Ostatnio przeglądałam blogi na chybił trafił. Na jednym z nich znalazłam wpis dotyczący tekstów porzucanych w pół zdania... Autorka wpisu wyraziła swoje mocno niepochlebne zdanie na temat Autorów tak niefrasobliwie podchodzących do tego czego się podjęli rozpoczynając publikację tekstu.
Rozumiem, że różne przypadki losowe wpływają na zmianę planów to trudno nie przyznać jej sporej dozy racji. Jeżeli ktoś nie potrafi zaczętej pracy doprowadzić do końca (i nie chodzi tu o tempo tej pracy) nie powinien jej podejmować. A już na pewno nie powinien zabiegać o publiczność na wstępie, by potem bez cienia szacunku dla czytelnika, tę publiczność olać.
I ponieważ w znacznym stopniu podzielam ową niepochlebną opinię o takich niefrasobliwych poszukiwaczach poklasku dla połechtania własnego ego, dlatego śpieszę zapewnić, że niczego nie zamierzam porzucać. Każdy z rozpoczętych tu na blogu tekstów zostanie ukończony. Potrzebuję jedynie robić to własnym tempem. Chciałabym żebyście, moi drodzy Czytelnicy wiedzieli, że nawet dłuższa chwilami stagnacja tutaj nie oznacza bynajmniej porzucenia bloga przeze mnie. Nigdy nie zamierzałam i nie zamierzam go porzucać, ani zawieszać. Gdyby jednak z jakichś przyczyn stało się to konieczne, z pewnością o tym tutaj poinformuję. Na razie zaś informuję, że "15 godzin..." powoli, bo powoli, ale na pewno zostanie ukończone. Mam także w planie kontynuację "Księżyca i miecza" i kolejne, nazwijmy to tomy, "Dzikich łabędzi", z drugą częścią "Dioris" na czele.
Muszę jednak robić to po kolei i tak chwilowo cisnę "15...", reszta zaś musi czekać na swoją kolej :).
A teraz już zapraszam na właściwy wpis :)
poprzedni fragment
***
Opleciona licznymi kończynami kochanka, wtulona w jego wielkie ciało twarde i miękkie zarazem, czuła błogie rozleniwienie i z niechęcią myślała o powrocie do rzeczywistości. Jego długie, mocne place zdolne z żelazną siłą zacisnąć się na jej ramionach teraz delikatnie i z czułością gładziły skórę.
Pod
zamkniętymi powiekami przywołała obraz słonecznej łąki, spokojnej łagodnej,
cichej. Oderwanej od świata, zawieszonej w izolowanej bańce w czasoprzestrzeni.
Wolnej od wojny, ideologii, cierpień... Czy taki świat gdziekolwiek istniał?
Czy miał jeszcze szanse zaistnieć w przyszłości? Miejsce, w którym ludzie i
yenni nie będą na siebie strzelać, z nienawiścią patrząc w celownik?
Męska
pierś uniosła się, gdy głębiej odetchnął.
–
Śpisz, Naan? Nie masz mi za złe? Skrzywdziłem cię? Powiedz coś.
Poruszyła
się leniwie i zamruczała jak kotka.
–
Nie śpię. Wszystko dobrze. Nic mi nie jest. Nigdy bym nie przypuszczała... –
Boże, te wszystkie głupie słowa, które cisną się na usta w podobnych
sytuacjach.
Ich
sielanka trwała ledwie chwilę i dobiegła końca. Brutalne realia znów przejęły
władzę. Nawet cisza i ciemność panujące dookoła naigrywały się teraz z tych
dwojga. W tu i teraz nie było miejsca na ckliwość, czułość i sentymenty.
Anni
i Oddowi udało się pochwycić jedną piękną chwilę, to wszystko. Na więcej takich
nie mają szans. Rzeczywistość jest pozbawiona sentymentów. I jest zimna, tak
zimna, że Annę przeszył dreszcz.
