Przyznaję się bez bicia, że troszkę się zaciełam na "Ukrytych" i mam tam już nieco materiału naklepanego na zapas. Ale to wszystko przez tę ubiegłotygodniową grypę. Jak mi gorączka rozmiekczyła "musk" to mi się tak pięknie wyklarował jeden wąteczek, że prawdę mówiąc wolę nie myśleć, jakie to chore wyjdzie :D. Ale to będzie jednak później.
Dziś pora na Dioris, aczkolwiek wciąż pozostajemy przy zdarzeniach z przed ucieczki Dioris. I jeszcze chwilę przy nich zostaniemy, ale prosze się nie martwić na zaś, do Botty dotrzemy szybciej, niż by się mogło zdawać ;).
poprzedni fragment
***
Zatrzymała się na skraju obozowiska, skryta pomiędzy
namiotami, nie chciała by ktoś ją widział. Wstydziła się tego, co czuła, bo to
był głupie. Nie powinna, ale nie umiała się przed tym obronić. Trwała przy nim
wtedy, kiedy był najbardziej bezbronny. Zdany na jej troskliwe dłonie,
nieprzytomny, rozgorączkowany. To ona zmieniała mu opatrunki, obmywała
rozgorączkowane ciało, czuwała w nocy, poiła. Słuchała, gdy mamrotał nieprzytomnie
wzywając matki, sióstr, ojca. Ocierała pot z jego czoła, gładziła z czułością
jego dłoń i uśmiechała się, szepcząc uspokajające słowa. Zasypiał wtedy zapatrzony
w ten uśmiech, spokojnie, jakby znajdywał w jej głosie ukojenie. Wyobrażała
sobie, że tak właśnie jest. Że to jej obecność pozwala mu wracać do zdrowia. W
jakimś sensie tak właśnie było, tyle że Anegord nie był w tym stanie świadomy
jej obecności, a Mirith nie chciała myśleć, co będzie później. Teraz był jej.
Od dziecka go podziwiała. Z daleka i nie robiąc
sobie nadziei, bo jakież mogła by mieć chłopska córka względem pańskiego syna?
Od zawsze wiedziała, że to jedynie marzenie. A jednak teraz kiedy kraj stanął w
ogniu, na krótką chwilę stali się sobie równi i marzenie ożyło. I nie umiała go
w sobie stłumić, choć wiedziała, że na dłuższą metę nic się nie zmieniło.
Dziś rankiem przyniosła chłopskie proste ubrania, o
które prosił. Pogłaskał ją po policzku i uśmiechnął się, zupełnie nieświadomy,
ile dla niej znaczył ten gest.
– Dziękuję – powiedział. – Dziękuję za wszystko, Mirith.
Serce trzepotało w niej jak ptak. Omal się nie
rozpłakała. To jedynie wdzięczność, tylko wdzięczność – powtarzała sobie. Ale i
tak było to dla niej więcej niż pozwalała sobie w najśmielszych marzeniach.
Patrzyła teraz jak Anegord odchodzi wraz z Belodem, póki nie zniknęli jej z
oczu w oparach jesiennej mgły.
Wrócą, westchnęła i zawróciła do obozu, ale stanęła jak
wryta zauważywszy ojca stojącego opodal. Przypatrywał się jej z uwagą spod ściągniętych
brwi. Na jego poważnym obliczu malowała się troska. Remi spuściła wzrok i
oblała się rumieńcem. Ukrywała bardzo starannie swoją tajemnicę, ale on i tak
zauważył.
– Zajmij się robotą – powiedział szorstko Pavo. –
Dzieciaki są głodne.
Potulnie skinęła głową, otuliła się szczelniej
chustą i ruszyła wykonać polecenie.
– Mirith... – usłyszała za plecami i zatrzymała się.
Podszedł do niej, ogarnął ramieniem i przytulił do piersi. – Mirith, nie
krzywdź się marzeniami. To szlachetny człowiek, ale on nie dla ciebie, a ty nie
dla niego.
Zacisnęła powieki, żeby powstrzymać zdradliwe łzy.
Pavo przycisnął ją do siebie mocniej.
– Obiecaj mi, dziecko. Obiecaj, że nie będziesz
brnąć w tę miłość.
– Obiecuję, tato. Obiecuję... – wyszeptała.
Podniósł jej twarz i pocałował w czoło.
