To już ostatnia wrzutka z "15 godzin...". Poszło szybciej niż sądziłam, że pójdzie. Ale chyba po prostu musiałam wreszcie pozbyć sie tej historii z głowy. A kiedy to się już stało nie widzę powodu, żeby i Was przetrzymywać w niepewności. Zapraszam zatem na mocno lukrowane pączki...
poprzedni fragment
***
Gina i Morr usiłowali przytrzymać rozwścieczonego Odda, bo
niewiele brakowało, by rzucił się ordynatorowi do gardła.
– Nie ma pan prawa mi tego zabronić! – ryczał yenni, podczas
gdy lekarz spoglądał na niego obojętnym wzrokiem.
– To nie pan będzie decydował do czego mam prawo, a do czego
nie. I proszę mi tu nie podnosić głosu. To nie targowisko tylko szpital. Jak
się pan natychmiast nie opanuje, każę ochronie wyprowadzić pana poza teren.
Odd spuścił nieco pary. Strząsnął z siebie dłonie Giny i
przyjaciela.
– W porządku – mruknął do Morra. – Nie uduszę tego gada,
nawet go nie dotknę.
Ordynator, który oczywiście słyszał te słowa, zacisnął z
satysfakcją usta.
– Proszę go zrozumieć – wtrąciła się Gina. – Szukał ich od
zakończenia wojny. Bał się, że mogą nie żyć, a teraz...
– I dobrze, że się bal, bo rzeczywiście niewiele brakowało –
przerwał jej lekarz. – A teraz młoda damo, są pod moją opieką i to ja
odpowiadam za ich zdrowie i życie, i póki co, uważam, że jakiekolwiek
zakłócanie spokoju tej kobiecie może się katastrofalnie odbić na jej zdrowiu.
Przeżyła potężny stres, jej serce wymaga wsparcia, a narażanie jej na kolejny
szok jakim byłby widok... To byłoby nieodpowiedzialne i zapewniam panią, że
żaden szanujący się lekarz...
– Panie doktorze, proszę. Anna jest w śpiączce, nikogo nie
zobaczy, nawet nie będzie wiedziała. A dla niego to naprawdę wiele znaczy.
Proszę pozwolić mu zobaczyć chociaż dziecko. Niech pan będzie człowiekiem...
– To nie takie proste. Dziecko jest przy matce. Poza tym
powoli ją wybudzamy, w każdej chwili może odzyskać przytomność.
– Przysięgam, że osobiście wypchnę go za drzwi, jeśli tylko
drgnie jej powieka – zadeklarował Morr. – Ale proszę nas zrozumieć. On też żyje
w stresie.
– I tak tam wejdę – warknął Odd. – Pan nie może mi tego
zakazać.
Lekarz z dezaprobatą potrząsnął głową. Z bocznego korytarza
przykuśtykał Jaszczykov. Oparzenia i drobniejsze skaleczenia wsmarowano mu
roztworem nadmanganianu potasu co w zestawieniu z fikuśnym szpitalnym
wdziankiem sprawiało, że przedstawiał dość pocieszny widok.
– Tak się tu wydzieracie, że w całym budynku was słychać –
stwierdził z przekąsem. – Doktorze, jest pan w zdecydowanej mniejszości, ja też
popieram prośbę pana Tuuna.
– Pan Tuun o nic nie prosi tylko kategorycznie żąda –
burknął lekarz. – I jeszcze tylko pana mi tu brakowało. Powinien pan leżeć.
– Już sobie poleżałem, jak mnie malowali. Wystarczy. A co do
tej małej, to...
– Wybijcie sobie z głowy.
– Ja proszę – wycedził Odd przez zaciśnięte zęby. – Bardzo
ładnie proszę, bo...
– Lepiej niech pan nie kończy, żeby nie powiedział pan za
dużo. Macie zgodę dla jednej osoby. Jednej, a reszta niech się nie waży
wściubić bodaj czubka nosa.
– To niech pan wpuści jego. – Jaszczykov klepnął Odda w
łopatkę. – Naprawdę należy mu się.