Spróbowała
się wyplątać z objęć yenniego, ale nie chciał jej puścić, jedynie szczelniej
otulił oboje pledem.
–
Zostań – poprosił mrukliwie. – Prześpij się, obudzę cię przed świtem.
Tym
razem jednak nie ustąpiła. Stanowczo wysunęła się z jego ramion. Usiadła i
sięgnęła po porzucone obok ubranie.
–
Nie, Odd. Muszę wracać. To ty się prześpij. Przyjdę tu jutro... – Zawahała się.
– Przyniosę ci jakąś broń. Obiecuję.
Usiadł
i objął ją. Westchnął ciężko.
–
Nie przynoś. Jestem żołnierzem, dam sobie radę, a ty nie masz przecież dostępu
do broni.
–
Coś wymyślę. – Uparła się. Wcześniej miał rację, domagając się broni. Nawet
jeśli ona, Anna, nie była zagrożeniem to wszystko inne wokół było.
–
Naan...
–
Dziwnie wymawiasz moje imię.
–
Tak jest mi łatwiej. Drażni cię to?
–
Nie, skąd. – Podniosła się i wciągnęła spodnie.
Odd
także się ubrał, choć poprzestał jedynie na spodniach, odrobinę przykrótkich i
butach. Skoro ona nie chciała zostać... Wiele by dał, by spędzić jeszcze chwilę,
jedynie trzymając ją w ramionach. Taka namiastka normalności, jakby na moment
udało się im uciec poza świat, albo zamknąć się w szczelnej bańce, do której
nie dotarłoby nawet echo wojny.
Zacisnął
szczęki aż zgrzytnęły zęby. Do wszystkich diabłów, wojna nadal się toczy a on
naraża tę kobietę swoją tutaj obecnością. Dość tego.
Przykucnęła,
zbierając rzeczy i zużyte opatrunki do plecaka. Śladów krwi yenniego na nich
możnaby użyć jako dowodów, gdyby ktoś przypadkiem odkrył to miejsce i to nawet
gdyby samego Odda już tu nie było. Wstała i dopięła bluzę. Omiotła kantorek spojrzeniem
i mdłym światłem latarki, sprawdzając czy czegoś nie przeoczyła. Zatrzymała
wzrok na mężczyźnie, stojącym obok ze splecionymi na piersi dwoma ramionami i
trzecim wciśniętym w kieszeń. Obserwował ją z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Głośno
przełknęła ślinę. W kieszeni swojej bluzy namacała chłodną blaszkę. Zamknęła ją
w dłoni, wyjęła ją i podała mu.
–
To należy do ciebie.
Rzucił
okiem na nieśmiertelnik, potem zamknął jej place na metalowej płytce i dłoń w
swojej.
–
Zatrzymaj. Wtedy o mnie nie zapomnisz.
–
Przyjdę jutro wcześniej i...
–
Nie przychodź. Nie będzie mnie tu.
–
Przyniosę ci br...
Przyskoczył
jak drapieżnik, chwycił ją za ramiona i zacisnął na nich palce aż syknęła z
bólu.
–
Powiedziałem, nie – warknął. – Dam sobie radę. Więcej nie będziesz się narażać
rozumiesz? Zrozumiałaś? – Potrząsnął nią.
–
Ale... – próbowała oponować, lecz nie dopuścił jej do słowa.
–
Mam mapę, to mi wystarczy. Pod osłoną nocy łatwiej będzie wydostać się z
miasta. Naan, wiele bym dał, żeby jutro móc się z tobą spotkać... Posłuchaj,
każda pieprzona wojna kiedyś się kończy. Ta też się skończy. Nie tylko ludzie
mają dosyć krwi.Sama jesteś pacyfistką, a wśród nas lobbujący za zawieszeniem
broni i rozejmem też są coraz silniejsi. I wszyscy macie rację, wojna to droga
do nikąd. Skończy się, a wtedy cię znajdę, przyrzekam.