Uśmiechnął się.
– No, wracaj do swoich obowiązków.
Odsunął ją lekko od siebie, a ona odwróciła się i
pobiegła w stronę ich szałasu. Była jego najstarszym dzieckiem, po śmierci swej
matki ona zajmowała się gospodarstwem i wychowywała młodszych. Kochał ją i sam
cierpiał widząc, jak ona się dręczy. Dla niego była najpiękniejsza, bo znał jej
złote serce, ale nie był aż tak zaślepiony, żeby oczekiwać, że ktoś weźmie ją
dla urody. Nie była brzydka, zdobiła ją młodość, ale... Ot, przeciętna wiejska
dziewczyna, niewysoka, nieco przysadzista, z lekko zadartym nosem i pucułowatą
twarzą pokrytą dziesiątkami piegów. Kiedy się uśmiechała w policzkach tworzyły
się dołeczki. Tylko, że uśmiechała się tak rzadko.
***
Minęło południe i zatrzymali się na krótki
odpoczynek. Przed sobą mieli jeszcze przynajmniej ze trzy dni marszu, ale
pocieszające było, że już nie przez bezdroża a gościńcem. I nocować będą po
gospodach, nie pod gołym niebem, jak poprzedniej nocy.
Prawie nie rozmawiali, każdy pogrążony we własnych
ponurych myślach.
I Belod i Anegord nie dopuszczali siebie myśli, że
nie odnajdą swoich bliskich. Mieli nadzieję, że kobiety wciąż są przetrzymywane
w zamku i że uda się je stamtąd bezpiecznie wykraść. Ktoś ze starej zamkowej
gwardii musiał zostać. Znajdą sojuszników, muszą ich znaleźć.
Nie rozmawiali, bo każdy obawiał się, że jak zaczną,
to między słowami padną także te wyrażające najgorsze obawy. Dotarły przecież
wieści o losie jaki królewskiej rodzinie zgotował uzurpator Gerras. Łajdak nie
oszczędził nikogo ani królowej, ani królewskich dzieci, ani samego króla.
Synowie Miltorna byli dziećmi, starszy nie miał jeszcze dziesięciu lat. Podobno
ich głowy wciąż tkwią zatknięte nad główną bramą.
Kilka dni później dotarli do Palmare.
Przez bramę przeszli bez przeszkód, prowadząc swoje objuczone
muły. Wyglądali jak wędrowni kupcy, którzy zatrzymują się w każdym mieście i
próbują zbyć choć trochę swego tandetnego towaru. Nie mieli przy sobie broni. W
każdym razie nie nosili jej, ostentacyjnie demonstrując jej posiadanie. Mieli
zamiar zatrzymać się w jednej z gospód, tej położonej w wąskiej uliczce tuż
obok królewskiego zamku.
Wybrali to miejsce, ponieważ na kwaterkę piwa lubili
tam zaglądać po służbie zamkowi strażnicy. Stwarzało to szansę na podsłuchanie
jakichś wieści, a nawet na wzięcie na spytki jakiegoś dobrze podchmielonego
wojaka.
Belod nasunął na czoło wyświechtany filcowy kapelusz
z ozdobiony wyskubanym piórem, w taki sposób, by jego kalectwo nie rzucało się
w oczy a jednocześnie, by nie sprawiać wrażenia ktoś, kto chce ukryć swoją tożsamość.
Ot, prosty człek, który wstydzi się swej ułomności. Anegord ukrył opatrunek,
który jeszcze nosił pod wełnianą chustką a na nią wcisnął czapkę z wyliniałego
futra, naciągając ją na uszy. Twarze obydwu pokrywał niepielęgnowany zarost, a
prosta, wyraźnie znoszona odzież, także nie zwracała niczyjej uwagi. Takich jak
ci dwaj, przez miasta przewijały się dziesiątki każdego dnia.
Jedynymi przeszkodami
na jakie się natknęli, zmierzając wąskimi uliczkami do gospody, był przewrócony
wóz, który zatarasował jedną z nich i jeden ciekawski patrol, którego dowódca
uparł się sprawdzić, czy wśród wiklinowych koszyków, tandetnych, kiepsko
wyprawionych skórek, drewnianych koników i lalek nie próbują przemycić czegoś
zakazanego jak księgi czy większa ilość broni. Sztylety, które mieli schowane w
cholewach butów nie wzbudziły żadnych podejrzeń. Przecież nikt przy zdrowych
zmysłach nie podróżowałby nie posiadając przy sobie niczego czym w razie
napaści mógłby się bronić.
