał ją, kładąc dłoń na jej dłoni.
– Najpierw wypij gorącą herbatę. – Wskazał wzrokiem kubek z parującym płynem.
Jego kciuk delikatnie gładził kostki, a Ada wpatrywała się w dłoń, zastanawiając się czemu nie wyrwała swojej i pozwala mu się dotykać?
Bo to miłe, idiotko, skonkludowała wreszcie. Nie wyrwała dłoni z lekkiego uścisku, ale wysunęła ją delikatnie.
– Tylko postawię wodę na makaron... Tymczasem możesz sobie obejrzeć dom. Na górze są tylko sypialnie, nic szczególnego. Na dole masz salon, gabinet ojca, bibliotekę, jadalnię.
– Dodatkowa? Sądziłem, że tylko tu w kuchni...
– Tamta jest... – szukała odpowiedniego słowa – odświętna. Nie pamiętam, byśmy jej używali od śmierci mamy. – Zamyśliła się.
– A tam? – Wskazał zamknięte drzwi na wprost wejścia do kuchni, po drugiej stronie holu.
– Tam? – Przełknęła ślinę. – Tam było... Jest królestwo mamy...
– Jest? – zdziwił się.
– Ojciec nie pozwolił tam niczego ruszać. Wszystko jest tak, jak w chwili jej śmierci. Często tam przesiadywał długimi godzinami. I pił... Myślę, że nigdy się nie pogodził.
– A ty?
– Ja? Musiałam nauczyć się żyć bez niej. Wiedziałam co oznacza termin „śmierć”. Wiedziałam, że mama nie wróci. Ale dziesięcioletnie dziecko ma życie przed sobą i choć strata rodzica jest bolesna, szybko uczy się radzić sobie z traumą. Sądzę, że im człowiek jest starszy, tym paradoksalnie trudniej.
– Teraz jest ci trudniej?
Włączyła palnik pod wodą i usiadła na powrót przy stole.
– Sama nie wiem. Nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Muszę jakoś zorganizować sobie życie. Od zera. Nie mam nic, poza kwotą z funduszu powierniczego, który założyła mama, z myślą o moich studiach. Niestety będę musiała zagospodarować go inaczej, niż sobie życzyła.
– Dlaczego?
– Zadajesz głupie pytania – żachnęła się. – Muszę kupić jakieś mieszkanie i znaleźć pracę, żeby się utrzymać. Na dzień dzisiejszy studia to pieśń odległej przyszłości.
– Ale studiowałaś już przecież?
– Przerwałam, po śmierci ojca. Nie jestem w stanie studiować i utrzymywać się jednocześnie. Nie w tej chwili. Może kiedyś.
– Co studiowałaś?
– Weterynarię. – Uśmiechnęła się. – Marzyła mi się prywatna praktyka w naszym okręgu. I chciałam hodować fryzyjczyki.
– Fryzyjczyki?
– Konie rasy fryzyjskiej. Uwielbiam je – ożywiła się wyraźnie – mamy dwa tej rasy. Klacz Freyę i młodego ogiera, Fiodora. Fiodor jest po Freyi. Znaczy... – ochłonęła – mieliśmy. Konie należą do ciebie.
– Niezbyt znam się na koniach, Adriano.
– Co z nimi zrobisz? – zapytała z wyraźnym niepokojem. – Jonasz mówił...
– Jeszcze nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. W sumie konie nie są mi potrzebne.
– Rozumiem... – Zacisnęła usta.
– Ado...
Chciał ująć jej dłoń.
– Woda się zagotowała – bąknęła, tym razem nie pozwoliła się dotknąć.

David westchnął. Sytuacja zrobiła się niezręczna dla obojga. Ona kochała swoje konie, które teraz należały do niego i które do niczego nie były mu potrzebne. Chciałby sprawić jej radość i powiedzieć, że je zatrzyma. Czemu jednak miałaby służyć podobna deklaracja? Jutro ich drogi rozejdą się na zawsze. Coś go boleśnie ścisnęło w dołku. Na zawsze... Brzmi tak, bezwzględnie, tak ostatecznie...
Ale on przecież chce wiedzieć, jak potoczy się jej los. Jak da sobie radę w życiu? Co miał zrobić? Rozwiązanie może byłoby banalnie proste gdyby nie fakt, że znali się od kilkunastu godzin. Byli razem na długim spacerze i zjedli wspólnie jeden posiłek, który ona przygotowała.
Za chwilę zjedzą następny, który również przygotuje Ada.

