Ponieważ nie opanowałam kolejnego fragmentu "Wysp", dzisiaj przerywnik na jeden wrzut. "Kohorta" to moje pierwsze poważniejsze podejście do pisania w ogóle. Staroć, ale jestem sentymentalna i lubię ją mimo kupy błędów i nieścisłości jakie w niej są. Chociaż starałam się i legion rzymski miałam tak dokładnie policzony wzdłuż i wszerz, że mi prawie łeb pękał od niuansów ich wojskowej struktury. I tak nie jestem do końca przekonana czy legat na pewno powinien być legatem i wiem, że w legionie winien służyć więcej niż jeden trbun, ale w końcu to fantasy, więc taki trochę wybrakowany legion może przejdzie. W sumie to musi przejść, wielkiego wyboru nie ma, a historycy dzięki bogu nie czytają blogów, więc jest szansa, że nikt mi łba nie urwie ;)
Z wolna wyłaniali
się z lasu. Wreszcie znaleźli się na otwartej przestrzeni. Na szczycie wzgórza,
legat Gajusz Juniusz, dowódca legionu, zjechał z traktu i wstrzymał konia. Tuż
przy nim zatrzymał się młody trybun, jego siostrzeniec, Lucjusz Waleriusz. Po bezdrzewnym
zboczu droga zbiegała ku rozległej dolinie i nikła pośród bujnych traw. W dole,
środkiem równiny, leniwie toczyła swe wody wielka rzeka.
– Spójrz
tylko... – Juniusz wskazał widok przed sobą.
– Uhm... –
skinął w odpowiedzi trybun. – Piękny kraj. I taki... pusty. Z kim my tu niby
mamy walczyć? Z leśną zwierzyną? Co my tu robimy?
Legat
uśmiechnął się wyrozumiale.
– Młody
jesteś. Niewieleś jeszcze w życiu widział... Wojaczki zdążysz posmakować, aż ci
obrzydnie. A w tych lasach – wyciągniętym ramieniem zatoczył łuk w kierunku
zachodnim – zapewniam cię, nie tylko zwierzyna siedzi. Widzisz ten dym? Tam? –
Wskazał teraz bardziej na północ. – I tam?
– Germanie?
– spytał domyślnie młody człowiek.
– Właśnie,
Germanie... Osady z pewnością. I sądzę, że wiedzą o nas. Choć boją się
atakować...
– Wiele
jeszcze drogi przed nami?
– W linii
prostej, do Castra Germania, winno być jeszcze około stu mil, z pięć dni marszu.
Ale to teren nieznany. Nie ma dróg. Trzeba nam będzie kluczyć, szukać szlaków.
Sądzę, że dotrzemy tam, nie wcześniej, niż za jakieś dwa tygodnie.
– A listy?
– Tak, tak.
Listy, rozkazy... – legat zatroskał się wyraźnie. – Dla tego rozważam wysłanie niewielkiego
oddziału skrótem, przez tamte lasy – wskazał wzrokiem przed siebie.
Bór w dali,
po drugiej stronie rzeki, schodził niemal na jej brzeg. Ponury, gęsty i
nieprzystępny, w oparach wieczornych mgieł podnoszących się wolno z nad rzeki.
– Ta rzeka,
przed nami... to Danuvius, prawda? – spytał Lucjusz.
– Owszem...
Danuvius. Dziś, na jego linii kończy się panowanie Rzymu – padła odpowiedź.
– Dziś,
Gajuszu. Ale kiedy przekroczymy rzekę i dotrzemy do Castra Germania, hardzi
Germanie zegną karki przed naszą potęgą...
Legat
uśmiechnął się pobłażliwie i z wyraźną dezaprobatą pokręcił głową.
– Wiele musisz
się jeszcze nauczyć, synu mej siostry. Przede wszystkim rozwagi i cierpliwości. Młodzieńcza niecierpliwość kiepskim jest doradcą. Zapamiętaj sobie: nigdy nie
lekceważ przeciwnika.
– Cóż znaczy
kilku leśnych dzikusów, wobec rzymskiego legionu? – prychnął arogancko młodzik,
pogardliwie wzruszając ramionami.
– Germanie,
to lud wprawdzie prosty i nieuczony, rozbity na wiele plemion, ale dumni są –
pouczył doświadczony żołnierz. – A wojownicy z nich zajadli i wytrwali.
– Nie
dorównują nam ani uzbrojeniem, ani wyszkoleniem – upierał się przy swoim trybun.
– Pierwszy, lepszy hastati wart jest
dziesięciu takich nieokrzesanych dzikusów...
– W regularnej
bitwie, na otwartym terenie z pewnością, lecz oni nie są głupcami, Lucjuszu.
Unikają takich bitew, atakują z ukrycia, w lasach... A znają te lasy, w
przeciwieństwie do nas.
Legat umilkł
i powiódł wzrokiem po okolicy. Zatrzymał spojrzenie na zalesionych wzgórzach po
drugiej stronie rzeki. Młody żołnierz, także się już nie odezwał, podążył tylko
wzrokiem za spojrzeniem dowódcy. Las w oddali zdawał się mroczny i tajemniczy.
Może nawet złowrogi. E, tam – pomyślał młodzik – wieczór się zbliża, słońce
nisko, to i wszystko dziwne się zdaje. Obok nich spływały w dolinę długie szeregi
rzymskiej piechoty. Konnica, podążająca przodem, minęła ich wcześniej i teraz czoło
legionu znajdowało już prawie w połowie równiny rozciągającej się pomiędzy
rzeką, a wzgórzem, na którym stali Gajusz i jego siostrzeniec.
–
Rozbijemy obóz w tej dolinie – przerwał milczenie legat. – Zatrzymamy się tu
dzień lub dwa. Czas nagli, ale ludzie muszą odpocząć. Dołącz do swoich, Lucjuszu.
Przygotujcie teren nim nadciągną tabory. Castrum
ma stanąć przed zachodem słońca.
Młody trybun skinął głową i oddalił się. Gajusz
Juniusz trącił lekko konia łydką i wolno ruszył zboczem w dół, mijając
maszerujące szeregi.
Ze wschodem słońca, obóz zaczął rozbrzmiewać gwarem
ludzkich głosów. Część żołnierzy, wolna od służb i wart, wylegiwała się po
prostu przed namiotami, korzystając z chwil błogiego lenistwa, które lada
moment mógł przerwać rozkaz zwierzchnika. Inni chlapali się na brzegu rzeki,
pokrzykując i śmiejąc się. Jeszcze inni wykorzystywali wolny czas na naprawę
odzieży, butów, konserwację broni i tym podobne zajęcia. W rzymskich obozach
nie tolerowano bezczynności i było niemal pewne, że ci oddający się nieróbstwu zostaną zaraz zapędzeni, przez dowódców, do ćwiczeń lub jakiegoś
innego pożytecznego zajęcia.
