No i tak to u mnie jest... Długi okres posuchy, a potem wpada jedna za drugą ;). Myślę, że to jest przedostatnia częśc tej historii. Chociaż nie wykluczam, że resztę końcówki trzeba będzie jednak podzielić jeszcze na dwie. Mam nadzieję, że mnie nikt na pal nie naciagnie za dzisiejszy kawałek. W końcu w zanadrzu mam jeszcze coś ;).
poprzedni fragment
***
Oparzenia nie były na szczęście zbyt głębokie, choć bez
wątpienia bolesne. Znacznie więcej problemów przysporzyło uwolnienie mężczyzny z
więzów. Ręce i nogi skrępowano mu kolczastym drutem w brutalny sposób, tak by odczuwał
jak najdotkliwszy ból. Ranny miał opuchniętą i poranioną twarz. Mamrotał coś
niewyraźnie. Wydawał się przytomny, ale musiał być w szoku. Wstrząsały nim
konwulsyjne dreszcze, co mogło sugerować, że oprócz widocznych miał też
obrażenia wewnętrzne. Bez wątpienia został brutalnie pobity.
Opatrzyli go najlepiej jak to było możliwe tych
ekstremalnych warunkach i wsadzili na tylne siedzenie swojego pojazdu. Gina
podała mu butelkę z wodą. Oblewając się wypił łapczywie kilka łyków i oparł
głowę na zagłówku. Przymknął powieki i oddychał ciężko.
– Dziękuję – wyszeptał w końcu w miarę wyraźnie.
– Jak się nazywasz? – ostro rzucił Odd, którego najmniej
interesowały podziękowania. Nie po nie tu przyjechał. – Ktoś jeszcze był w tym
domu oprócz ciebie? – dopytywał się natarczywie.
Mężczyzna otworzył oczy, podniósł głowę i spojrzał na
yenniego.
– To jej szukacie, prawda? Szukacie Anny.
Zęby Odda zgrzytnęły złowrogo. Morr położył mu rękę na
ramieniu i zacisnął ostrzegawczo palce.
– Spokojnie – mruknął, świadomy, że jego przyjaciel lada
chwila może stracić nad sobą kontrolę. – Nie jesteśmy wrogami – zwrócił się do
rannego mężczyzny. – Potrzebujemy informacji. Szukaliśmy Mishy Jaszczykowa.
Człowiek wykrzywił usta w dziwnym grymasie, na tyle na ile
pozwoliła opuchlizna i otwierające się przyschnięte ranki na popękanych wargach.
Jego ciałem wstrząsnął bezgłośny śmiech.
– To ja. Ale... – nagle spoważniał. – Ten skurwysyn ją
znajdzie. I zabije, jeśli dopadnie ją pierwszy.
Odd nie wytrzymał zacisnął pięści na strzępach koszuli na
piersi Mishy i mocno nim potrząsnął.
– Kto?! – wrzasnął. – Gadaj, draniu, gdzie ona jest?!
Z pomocą Giny Morr oderwał wzburzonego towarzysza od
rannego, który zaniósł się suchym kaszlem.
– Wysłałem ją do stolicy. Z dzieckiem. Dostała skierowanie
do pracy, do mojej starej znajomej. Ten kutas, doskonale wie kogo szuka.
Znalazł wizytówkę i poskładał fakty. Jeżeli ona podjęła tam pracę, namierzy ją.
Ma nad wami kilka godzin przewagi...
Mówił coraz ciszej, jakby brakowało mu tchu. I istotnie było
mu duszno. Bolało go gardło, krtań i płuca. Ale za wszelką cenę starał się nie
stracić przytomności, póki nie przekaże najistotniejszych informacji.
– Nie marnujcie czasu na mnie. Podam wam adres tego
szpitala... Jedźcie tam natychmiast... Nie pozwólcie mu...
Gina błyskawicznie wygrzebała z torebki elektroniczny
notesik.
– Mów… Zapiszę.
Ledwie go słyszała, ale zdołał przekazać adres szpitala i
nazwisko kobiety, do której skierował Annę. Opadł bezsilnie na oparcie z
zamkniętymi oczyma, znów wstrząsnęły nim dreszcze. Odd siedział jak
sparaliżowany, blady i jakby nieobecny, niezdolny wykrztusić słowa.