– Pięć minut – ustąpił wreszcie zawzięty Cerber. – Pięć
minut i tylko on. Ale jak wynikną z tego jakieś kłopoty, to ja umywam ręce.
Odd nie miał zamiaru
dawać doktorowi szansy na zmianę zdania. Natychmiast położył dłoń na klamce i
mrucząc coś pod nosem nacisnął ją delikatnie.
– Pięć minut – powtórzył za nim ordynator. – Patrzę na
zegarek.
Yenni machnął na niego ręką i cicho wsunął się do
niewielkiego pokoju. Drzwi za sobą zamknął starannie, bo nie chciał, by w tej
chwili ktokolwiek mu przeszkadzał choćby gapieniem się.
***
Miała wrażenie, że unosi się w gęstej cieczy. Delikatnej,
miękkiej, ciepłej. Było cicho, bardzo cicho, jakby ta miękkość była izolatorem,
którzy nie dopuszczał do niej żadnych dźwięków. Czuła kojące kołysanie, jakby
była dzieckiem w łonie matki. Dziecko... nie słyszała jego głosu. Niczego nie
słyszała… Cisza zaczęła ciążyć. Zapragnęła światła i jak na życzenie panujący
mrok powoli zaczął się rozpraszać, aż w końcu przestał być mrokiem zmieniając
się w miękką złocistą mgiełkę łagodnie łaskoczącą powieki. Przez ten
rozświetlony kokon zaczęły docierać teraz dźwięki. Stłumione, niewyraźne,
trudne do określenia. Jakieś szmery, szelesty, może szepty. Nadal czuła tylko
ciepło i miękkość tego na czym leżała.
Poruszyła palcami, wyczuwając opuszkami fakturę materiału,
zastanawiając się jednocześnie, gdzie może się znajdować. Powinna zbudzić
pamięć, ale jednocześnie miała jakieś przeczucie, że nie chce pamiętać, ani
wracać do minionych chwil.
Dziecko... Jej dziecko... Spośród szmerów krążących w grubej
warstwie otulającej złotej mgiełki wyłowiła jego głos. Zapłakało, ale zaraz
umilkło. Nie róbcie jej krzywdy, proszę...
Zmusiła ciężkie powieki do ruchu i spojrzała spod
przymrużonych rzęs. W złocistym świetle obraz był niewyraźny, rozmazany.
Zdołała jednak wyróżnić ciemną sylwetkę w pobliżu. Skupiła wzrok i powoli
zaczął się wyostrzać. Zdała sobie sprawę, że znajduje się w jasnym, czystym
pomieszczeniu i leży na łóżku. W niewielkim oddaleniu ktoś stał. Teraz wyraźnie
dostrzegała kontury wielkiej sylwetki... Osoba w ramionach kołysała niemowlę.
Cztery ramiona... nie trzy tylko. Yenni...
– Odd... – szepnęła.
Podszedł bliżej z dzieckiem w ramionach.
Chciała podnieść rękę i dotknąć ich, ale nie miała dość sił.
Czuła jedynie łzy spływające z zewnętrznych kącików oczu i wsiąkające w
poduszkę.
Dotknął jej twarzy i otarł je kciukiem. Zdumiało ją jak
prawdziwy był ten dotyk. I jego uśmiech, gdy pochylił się nad nią.
– Nie płacz, maleńka. Znalazłem was. Już wszystko dobrze.
Jesteście już bezpieczne.
– Zabił ją... – przeniosła wzrok na dziecko śpiące w
ramionach yenniego. – Moją córeczkę.
– Nic się jej nie stało. Jest cała i zdrowa. Popatrz, tylko
śpi.
– Tak, śpi. To sen, prawda? Jesteś snem. – Zamknęła oczy i
przytuliła policzek do ciepłej dłoni. – Chcę spać. Zawsze...
– Śpij, kochanie. Mamy czas, teraz już dużo, dużo czasu.
Całe życie...
***
Gina odwróciła kartkę tygodnika.
– O proszę, w tym sezonie modny jest fiolet. Misha powinien
się ucieszyć, jest trendy.
Anna siedziała w foteliku koło okna i karmiła butelką małą
Anię. Miała cienie pod oczyma i ogólnie była wymizerowana, ale czuła się już w
miarę dobrze.