Gajusz niewiele spał tej nocy. Nie wiedzieć czemu,
kraina na drugim brzegu rzeki wzbudzała w nim irracjonalny niepokój. Dlatego właśnie
rozważał, ominięcie jej szerokim łukiem. Oznaczałoby to jednak znaczne
opóźnienie w osiągnięciu celu ich marszruty.
W namiocie legata zebrali się centurionowie. Ciasnym
kręgiem otoczyli prowizoryczny stół, na którym rozłożono mapy. W skupieniu
słuchali wydawanych poleceń.
– Salviuszu, rozdzielisz jedną centurię z drugiej kohorty i roześlesz ludzi w dół, i w górę rzeki. Niech szukają brodów, lecz nie dalej niż o dzień drogi stąd.
– Salviuszu, rozdzielisz jedną centurię z drugiej kohorty i roześlesz ludzi w dół, i w górę rzeki. Niech szukają brodów, lecz nie dalej niż o dzień drogi stąd.
Centurion
wypiął pierś w postawie na baczność i skinąwszy głową odszedł wykonać rozkaz.
–
Jeżeli nie znajdziemy brodów, potrzebne będą tratwy. Niech twoi ludzie, Domicjuszu,
mają na podorędziu narzędzia. – Juniusz gestem odprawił kolejnego oficera. –
Ty, Lucjuszu – zwrócił się do swego siostrzeńca – weźmiesz manipuł z trzeciej
kohorty i spenetrujecie teren w kierunku tych domniemanych osad, o których
mówiliśmy wczoraj.
–
Tak jest.
–
Unikajcie zbędnych potyczek. W tych osadach, jeżeli je znajdziecie, żadnych rozbojów,
ani gwałtów. Zrozumiano?
–
Tak jest – trybun wyprężył się służbiście.
– Nie trzeba nam wrogów za plecami. Będziemy potrzebowali przewodnika. To jego macie znaleźć i przywieźć.
– Nie trzeba nam wrogów za plecami. Będziemy potrzebowali przewodnika. To jego macie znaleźć i przywieźć.
–
Jak rozkażesz, wodzu.
–
Idź już – Gajusz przetarł dłonią zmęczone oczy i zwrócił się do pozostałych
oficerów. – Reszta niech wraca do swoich oddziałów i zatroszczy się o to, żeby
ludzie mieli zajęcie.
Oficerowie rozeszli się. Legat wyszedł przed namiot i
wbił wzrok w ciemną linię lasu za rzeką. Dziwne przeczucie, którego nie
potrafił sprecyzować, wzbudzało w nim niezrozumiałą niechęć przed podjęciem
marszu przez ten teren. Lata spędzone na niespokojnym pograniczu imperium,
zaowocowały niemałym doświadczeniem i nauczyły nie lekceważyć własnej intuicji.
Około południa wrócili, wysłani na poszukiwanie brodów,
zwiadowcy. Natknęli się na płycizny o kilka godzin pieszej drogi, w dół rzeki.
Dotarcie do nich wymagało zboczenia z głównego kierunku marszu i wydawało się,
że los sam podsuwa myśl o ominięciu borów. Z ostateczną decyzją legat
postanowił jednak zaczekać do powrotu Lucjusza. Jeżeli uda się znaleźć
przewodnika, może zaryzykują marsz przez wzbudzającą obawy krainę.
Dwa manipuły, pod dowództwem Lucjusza Waleriusza,
powróciły do obozu następnego dnia przed południem. Przywiedli ze sobą
mężczyznę z germańskiej wioski, imieniem Runar. Niezwłocznie postawiono go
przed legatem. Jedna ze ścian namiotu, ta od strony rzeki, była podniesiona i
do środka wpadało jasne, południowe światło. Germanin posępnie spoglądał spod
bujnej, płowej czupryny.
–
Będziesz naszym przewodnikiem – oznajmił Juniusz bez żadnych wstępów, tonem niedopuszczającym
sprzeciwu. Jego oczy napotkały lodowate spojrzenie niebieskich oczu tamtego.
–
Twoi ludzie splądrowali mój dom i poturbowali moje córki, a mnie uprowadzili
wbrew mojej woli – warknął ponuro mężczyzna. – Sądzisz, że będę ci pomagał,
Rzymianinie?
Legat posłał surowe spojrzenie stojącemu za plecami
Runara, Lucjuszowi. Zacisnął gniewnie usta, a we wzroku pojawiła się wyraźna przygana.
Młody trybun zaczerwienił się i wyraźnie speszył.
–
Winnych kazałem ukarać... – bąknął zażenowany. – Biorą chłostę...
Gajusz pozostawił bez komentarza wyjaśnienie
siostrzeńca i zwrócił się do jasnowłosego, germańskiego mężczyzny.
–
Jeśli skrzywdzono kogoś z twych bliskich lub zniszczono ci mienie, otrzymasz rekompensatę
– oznajmił wyniośle – Za wszelkie inne przysługi również. Potrzebujemy
przewodnika, nie znamy tutejszych okolic...
–
To wracajcie do swoich domów. Nic tu po was – warknął hardo Germanin,
przerywając legatowi i prostując się dumnie.
Rzymianin zignorował jawną wrogość i niechęć
mężczyzny.
–
Umiesz czytać mapy? – spytał wskazując na rozłożone na stole zwoje.
–
Widywałem już rzymskie mapy – odparł tamten pogardliwie.
–
W takim razie patrz... – Rzymianin wskazał miejsce na mapie, ale tamten nawet
nie drgnął. Dopiero pchnięty, przez stojącego za nim trybuna, przysunął się do
stołu i rzucił niechętne spojrzenie na rozłożony arkusz. Juniusz zacisnął zęby,
ale opanował ogarniającą go irytację.
–
Jesteśmy tutaj... a chcemy się dostać tutaj... – dodał wskazując inne miejsce.
–
Po cóż?
–
To nie twoja sprawa. Ty masz nas tam tylko doprowadzić. W ciągu pięciu dni.
–
W ciągu pięciu dni? – powtórzył pytanie, trochę zdziwiony Runar. – To daleko...
–
Wiem to i bez twojej filozofii – prychnął Juniusz. – Twoje zadanie to
przeprowadzić nas przez lasy, najkrótszą drogą.
– Ale to znaczy, że... – w oczach Germanina pojawił się niepokój. Mężczyzna podniósł głowę i rzucił spojrzenie w kierunku rzeki – że trzeba by iść tamtędy – zerknął lękliwie na drugi brzeg.
– Ale to znaczy, że... – w oczach Germanina pojawił się niepokój. Mężczyzna podniósł głowę i rzucił spojrzenie w kierunku rzeki – że trzeba by iść tamtędy – zerknął lękliwie na drugi brzeg.
–
Przecież właśnie mówię – odparł coraz bardziej poirytowany Juniusz. –
Poprowadzisz nas tamtędy właśnie...
–
Nie – powiedział stanowczo Runar. Tak stanowczo, że legat spojrzał na niego zaskoczony.
–
Nie? Czyżbyś nie znał tych terenów?
Mężczyzna nie odrywał wzroku od ściany lasu na drugim
brzegu, a niepokój w jego twarzy świadczył, że czegoś się obawia.