– Jedziemy – zarządził Morr, odpalając silnik. – Jego podrzucimy
po drodze do najbliższego szpitala.
Ranny poruszył się i zacisnął dłoń na nadgarstku siedzącej
przy nim. Jego wargi poruszały się jakby coś mówił, więc pochyliła się by go
usłyszeć.
– Nie... Żadnego szpitala. Nie mogę...
– Nie martw się... – zaczęła Gina i wtedy przypomniała sobie
co o Jaszczykovie powiedział im były więzień. – Jesteś hybrydą, tak? Dlatego
nie chcesz do szpitala?
– Tak – wycedził z zaciśniętymi konwulsyjnie szczękami.
– Więc jak mamy ci pomóc?
– Sam dam radę. To trochę potrwa, ale dam radę. Zostawcie
mnie gdzieś, gdziekolwiek... Przy drodze, w lesie...
Nie słuchała go już. Zwróciła się do yennich:
– Nigdzie nie zbaczaj Morr. Szkoda czasu. Jedźmy prosto do
stolicy.
Yenni przez ramię zerknął na Jaszczykova.
– On potrzebuje lekarza.
– Jest hybrydą, regeneruje się, tak jak wy. Poradzi sobie.
– Nawet jeśli – wtrącił się Odd – to powinien dostać
stymulatory.
– W prowincjonalnym ludzkim szpitalu i tak nie będą mieli
żadnych.
– Ona ma rację. – Morr poparł Ginę. – Musi wytrzymać. Jeśli
odziedziczył dobre geny, da radę.
***
Kierowca siedzący w szoferce furgonetki obserwował obraz na
niewielkim monitorze wmontowanym w pulpit pojazdu. Kobieta na pace siedziała
spokojnie, głowa opadła jej na piersi. Po chwili osunęła się, zwinęła w kłębek
na podłodze.
– Mam ją. Właśnie odleciała – zameldował.
– To jazda. Tylko bez
szaleństw. Nie zwracaj na siebie uwagi.
– Jasne, szefowo.
Bez pośpiechu wyprowadził wóz na główną drogę, włączył się
do ruchu i skierował w kierunku zniszczonej przemysłowej dzielnicy. Od czasu
zerkał na monitor, kontrolując czy jego pasażerka nie odzyskała przytomności,
ale ta tkwiła w bezruchu w tej samej pozycji.
***
Hudyc siedział na krześle i czyścił paznokcie wykałaczką.
Obok niego stał spory karton, z którego dochodził płacz niemowlęcia.
– Czy ten bachor musi się tak drzeć? – wysyczała
zniecierpliwiona Nadia.
– Głodny i obesrany to się drze, normalka.
– To zrób z tym coś, do jasnej cholery! – wrzasnęła na
niego.
Wzruszył ramionami i nie przerywając swojego zajęcia,
skwitował:
– A co ja? Niańka? Starczy, że przywiozłem zasrańca...
Rozwścieczona Nadia dopadła go jednym susem. Z rozmachem
kopnęła w chromą nogę i złapała za twarz, wbijając paznokcie w policzek.
– Masz robić co każę. Zrozumiałeś? Nie waż się kwestionować
moich poleceń, bo skończysz na łańcuchu obok tej suki.
Hudyc wytrzymał jej wzrok, ale nie odezwał się ani słowem.
Tylko jego twarz poczerwieniała od gotującej się w nim złości. Kątem oka
dostrzegł jednego z goryli Krossa, który przyglądał się scenie z drwiącym
uśmieszkiem. Gdyby go tu nie było, nie wahałaby się. Szczególnie w kontekście
tego co przypadkiem ostatnio usłyszał. Musiał jednak działać ostrożnie. Dlatego
nie zareagował na zachowanie Nadii i puścił mimo jawną kpinę psa Vlada. Zmusił
się nawet do uśmiechu:
– I po co te nerwy? Przecież tylko żartowałem.
– Zabierz to gdzieś do piwnicy, bo nie wytrzymam i rozmażę padalca
na ścianie – wysyczała Nadia i odepchnęła go tak mocno, że aż zachwiał się na
swoim krześle. Potem ze złością kopnęła w karton.
Hudyc, wywrócił oczyma. Wstał, pochylił się, wpakował sobie
dzieciaka pod pachę i wyszedł, dyskretnie pokazując gorylowi wulgarny gest.