– Ciągle nie mogę uwierzyć, że to wszystko dzieje się
naprawdę. Że ją dotykam, czuję bicie serca, słyszę głos, kiedy płacze. Że żyje.
Że ja żyję. Ciągle mam wrażenie, że to tylko sen, z którego się obudzę prosto w
tamten koszmar.
– Za dużo o tym myślisz, Aniu. To już przeszłość. Nadia i
Kross nie żyją i tamto już nigdy nie wróci.
– Ale jak zamykam oczy to cały czas widzę, jak Hudyc trzyma
ją nad przepaścią... potem puszcza... – wzdrygnęła się.
– To nie była ona.
– Wtedy tego nie wiedziałam.
– Nie miał, jak ci przekazać. Po prostu musiał odegrać swoją
rolę do końca. Ale tak po prawdzie to chronił jedynie własny tyłek. Morr był
obecny przy jego przesłuchaniu. Tamci chcieli go użyć jako kozła ofiarnego.
Wszystko miało ostatecznie być jego „dziełem” a oni... pozostaliby nie zauważeni.
Nikt by o nich nawet nie wiedział. Hudyc przez ciebie został kaleką i zwolniono
go z wojska, które kochał. Można więc było ukręcić z tego motyw. Ale
ostatecznie to właśnie on dał nam cynk. Odd postawił na nogi wszystkie
yennijskie służby. Byliśmy poza miastem, jak dojechaliśmy było po wszystkim. Gdyby
nie Hudyc dzisiaj nie byłoby was tutaj. Dlatego ostatecznie Morr załatwił mu
status świadka a nie oskarżonego.
– Życie potrafi być takie dziwne i nieprzewidywalne. Nadia
zawsze miała skłonność do paranoi, ale nigdy bym nie przypuszczała, że to się
może u niej rozwinąć do takich rozmiarów.
– Jedni sobie radzą z traumą inni nie. Ona sobie nie
poradziła. To nie twoja wina.
– Wiem, ale to i tak smutne.
Nadia podeszła do okna. A Anna podniosła niemowlę i oparła
je na ramieniu, żeby mu się odbiło.
– Kiedy oni przyjadą? – zapytała Anna. – Chyba powinnam już
się ubrać, żeby nie musieli czekać.
Nadia zerknęła na wyświetlacz zegara wmontowany nad
drzwiami.
– Pewnie za jakieś pół godziny. Ciuchy masz w szafie. Mogę
ubrać malutką?
– Pewnie. – Anna przekazała niemowlaka przyjaciółce i znikła
z torbą w łazience.
Pół godziny później wszystkie trzy były już gotowe i czekały
na mężczyzn, którzy mieli je odebrać ze szpitala. Anna trochę się bała tego
spotkania, a z drugiej strony nie mogła się go doczekać. Zostawiła córeczkę pod
opieką Giny i sama poszła odebrać dokumentację. Wracając, z nosem wetkniętym w
papiery, omal nie zderzyła się z kimś, kto nagle stanął jej na drodze.
Podniosła wzrok i wszystkie kartki wysunęły się z jej dłoni.
Cokolwiek wcześniej sobie wyobrażała i planowała powiedzieć, teraz nie mogła
wydobyć z gardła bodaj jednego dźwięku.
Patrzyła w jego ciemne, lekko skośne oczy i widziała w nich
radość... Właściwie to słowa wcale nie były im potrzebne. Nogi ugięły się pod nią,
kiedy poczuła, jak oplatają ją mocne ramiona, gniotą w uścisku. Ciepły oddech
muskał jej policzek, ucho:
– Nareszcie jesteś... Maleńka... – Miękkie wargi wędrowały
po jej twarzy aż wreszcie przycisnęły się do ust.
Zamknęła oczy i chłonęła jak gąbka pieszczotę ust i tę
ogromną radość jaką emanował.
Morr, który został nieco z tyłu wycofał się
dyskretnie, nie chcąc im przeszkadzać. Zajrzał do pokoju, gdzie Gina kołysała w
ramionach niemowlaka.
Oparł się o drzwi i przyglądał się jej chwilkę.