Najbardziej obawiali
się, że wybranym zajeździe nie znajdą noclegu, bo wtedy musieliby dłużej krążyć
po mieście w poszukiwaniu jakiejś gospody. Ale zwykle to te na obrzeżach miały
największe obłożenie, bo zdrożeni podróżni mieli do niech najbliżej i były
nieco tańsze od tych w centrum. Ta którą wybrali utrzymywała się jednak głownie
z wyszynku i z kwaterą nie było problemu, choć brudna i ciemna izdebka na
tyłach, z okienkiem wychodzącym na oborę na kolana nie powalała.
Wszystko to jednak nie było ważne, liczyła się tylko
możliwość zdobycia informacji. I już pierwszego wieczora nasłuchali się siedząc
w zadymionej dusznej izbie wypełnionej gwarem. Dwór trwonił majątek królestwa
bez opamiętania. Jeżeli skarbiec jeszcze nie świecił pustkami, to jedynie
dlatego, że wypchano go dobytkiem zagrabionym w skonfiskowanych majątkach.
Wieczorami wydawano uczty, na których strugami lało
się wino, a gości zabawiały dworskie dziewki traktowane jak płatne ladacznice,
tyle że im nikt nie płacił. Jak któraś zaszła, wywalano ją na ulicę, a na jej
miejsce przybywały nowe, wbrew woli własnej i rodzin, wydzierane z okolicznych
wiosek. Bywało, że brano i mężatki, i matki dzieciom, jeśli uznano je za dość ładne.
W okolicznych wsiach, na ludność padł blady strach. Córki, co która już
podrosła ukrywano po piwnicach, a czasem i po lasach. Ale szła zima i chcąc nie
chcąc dziewczyny musiały wracać na noc do domów. Zdarzały się nawet przypadki,
że zdesperowani rodzice okaleczali dzieci, byle uchronić je od gorszego losu.
Czasy nastały takie, że nawet aurycki jasyr wydawał wybawieniem. Dawni możni, którzy
jak to panowie bywali lepsi lub gorsi, ale jednak stanowili jakąś ochronę dla
ludności należącej do majątków, ci odeszli. Albo polegli wraz Miltornem, albo
musieli uciekać porzucając wszystko co posiadali. Ich dobra przejęła korona, ale
ludzie po wsiach i siołach zostali jak bezpańskie psy. I tak też byli
traktowani przez nowego władcę.
Uczty na zamku nierzadko trwały do rana. A jeśli nie
ucztowano, to polowano. A zwierzyną mogło się stać wszystko. Szkoły pozamykano,
bakałarze albo poszli w świat za chlebem albo, jak się który wzburzał na
bezprawie, kończyli na szubienicach. Minęły ledwie dwa miesiące nowych rządów,
a już jak kto nawet umiał czytać i pisać, to skrzętnie te umiejętności skrywał.
Dorobek lat, kiedy to Miltorn i jego małżonka Vanitha pracowali nad oświeceniem
ludu, ich praca nad upowszechnieniem najbardziej podstawowej wiedzy, stworzeniu
szkół do których mogłaby uczęszczać większość dzieci i młodzieży, wszystko
zrujnowały niespełna dwa miesiące rządów Gerrasa.
Belod i Anegord zaszyli się dyskretnym kąciku, by
nie rzucać się w oczy i słuchali ze zgrozą. Szczególnie ciarki im po plecach
przechodziły, gdy słuchali co wyprawia się na zamku. Tam przecież były kobiety,
po które tu przybyli, w tym gnieździe żmij, w samym jego środku. Belod
bezsilnie zaciskał palce na cynowym kuflu, aż metal giął się pod nimi. Ale
tylko na taki upust pozwalał swemu gniewowi i niepokojowi. Anegord, który wraz
z ojcem służył bezpośrednio przy zamordowanym królu, lepiej znał ludzi z
gwardii, a przy tym miał pamięć do twarzy. On więc siedział zwrócony ku sali i
spod przymrużonych powiek obserwował przewijających się żołdaków w nadziei, że
wychwyci pośród nich kogoś, kogo będą mogli zaryzykować i zaprosić do swego
stołu.