Nadia krążyła po pomieszczeniu, jak drapieżnik w klatce.
Była wściekła, bo Vlada ciągle jeszcze nie było i musiała czekać. Miała w
rękach i Annę i dzieciaka, ale obowiązywała ją umowa i nie mogła zacząć zabawy
bez Krossa, który życzył sobie być obecny. Przekazał, że pojawi się jutro z
samego rana, więc przed nią cała noc.
Kazała zamknąć Annę w maleńkim pomieszczeniu, które kiedyś
było wykorzystywane jako komora chłodnicza. Ledwie można było się tam
wyprostować, szerokie na półtora metra, długie na około dwa, przypominało z
zewnątrz większą szafę. Miała nadzieję, że jest tam dość powietrza, żeby ofiara
się nie udusiła, bo byłaby wielce niepocieszona. Ostatecznie zawsze jeszcze
pozostawało dziecko i nie świadomy niczego Hudyc, ale i tak czułaby wtedy mocny
niedosyt. Szczególnie, że tego ostatniego trzeba będzie załatwić szybko, jeżeli
cały plan miał się powieść.
Adrenalina wypełniała jej arterie, podsycając niecierpliwość
i miała tylko nadzieję, że Vlad nie każe na siebie zbyt długo czekać.
***
Jeszcze nim otwarła oczy czuła jak pulsujący ból głowy
rozsadza jej czaszkę. W ustach i w gardle czuła drażniącą suchość, język był
sztywny i wiele dałaby za choćby kroplę wody. Dodatkowo dyskomfort potęgowało
parcie na pęcherz. Zamrugała, bo pomimo uniesionych powiek nic się nie
zmieniło. W około panowała nieprzenikniona czerń, że nie była w stanie dostrzec
nawet własnej dłoni uniesionej tuż przed twarzą. Powietrze było gęste, wilgotne
i ciężko było nim oddychać.
Spróbowała wstać, ale zawadziła głową o sufit, więc opadła
na kolana. Wyciągnęła przed siebie ramiona i trafiła na ścianę. Mogła zbadać
materiał jedynie dotykiem. Szybko przekonała się, że tkwi zamknięta w czymś co
przypomina dużą metalową skrzynię. Dziecko!
Przecież znalazła się tu z jego powodu. Starając cię nie
ulegać panice zaczęła macać w ciemnościach, z przerażeniem myśląc, że mogłaby
natrafić na jego nieruchome, pozbawione życia ciałko. Odetchnęła z niejaką ulgą
nie znalazłszy niczego. Ale to była jedynie pozorna ulga. Wciąż nie wiedziała
ani gdzie jest, ani co stało się z jej córką.
Wydało się jej, z zewnątrz dochodzą jakieś dźwięki. Istotnie,
ktoś stuknął lekko w ścianę, przy której się skuliła. Ale potem znów zapadła
cisza. Skołowana, z mętlikiem w głowie z trudem walczyła ze strachem. Nie chcąc
wprawić się w większy dyskomfort niż ten odczuwany teraz przepełzła w drugi
koniec „skrzyni” i opróżniła pęcherz. Wróciła na swoje miejsce, starając się
nie zwracać uwagi na ostrą woń uryny, która zmieszała się z i tak dusznym
powietrzem.
Ponownie skuliła się w swoim kącie bierne czekając na... Nie
miała pojęcia na co właściwie czeka, ale nic innego jej nie pozostało.
Nie była w stanie ustalić czasu. I nie chodziło tylko o porę
dnia na zewnątrz. Nie potrafiła określić, czy upłynęło go wiele, czy może tylko
chwilka. Że w ogóle mijał informowały drętwiejące mięśnie, więc co jakiś czas
choć odrobinę starała się zmienić pozycję. Dokuczające pragnienie stawało się
coraz dotkliwsze. Nie miała pojęcia, czy pomiędzy jedną zmianą pozycji a drugą
mijają minuty, czy może godziny. Umysł zaczynał płatać figle, zaczynała widzieć
rzeczy, które nie mogły istnieć, które nawet gdyby były prawdziwe, nie mogłyby
przecież zostać dostrzeżone w kompletnych ciemnościach. A kiedy już pogodziła
się z myślą, że zamknięto ją tu, by umarła, z odrętwienia wyrwał ją zgrzyt
odsuwanych rygli.