– Podoba mi się ten widok – odezwał się.
Gina, która dopiero teraz go zauważyła, drgnęła i zarumieniła
się lekko. Położyła małą do kojca i wcisnęła ręce w kieszenie spodni.
– Lepiej się nie przyzwyczajaj – burknęła pod nosem. – A oni,
gdzie są?
Morr podszedł do niej bliżej.
– Witają się... Dlaczego mam się nie przyzwyczajać?
Gina zaczerwieniła się mocniej.
– Bo... bo... Nie wiem. Po prostu ja...
Wsunął jej palce pod brodę i uniósł twarz. Kciuk delikatnie
gładził policzek.
– Poczekam. A teraz bierzmy małą i chodźmy zanim oni na tym
korytarzu całkiem się zapomną.
***
Anna miała wrażenie,
że znalazła się w jakieś oderwanej od świata rzeczywistości. Odd raz po raz
zerkał na nią, aż obawiając się o bezpieczeństwo musiała mu zwrócić uwagę, żeby
jednak uważał na drogę. W odpowiedzi jedynie uśmiechnął się szeroko, ale
posłuchał.
Ona zaś siedziała
teraz jak na szpilkach. Kiedy pierwszy szok minął pojawiła się niepewność. Odd
zabrał ją do yennijskiej osady, gdzie miał mieszkanie i gdzie uważał będą
wreszcie bezpieczne, ona i dziecko. Ale Anna nie chciała chować się przed
światem. Chciała żyć, pracować, nie chciała ukrycia i izolacji. Wszystkie te
sprawy, bieżące i przyszłe wymagały spokojnego przemyślenia i poukładania, to
nie ulegało wątpliwości. Na razie jednak pozwoliła Oddowi podjąć decyzję.
Sama także bez wątpienia potrzebowała chwili, by w końcu złapać oddech.
Mieszkanie było duże
i prawie puste, co dodatkowo potęgowało wrażenie przestrzeni.
– Mało tutaj
przebywam, dlatego prawie nic tu nie ma – usprawiedliwiał się. – Ale do
mniejszego pokoju wstawiłem dziecięce łóżeczko i fotel. Potem się urządzi
resztę. W kuchni jest wszystko co potrzeba, w sypialni też, reszta nie jest aż
tak ważna. Nie krępuj się – dorzucił widząc, jak kobieta stoi po środku
pustawego salonu i rozgląda się niepewnie. – Jesteś tu u siebie.
Anna już otwierała
usta, żeby coś powiedzieć.
– Nie chcę słyszeć,
że tak nie może być. Wszystko co mam jest także twoje. A o szczegółach pogadamy
później. Zajmij się małą. Łazienka jest po prawej, znajdziesz tam ręczniki i...
Jak czegoś nie ma to mów, dokupimy. Zrobię nam coś do jedzenia.
***
Jedli w salonie,
siedząc na puszystym dywanie o nieregularnym kształcie, który był, jeśli można
tak to nazwać, jedynym meblem w tym pokoju. Dziecko, na leżaczku
zaimprowizowanym z poduszki przyniesionej z sypialni, gaworzyło, fikając gołymi
nóżkami.
Anna dotknęła
opuszkami szwów na twarzy. Dopiero teraz kiedy przyjrzała się sobie w łazience
zdała sobie sprawę, że blizny zostaną tam na zawsze, nie pozwalając odciąć się
od tych zdarzeń i o nich zapomnieć.
– Pocięła mi twarz –
powiedziała cicho.
Odd odsunął jej dłoń
od twarzy i pocałował koniuszki palców.
– Kto by się tym
przejmował? Z bliznami czy bez nich, najważniejsze, że jesteś. Że obie
jesteście.
Westchnęła i
uśmiechnęła się.
– Położę Anię.
– Nie, zostań tutaj,
ja ją położę.
Skinęła głową, ale
kiedy wyszedł z dzieckiem wstała, żeby posprzątać po posiłku.