–
Znam tu każdy kamień – powiedział wolno. – I każde drzewo ale...
–
...ale, co? – dopytywał się coraz bardziej zniecierpliwiony legat.
Runar wyprostował się i splótł ramiona na piersi.
–
Nie wejdę do Zaklętego Lasu – oznajmił twardo.
Lucjusz, do tej pory przysłuchujący się rozmowie w milczeniu,
nie wytrzymał.
–
Że, co?! – wykrzyknął. – Cóż to znowu za brednie?!
Germanin spojrzał na niego. Twarz miał zaciętą.
–
To zakazane miejsce – uparł się. – Chcecie iść tamtędy, to idźcie sami. Ja, nie
pójdę.
–
Czekaj, ty germański psie! – zacietrzewił się trybun, sięgając do miecza. – Już
ja cię nauczę rozumu i posłuszeństwa!
Gajusz powstrzymał go kładąc mu rękę na ramieniu.
–
Spokojnie, siostrzeńcze...
Surowe
spojrzenie skierował na Runara.
–
Dlaczego to miejsce jest... zakazane? – spytał.
Germanin łypnął ponuro spode łba. Nie odpowiedział od
razu, jakby się nad czymś zastanawiał, wreszcie jednak rzekł:
–
Nikt, kto wchodzi do Zaklętego Lasu, nie powraca... To miejsce, od którego
ludzie winni się trzymać z daleka.
Legat usiadł i dłuższą chwilę przyglądał się z uwagą
germańskiemu mężczyźnie. Zaskoczyło go, że człowiek dumny i hardy, wychowany
wśród tutejszych nieprzebytych borów, nie okazujący lęku przed siłą rzymskiej
armii, obawia się wejść pomiędzy... drzewa.
–
To niepodobne, Gajuszu, żeby przesądy leśnych dzikusów, miały przeszkodzić w
marszu rzymskiemu legionowi! – irytował się Lucjusz. – Tego człowieka trzeba
wychłostać, a ulecą mu z głowy pomysły o czarach i upiorach. Pozwól mi...!
Gajusz uciszył go gestem.
–
Czego, w tym lesie, lęka się twój lud, człowieku? – spytał nie spuszczając
wzroku z Runara.
– Nie lękamy się, Rzymianinie – odpowiedział ów. – Po prostu nie wchodzimy do niego,
bo on nie do nas należy.
–
Nie do was? – Gajusz Juniusz uniósł brwi zaskoczony tą informacją. – Do kogóż,
w takim razie? O ile mi wiadomo, te okolice zamieszkujecie jedynie wy, Germanie.
Uważacie się za jedynych, prawowitych władców tych ziem. Któż więc mieszka w
owym lesie, kto miałby do niego większe prawo od was?
Runar odwrócił wzrok wyraźnie zmieszany.
–
Ja nic nie wiem... – burnkął z niechęcią. – Nasza tradycja zakazuje tam
wchodzić i jesteśmy jej posłuszni, a ci którzy nie chcieli słuchać... O tych
słuch zaginął.
–
Hmm... Ty, nie wiesz, powiadasz – legat z namysłem potarł czoło. – Czy w takim
razie jest ktoś, kto wie?
Germanin zmilczał zacisnąwszy szczęki. Mimo to Gajusz nie
zamierzał ustępować i wyciągnąć z niego informacje, które chciał uzyskać. Nie,
żeby pałał chęcią do wędrówki przez tajemniczy las, lecz jeżeli rzeczywiście
kryło się tam jakieś niebezpieczeństwo, po dotarciu do Castra Germania będą je
mieli za plecami. Nieznane, groźne i tajemnicze. Pozostawienie tajemnicy bez niewyjaśnienia
wydawało się po prostu nierozsądne.
–
Ukrywasz coś, człowieku, widzę to… Wiem, że ukrywasz… – mrużąc oczy, wolno wycedził
przez zęby Gajusz. – Mów, co wiesz, a jeżeli będziesz się upierał milczeć, każę
spalić twoją osadę i ludzi sprzedam w niewolę. Zastanów się więc dobrze... Kto
zna tajemnicę tego lasu?
Nic. Legat stłamsił w duchu wybuch gniewu i ponownie zapytał.
–
Będziesz mówił, czy mam wydać rozkazy? Twój dom i córki będą pierwsze...
Runar przeszył go wściekłym spojrzeniem.
–
Jest ktoś... – warknął w końcu. – Stary Celt, druid... Ale on, nic wam nie
powie.
–
To już nie twój problem... – Rzymianin wstał. – Wiesz gdzie znaleźć tego
kapłana?
–
Mieszka tam – Germanin wskazał w kierunku zachodnim – jakieś pół dnia pieszej
wędrówki...
Legat podjął decyzję natychmiast.
–
Lucjuszu – zwrócił się do młodego trybuna – weźmiesz dwudziestu konnych, tego –
wskazał na Runara – przewodnika i nie pokazujcie się bez owego Celta.
–
Ja nie... – zaczął Runar.
–
Ty milcz! – uciął krótko legat, przerywając mu wpół słowa. – Zrobisz co ci
każę, a jeśli nie, wiesz, co czeka twoich i ciebie. Idźcie już. I śpieszcie
się. Czas nagli.
Rozkazy musiały być dostarczone, jak najszybciej.
Jeżeli rzeczywiście trzeba będzie obejść tę dziką głuszę, nie uda im się
dotrzeć do Castra Germania w wyznaczonym terminie. Nie mogli sobie pozwolić na
błądzenie po bezdrożach. Żeby iść najkrótszą drogą musieli mieć przewodnika.
Z trudem przedzierali się przez gęste poszycie lasu.
Pozsiadali z koni prowadząc je za sobą.
–
Niepotrzebnie braliśmy konie. Bez nich byłoby łatwiej... – mruczał Lucjusz zły,
że nie posuwają się naprzód tak szybko, jakby sobie tego życzył.
–
Dalej będzie jeszcze gorzej, są urwiste zbocza. Konie nie przejdą – odezwał się
posępny Runar.
Trybun zatrzymał oddział. Wyznaczył trzech ludzi i
kazał im zostać z końmi. Mieli czekać na powrót pozostałych, którzy ruszyli
dalej.
Stromą, niebezpieczną ścieżką zeszli na dno głębokiego,
wąskiego wąwozu o skalistych ścianach. Słońce stało już nisko nad horyzontem,
jego promienie nie docierały do dna parowu i panował tu półmrok.
–
Daleko jeszcze? – spytał Lucjusz Germanina.
–
Na końcu wąwozu jest jaskinia. Tam mieszka stary Yuta.
– Yuta?
– Takie imię nosi druid... – odburknął wyjaśniając Runar.
– Yuta?
– Takie imię nosi druid... – odburknął wyjaśniając Runar.
Rzymianin spojrzał w górę. Zmrok zapadał szybko. Na wąskim
skrawku ciemnego nieba, widocznym nad ich głowami, ukazały się pierwsze
gwiazdy.