Światło poraziło źrenice i odruchowo zacisnęła powieki,
jednocześnie łapczywie wciągnęła w płuca haust powietrza.
Czyjeś ręce pochwyciły brutalnie jej ramiona, wyciągnięto ją
z „celi” i postawiono na nogach. Nie byłaby w stanie utrzymać się na nich, ale
zaciśnięte jak imadła dłonie nie pozwoliły się jej osunąć. Wciąż niewiele
widziała, bo oczy nadal reagowały bólem na ostre światło. Czuła jedynie, że
jest gdzieś prowadzona, czy raczej wleczona, gdyż odrętwiałe nogi plątały się i
odmawiały posłuszeństwa. Wreszcie puszczono ją i bezwładnie opadła na betonowe
podłoże boleśnie obijając przy tym kolana i łokcie. Ludzie, którzy ją eskortowali
nie mówili ani słowa. Nie wiedziała kim mogą być.
Na nadgarstkach poczuła chłód metalu, gdy zapięto jej
kajdanki. Potem do uszu dotarł zgrzyt metalu, kajdanki zaczepiono o hak i
gwałtownym szarpnięciem podciągnięto ciało Anny w górę. Teraz niemal zwisała
całym ciężarem ciała na wyciągniętych ramionach, stojąc na palcach. Powoli
zaczęła powracać ostrość widzenia i ludzkie sylwetki przestawały być jedynie
cieniami. Dostrzegała już szczegóły.
Znajdowała się w jakiejś przemysłowej hali pełnej pogiętego
żelastwa. Sceneria nieco przypominała miejsce, w którym kiedyś ukryła Odda, ale
tu budynek był cały. Nawet szyby w oknach się zachowały, brudne, pokryte kurzem
i pyłem wpuszczały jednak niewiele dziennego światła. Pomieszczenie umiarkowanie
rozświetlały dwa rzędy świetlówek.
Zauważyła sylwetkę mężczyzny wspierającego się o metalowy
filar nieopodal. Próbowała się rozglądać, wzrokiem szukając dziecka. Zdała
sobie sprawę, że ani wtedy, kiedy przebywała w zamknięciu, ani kiedy ją tu
prowadzono nie słyszała jego głosu. Uświadomiła sobie też, że do tej pory w
ogóle nie zastanawiała się, dlaczego stała się celem, ani kto ją uwięził. I
prawdę mówiąc, nie interesowało jej to. Chciała tylko wiedzieć, gdzie jest jej
córeczka i zyskać pewność, że nikt jej nie skrzywdzi. Z nią samą mogli zrobić
cokolwiek zechcieli.
Gdzieś w tle trzasnęły drzwi i rozległ się głuchy odgłos
kroków. Osoba zbliżała się z tyłu i Anna nie mogła zobaczyć kto to. Kroki
zbliżały się powoli, bez pośpiechu. Ów ktoś chwycił ją za włosy i unieruchomił
głowę. Kątem oka dostrzegła jedynie profil potwornie okaleczonej twarzy.
– Miło cię znów widzieć, Aniu. – Głos i mowa były
zniekształcone i Anna nie potrafiła ich rozpoznać. Jednak słowo „znów” wyraźnie
sugerowało, że powinna znać swojego oprawcę.
– Kim jesteś? – zapytała, ignorując ból wyschniętej krtani i
gardła.
– Trochę to trwało, ale w końcu cię znalazłam...
przyjaciółko – wysyczała i odwróciła twarz, tak by Anna mogła się jej dokładnie
przyjrzeć.
Kontrast pomiędzy pokrytą bliznami połową a tą zdrową był
szokujący, ale nie mogła nie rozpoznać z kim rozmawia.
– Nadia...
– Jakie to niezwykłe, prawda? Szczególnie jak się widzi
kogoś, kogo chciało się pogrzebać.
– Słucham? – Nie zrozumiała. – Jak to pogrzebać?
Istotnie, Anna była pewna, że Nadii nie udało się przeżyć,
ale przecież nie było w tym zdarzeniu żadnej winy z jej strony. To był jedynie
tragiczny zbieg zdarzeń, z których jednej z nich udało się wyjść cało.
– Powiedzieli mi, że tam nikt nie przeżył.