Przyglądał się jej zamyślony, wsparłszy brodę na dłoni. Krzątała się po kuchni, w szlafroczku, z nieufryzowanymi włosami, tuż po kąpieli, świeża, bez makijażu, krojąc wędlinę, ścierając ser, po prostu wykonując banalne, domowe czynności. Cała sytuacja była banalna, codzienna i taka... zwyczajna.

I zwyczajnie zjemy kolację, jak para zwyczajnych ludzi, a potem zwyczajnie... Gwałtownie wyprostował się na krześle. Rany boskie, całkiem zwariowałeś Davidzie, skarcił się natychmiast, gdy zorientował w jakim kierunku podążają myśli.


No, ciekawe w jakim? Jak Wam się zdaje? Raczej nie trudno się domyślić. W końcu to wakacyjny lajt (się przyczepiło do mnie to określenie). Na usprawiedliwienie tych przesłodzonych, tęczowych klimatów w "Nokturnie" dodam, że od kilku dni krąży mi po głowie apokaliptyczna wizja totalnej wojny o jeden świat, pomiędzy dwoma odrębnymi rasami. Taka bez happy endu... :D
I oczywiście wyjście w teren bez wizualizacji, to jak rolnik bez roli, zatem...


Na fotce ruiny zamku w Rabsztynie, jeszcze z okresu nim odrestaurowano jego część. Z informacji, które wygrzebałam, w chwili obecnej odtworzono bramę i basztę nad nią.
Oczywiście Szlak Orlich gniazd.
Dlaczego wybrałam fotkę przedstawiającą stan wcześniejszy a nie obecny? Powiem szczerze... uważam, że o zabytki bezsprzecznie powinno się dbać, szczególnie o takie, jak ten. I wobec faktu, że ktoś podejmuje działania, inwestycje i prace dla ich zachowania i nawet częściowej odbudowy, należy schylić czoło. I chylę, z szacunkiem i aprobatą.
Niestety słabo przemawia do mojego poczucia romantyzmu wizja ruin z ganc nówką bramą (skrzydła śmierdzą żywicą nawet na zdjęciu) i dachem pokrytym wściekle czerwoną dachówką prosto z pieca. Dlatego fotka jednak sprzed zabiegów konserwacyjnych :)

I jeszcze sprawy fejsbukowe... Chciałabym troszkę ruszyć z miejsca fanpaga (nie cierpię tego określenia). Nie zamierzam nikogo zaganiać na fejsa przemocą, zachęcam tylko do "polubienia" strony, osoby posiadające tam konto. Zaś dla zachęty informuję, że prócz zwykłych powiadomień o wpisie na blogu, od czasu do czasu będę tam wrzucać losowo wybrane fragmenty opowiadań, które znajdują się na blogu... Nie wykluczam też, że czasami (jako forma zapowiedzi) pojawią się fragmenty tekstów, które dopiero piszę, albo które czekają w szufladzie, aż się nad nimi pochylę i odkurzę dla celów blogowo-fejsowych.
Kurcze, trochę to będzie jak pokrywanie ruin ganc nową dachówką i wstawianie nowych drzwi ze świeżych desek... Bleee... Ale co tam, podobno w każdym szaleństwie tkwi metoda, więc sprawdzimy na ile jest skuteczna ta tkwiąca w fejsowym ;) 

13 komentarzy:

  1. Świetnie piszesz :) A ta częstotliwość dodawania nowych tekstów... Chylę czoła. Wakacyjny lajcik jak najbardziej udany :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli Wam się podoba to nie będę marudzić co mi się nie udało ;).
      Częstotliwość to rzecz względna, jest póki jest materiał, a jak się skończy trzeba będzie czekać. Tego jeszcze na jeden, dwa wpisy jest. Ale nie martwiłabym się zbytnio, szufladę mam głęboką, poza tym zawsze jest szansa, że coś nowego się uroi pod czerepem ;)

      Usuń
  2. Telewizję pooglądają jak normalni ludzie, a co? Chyba, że nasza Ada w końcu da się porwać tym motylkom i odleci wysoko... Bo przecież David, z tego co wydedukowałam, nie będzie się za bardzo stawiał :)
    Kajjka, mało mi tego lajtu! Tak miło się to czyta, tak przyjemnie, wesoło, bądź też smutno (w zależności od fragmentu) tak się pozwalasz zakumplować z postaciami i odetchnąć od codzienności, że ciągle chce więcej. Po dzisiejszych przeprawach opadłam z radością na fotel w pracy i włączyłam Warsztacik. I tak mnie zrelaksowałaś, że w końcu, po kilku dniach poczułam że jestem głodna! Jakąś zapiekankę bym zjadła ;)