Domykała drzwiczki
zmywarki, kiedy poczuła męskie dłonie na biodrach, trzecia wślizgnęła się pod
bluzeczkę, sięgając do piersi. Odd przycisnął ją do siebie jednocześnie
stanowczo i z czułością. Koniuszek jego języka pieścił ucho. Oparła się o niego
całym ciężarem, a on przesunął ustami po szyi i lekko zacisnął zęby na
pulsującej tętnicy. Zamruczała cicho, gdy wziął ją na ręce. Ale nie zaniósł jej
do sypialni jak się spodziewała, lecz do salonu i postawił na tym puszystym
dywanie, na którym wcześniej jedli kolację. Spojrzała na niego odrobinę
zdziwiona, ale tylko się uśmiechał tajemniczo. Sprytne palce szybko uporały się
z guziczkami bluzki i spodni. Swoją koszulę ściągnął przez głowę. Z zapięciem
jego spodni uporała się Anna i wsunęła dłonie pod pasek, gładząc twarde mięśnie
męskich pośladków.
Nie zapalili światła
w pokoju, tylko przez nie zasłonięte okno szeroką strugą wlewało się światło
księżyca w pełni i rozpływało się plamą po dywanie.
– Moja Naan... Wiele
nocy takich jak ta leżałem tutaj i marzyłem, że kocham się z tobą w świetle
księżyca w pełni.
Znów podniósł ją w
ramionach, tym razem by ułożyć ją na miękkim podłożu.
Kochali się bez
pośpiechu, delektowali się sobą, obdarowując pocałunkami i pieszczotami. Odpoczywali wtuleni w siebie, spokojni i wyciszeni, szczęśliwi.
– Kocham cię Naan,
wiesz o tym? – Odd przerwał ciszę. – Śpisz? – zapytał, gdy przez dłuższą chwilę
się nie odzywała.
– Wiem, Odd –
powiedziała w końcu.
– Chciałem zapytać
cię czy zgodzisz się wejść ze mną w związek. Oficjalny związek.
Anna uniosła się na
łokciu i spojrzała mu w twarz.
– Czy ty mnie pytasz
o...?
– Nazywacie to
małżeństwem. I tak o to właśnie pytam, ale zanim mi odpowiesz, muszę ci jeszcze
o czymś powiedzieć. Dopiero wtedy zdecydujesz, czy mnie chcesz.
Kobieta ułożyła
głowę na potężnej piersi yenniego. Człowiek nigdy nie może mieć pewności co
przyniesie przyszłość. To co przeżyła dobitnie dowodziło, że nawet to czego
jest się świadkiem, co widzi się na własne oczy nie zawsze musi być prawdą.
Wszystko jest
zmienne.
– Jeśli chodzi o tę
yennijską kobietę, która ma urodzić twoje dziecko, to wiem o tym – jej głos był
spokojny.
– Wiesz?! – usiadł
gwałtownie. – Skąd wiesz?
– Gina mi
powiedziała.
– A ona skąd...?
Morr. Niech go szlag, plotkarz.
– Odd – przylgnęła
mocniej do niego – nie obchodzi mnie to. Nie osądzam cię, nie mam ci za złe.
– Mówisz poważnie?
– Ja też cię kocham,
Odd. Naprawdę. To mnie szukałeś, ze mną jesteś tutaj, teraz. Reszta nie jest
ważna. I jeśli twoje pytanie o małżeństwo wciąż jest aktualne to owszem zgadzam
się na ten związek.
***
Tegoroczna wiosna
była piękna, ciepła, ale przede wszystkim pierwsza po zakończonej wojnie niosła
ze sobą nadzieję. Oczywiście, całe mnóstwo spraw czekało jeszcze na regulację i
kompromisowe rozwiązania. Odd miał mnóstwo pracy. Zaangażowano go w zespole
dopracowującym wspólne prawne rozwiązania dotyczące kwestii wojskowych.