Patrzyła
teraz na niego jak na wariata. To prawda, ocaliła mu życie, on kiedyś jej je
darował ale… Znajdzie ją? Zwariował? Po co? Należą przecież do dwóch różnych
światów... Zdała sobie jednak sprawę, że wcale nie chce żeby on znikł z jej
życia już teraz.
–
Potrzebujesz żywności – uparła się. – Jutro wezmę nowe racje. Musisz poczekać
do jutra.
Niech
sobie gada co chce, wróci tu jutro i przyniesie mu tę cholerną broń, nawet
jeśli będzie musiała ją komuś ukraść. Potrząsnęła głową, bo zaczynały się w
niej kłębić sprzeczne myśli i jeszcze chwila a sama zwariuje i zacznie
rozumować irracjonalnie. Co ona robi? Próbuje go zatrzymać? W jakim celu?
Przecież...
Zaciśnięte na ramionach Anny palce yenniego znikły. Odsunął ją
lekko.
–
Nie przychodź. Nie narażaj się. A teraz lepiej już idź.
Absurdalne,
ale poczuła ukłucie rozczarowania.
–
Jeszcze chwilę temu chciałeś żebym została.
Rzucił
jej spojrzenie spode łba.
–
Obojgu nam po prostu...
–
Mam rozumieć, że żałujesz, że zadałeś się ze mną? Bo jestem tylko ludzką
samicą? Odrażającą...
–
Przestań! Dobrze wiesz, że tak nie myślę. Po prostu to nie czas i nie miejsce.
Zacisnęła
ze złością usta. Odwróciła się na pięcie i wyszła z kantorka. Zarzuciła plecak
na jedno ramię i obejrzała się.
– I
tak jutro przyjdę. I przyniosę co obiecałam.
Gniewne
warknięcie wydobyło się z jego gardła, ale nie odezwał się już. Uparta mała.
Nie ma sensu się z nią spierać. Odprowadził ją chmurnym spojrzeniem, a gdy
znikła w mroku skupił się na dopasowaniu bluzy, którą przyniosła. Była
oczywiście trochę przyciasna, ale dawała jakąś osłonę przed chłodem. Lesze to
niż nic...
***
Ulica
o tej porze była pusta. Ona też teraz czuła się pusta i wlokła się w kierunku
baraków noga za nogą.
Kiedy
powiedział, że odejdzie tej nocy powinna była poczuć ulgę a czuła jedynie
rozczarowanie. Czuła się jakby ją wykorzystał, zdradził... Zacisnęła dłonie w
pięści. Bo wykorzystał, ty idiotko. W sumie to dałaś się wykorzystać, więc
możesz mieć żal wyłącznie do siebie.
Wiedziała
jednak, że go nie posłucha. Zdobędzie jakąś broń, coś co nie rzuca się w oczy i
łatwo będzie ukryć w plecaku i zaniesie mu. Gdzieś głęboko w skołatanym umyśle
mimo wszystko miała nadzieję, że on poczeka do jutra, że znów go zobaczy...
Odgłos
sponiewieranego metalowego pojemnika na śmieci sprawił, że wróciła do
rzeczywistości i spojrzała przed siebie. Zbliżała się do swojego budynku.
Ktoś
przed wejściem z nogą, która utknęła w kuble klął głośno. Hudyc...
Anna
sama zaklęła w duchu. Tylko jego jeszcze jej brakowało na zakończenie dnia.
Ktoś inny otworzył okno i równie głośno narzekał na hałas.
Anna
cofnęła się w cień. Nie miała najmniejszej ochoty na jakąkolwiek konfrontację
czy konwersację, szczególnie z Hudycem. Wszystko czego teraz chciała, to znaleźć
się w swoim pokoju, wziąć szybki prysznic i zasnąć kamiennym snem.
Powoli
klarował się także pomysł na to, skąd wziąć obiecaną Oddowi broń...
Odczekała
jeszcze chwilę, dla pewności, że na nikogo nie natknie się na korytarzu.