Piwo się skończyło, a zwrócenie na ich kącik uwagi
gospodarza, zajętego uwijaniem się wśród hałaśliwej hałastry graniczyło z cudem.
Belod zgarnął kufle i poszedł do beczki z piwem ustawionej na kozłach przy
szynkwasie. Rzucił dwa miedziaki szynkarzowi, dając mu znak, że sam się
obsłuży.
Dopełniał pierwszy kufel, gdy poczuł uścisk, twardej
męskiej dłoni na ramieniu i ktoś syknął mu do ucha:
– Na mocnych bogów! Czyś rozum postradał?! Przychodzić
tutaj? W to gniazdo os?
Belod nie podniósł nawet głowy.
– Za mną, kąt po prawej, młody człowiek przy stole
sam jeden. Przyłącz się do niego. Zaraz tam wrócę.
***
– Kompletnie oszaleliście. Przecież mógł tu was
rozpoznać ktokolwiek. Żywi byście nie wyszli...
– Wiesz, po co tu jesteśmy, prawda? – niecierpliwie przerwał
mu Belod.
– Nietrudno się domyślić – burknął ponuro jego
rozmówca. – Ale nie macie już czego tu szukać. W zamku nie ma już żadnych
zakładników. Wszystkich wykupiły rodziny.
– Nie wszystkich – wtrącił się Anegord. – Zostały moje
siostry, żona Beloda, może jeszcze ktoś.
Mężczyzna pokręcił głową, ciemne tłuste kosmyki
opadły mu na czoło. Spojrzał na Anegorda spode łba.
– Na zamku nie ma żadnych. Trzymano je w świetlicy w
niewieścim skrzydle. Ale ona już od miesiąca pusta. Nie wiem kto tam został
ostatni, ale jeśli były tam twoje siostry, ktoś musiał je zabrać. Starą Nakari
zadźgano jak wieprza... A Silathe... – urwał i znów potrząsnął głową.
Belod zacisnął pięść całkowicie już niszcząc cynowy
kufel.
– Mów – wycharczał, nie spodziewając się dobrych
wieści.
– Gerras chciał ją dla siebie, ale ona... Podobno
rzuciła się z okna. Ale kto to wie, równie dobrze mógł ją ktoś z niego
wypchnąć.
– Co z moim synem? – głos Beloda był matowy,
pozbawiony jakichkolwiek emocji. Ale Anegord widział, jak płoną mu oczy i jak z
coraz większą siłą pięść mężczyzny zaciska się na tym, co jeszcze zostało z
kufla.
– Nie wiem niczego na pewno. Podobno dziecko
sprzedali handlarzom z południa. W każdym razie na zamku go nie ma.
Palce Beloda się rozwarły się powoli i pogięty metal
z cichym brzękiem stuknął w blat stołu. Mężczyzna przeniósł utkwiony wcześniej
w jakimś nieokreślonym punkcie na człowieka, który przekazał im wieści. Przez
chwilę Anegord bał się, że Belod straci panowanie nad sobą i rzuci się na
niego. Ale on tylko skrzywił usta a potem odwrócił głowę i ukrył twarz w
dłoniach. Jego ramionami wstrząsnął bezgłośny szloch.
Anegord pozostawił go na chwilę samego z jego
rozpaczą i zwrócił się do siedzącego obok:
– Co wiesz o moich siostrach?! Mów wszystko!
– Nic nie wiem, Anegordzie. Nic nie wiem pewnego.
Hengod z Ibilma sprawował władzę nad zakładnikami. Kiedy wszystkich zabrano,
wyjechał. Podobno i on kogoś wziął, z tych porzuconych przez rodziny, ale kto
to był, tego nie wiem. Ja nie wypytuję, nie zbieram informacji. Słucham tylko i
obserwuję. I tyle wiem, co mi w ucho wpadnie i co sam zauważę. Z panią Silathe
dużo zamieszania było. Gerras był wściekły, ale kolejnej ofiary już nie miał do
wzięcia, z czego wnoszę, że dziewcząt albo już nie było w zamku, albo komuś
je już podarowano, albo i sprzedano. Tu żadne łajdactwo nie zdziwi. Jeśli
chcesz popytam, może ktoś coś wie, ale dzisiaj na tych co pytają, patrzy się
podejrzliwie.