Optymizmem napawał fakt, że mimo wszystko obie strony szukały punktów które
były wspólne dla obu nacji i na nich budowano przepisy i procedury. Anna często
pozostawała sama z dzieckiem, bo pracujący do późna nocował w mieście, w domu spędzał
tylko weekendy. Nie czuła się jednak samotna. Nie wróciła do pracy w miejskim
szpitalu. Została etatowym lekarzem w ośrodku wychowawczym dla osieroconych
mieszanych dzieci, prowadzonym przez Kiiri Grynn. To ona zaproponowała tę
posadę Annie, a ta zgodziła się, choć niezadowolony Odd burczał i fuczał na
taki układ. Kobiety, po tym jak każda ustaliła swoje miejsce w jego życiu, znalazły
poziom, na którym nawiązały nić porozumienia i postawiły go przed faktem. Tym
poziomem były dzieci. Kiiri urodziła zdrowego chłopca, a Odd, jakby nie było,
miał zamiar być dla niego ojcem nie mniej troskliwym jak był dla małej Naan. Ostatecznie poprawne stosunki w rodzinie Odd mógł jedynie zaakceptować i
przyjąć z ulgą. Kiiri nie próbowała w żaden sposób podważyć pozycji Anny, a
zatrudniając ją w swoim ośrodku pomogła ustalić status w yennijskiej
społeczności.
Wkrótce okazało się
zresztą, że do ludzkich rezydentek, których w osadzie było już kilka, dołączyła
także Gina, w końcu pokonana przez wytrwałość i cierpliwość Morra.
Siedziały na ławce w
małym parku i rozkoszowały ciepłem wiosennego słońca. Było piątkowe wczesne
popołudnie i czekały na Odda i Morra, którzy mieli dzisiaj przyjechać z
Calonice. Niemal roczna już Naan ucinała sobie w wózku popołudniową drzemkę.
Gina zajadała się pączkiem, zlizując z palców marmoladę.
– Masz spust – Anna
wystawiła twarz na promienie. – To już chyba trzeci.
– A co? Chcesz? – Gina
bez najmniejszego zażenowania potrząsnęła w jej kierunku papierową torbą, w
której najwyraźniej miała jeszcze pokaźny zapas słodkości.
– Daj mi spokój –
fuknęła Anna. – Marzę o tym, żeby trochę schudnąć, ale chyba nie będzie mi
dane.
– Nie? A to niby
czemu? Trochę ćwiczeń i...
– Nie da rady. Znów
jestem w ciąży – westchnęła ciężko.
– A to źle? –
spytała Gina, przyjmując wieść jak coś zupełnie oczywistego, po czym sama sobie
odpowiedziała: – To świetnie się składa, bo przynajmniej nie będę sama.
Anna spojrzała na
nią zaskoczona.
– Mówisz poważnie?
Przecież...
– A co miałam
zrobić? Od roku kombinował, jak mnie przekonać żebym się dała zapłodnić. W
końcu nawet Bastylia padła. Poza tym, czysto pragmatycznie podchodząc do
rzeczy, Morr rokuje znacznie lepiej niż pozostali, których znam, więc...
Padłam, jak Bastylia. Wczoraj przywiozłam graty i od dzisiaj oficjalnie tu
mieszkam. Termin mam na jesień. Wolałabym na wiosnę, ale no... Spróbuj
powstrzymać napalonego samca, któremu właśnie powiedziałaś „tak”.
Anna słuchała tego
wywodu, śmiejąc się serdecznie.
– Teraz rozumiem
twój apetyt. Który miesiąc u ciebie?
– Trzeci. A ty?
– Ja też.
– No popatrz –
skrzywiła się Gina. – Chyba się umówili na strzelanie. Faceci... O, idą,
spiskowcy.
Obaj yenni zbliżali
się alejką od strony dzielnicy komunikacyjnej.
– Witaj, Gino –
zagadnął Odd, obrzucając młodą kobietę ciekawskim spojrzeniem nim pocałował
Annę w policzek.
Morr usiadł obok
objął Ginę ramieniem.
– Podzieliłabyś się,
skarbie – mruknął, spoglądając na torbę z pączkami.
– Z twojej
zadowolonej miny i z tego jak Odd marnie udaje, że wcale nie mierzy wzrokiem
czy już przytyłam czy nie, wnioskuję, że ty już się podzieliłeś.
– No jasne, bo to
grzech zachowywać dobre wieści tylko dla siebie. Szczególnie, że Odd też się
pochwalił.
Anna szturchnęła
swojego partnera w żebra.