Nadia warknęła ze złością i odepchnęła od siebie Annę.
– Powiedzieli ci? Zostawiłaś mnie tam, suko.
– Jak tylko dotarłam do naszych przekazałam im wszystkie
informacje, mieli włączyć ten obszar do poszukiwań. Ale powiedzieli, że tam
nikt nie mógł przeżyć. Odesłali mnie...
– Dotarli za późno. A ty...
– Byłaś pod gruzowiskiem. Co mogłam innego zrobić? Sądziłam,
że nie żyjesz – jęknęła Anna. Gdyby wtedy miała choć cień nadziei, nie
pozwoliłaby się odesłać na tyły. Ale sama była wyczerpana i ranna. Błagała by
przeszukano zawalony korytarz i musiała uwierzyć w obietnicę, że służby to
zrobią. Fakt, że Nadia stała tu teraz dowodził, że obietnicy dotrzymano. Nadia została
okaleczona, ale przecież obwinianie o to Anny, było oczywistym absurdem. A
jednak to właśnie się działo.
– A ty... – Nadia zignorowała słowa Anny. – Przeżyłaś, choć
powinnaś tam zostać martwa. Powiedz mi, jak to możliwe, że czyściciele, którzy
nie odpuszczali nawet szczurom, ciebie ominęli, co? Albo lepiej nie mów nic.
Przecież to i tak jasne. Parzyłaś się z nimi już tamtego dnia, dziwko? A
później, ilu naszych posłałaś do piachu, sprzedając informacje?
– Nigdy nie...
Nadia roześmiała się chrapliwie. Nie chciała słuchać co Anna
ma do powiedzenia, nie interesowało jej to. Od dawna miała poukładany w głowie
przebieg zdarzeń. Przerabiała go i powtarzała tygodniami, miesiącami aż w końcu
sama uwierzyła, że jedynie jej wersja jest prawdziwa. Nagięła fakty, które
przemawiałby za usprawiedliwieniem Anny, bądź je wyparła. Luki wypełniła w taki
sposób, by uzasadniały jej własny gniew i chęć zemsty. Wszystko inne postrzegała
jako fałsz i całkowicie ugrzęzła we własnej paranoi. Wcale nie chciała się z
niej wydostać, bo to oznaczałoby utratę celu, jakim było dokonanie zemsty za to
co ją spotkało.
Sięgnęła po coś ze stolika stojącego obok. Anna zauważyła
mebel wcześniej, ale nie przyglądała się leżącym tam przedmiotom.
– Chcesz wiedzieć, jak to jest? Co się czuje, kiedy rozpada
ci się twarz?
Szybkim ruchem przeciągnęła po policzku Anny ostrą krawędzią.
I potem jeszcze raz, na krzyż. Anna krzyknęła krótko, kiedy nierówne brzegi
szklanego odłamka poszarpały skórę i tkankę pod nią.
– I co teraz powiesz? Już nie jesteś śliczna. Ale wiesz?
Teraz bardziej pasujesz do tych potworów.
Krople ciepłej krwi spływały po szyi Anny. Zignorowała
jednak ból, bo nie był ważny. Nadia dotąd nie wspomniała o małej Ani, a to lęk
o jej los sprawiał, że wszystko truchlało w jej matce. Czy mała w ogóle jeszcze
żyje?
– Co zrobiłaś z moją córką?
Nadia przekrzywiła głowę.
– Z córką? O jakiej córce mówisz? – Było jednak oczywiste,
że drwi sobie. Musiała wiedzieć.
– Odeślij ją, proszę. Podrzuć do jakiegoś sierocińca,
proszę. To tylko dziecko.
– Dziecko... – prychnęła Nadia, krzywiąc się z odrazą. – Ale
nie martw się, dla niej też mam plan.
– Nadia, masz mnie. Nie potrzebujesz jej.
– Och, zamknij się – warknęła. – I nie mów mi czego
potrzebuję.
Krążyła wokół ofiary niczym sęp.
– Mam tyle pomysłów, że nie wiem od czego zacząć –
westchnęła cierpiętniczo. – Może oczy? Co myślisz, Vlad? – rzuciła przez ramię.
Przysłuchujący się im z uwagą mężczyzna przysunął sobie
krzesło i rozparł się na nim w niedbałej pozie.