Przemknęła na palcach przestrzeń dzielącą ją od budynku. Na palcach też
przemknęła do swojego pokoju. Klucz magnetyczny piknął cichuteńko. Odetchnęła,
gdy drzwi za nią zamknęły się bezgłośnie. Zabezpieczyła zamek. Cisnęła plecak w
kąt, zrzuciła ubranie i poszła pod prysznic. Piętnaście minut później już
spała.
***
Ze
snu wytrąciło ją trzaśnięcie drzwiami w głębi korytarza i odgłos ciężkich
kroków stawianych przez kogoś obutego w twarde wojskowe buty. Kroków tak
ciężkich, że w żaden sposób nie tłumiła ich poliestrowa wykładzina.
Niechętnie
przetarła oczy i spojrzała na wyświetlacz budzika: 4.30...
Wcześnie...
Ale nie ma co się wylegiwać. Teraz wydaje się wcześnie, potem dzień okaże się
za krótki. Broń, to teraz najważniejsze.
Oficerowie
zakwaterowani tutaj nosili oczywiście broń przy sobie, ale każdy miał w pokoju
jakieś dodatkowe sztuki. Większość tych dodatkowych nie była ewidencjonowana.
Zdobyczne egzemplarze, albo zubytkowane, które jednak w tajemniczy sposób nie
uległy złomowaniu i nadal cieszyły swoich właścicieli kiedy ważyli wieczorami w
dłoniach ich ciężar. Ot, takie tam pamiątki. Nie było też tajemnicą, że do tych
„pamiątek” nie brakowało ich posiadaczom
amunicji. W niewielkich ilościach, jeden, dwa magazynki lecz Anna nie
potrzebowała przecież więcej. To miało być narzędzie służące jedynie do obrony
w ostateczności.
Ubrała
się i wyszła z pokoju. Drzwi miały cyfrowe zamki, ale dostarczająca je firma
nie wysilała się zanadto. Zwykle jednym kluczem dawało się otworzyć kilkoro z
nich. Przy wojennych zniszczeniach i brakach we wszystkim, producent pewnie
znalazłby zbyt nawet na kawałki dykty zaopatrzone jedynie w zawiasy i
przypierane kamieniem zamiast zamka i klamki.
W
baraku mieszkali głownie wojskowi i personel medyczny. Jednak zanim Anna spróbuje
dostać się do którejś z prywatnych kwater, potrzebowała wpierw wiedzieć, którzy
z mieszkańców już je opuścili i udali się do pracy.
W
tym momencie żałowała, że dotąd nie zadała sobie trudu, by odrobinę lepiej
poznać swoich sąsiadów. Z konsternacją uświadomiła sobie, że po prawdzie to
tylko o jednym wie na pewno, że jest wojskowym i że posiada kolekcję broni
wszelkiej maści i amunicję do niej.
Wyszła
na zewnątrz i obeszła budynek.
Okno
jego pokoju znajdowało się po drugiej stronie. Planowała zajrzeć przez nie i
sprawdzić, czy lokator nadal jest u siebie. Jeśli tak, będzie musiała poczekać,
aż gdzieś sobie pójdzie.
Okna
nie były wysoko, niestety nie dość nisko, by dało się w nie zajrzeć, stojąc na
ziemi. Rozpadało się i czuła nieprzyjemnie chłodne krople kapiące z włosów za
kołnierz. Wzdrygnęła się.
Zadarła
głowę, zastanawiając się jakby się wdrapać i sięgnąć parapetu. Jej wzrok
zatrzymał się na stosie kilku pustych, plastikowych beczek po ropie.
Uśmiechnęła się w duchu, będą idealne.
Ubranie
miała już przesiąknięte od deszczu, ale nie zważała na to. Ani na to, że ręce i
ciuchy nurza w błocie, szarpiąc się z oporną beczką. Musiały leżeć tu od dawna.