– A ty, Lyvorze? Dlaczego wciąż tu jesteś? Co cię
trzyma przy tym łajdaku? – spytał Belod opanowawszy największe wzburzenie.
– A ja? – powtórzył pytanie. – Służba, Belodzie.
Służba koronie. Nie jemu, lecz koronie. On wieczny nie jest, a wrogów mnoży
sobie więcej niż zyskuje przyjaciół. A ja jestem tutaj, blisko. Bo może kiedyś,
ktoś będzie potrzebował oczu i uszu...
– Zdradziłbyś go?
Mężczyzna, zmrużył oczy i spojrzał Belodowi prosto w
twarz. Milczenie zamieniło się w niezręczną ciszę między nimi.
– Nie – powiedział wreszcie. Wyraz napięcia na
twarzy Beloda zaczął ustępować gniewnemu grymasowi. Nabierał już powietrza,
żeby, posłać Lyvora do diabła, gdy ów dokończył. – Bo nigdy nie przysiągłem mu
wierności. Nie jest moim królem, nic mu nie jestem winien. Nie jemu służę, lecz
koronie – powtórzył z naciskiem.
Belod potrząsnął głową ze zrozumieniem. Odwrócił
twarz i powiedział cicho.
– Wracaj do swoich obowiązków. Czasem tu zachodź.
– Nie zostawajcie tu długo. Ja was poznałem, ktoś
inny też może. A niektórzy złożyli przysięgę.
– O nas się nie martw. Nie pozostaniemy tu dłużej
niż to konieczne. Idź już.
Nie odwrócił się, kiedy człowiek wstał i ruszył do
wyjścia. Tylko Anegord wiercił mu spojrzeniem dziurę w plecach, póki nie
zamknęły się z nim drzwi.
– Co teraz zrobimy?
Belod przetarł dłonią twarz.
– Ty wrócisz do obozu. Pójdziecie w góry, tam
przezimujecie. Musicie znaleźć sojuszników. Prosty pójdzie za wami, ale
poderwie się sam. Ktoś musi ich poprowadzić. Szukaj sióstr i sojuszników,
Anegordzie.
– A ty?!
Spojrzał na młodzieńca z bólem. Był świadom, że
zrzuca na jego barki cały ciężar odpowiedzialności, ale teraz nie mógł postąpić
inaczej. Był to winien jej, Silathe, za zawód jaki jej sprawił.
– Ja pojadę na południe. Szukać syna.
***
następny fragment
Ciąg dalszy wkrótce ;)

Zrobiłam już kilka podejść do napisania komentarza, ale wpierw przywołała mnie "Yave", a potem "Jesienny Nokturn" i umknęło mi po co zaglądnęłam na blog:)
OdpowiedzUsuńOj, Pavo, Pavo,żądasz niemożliwego - jak nie brnąć w miłość, gdy już się kocha i wszelkie postanowienia czy obietnice na nic się zdadzą. Biedna Mirith.
I biedny Belod. Zbyt wielkich szans na odnalezienie syna nie ma. Mam nadzieję, że Gerras i jego poplecznicy dostaną za swoje i pożałują dnia, w którym się urodzili.
W sumie to jeszcze nie wiem co zrobię z Belodem. Dla Gerrasa już mam odpowiednie zakończenie, choć nie wiem czy ono mi wejdzie w "Dioris", raczej nie. Ale co się odwlecze to nie uciecze ;).
UsuńOgólnie strasznie opornie idzie mi pisanie tej części, ale nie mam zamiaru odpuścić i zrobię ją na pewno, chociaż jak na razie to z gatunku "wolnopisane" ;). Wszystkiemu winien pewien bezwstydny demon ;).
Widocznie "Dioris" musi dojrzeć, nabrać ciała, okrzepnąć - i dopiero wtedy natchnienie spłynie na Ciebie niczym gołębica (czytaj: walnie Cię obuchem)i piękne, okrąglutkie zdania będą się pchały na umysł i domagały natychmiastowego spisania.
UsuńCo zrobić z Belodem? Postawić na jego drodze "kobietę z przeszłością", będącą (niby to całkowicie) przeciwieństwem jego eterycznej, delikatnej żony - silną i waleczną, która pomoże mu odnaleźć syna, albo dowiedzieć się, co się z nim stało... a potem to już różnie może być... happy end nie jedno ma imię:)
Bycie demonem do czegoś zobowiązuje:)