Skrzywił się z niesmakiem.
– Oczy na razie jej zostaw, bo nie będzie miała frajdy z
widowiska.
– Ach, racja, zapomniałabym. – Nadia wyraźnie się ożywiła. –
Hej, ty! – zwróciła do wartownika przy wyjściu. – Idź po niego! I niech
przyniesie robala!
Człowiek wyszedł posłusznie, a Anna zesztywniała. Nie trzeba
było wielkiej przenikliwości, że by domyślić się kogo Nadia nazywa „robalem”.
Gardło zacisnęło się jej ze strachu i nie mogła wydobyć z siebie głosu. Tylko
oddech jej przyspieszył, mimo że próbowała nad nim panować.
Do hali wkroczył Hudyc z zawiniątkiem na rękach. Dziecko
było otulone kocykiem, który tylko w niewielkim stopniu tłumił jego
spazmatyczny płacz. Anna przymknęła powieki a dłonie zacisnęła w pięści. Ten
rozpaczliwy głos wwiercał się jej w uszy sprawiając fizyczny ból znacznie
gorszy niż wrzynające się w skórę kajdanki. Nie czuła już bólu ramion, ale
zachrypnięty od krzyku płacz małej rozdzierał jej umysł i serce. Łzy mimo woli
potoczyły po policzkach. Ich sól, wsiąkając we wciąż krwawiące szramy na prawym,
zapiekła. Nie zwróciła na to uwagi.
– Nadia, błagam – wydusiła, z trudem wydobywając głos z krtani.
– To tylko niemowlę. Nie...
Nadia odwróciła się błyskawicznie, złapała ją za gardło i
zacisnęła na nim palce jak szpony.
– Milcz! Zrobię co będę chciała.
Nagle zmieniła zdanie. Puściła kobietę odsunęła się od niej,
odrzuciła do tyłu głowę i zaśmiała się gardłowo.
– A właściwie… Błagaj sobie – spojrzała na Annę,
przekrzywiając głowę, w sposób, który sprawił, że przypominała szykującą się do
ataku kobrę. Znów podeszła do swojego więźnia i zbliżyła twarz do jej twarzy.
Zdrową połowę oblicza wykrzywił złośliwy uśmiech. – Kto cię wysłucha,
zdradziecka dziwko? No kto? Kto mnie wysłuchał? – odwróciła głowę tak, że teraz
Anna widziała jedynie tę okaleczoną stronę.
– Nie zdradziłam cię... – próbowała nie wiadomo który już
raz uświadomić opętaną żądzą zemsty kobietę. – Nikogo nie zdradziłam, zrozum.
To był przypadek. Zrządzenie losu, na który żadna z nas nie miała wpływu.
– Doprawdy? – syknęła Nadia.
Hudyc położył płaczące niemowlę na stole.
– Mam dosyć tego czegoś. Śmierdzi gównem, a ja nie jestem
niańką – warknął.
Vlad wzruszył tylko ramionami i poszedł przynieść sobie stołek.
– Będziesz robił co każę. – Nadia natychmiast sprowadziła go
na ziemię, ale zaraz złagodziła ton: – Spodoba ci się, obiecuję.
– Nie mogę się doczekać – burknął z ironią, spod
przymrużonych powiek uważnie przyglądał się Annie. Nie odrywając od niej
wzroku, przyciągnął sobie krzesło, ustawił je przy krześle Vlada i już miał na
nim usiąść, gdy powstrzymał go chłodny wzrok tego ostatniego.
– Zabierz karalucha na galerię. Tę najwyższą – poleciła
Nadia.
Vlad uniósł brwi w oczekiwaniu na dalsze wyjaśnienia, a
Nadia zachichotała jak uczennica wymyślająca żarcik.
– Nauczymy to coś latać.
Anna struchlała. Nie, to nie mogło się dziać naprawdę. Nadia
nie mogła mówić poważnie. Po prostu nie mogła. Przecież kiedyś się przyjaźniły.
– Nadia... Proszę nie...
– No już – ponagliła Hudyca. – Ruszaj się. Mamusia czeka na występ
pociechy. A żeby nam się nie nudziło tu na dole... Vlad, może ty się zajmiesz
naszym gościem? Była taka chętna jak dawała tym poczwarom.
Kross skrzywił się z niesmakiem.