–
Nie wrócimy przed nocą, a po ciemku przez las nie ma co się przedzierać.
Prowadź do tej jaskini, przenocujemy tam.
–
Tam nikt nie ma prawa przebywać, prócz Yuty, jedynie druid...
– Nie pyskuj tylko prowadź, bo inaczej z tobą pogadam. – Rzymianin popchnął Runara przed sobą.
– Nie pyskuj tylko prowadź, bo inaczej z tobą pogadam. – Rzymianin popchnął Runara przed sobą.
Dotarli wreszcie do końca parowu. Zamykała go masywna,
ciemna skalna ściana, w której wyraźnie odcinał się wylot groty. Z jego głębi
wydobywała się nikła żółto-czerwona poświata. Czterem legionistom dowódca
nakazał pozostać u wejścia. Runar wzbraniał się wejść do środka i dopiero
sztych miecza na gardle skłonił go do zmiany decyzji. Posuwali się długim, dość
obszernym korytarzem, przyświecając sobie kawałkami płonącego drewna. Dotarli
wreszcie do wielkiej, wysoko sklepionej, naturalnej pieczary. Na środku
znajdowało się kamienne palenisko i ciepły blask ognia rozjaśniał jaskinię.
Rozejrzeli się. Pieczara wydawała się pusta.
–
No... – Rzymianin czubkiem miecza szturchnął jeńca w łopatkę. – I gdzie ten
twój druid? – Mówił cicho, ale akustyka pomieszczenia spotęgowała dźwięk i jego
głos zabrzmiał niemal jak krzyk.
–
Ććśśś... – wyszeptał Runar – tu nie wolno podnosić głosu... To święte
miejsce...
Nagle drgnęli wszyscy, na dźwięk innego głosu, znacznie
potężniejszego niż ich własne.
–
Tu obcym wchodzić nie wolno! Jakim to prawem ośmieliliście się przekroczyć próg
mej siedziby i zakłócacie mój spokój?!
Przed nimi, po drugiej stronie paleniska, stał wysoki
człowiek w długiej prostej szacie, przepasanej splecionym z rzemieni pasem.
Miał siwe, długie włosy i równie długą, siwą brodę. Runar zgiął się w pół, w
głębokim, pełnym szacunku pokłonie.
–
Wybacz, Yuto – pośpieszył wyjaśnić ich obecność. – Ci ludzie, Rzymianie... O-oni...
chcą z tobą mówić.
–
Wiem kim są, Runarze, ale nie pragną ze mną mówić i ty o tym doskonale wiesz. Przyprowadziłeś
ich tutaj… – ton głosu zabrzmiał oskarżycielsko, z przyganą, gdy mierzył mężczyznę
chłodnymi szarymi oczyma.
Wystraszony Runar z poczuciem winy opadł na kolana.
–
Daruj, dostojny Mędrcze... Zmusili mnie... grozili... – wyszeptał zwieszając
głowę.
Spojrzenie starego kapłana złagodniało. Zbliżył się do Germanina
i podniósł go z klęczek.
–
Nie lękaj się. Nie jest twoją winą, że są tutaj. Niosą ze sobą zło na ostrzach
swoich mieczów...
–
Dosyć tego gadania... – zniecierpliwił się trybun. – Mam nadzieję, że ugościsz
nas, kapłanie i dasz schronienie na noc, bo jesteśmy znużeni.
Yuta zwrócił ku niemu twarz. Jego poważne, poorane
zmarszczkami oblicze pozostawało niezmienne, ale w jasnych oczach płonął teraz gniew.
–
Wy, Rzymianie, nie macie szacunku dla żadnej świętości... Po cóż pytasz mnie o
pozwolenie skoro i tak zamierzasz tu pozostać? Raczej ja stąd odejdę...
Skierował się ku korytarzowi prowadzącemu do wyjścia,
ale Lucjusz błyskawicznie zastąpił mu drogę.
–
Nigdzie nie pójdziesz, starcze. Przenocujemy, a jutro odejdziesz stąd z nami.
–
Do czegóż to rzymskiej potędze, przydać się może stary druid? – zapytał z drwiną
Yuta.
–
Dowiesz się w stosownym czasie...
–
Chcą, byś ich poprowadził do Zakazanego Lasu – wymamrotał Runar.
Stary kapłan wbił poważne, przenikliwe spojrzenie w
młodego trybuna. Patrzył na niego długo, z napięciem malującym się na
pomarszczonej twarzy, aż Lucjusz nie mógł już dłużej znieść jego wzroku i
odwrócił głowę.
–
Czy to prawda? – zapytał starzec
–
Nie będziemy nadkładać drogi z powodu tutejszych, głupich przesądów...
–
Głupich?! – w głosie druida drgał gniew. – Nie zdajesz sobie sprawy, o czym
mówisz, młodzieńcze! Tamten las jest zakazany śmiertelnikom!
–
Będziesz o tym mówił z moim zwierzchnikiem, nie ze mną...
Yuta nie odezwał się, więcej choć jego wzrok wciąż płonął
gniewem. Podszedł do stojącego w kącie posłania i bez słowa ułożył się na nim,
tym gestem dając równocześnie do zrozumienia, że „gościnnego poczęstunku” nie
będzie. Trybun pokręcił się jeszcze trochę między swymi ludźmi, wydając
polecenia i ustalając warty, po czym znalazłszy sobie kąt, on też ułożył się na
spoczynek.
Wyruszyli w drogę powrotną jeszcze przed świtem. Yuta
w milczeniu szedł pomiędzy legionistami.
–
Co jest w tym lesie? – próbował zagadnąć trybun.
–
Jak sam rzekłeś, młodzieńcze, nie z tobą będę o tym mówił.
To jedyna odpowiedź jaką udało się uzyskać
Rzymianinowi. Dał więc spokój i nie próbował się więcej niczego dowiedzieć.
Dotarli do obozu około południa i Lucjusz natychmiast
zabrał druida przed oblicze legata. Gajusz Juniusz czekał na nich. Weszli do
namiotu.
– Czego ode mnie chcesz, Rzymianinie? Dlaczego zakłócasz spokój mnie, staremu człowiekowi, każąc tu sprowadzić? – spytał starzec stanąwszy przed legatem.
– Czego ode mnie chcesz, Rzymianinie? Dlaczego zakłócasz spokój mnie, staremu człowiekowi, każąc tu sprowadzić? – spytał starzec stanąwszy przed legatem.
Juniusz przyglądał mu się uważnie, obchodząc go
wokoło. Druid nawet nie drgnął. Cały czas stojąc dumnie wyprostowany, czekał
cierpliwie na odpowiedź.
–
Podobno znasz drogę przez lasy po drugiej stronie rzeki... – rzekł wreszcie
Juniusz.
– Znam lasy po tamtej stronie. Drogi przez nie, nie ma – sprostował druid.
– Jeszcze nie ma... ale będzie – stwierdził Rzymianin, lekceważąc uwagę starca. – Skąd znasz te lasy? Podobno nikt z twego ludu tam nie wchodzi?