    Znalazłam jeden błąd. Zdanie:
    "Ojciec nie pozwolił tam..." - coś tam zjadłaś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikki, dzięki... Tylko jeden, cud jakiś, że tylko :D Przed wrzuceniem przestawiłam to "tam" z miejsca na miejsce i zjadłam co innego przy okazji:D. Poprawione już...
      Mam dzisiaj zapiekankę makaronową na obiad, jak coś zapraszam na Podkarpacie ;)

      Usuń
    2. Obawiam się, że nie zdążę dotrzeć do pory obiadowej :D Odgrzejesz mi jak coś ;)
      Wiesz, że z moim sokolim wzrokiem, to cud, że go w ogóle zobaczyłam!

      Usuń
    3. Pokaż się tylko, a sobie coś ekstra upichcimy ;)
      O swoim sokolim wzroku to nawet nie wspominam, gdyby mnie Karo nie wspierała dopiero by tu było kwiatków ;)

      Usuń
  3. Kwiatków... parę, za to przecinków zdecydowanie mniej by było :p
    Ta, postanowiłam w ramach ćwiczeń dla... ortograficzno i interpunkcyjnie upośledzonych, zostać korektorem :D
    A ponieważ standardowo lepiej widzę w czyimś tekście (jak czytam jeden raz a nie któryś x z kolei) to padło na wakacyjny lajcik ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się... obawiam się, że na tym lajciku nie zakończę grafomańskiej kariery i jeszcze znajdę coś odpowiednio ukwieconego, żeby Ci podokuczać, a jak nie znajdę to coś wymyślę (demoniczny śmiech) :D

      Usuń
  4. Chyba zaczynam tracić głowę Wiem lubię czytać mam pozaczynanych mnóstwo tekstów do czytania zależnych od tłumaczy i autorskich a czasu co raz mniej życie mi się kończy chyba muszę zacząć robić porządki ale jak mam to robić skoro czytam Twoje teksty mam zaczęte trzy a Ty mi mówisz jeszcze o apokalipsie Katy kiedy ja to przeczytam Wracając do fb nie sadzę ze pójdę za Tobą chomik i blogi oprócz życia i książek w papierze pochłaniają cały mój czas otwieranie jeszcze jednego pochłaniacza czasu to już za dużo Mam wrażenie ze takie rozproszenie nie jest dobre dla twórczości bo zawsze jest coś kosztem czegoś ale wracając do tekstu był słodki ale nie nudny jest mi przykro ale chłonę treść nie zwracam uwagi na interpunkcję czasami tylko rzuca mi się w oczy jakiś fragment który powoduje zgrzyt w czytaniu ale wtedy się pytam .Oj chyba mi się zebrało dzisiaj na gadanie ale to chyba dlatego że dajesz pod tekstem te swoje wstawki a one pobudzają mnie do działania dzięki blanka

    OdpowiedzUsuń
  5. Z FB to jest tak... Nie chcę w żadnym razie wyprowadzać stąd czytelników na FB, a dokładnie na odwrót. Tam chciałabym znaleść osoby i zachęcić do czytania na blogu. Dlatego w ofercie fejsowej
    będą tylko fragmenty, które być może kogoś zachęcą do bywania tutaj. Nigdy nie znajdzie się tam cały tekst, na zasadzie, że "tylko na FB". Pełne wersje tekstów są i zawsze będą tylko tutaj. I jeśli ktoś jest u mnie stałym gościem, nie ma żadnej potrzeby przeprowadzać się na FB.

    O "apokalipsę" Blanko się nie martw ;). To tylko taka dygresja była i ten tekst jeszcze długo nie ujrzy dziennego światła. Staram się trzymać zasady, by na blogu nie było zaczętych i toczących się historii więcej jak dwie, trzy. Zatem póki któregoś z bieżących nie skończę nie powinno się pojawić nic nowego :)

    Cieszę się że zebrało się na gadanie :) Jak widzisz mnie też się nieraz na nie zbiera, stąd to moje marudzenie przed i pod fragmentami i miło mi, jeśli ktoś podejmuje dyskusję ;)

    Miłej niedzieli życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak... bardzo trudno się domyślić... :p
    To takie naturalne... no właśnie. Niech coś z tym zrobi, skoro czuje, że wszystko jest na właściwym miejscu... chyba...