Trawy i pędy powojów oplotły je i trzymały w kupie niczym sieć. Na szczęście
była jesień, łodygi roślin były już przesuszone i słabe. To ułatwiło sprawę i
wreszcie udało się oddzielić jedną z beczek. Poruszona przy tym piramida
obsunęła się z głuchym dudnieniem pustych pojemników.
Anna
na chwilę zastygła w bezruchu ze spojrzeniem utkwionym w oknach, czy któreś nie
otworzy się, albo czy nie pojawi się w którymś twarz kogoś kogo zaalarmował
hałas. Chyba jednak szum deszczu skutecznie zagłuszył odgłosy i najwyraźniej
nikogo nie zaniepokoił.
Odetchnęła
z ulgą i powoli przetoczyła beczkę pod ścianę. Ustawiła ją do góry dnem i
wdrapała się na nią.
W
pomieszczeniu nie świeciło się światło. Służby zaczynały się wcześnie, patrole
w teren wyjeżdżały przed świtem. Istniało spore prawdopodobieństwo, że lokatora
nie było już w pokoju. Ostrożnie wysunęła głowę nad parapet. Mdłe światło
wpadające przez szybę do środka pochodziło z ulicznej latarni stojącej za
parkanem oddzielającym kompleks mieszkalny od jezdni. Miał zapewnić izolację od
hałasu, ale zapewniał gównie osłonę dla piętrzących się na kilkumetrowej
przestrzeni stert śmieci.
Anna
przetarła palcami kawałeczek szyby w rogu i przykleiła do niej twarz, starając
się przeniknąć wzrokiem mrok. Latarnia złośliwe to przygasała, to rozbłyskała
jaskrawo, co bardzo utrudniało obserwację. Ludzka źrenica potrzebowała za
każdym razem kilku chwil, by przystosować się do niewielkiej ilości światła a
kiedy zaczynały się już wyłaniać z mroku kontury sprzętów nagle ślepła porażona
ilością luxów.
Dopiero
po długiej chwili kobieta zyskała pewność, że pokój jest pusty. Już miała
zeskoczyć z beczki i iść wypróbować swój klucz, licząc na szczęście, gdy skrzydło
okna, o które opierała czoło uchyliło się lekko.
Tym
razem szczęście samo ją znalazło. Anna pchnęła mocniej skrzydło a ono bez
problemów otwarło się zachęcająco. Nie zastanawiając się wiele wsparła dłonie
na mokrym parapecie, podskoczyła, podciągnęła się a chwilę później spuściła
nogi po drugiej stronie i stanęła wewnątrz.
***
Yenni
z dezaprobatą potrząsnął głową, gdy Anna na dobre zniknęła mu z oczu. Uparta
dziewczyna... Nawet przez chwilę nie wątpił, że go nie posłucha. Tymczasem
każda jej kolejna wycieczka tutaj zwiększała ryzyko. Idąc do niego ona za
każdym razem wynosiła potajemnie środki medyczne i żywność, dzisiaj także
odzież, a jutro miała zamiar przynieść... Nie, nie, dosyć tego.
Kilkanaście
sekund zajęło wydarcie dodatkowych otworów pod pachami w dostarczonej bluzie
tak, by mógł ją swobodnie ubrać.
Było
już ciemno i musiał używać latarki, sprawdzając czym dysponuje w dotychczasowej
kryjówce. Niewiele tego było i w sumie nic, co mogłoby mu się przydać w
przedostaniu się za linię wroga. Może jedynie niewielki nożyk kuchenny. Trochę
tępy i naprawdę niepozorny, mieścił się w dłoni. Ale to zawsze coś. Wsunął więc
owo „coś” w kieszeń bluzy, w drugą wcisnął dwie paczuszki z pożywieniem z
pakietu. W jednym był chyba chleb a w drugim to okropne ciasto. Na pewno jednak
zawierały konkretną liczbę kalorii, bez względu na paskudny smak, czy raczej
kompletny brak smaku.