– Dawno temu chodziłem pośród tych drzew...
– Tak? – Rzymianin spoglądał na niego podejrzliwie. – Twój ziomek twierdzi, że nikt kto tam wchodzi nie wraca. A ty chodziłeś? Tak po prostu?
– Jestem druidem. Znam tajemnice niedostępne prostym ludziom – odparł dumnie Yuta.
– Czy zatem wiesz, co się tam kryje?
– Znam lasy po tamtej stronie. Drogi przez nie, nie ma – sprostował druid.
– Jeszcze nie ma... ale będzie – stwierdził Rzymianin, lekceważąc uwagę starca. – Skąd znasz te lasy? Podobno nikt z twego ludu tam nie wchodzi?
– Dawno temu chodziłem pośród tych drzew...
– Tak? – Rzymianin spoglądał na niego podejrzliwie. – Twój ziomek twierdzi, że nikt kto tam wchodzi nie wraca. A ty chodziłeś? Tak po prostu?
– Jestem druidem. Znam tajemnice niedostępne prostym ludziom – odparł dumnie Yuta.
– Czy zatem wiesz, co się tam kryje?
Yuta bez cienia lęku, czy poddańczej uległości, spojrzał mu w
twarz swymi przenikliwymi oczyma.
– Wiem. I jeśli ty masz dosyć rozumu, by dać wiarę mym słowom, że nie wolno tam wchodzić, to poniechasz tej drogi, Rzymianinie.
– Wiem. I jeśli ty masz dosyć rozumu, by dać wiarę mym słowom, że nie wolno tam wchodzić, to poniechasz tej drogi, Rzymianinie.
Juniusz zamyślił się. Obserwował kątem oka starego
druida. Tamten jednak zachował kamienny wyraz twarzy, zapatrzony gdzieś, w
jakiś punkt przed sobą.
– Jeżeli znasz te lasy i ich tajemnicę, możesz przez nie przeprowadzić bezpiecznie niewielki odział... – stwierdził w końcu konsul.
– Mówiłem już. Czyś nie słuchał uważnie? Nie istnieje droga przez tę krainę, ani dla małego oddziału, ani dla całego legionu.
Legat jednak puścił mimo uszu jego słowa.
– ...jedna kohorta – mówił dalej – odział na tyle mały by spróbować się prześlizgnąć niepostrzeżenie i dostatecznie duży by odeprzeć ewentualny atak...
– Głupcze – powiedział surowo Yuta – porywasz się na siły, o których pojęcia nie masz...
– Dosyć! – uciął legat. – Podjąłem już decyzję. Lucjuszu! – zwrócił się do siostrzeńca.
– Pójdzie trzecia kohorta pod twoim dowództwem.
– Tak jest – młodzieniec wyprężył się w gotowości do wykonania poleceń. – Dotrzemy do Castra Germania na czas, ręczę swoim honorem. – Prawa pięść uderzyła o płyty napierśnika.
– Jeżeli znasz te lasy i ich tajemnicę, możesz przez nie przeprowadzić bezpiecznie niewielki odział... – stwierdził w końcu konsul.
– Mówiłem już. Czyś nie słuchał uważnie? Nie istnieje droga przez tę krainę, ani dla małego oddziału, ani dla całego legionu.
Legat jednak puścił mimo uszu jego słowa.
– ...jedna kohorta – mówił dalej – odział na tyle mały by spróbować się prześlizgnąć niepostrzeżenie i dostatecznie duży by odeprzeć ewentualny atak...
– Głupcze – powiedział surowo Yuta – porywasz się na siły, o których pojęcia nie masz...
– Dosyć! – uciął legat. – Podjąłem już decyzję. Lucjuszu! – zwrócił się do siostrzeńca.
– Pójdzie trzecia kohorta pod twoim dowództwem.
– Tak jest – młodzieniec wyprężył się w gotowości do wykonania poleceń. – Dotrzemy do Castra Germania na czas, ręczę swoim honorem. – Prawa pięść uderzyła o płyty napierśnika.
Wolno posuwali się brzegiem rzeki. Żołnierze
maszerowali w równych, karnych kolumnach. Za nimi pozostawał szeroki pas
wydeptanej, wojskowymi butami, trawy. Milczącego Yutę posadzono na koniu i
jechał teraz obok Lucjusza Waleriusza, dowodzącego oddziałem.
– Cały czas milczysz, starcze – odezwał się trybun.
– Nic nie mam do powiedzenia. – Wzrok Juty niezmiennie tkwił, w nie dającym się określić punkcie, w oddali.
– Ciekawe, cóż takiego skrywają Germanie w tych lasach?
– Nic, co ty byłbyś w stanie pojąć.
– Ale ty wiesz. Znasz tajemnicę – nie dawał za wygraną Rzymianin. – Ty wchodziłeś do tego lasu... I wróciłeś.
– To było dawno temu.
– Inni nie wracają, mówiłeś. Co ich zatrzymuje? Dlaczego ciebie nie zatrzymało?
– Jestem druidem. Szanuję ich, i ich prawa – powiedział druid z kamienną twarzą.
– Ich? – zdziwił się Lucjusz. – Jakich ich?
– Cały czas milczysz, starcze – odezwał się trybun.
– Nic nie mam do powiedzenia. – Wzrok Juty niezmiennie tkwił, w nie dającym się określić punkcie, w oddali.
– Ciekawe, cóż takiego skrywają Germanie w tych lasach?
– Nic, co ty byłbyś w stanie pojąć.
– Ale ty wiesz. Znasz tajemnicę – nie dawał za wygraną Rzymianin. – Ty wchodziłeś do tego lasu... I wróciłeś.
– To było dawno temu.
– Inni nie wracają, mówiłeś. Co ich zatrzymuje? Dlaczego ciebie nie zatrzymało?
– Jestem druidem. Szanuję ich, i ich prawa – powiedział druid z kamienną twarzą.
– Ich? – zdziwił się Lucjusz. – Jakich ich?
Starzec
milczał.
– Kim są owi, „oni”? Mów starcze! – dopytywał się zaintrygowany młodzieniec.
– Ty tego nie pojmiesz. Zresztą i tak nie uwierzyłbyś. – Uparty Celt nie zamierzał niczego wyjaśniać.
– Kim są owi, „oni”? Mów starcze! – dopytywał się zaintrygowany młodzieniec.
– Ty tego nie pojmiesz. Zresztą i tak nie uwierzyłbyś. – Uparty Celt nie zamierzał niczego wyjaśniać.
– Jeżeli mam
się czegoś wystrzegać, powinienem znać niebezpieczeństwo.
Yuta
przeniósł stalowy, surowy wzrok na Lucjusza.
– Jedyne
czego wy, Rzymianie, powinniście się wystrzegać, to naruszania praw odwiecznych
i spokoju krainy, która do was nie należy, a do której bezprawnie zamierzacie
wtargnąć. Zostaniecie ukarani za zuchwalstwo i za głupotę.
– Hardy
jesteś, jak na jeńca.