– Może byłbym zainteresowany zanim wyobracali ją yenni.
Zużyty ochłap nie jest już dla mnie atrakcyjny – mruknął pogardliwie. – Chyba,
że chłopaki chcieliby skorzystać? Któryś ma ochotę? – spojrzał przez ramię na
dwóch goryli pilnujących wejścia. Jeden z nich wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Vlad skinął mu przyzwalająco głową, wzrokiem wskazując na
skrępowaną ofiarę.
– Jak miło – uśmiechnęła się złośliwie Nadia, kiedy
mężczyzna ruszył w kierunku Anny. – Wszystkie zabawki do twojej dyspozycji –
powiedziała, spoglądając znacząco na stolik, na którym zgromadziła cały arsenał
różnych narzędzi i przedmiotów, poczynając od długich, grubych szpilek a
kończąc na obcęgach i lutownicy. Usiadła na kolanach Vlada i zamruczała
bezwstydnie, gdy on bez skrępowania wsadził rękę w jej dekolt.
Oprych chwycił Annę za podbródek i zlizał krew z jej
policzka.
– Gotowi na pokaz? – rozległo się wołanie z górnej galerii.
Hudyc stał i trzymał opatulone w kocyk dziecko poza barierką, gotowy puścić je
w każdej chwili.
Nadia wstała i wstrzymała go gestem.
– Odsuń się, bo zasłaniasz jej niepowtarzalny widok –
poleciła ochroniarzowi. – Później się zabawisz. - Protekcjonalnie poklepała go po policzku.
Chcąc nie chcąc wykonał rozkaz. Nadia skinęła ręką i Hudyc
puścił swoje brzemię...
Anna przestała słyszeć i widzieć cokolwiek z tego co działo
się dookoła. Przed oczyma miała jedynie różowy tłumoczek, który z przerażającą
szybkością zbliżał się do betonowej posadzki. W uszach świdrował jej własny
krzyk a potworny ból rozdarł serce. Nie widziała jak maleństwo uderzyło w
ziemię. Zanim to się stało wzrok przesłoniła jej czerwona mgła a potem nastały
pustka i cisza.
***
następny fragment
Śpieszę donieść, że następna już jest zaczęta, tak że ten... zanim mnie wbijecie na ten pal... odrobinę cierpliwości proszę :).

Pal mam na podorędziu, i nie zawaham się go użyć:)Przyznam, iż bałam się, że będzie gorzej (jak sobie przypomnę Dankę i szczury... brrr...)i mam tylko nadzieję, że to "gorzej" nie ma dopiero nadejść. Nadejść, to ma Odd i Morr. Czy yenni mają refleks i szybkość na wampirzym poziomie? Jeśli Odd chce czytać swej córci bajki na dobranoc, to dobrzy by było, żeby mieli. I co takiego usłyszał Hudyc? No i miałam rację, co do Mishy - przydał się... o ile znajdą Annę, oczywiście. I oby nie znaleźli jej za późno. Przy takich emocjach melisa nie zdaje egzaminu - ja się lepiej koniaku napiję.
OdpowiedzUsuńMam jeszcze hipotezę, że Hudyc nie zrzucił dziecka. Albo nie był aż takim bydlakiem, albo sprawiła to zasłyszana informacja.
OdpowiedzUsuńCo się tyczy yennich to refleks może i mają, ale wampirzej szybkości na pewno niet. Tak, że no... nie zdążą. Ale wszystko już niebawem się wyjaśni. W sumie jestem już w połowie tej końcowej. Mam nadzieję, że mimo tego co teraz się się wyświetliło, ostateczne zakończenie jednak się spodoba :)
UsuńTo prawie jak dzień dziecka i święto lasu :)
OdpowiedzUsuńZajrzałam dzisiaj bo co jakiś czas kontrolnie zaglądam i aż 3 części. DZIĘKUJĘ!!!
I oczywiście nierpliwie czekam na końcówkę.
Tak, dobijajcie mmnie... Mnie się tu z niczym nie śpieszyło, bo wydawło mi się, że w sumio to nikt tu i tak nie zaglada, więc... Ale naprawdę się cieszę, że jednak ktoś czasem ;). Końcówka jest prawie gotowa, jeszcze odrobinkę cierpliwości proszę :).
UsuńA i obstawiam święto lasu :D.