Ostatni
raz omiótł spojrzeniem maleńkie pomieszczenie, które było dotąd jego schronieniem,
zacisnął dłonie w pięści. Niczego więcej stąd nie zabierze. Koce, śpiwór,
trochę śmieci, każdy mógł zostawić tu taki bałagan. To żadne dowody. Ona
zostanie bezpieczna, nawet jeśli jutro przytarga tu jakąś broń, nie będzie
miała komu jej wręczyć. Będzie bezpieczna, a kiedyś...
Kiedyś
ta cholerna wojna musi się skończyć, wtedy ją znajdzie. Tak jak obiecał.
Wyłączył
latareczkę i rzucił ją w kąt, na posłanie. Nie będzie mu już potrzebna.
Przykucnął za załomem muru i trwał tak w bezruchu przez długą chwilę,
pozwalając źrenicom przyzwyczaić się do mroku. Gdy przestał już mieć problem z
rozróżnieniem konturów w promieniu kilkunastu metrów, zanurkował w noc.
***
Pogoda
tego dnia była pod psem. Ale może to i dobrze. Mniej się kręciło przechodniów i
łatwiej było skryć się w cieniu fasad. Miasto mimo strug deszczu, uparcie
spływających z grubej warstwy chmur, żyło. Ponura dzielnica cuchnących pubów i
podejrzanych spelunek, pełna ślepych zaułków, w których grupki ciemnych typków
załatwiały swoje interesy.
Wojna
dawała spore pole do popisu wszelkiego rodzaju szumowinom. Mieli niemal wolną
rękę. Nikt się nimi zbytnio nie interesował o ile nie deptali po odciskach
wysoko postawionym oficerom i politykom.
Obszerny
kaptur nieprzemakalnej kurtki naciągnęła głęboko na twarz. Nie dlatego, że
wstydziła się swojego wyglądu lecz dlatego, że był on charakterystyczny i łatwo
wrzynał się w ludzką pamięć. A ona wolała, by jak najmniej osób się nią
interesowało.
Jakiś
człowiek, przechodząc trącił ją mocno ramieniem. Tak mocno, że zachwiała się i
zatoczyła w kierunku ciemnej bramy. Mężczyzna wykorzystał to natychmiast i nim
w pełni odzyskała równowagę zdążył zepchnąć ją z chodnika wprost w ciemny, śmierdzący
moczem i szczurzymi odchodami, zaułek. Chwycił nadgarstki, wykręcił do tyłu
ręce, chwycił je jedną dłonią i przycisnął ofiarę do ściany ciężarem własnego
ciała.
Nie
krzyczała, tutaj nie miało to najmniejszego sensu i tak nikt by nie zareagował,
co najwyżej naraziłaby się na złośliwe drwiny oprawcy. Szarpnęła się wściekła,
ale w fizycznych zapasach nie miała szans, zbyt drobna i zbyt słaba.
Tymczasem
napastnik wolną dłonią wprawnie obmacywał kieszenie w jej odzieży.
–
Gdzie masz forsę, suko? – syknął do ucha. – Oddaj grzecznie, to nie skręcę ci
karku.
Odwróciła
głowę tak, że okaleczoną cześć twarzy osłaniał wciąż kaptur, podczas gdy zdrowa
ocierała się boleśnie o chropawy tynk. Nie zwracając uwagi, że z pewnością
porani sobie policzek, poruszyła głową i przesunęła ją tak, by zsunąć kaptur.
– Jesteś
pewien, że nie chcesz nic więcej, misiu? – Głos miała matowy, nienaturalny,
jakby ktoś skrobał nożem po szkle.
Mężczyzna
zamarł i skierował spojrzenie na odsłoniętą zdeformowaną twarz Nadii.
–
O, kurwa! – Puścił ją i odskoczył z odrazą.