– Jestem
stary. Moje życie i tak dobiega już kresu. Ty masz więcej do stracenia.
– Jeżeli
poprowadzisz nas bezpiecznie, tak by owi „oni” nie zauważyli naszego marszu, to
może i ty pożyjesz jeszcze trochę – zauważył sarkastycznie młodzik.
Starzec
zaśmiał się ponuro.
– Nie
zauważyli… – powtórzył z drwiną. – Naprawdę myślisz, że możesz tam wejść i pozostać
niezauważonymi?
– Więc
powiedz, czego mamy się wystrzegać?
– Zawróć z
drogi, którą podążasz. To jedyna rada jaką ode mnie usłyszysz.
– Dobrze
wiesz, że to nie jest możliwe – oznajmił Lucjusz zirytowany tą rozmową. – Lepiej
skup się na swoim zadaniu i módl się do swoich bogów by pamięć cię nie zwiodła,
bo w przeciwnym razie skrócę ci i tak już krótkie, dni twego nędznego żywota.
Yuta
zamilkł, a i Lucjusz nie odzywał się więcej.
Późnym
popołudniem przeprawili się przez bród na Danuviusie i zbliżyli do linii lasu.
Miało się ku zachodowi i bór znów zdawał się Lucjuszowi mroczny i ponury. Yuta wstrzymał
konia i zwrócił się do trybuna.
– Jeszcze
raz cię ostrzegam, Rzymianinie – twarz miał śmiertelnie poważną – poniechaj tej
drogi.
– Przestań
wreszcie krakać, druidzie, bo każę ci wyrwać język. Nim się ściemni,
przejdziemy jeszcze kilka mil. Prowadź.
Zaciął konia
Yuty nahajem i sam podążył za nim. Wysunęli się na czoło kolumny i wolno
zagłębili w mrok panujący pod gęstymi koronami drzew. Lucjusz poczuł ciarki
przebiegające po grzbiecie. To przez głupie gadki, tego starego durnia. Straszy
tylko...
Jednakże od
chwili gdy ostatni szereg przekroczył linię lasu, nie mógł się pozbyć
nieprzyjemnego uczucia, że obserwują go czyjeś czujne oczy. W powietrzu unosiło
się dziwne napięcie, a dookoła panowała nienaturalna, głucha cisza. Legioniści
także wyczuwali specyficzną atmosferę lasu. Ucichły rozmowy i żołnierze
maszerowali w milczeniu, rozglądając się niepewnie dookoła.
Ściemniało
się z każdą chwilą. W głębi las był znacznie rzadszy i łatwiej było się w nim
poruszać. Trybun zarządził postój do rana, ale nie zezwolił rozpalać ognia, w
obawie, by jego blask nie przyciągnął wroga i nakazał zachowywać się cicho.
Przed pierwszym brzaskiem poderwał kohortę do wymarszu. Legioniści stawali
niechętnie w szeregach. Trybun szedł teraz piechotą, na czele kolumny, obok Yuty.
Był zdenerwowany i zaniepokojony, choć sam nie wiedział dlaczego.
– Bacz byś
drogi nie zmylił, druidzie – warknął. – Im szybciej wyjdziemy z tego
przeklętego lasu, tym lepiej.
– Tu nie ma
dróg. W którąkolwiek stronę się zwrócimy, jesteśmy w Zakazanym Lesie. Stąd nie
ma wyjścia – odparł ponuro Yuta.
Lucjusz wyszarpnął
miecz i podsunął go Yucie pod nos.
– Masz nas
stąd wyprowadzić, rozumiesz? – syknął. – I powtórz jeszcze raz te swoje
brednie, a osobiście oderżnę ci język. Jazda... naprzód.
Dźgnął
starca czubkiem miecza w plecy, przecinając materię i kalecząc skórę. Ciemna plamka
krwi skalała szatę druida.
Szli dalej w
milczeniu, wciąż posuwając się w głąb lasu, zatapiając się w jego nienaturalnej
ciszy. Aż do chwili, gdy z końca kolumny dobiegły głośne okrzyki. Zapanowało
tam wyraźne zamieszanie. Lucjusz wstrzymał czoło. Ludzie z tylnych szeregów
parli do przodu nie bacząc na rozkazy, z okrzykami przerażenia na ustach,
wprowadzając zamęt w szeregach przed sobą. Żołnierze rozbiegali się na boki
krzycząc coś i wskazując za siebie. Zrobił się ogólny bałagan i nikt już nie
pilnował swego miejsca w szyku. Konie rżały przeraźliwie i stawały dęba
zrzucając zdezorientowanych jeźdźców, po czym wyrwawszy się znikły pomiędzy
drzewami. Legioniści biegali bezładnie tam i z powrotem nie mogąc zrozumieć, co
się dzieje. Wielu porzucało utrudniające bezładną ucieczkę scutum i pila.
– Stać!
Stać! Wracać do szyku! – wrzeszczeli centurionowie i optio, ale nikt ich nie słuchał.
W koronach
drzew, nad głowami przerażonych ludzi, przetoczył się złowrogi pomruk. Wywołało
to ogólną panikę i nikt już nie był w stanie nad tym zapanować. Lucjusz
zorientował się, że Yuta gdzieś zniknął. Trybunowi udało się złapać jakiegoś biegnącego
przed siebie na oślep, legionistę.
– Co tu się
dzieje?! – krzyczał potrząsając przerażonym żołnierzem. – Kto nas atakuje?! Co
się dzieje?!
Żołnierz
szarpał się tylko, usiłując się wyrwać.
– My... to...
tam... – bełkotał bez sensu.
Lucjusz z
rozmachem uderzył go otwartą dłonią w twarz. Legionista spojrzał na niego nieco
przytomniej.
– Co się
dzieje?! – powtórzył pytanie trybun. – Mów! Przed kim uciekasz?!
– Trybunie...
Ten las... on jest... on… – urwał.
Utkwił
przerażone spojrzenie w czymś, co znajdowało się za plecami Lucjusza. Ten
puścił żołnierza, który nie próbował już uciekać tylko osunął się na kolana i
skulił na ziemi. Lucjusz, zaciskając dłoń na rękojeści miecza, wolno odwrócił
głowę. Jego oczy rozszerzyło najpierw zdumienie potem niedowierzanie, które w
końcu przeszło w strach. Pobladłe usta wyszeptały.
– Bogowie Rzymu,
wzywam was... miejcie nas w swej opiece...
Ludzie
skupili się na niewielkiej polanie. Coś spędziło ich w jedno miejsce. Coś, co
napierało na nich z groźnym pomrukiem i nie pozwalało uciec. Leśny gąszcz,
drzewa, w niezrozumiały sposób otoczyły ich zwartą ścianą. Poruszały się i
zacieśniały krąg wokół kulących się z przerażenia legionistów. Lucjusz widział
teraz na chropowatych, srebrzystych pniach coś jakby rysy twarzy i oczy.
Przerażające oczy, tajemnicze i gniewne. Wysoko, pomiędzy splecionymi gałęziami,
młody mężczyzna dostrzegł, otoczoną jakąś nieziemską poświatą, postać starego druida.