    Przepraszam, że tak komentuję spontanicznie, ale po prostu, po każdym fragmencie piszę to, co bym Ci powiedziała, gdybyśmy akurat siedziały przy kawie ;).

    Lecę dalej...

    OdpowiedzUsuń
  7. Postanowiłam jeszcze do ciebie w nocy wpaść, bo jakoś tak mnie moja mała hołota obudziła, bo wrócili ;( Frytek im się w środku nocy zachciało.
    A teraz przechodząc do opowiadania, to naprawdę jest słodkie aż do wyrzygania tęczy, dlatego nie mogłabym czytać samych takich opowiadanek, ale od czasu do czasu są miłą odmianą, zwłaszcza, że tworzą odskocznie od tych depresyjnych tekstów które sama tworzę i które zazwyczaj czytam.
    Uważam, że o zabytki trzeba dbać, aczkolwiek znawcą nie jestem, wydaje mi się jednak, że nie ma co z tym dbaniem przesadzać, bo wtedy tracą klimat i powinny być jednak pozorowane na stare, a nie jak u mnie - najstarsze kamienice otynkowali i na kolorowo pomalowali, a z kolei kamienica, w której mieszkam - zabytkowa, nawet z muzeum takim tyci tyci, to się kruszy, a na klatkach syf, brud i ubóstwo, bo nawet dozorcy porządnego nie ma, znaczy jakiś jest, może i porządny, może przyzwoity, ale leniwy tak, że ja nie wiem za co oni mu płacą. Więc generalnie nikt o to nie dba i nam też dbać nie każą, bo jakbyśmy chcieli umalować, to zgody tych od zabytków nie mamy, bo farba nie taka, bo to po swojemu to nie można, jak drzwi wymienić, to też sami nie możemy, itd.
    No i przechodzą widzę twoi bohaterowie do jedzenia, fajnie, ciekawe kiedy siebie nawzajem skonsumują.
    Tak sobie pomyślałam, że skoro twoje opowiadanie jest zaznaczone, że od osiemnastego, to moje od dwudziestu pięciu powinno chyba być, minimum.
    Dawid z tym narzekaniem i zadyszką przypominał mi syna mojego męża, który zamiast jeździć z nami na rowerach wolał siedzieć w domu, przed komputerem i gierką jakąś i było "ale tu nierówno, lepiej wracajmy" "ale wiecie co, chyba mi się kierownica krzywi, ja czuję, że to znak by wracać". A jak było, że jedziemy do galerii miasto dalej na naleśniki albo do McDonalda, to od razu nic mu się nie krzywiło i nigdzie nie trzeba było wracać. Myślę, że jakby David miał odpowiednią zachętę, taką nagrodę na końcu, to też by mu się przyjemniej sandałowało, zwłaszcza, gdyby taka Ada była nagrodą, nie sądzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym oznaczeniem to trochę u mnie na wyrtost jest, ale jeśli oszołomstwo potrafi się pluć o bzdurne fotki wygrzebane w sieci, to po prostu wolę dmuchać na zimne. Kwestię fotek rozwiązałam, ale z odrobiny erotyki w moich tekstach ani nie zamierzam rezygnować, ani dawać idiotom argumentów do ręki, nawet jesli są wyrwane z niewymownej. Dlatego oznaczam każdy tekst, w którym pakuję bohaterów do łóżka, albo obdzieram kogoś ze skóry (takie rzeczy też mi się zdarzają ;))

      Nie mogę się nie zgodzić, że ten tekst po całości jest wylukrowany do porzygu. Z reguły stawiam sobie w pisaniu inne cele, ale tutaj był właśnie taki, słodko-pierdzący romans, jak to określiła takie tekst pani prowadząca jeden z blogów, ktore odwiedzam :). Eksperymentuję i to był taki właśnie eksperyment. Jeśli czytający rzygają tęczą to znaczy, że się udał :D.

      Ada jako nagroda? Cóż, widziałam, że poczytałaś już dalej, więc zapewne już wiesz ;).

      Usuń

Dziękuję za komentarze :). Na pytania dotyczące bohaterów i fabuły zawsze odpowiadam.