Uśmiechnęła
się złośliwie, ukazując zniszczone, poczerniałe zęby. Doskonale wiedziała, że
wygląda jak żywy trup. Przekręciła głowę w sposób który przywodził na myśl
kogoś opętanego przez demona. Przykuła spojrzeniem jedynej źrenicy spojrzenie
mężczyzny, paraliżując go niczym wąż mysz. Cofał się oniemiały, nie
dostrzegając niczego poza hipnotyzującym go wzrokiem. Nie usłyszał, a może po
prostu jego zdezorientowana świadomość zignorowała metaliczne kliknięcie
wysuwającego się ostrza sprężynowego noża. Lewe ramię kobiety wystrzeliło
błyskawicznie, trafiając bezbłędnie pod żebra, a wąskie długie ostrze miękko zagłębiło
się w ciało i przebiło aortę. Precyzyjnie, idealnie, bezbłędnie.
Miesiącami
ćwiczyła to pchnięcie. Na manekinie... Ale to uczucie, gdy zimne twarde ostrze
wchodzi w miękkie, bezbronne ciało... Ekstaza, której z niczym nie da się
porównać.
Mężczyzna
z wybałuszonymi oczyma, w ciągu kilkunastu sekund pobladł jak kreda, usta
poruszały się ale z gardła wydobył się jedynie cichy syk, jakby powietrze
uchodziło z przebitej dętki. Jak worek osunął się na ziemię w przedśmiertnych
drgawkach. Wybałuszone oczy nadal utkwione były w lodowatym spojrzeniu jedynej
źrenicy Nadii.
–
No i czego się gapisz, śmieciu? – Słowa wydobywające się spomiędzy
zniekształconych warg bardziej przypominały syk niż ludzką mowę. Wątpliwe, by
człowiek ją w ogóle słyszał. Po przebiciu aorty, śmierć następowała
błyskawicznie. Prawdopodobnie był już martwy, gdy upadał. Mimo to wściekła
Nadia uniosła nogę i kilkoma silnymi uderzeniami obcasa wojskowego buta metodycznie
zmasakrowała mu twarz.
Kiedy
skończyła odetchnęła ciężko, otarła o jego ubranie najpierw nóż, potem obuwie.
Schowała ostrze, poprawiła kaptur, naciągając go ponownie tak, żeby jego cień
zasłonił twarz i chwilę później, jakby nic się nie stało, znów podążała ulicą,
kryjąc się w pełgających po niej cieniach.
W
zaułku, szczury zwietrzyły świeży posiłek...
***
Z zewnątrz, przez brudne szyby wpadało zbyt mało światła. Anna nerwowo odgarnęła z twarzy mokre włosy i usiłowała wyciągnąć z kieszeni ołówkową latareczkę. Mokry materiał kleił się do rąk i utrudniał ruchy, wreszcie udało się jej i wąziutki promień bladego światła po kolei zaczął wydobywać z mroku poszczególne kształty: polowe łóżko po prawej, składany stolik wciśnięty w kącik pod oknem wraz ze wsuniętym pod niego krzesłem, po lewej. Na wprost łóżka regał na osobiste rzeczy, przy drzwiach wieszak na wierzchnie okrycia.
***
W tym tygodniu opublikuję jeszcze drugą część "Nie-boskiego stworzenia". Ciąg dalszy perypetii bohaterów "15 godzin..." niebawem :).

Ciesze sie ze sie doczekalm kontynuacji 15 godzin i ze kontynuacja bedzie, (pare literowek ci sie w pierwszym i drugim akapicie przytrafilo), jesli nie liczyc Doris to jedno z opowiadan po ktore wracam do ciebie, moze by i bylo wiecej ale jak samam zauwazylas kolejne czesci pojawiaja sie wolno albo sa porzucane na jakis czas, mi sie powoli nudzi czytac opowiadania w kawalkach bo czasami to czytsta strata czasu zeby byc w temacie bardzo czesto musze sobie poprzednie czesci przeczytac.
OdpowiedzUsuńDoskonale Cię rozumiem i tym bardziej cieszy mnie, że nadal tu jesteś i czytasz :)Dziękuję :)
Usuń