Głos starca wzbił się ponad panujący zgiełk, niczym huk wichru.
– Żaden ze
śmiertelnych ludzi nie prawa wchodzić do tego lasu! Złamaliście zakaz, choć
wiedzieliście o nim, Rzymianie! Nie opuścicie już tego miejsca! Żaden z was
nigdy nikomu nie opowie swej historii! Pozostaniecie tu na wieki! Milczący
świadkowie własnej klęski!
Lucjusz
chciał krzyczeć, wołać do niego, biec, ale poczuł, że coś dziwnego dzieje się z
jego nogami. Nie mógł nimi poruszyć. Spojrzał w dół. Miecz wysunął się z
drętwiejącej dłoni, krzyk przerażenia uwiązł w gardle...
Castra Germania – w jakiś czas
później...
– Jak to
możliwe, że jeszcze ich nie ma? – denerwował się Gajusz Juniusz. – Szli na przełaj,
mieli przewodnika... Nie mogli zbłądzić...
– Parę dni
temu, złapaliśmy kilka koni, wycieńczonych i przerażonych. Miały na sobie
rzymskie rzędy. Pójdź ze mną, Juniuszu, może rozpoznasz któregoś – powiedział
Decimus Appiusz, dowódca oddziału stacjonującego w Castra Germania.
Pośród
zwierząt Juniusz natychmiast rozpoznał kasztana z niewielkim białym znaczeniem
na łbie. To był koń Lucjusza.
– Na bogów,
Appiuszu, co mogło się stać? To jego koń. Ale gdzie jest on sam? Gdzie jego
ludzie? Przecież to była cała kohorta? Nie mogli tak po prostu zniknąć. Konie
uciekły… ktoś musiał ocaleć...
– Którędy oni
mieli iść?
– Przez
lasy. W prostej linii tutaj.
– Tamte
lasy? – Appiusz wskazał ruchem głowy na ciemną linię majaczącą na horyzoncie.
– Owszem,
przez tamte. Mieli przewodnika… – w głosie Juniusza drgały niepewność i lęk. –
Co tam jest?
Stary oficer
nie odrywał wzroku od linii horyzontu. Milczał zamyślony. Legat trącił go lekko
w ramię.
– Appiuszu?
Tamten
drgnął i przeniósł wzrok na towarzysza.
– Co jest w
tych lasach? – powtórzył pytanie legat z malującym się na twarzy napięciem.
Stary
żołnierz znów zapatrzył się w horyzont.
– Nie wiem,
przyjacielu... Stacjonuję na tej placówce od trzech lat. Kiedy tu przybyłem
doszły mnie pogłoski o kimś, czy o czymś… o jakiejś sile, która się tam czai.
Ludzie bali się tam wchodzić... Wysłałem centurię na rekonesans. Nie wrócił
nikt. Kiedy przepadły następne dwie, przestałem wysyłać ludzi i nakazałem
trzymać się od tego lasu z daleka... Zawsze wracały tylko konie, jak teraz...
Gajusz
Juniusz słuchał w milczeniu. W głowie, jak echo rozbrzmiewał głos Runara
„...nasza tradycja zakazuje wchodzić do tego lasu i my jesteśmy jej posłuszni,
a ci którzy nie chcieli słuchać... O tych słuch zaginął...”
Europa Środkowa - jakieś 2000 lat
później...
Grupa złożona
z ekspertów i kilku studentów ekologii pochylała się nad rozłożonymi na stole
mapami.
– Wydaje mi
się, że ten fragment lasu też należałoby włączyć do rezerwatu. Znalazłem tam
niezwykle ciekawy stary drzewostan, o pierwotnym charakterze... – powiedział
jeden z młodszych specjalistów.
– Tak, tak...
– potwierdził drugi, wyraźnie starszy. – Wzięliśmy twoje spostrzeżenia pod
uwagę. Posłałem próbki do laboratorium. Dostałem już nawet wyniki. O, tu je mam…
– wygrzebał z kieszeni kilka zmiętych karteczek i podniósł do oczu. – No, spójrzmy,
co my tu mamy... Bardzo zacny, stary drzewostan... Hmm, nie rozumiem, to
niezwykłe… nieprawdopodobne...
– Co
profesorze? Co nieprawdopodobne? – dopytywali się niecierpliwie młodsi członkowie
zespołu i adepci ekologicznej wiedzy.
– Sami
spójrzcie... – puścił karteczki w obieg. – I co o tym sądzicie, moi drodzy?
Papiery
krążyły wkoło. Czytający robili dziwne miny i wskazywali sobie palcami wyniki
badań, kręcąc z niedowierzaniem głowami.
– Rzeczywiście,
to trochę dziwne...
– Jeżeli te
wyniki są prawdziwe, ten drzewostan stanowczo wart jest zachowania, jako
najstarszy w Europie...
– Może w
laboratorium coś pomieszali... W życiu nie widziałem tak starych drzew, zawsze
sądziłem że tylko amerykańskie sekwoje są zdolne dożyć takiego wieku, a
przecież i one zwykle go nie przekraczają, zaś te drzewa zdają się mieć całkiem
dobrze.
– Właśnie… zupełnie
jakby czas nie miał na nie wpływu. Cóż, trzeba to będzie jeszcze raz sprawdzić.
Ale jeżeli wyniki się potwierdzą... może waśnie odkryliśmy coś niezwykłego…
– Gdyby te
wyniki miały być prawdziwe, byłaby to sensacja na miarę stulecia, bo te drzewa musiałyby
pamiętać czasy, gdy cesarstwo rzymskie ustanowiło granicę na Dunaju...
– Otóż to –
pokiwał głową stary profesor – sensacja… albo też kolejna niezwykła tajemnica
natury, która nigdy nie przestanie nas zaskakiwać… W każdym razie twoja
propozycja została przyjęta – uśmiechnął się do młodszego kolegi. – Tam
zastanie utworzony ścisły rezerwat.
Młody
ekolog, który upierał się przy wydzieleniu rezerwatu z tej części pradawnej
puszczy, odetchnął z ulgą. Dopiero teraz opuściło go dziwne uczucie. Presja,
która z nie do końca zrozumiałych powodów, kazała mu się domagać ochrony tej
części lasu. Kiedy wszedł tam pierwszy raz odniósł dziwne wrażenie jakby drzewa
próbowały mówić do niego, coś mu przekazać, jakby były żywe.
Następnego
dnia zwijali obozowisko. Młody ekolog korzystając z wolnej chwili, udał się na
samotny spacer. Wszedł pomiędzy niezwykłe, stare drzewa. Dziś panował tu spokój,
łagodna cisza, z wplecionym w nią delikatnym szumem liści i świergotem ptaków.
Słońce przeświecało pomiędzy koronami rzucając złociste plamki na ściółkę.
Srebrzyste buki stały cicho, proste i karne, jak żołnierze w szyku. Spacerujący
między nimi człowiek potknął się o jakąś spróchniałą gałąź. Spojrzał pod nogi.