– Szczęściem trzeba
się dzielić – szepnął jej do ucha i musnął wargami skroń.
– Papla –
podsumowała Gina wyjaśnienia Morra i jednocześnie, przytuliła się do niego. –
Możesz zjeść te pączki, bo mnie już od nich niedobrze jest.
Mała Naan
przebudziła się a widząc ojca głośno się roześmiała i wyciągnęła ku niemu
wszystkie cztery rączki. Odd wyciągnął ją z wózeczka i postawił sobie na
kolanach. Całował małe łapki oklepujące go po twarzy.
Anna wstała z ławki.
– Na nas pora.
Odd dołączył do
niej, podrzucając małą w ramionach. Klepnął Morra w ramię mówiąc:
– Trzymajcie się i
uważaj na swoją kobietę.
– Od prawie roku nic
innego nie robię – wyszczerzył się Morr.
Chwilę patrzyli za oddalającą
się parą z dzieckiem, zanim sami porzucili ławkę i poszli w swoją stronę.
Odd owinął ręką
talię Anny, popychającej przed sobą pusty wózek i przyciągnął ją do swego boku.
– Wiesz – odezwała
się, kładąc głowę na jego ramieniu. – Ciągle mam wrażenie, że wszystko co się
dzieje, każdy kolejny dzień to tylko piękny sen.
– Może tak właśnie
jest. Ale wiesz co w tym jest naprawdę istotne?
– Co?
– Że ten sen wciąż
trwa i nikomu nie pozwolimy nas obudzić...
***
KONIEC
Wreszcie... Ja nie umiem pisać zakończeń. Albo po prostu mam już takie zboczenie, że musi być lukier, puder, cukier. Odd
mi się na koniec rozmymłał przy księżycu. Nawet Morr dostał małpiego rozumu. Niestety tak już mam, że kopię bohaterów bez pardonu chyba właśnie po to, żeby sobie na na koniec zrobić frajdę, serwując im taką idiotyczną sielankę. Lubię tak bez względu na to jak bardzo
taki schemat jest niepopularny więc… no. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie
zemdliło Was jak Ginę po pączkach ;).

SUPER :)
OdpowiedzUsuńWarto było poczekać.
Dzięki :).
UsuńJak tak, to mogę spać spkojnie ;)
Nie zgadzam się, Kajjko, że nie umiesz pisać zakończeń, a to, że lubisz wpierw bohaterów sponiewierać, a potem ich uszczęśliwić, uważam za całkiem normalne i nader wskazane:) Nie byłabym taka pewna, czy taki schemat jest niepopularny, bo chyba większość ludzi woli szczęśliwe zakończenia, a nie pożary i zgliszcza, i rozdziobią nas kruki i wrony. W opowieści wydarzyło się tyle potwornych i bolesnych rzeczy, że aż się prosi o szczęście i miłość. Tak dla równowagi. Mnie się zdaje, że Odd był całkiem stanowczy i zdecydowany przy księżycu - rozmymłania nie wyczułam:) Mnie w Twoich historiach bardzo podoba się to, że nie kończysz ich równocześnie ze sfinalizowaniem głównej fabuły i mogę poczytać o wspólnym, szczęśliwym życiu postaci, które zdążyłam polubić i z którymi żal się rozstawać. Zdecydowanie lubię epilogi.
OdpowiedzUsuńŚwietne opowiadanie, Kajjko.
Dziękuję :) W sumie to uzam niewađciwego słowa, bo nie powinnam pisać, że "niepopularne" a że "oklepane". Ale jak zwał tak zwał, jak sama coś czytam to lubię takie banalne, lukrowane zakończenia, a że każdy mierzy świat wg własnej miary, to w swoich bajkach takie właśnie robię :). Jeszcze raz dziękuję i myślę, że niedługo znów na jakąś bajkę zaproszę :).
Usuńzakończenie świetne. Teraz może czas na zawieszone opowiadania no i obiecaną Doris. pozdrawiam serdecznie:) czytelniczka
OdpowiedzUsuńDziękuję :) Powoli robi się Dioris i jeszcze coś. Działeczka-zwiastun z Dioris II pojawi się w tym tygodniu :).
Usuń