Coś brązowego wystawało spomiędzy zeszłorocznych, czerwonozłotym dywanem,
pokrywających ziemię, liści. Zdało mu się to jednak nazbyt proste i regularne
jak na gałąź. Pochylił się, chwycił dłonią i pociągnął. Bez trudu dało się wyjąć
z darni. Podniósł w górę i zdumiał się. Wciąż można było rozróżnić pierwotny
kształt tego, co trzymał w ręku. Był to przeżarty rdzą prosty, rzymski gladius…
KONIEC

Jeszcze nie doczytałam do końca, także będę pisała komentarz na bieżąco - ale musiałam, och, musiałam! Jak zobaczyłam "Zaklęty Las", to już mnie nosi, żeby przeczytać wszystko na raz! Och, jak ja kocham takie wątki! Trafiłam w dziesiątkę wybierając sobie akurat Kohortę do przeczytania na dziś :D
OdpowiedzUsuńTo tak póki co, odnośnie początkowego fragmentu, to mam masę sympatii do Runara już na wstępie. Ach, ja wiem, że Germanie to nie wikingowie, ale cóż ja na to poradzę, że ja Runara widzę jako takiego właśnie wikinga z długaśkimi blond włosami i splecioną w warkocz brodą? :D Nie ma nic lepszego dla mojego serduszka <3
A tak co do Rzymian, to mnie się zawsze podobało przedstawianie ich jako takich właśnie honorowych ludzi jak Gajusz. Do niego też mam wielką sympatię, naprawdę.
A Lucjusz jest genialnie pokazany, jako trochę za bardzo pełen zapału młodzieniec. I też mi się podoba.
Lubię też motyw takich właśnie mędrców, darzonych szacunkiem przez innych (tu mam na myśli plemię Runara), najmądrzejszych ze wszystkich bohaterów, których jednak nikt nie chce słuchać... i to się zawsze źle kończy. Bo do końca jeszcze nie dobrnęłam, że już czuję w kościach, że Lucjusz z Lasu już nie wyjdzie. A trzeba było słuchać Yuty, dumny Rzymianinie...
A tak na marginesie, to podoba mi się też ta łagodność z jaką Yuta podszedł do Runara. Mam na myśli, że widać że więź między druidem a ludem nie jest oparta wyłącznie na szacunku. Albo może ja to tylko tak odbieram :)
Swoją drogą ciekawa jestem co takiego w tym lesie jest. Czy to faktycznie jakieś nadnaturalne moce? Czy może najzwyklejsi ludzie, którzy po prostu znaleźli tam dom i nie dopuszczają obcych? Idę czytać dalej, to się dowiem :)
Ależ mi się podoba atmosfera tego lasu! I tekstu, tak swoją drogą. To są klimaty, które ubóstwiam <3
Ach, czyli jednak jakieś nadprzyrodzone siły. I czy ja dobrze zrozumiałam, że to druid stał za tym wszystkim? :)
Dobrze wam tak, Rzymianie. Mimo całej sympatii, jaką do was mam. Trzeba było słuchać!
A tak poważnie, to bardzo mi się podoba :) Ja osobiście u siebie też zamierzałam wcisnąć wątek takiego "nawiedzonego" lasu, tyle że z zupełnie innym wyjaśnieniem i zakończeniem. Ale nie będę tu marudzić, bo raz, że komentarz nie na temat, a dwa, że może faktycznie to napiszę, a jeśli będziesz czytać, to nie chcę zdradzać fabuły :)
To teraz sama końcówka:
Strasznie mi się podoba. Raz, że podoba mi się motyw lasu, który jakby dostosował się do czasów, w jakich przyszło mu istnieć i już ludzi nie straszy, nie zabija - tylko chce być chroniony. Zgrabne i sensowne i ja naprawdę kupuję to w całości :)
I też nie wiem, czy dobrze to odebrałam, ale czy ja dobrze pojęłam, że Las nie traktowałby źle absolutnie wszystkich, którzy by do niego weszli, ale jakby mógł wyczuć ich intencje i atakował tylko potencjalnych wrogów? Jejku, jejku, jak ja lubię takie klimaty!
Podsumowując, to to również był bardzo dobry tekst :D Wielkie gratulacje, bo może mój komentarz jest chaotyczny i tego nie widać, to jednak nakręciłaś mnie na takie klimaty jak nie wiem, chyba zaraz pójdę przeczytać coś jeszcze :D Podobało mi się bardzo :) I muszę Ci jeszcze powiedzieć, że dawno jakieś fantastyczne opowiadania tak bardzo mnie nie wciągnęły, jak te u Ciebie :)
Pozdrawiam! :)
Lubię Rzymian ale w swoim własnym wydaniu ;) Wiem doskonale, że ówczesna rzeczywistość daleka była od dzisiejszego pojęcia męskiego honoru. Ba, niejednokrotnie nawet tamtejszego pojęcia. Jakby nie patrzeć Cezar wyrżnął w pień grupę osadniczą, zamorzył głodem cywili pod Alesią po czym ogłosił się wielkim zwycięzcą ;/ Nie mniej, legiony działają mi na wyobraźnię i już ;) Kohortę pisałam w czasach zamierzchłych, kiedy byłam mocno naładowana prozą Tolkiena. Pewnie stamtąd ten pomysł z entami. Druid w tej opowieści to tak trochę z powodu mich braków w wiedzy historycznej się znalazł. Ale potem uznałam, że ostatecznie mógł jakiś pomiędzy Germanów zabłądzić, w końcu to jeden kontynent no i został ;)
UsuńI ja Rzymian w Twoim wydaniu łykam w całości :D
UsuńJeśli chodzi o honor i jego pojmowanie, to zawsze było tak, że to była tylko wzniosła idea i mało kto taki honorowy w rzeczywistości był. Bo kogo honorowe postępowanie zaprowadziłoby do zwycięstwa? Bo na pewno nie takiego Cezara. A przecież, daleko by szukać - tacy wikingowie. U nich honor honorem, ale przecież ostatecznie to i tak zawsze liczyła się siła miecza (albo topora, żeby się trzymać realiów :D). Z resztą, przecież jak świat światem ludzie byli okrutni i bezwzględni, a honorem to się odznaczały jakieś pojedyncze jednostki, które często wcale dobrze na tym nie wychodziły. Aczkolwiek mimo wszystko ja się pławię w miłości do wikingów, a i jak mówiłam, za Rzymianami też przepadam :)
Ach, Tolkien! Akurat jestem bardzo w temacie, bo piszę pracę maturalną właśnie o twórczości Tolkiena i o tym, jaki mity i legendy na nią wpłynęły. Ale tak czy inaczej, to ja do entów mam słabość przeogromną, więc tym bardziej do mnie przemawia Twój pomysł :D A co do druidów... Przecież Celtowie zajmowali swego czasu tereny sięgające południowych Niemiec i Polski, obejmujące też Dunaj. Także żadna gafa, wszystko jest w jak najlepszym porządku :)