Kolejny tekścik-ćwiczenie z serii Skojarzenia. Tym razem "kojarzyliśmy" do tego gifa:
Naczynie
Ciężki jest żywot dżina. Nie wierzycie, ale ja wiem,
co mówię...
Znów nabito mnie w butelkę... Który
to już raz? Nie wiem, od dawna nie liczę. Za to za każdym razem obiecuję sobie,
że to po raz ostatni dałem się podstępnie podejść... I za każdym razem znajduje
się jakiś wredny typek, któremu udaje się mnie przechytrzyć.
Oto wdzięczność jaką otrzymuję
za spełnienie trzech życzeń. Okrutny świat, a ludzie na nim jeszcze gorsi.
Nikomu nie przejdzie przez myśl pochylić się nad moim ciężkim losem. Z powodu
ogólnie panującej znieczulicy nieustannie cierpię, tkwiąc w słojach, butelkach
i innych skorupach.
Naprawdę nie ma w tym nic
zabawnego, nawet jeśli są one (słoje i butelki) przezroczyste i tkwiąc w nich
teoretycznie można podziwiać otoczenie. Niestety, nie gustuję w podziwianiu
czegokolwiek z twarzą rozpłaszczoną na ściance naczynia i bez możliwości zmiany
pozycji. Żeby jeszcze stawiano te cholerne flachy w miejscach z ładnym widokiem
na okolicę, ale gdzie tam. Standardem jest zakopanie w jakieś czarnej dupie,
gdzie jedynym towarzystwem, na które można liczyć, to przepełzające raz na
dekadę ślepe i głuche dżdżownice.
Zakopanie stosowane jest wymiennie
z ciśnięciem na dno morza. Tu, od czasu do czasu, zaglądają mureny lub jakiś
krab zabłądzi w poszukiwaniu pustej muszli nadającej się do zamieszkania.
Gorzej jeśli zamiast morza trafi się bagno, tam to żywcem nic nie zagląda.
Chyba, że mój kat okaże się łajzą, która wrzucając naczynie poślizgnie się i
wpadnie w trzęsawisko razem z butelką. Raz mi się tak przydarzyło i wtedy musiałem
znosić towarzystwo jego głupkowato wykrzywionej gęby. To była zdecydowanie
najgorsza opcja. Stanowczo wolę jednak dżdżownice i mureny. Nie robią głupich
min.
Ale do rzeczy... Kanalia,
której tym razem udało się wcisnąć mnie w butelkę, czy raczej we flakonik,
postanowiła być oryginalna i ani nie zakopała, ani nie cisnęła mną w żadne
odmęty. Po zalaniu korka lakiem ów wredny człowiek ukrył naczynie w jakimś lochu.
Nie wiem gdzie, ów loch się znajduje, bo buteleczkę, ze mną w środku, przyniósł
tu w kieszeni. Przyniósł, postawił i polazł sobie.
I tak to czwarte stulecie już mija
a ja czekam, aż jakaś sierota mnie znajdzie. Niestety, póki co, nawet żaden szczur, ani nietoperz tu
nie zabłądził. Jakby się napatoczyło jakieś zwierzę, może by w ciemnościach strąciło
tę cholerną flaszkę z półki. Może by się wtedy rozbiła, może... Może, może... Rzygać
mi się już chce od tego „może”. Gdyby chociaż półeczka była drewniana, może w
końcu by zbutwiała i spróchniała, może rozsypałaby się i może wtedy moje
więzienie spadłoby na posadzkę, roztrzaskując się w drobny mak...
Znów to
cholerne „może”... Nie mam jednak wyboru, mogę jedynie czekać i żywić nadzieję...
A tak, żywię ją, choć nie od
razu stała się nadzieją. Początkowo raczej uważałem rzecz za wyjątkowo kiepski
żart, lecz cztery wieki to sporo czasu żeby sobie przemyśleć zarówno wady, jak
i zalety takiego rozwiązania.
Otóż, kiedy ten... oprawca zalał lakiem korek,
wykazał się poczuciem wisielczego humoru. Nim ulokował rzeczony flakonik z
wiadomą zawartością, czyli ze mną, na nieszczęsnej półce, na której to właśnie
tkwię, opatrzył go etykietką – „wypij mnie”.
W pierwszym odruchu byłem
oburzony i całkiem poważnie zdenerwowany. No, bo jeśli ktoś przeczyta i serio potraktuje
ten durny napis?
Jednak lata mijały, nic się
nie działo i któregoś dnia zalęgła się nieśmiała myśl, że to może wcale nie
jest taki głupi pomysł. Skoro i tak, z racji swojej istoty, byłem skazany głównie
na tkwienie we wszelkiego rodzaju naczyniach, to czyż ludzkie ciało nie będzie
lepsze niż słój czy butelka? Zyskałbym fizyczność i możliwość działania,
uniezależniłbym się wreszcie. Nikt by mnie stamtąd nie wydobył, bo nikomu nie
przyszłoby przecież do głowy szukać mnie takim miejscu. Z czasem myśl zyskała
moją pełną aprobatę i stała się nadzieją, którą żyję do tej chwili.
Nie powiem, perspektywa stała
się wręcz kusząca i nie mogę się doczekać, kiedy ktoś znów wyciągnie korek z
butelki. Nie będę tym razem wyrywał się jak wariat na zewnątrz, o nie. Poczekam...
Czekam już czterysta trzydziesty drugi rok, ale co tam, poczekam jeszcze
trochę. A jak sobie pomyślę, jak to będę używał, wetując kilkuwiekowe uwięzienie
w ciasnocie... Ach... Te marzenia...
Cicho... Coś chyba słyszę...
Jakieś chrobotanie, stukanie... Kroki? Tak! Kroki! Ktoś się zbliża! No, w końcu
się doczekałem! Zatarłbym ręce z zadowoleniem, ale nie mogę się ruszyć, więc
tylko drżę z niecierpliwości i ze strachu, że ofiara losu nie zauważy flakonika...
Znowu jakieś stukanie i
szelesty... Szybciej, do cholery! Zmurszałe drzwi, krzywo zwisające na
przerdzewiałych zawiasach, uchylają się z potwornym zgrzytem... Wąska smuga
światła omiata niewielkie pomieszczenie... I wreszcie zatrzymuje się na mojej
półeczce... Nie po oczach, do licha! Nic nie widzę!
Słyszę odgłos ostrożnych
kroków. Zbliżają się... Ależ jestem spięty... Jeszcze chwileczkę, jeszcze
odrobina cierpliwości. Całą siłą woli nakazuję sobie spokój. Widzę zbliżającą
się dłoń. Jej palce zaciskają się na ściankach naczynia i czuję zmianę
położenia...
Ej! Co robisz?! Przestań tym
trząść, ty kretynie! Wstrząsu mózgu przez ciebie dostanę! No, wreszcie... Korek
wyciągnij, palancie, a nie telep jakby cię epilepsja dopadła!
Skrobanie po szkle... Zdziera
lak. W końcu się domyślił, baran jeden. Z lakiem nie powinien mieć problemów,
po tylu latach z pewnością jest zwietrzały i kruszy się w palcach. Ciche „blup”
sprawia, że czuję mrowienie w całym moim jestestwie... Na co jeszcze czekasz?
Czytać nie umiesz, głąbie?! No zrób to! Wypij mnie!
Butelka unosi się w górę...
Przytyka ją do ust... I teraz wreszcie mogę zrealizować swoje zamiary...
Wypełniam ciepłą, wilgotną jamę ustną, uważając na zęby. Nie mam ochoty, by
mnie przeżuto przy okazji. Powoli przeciskam się przez przełyk i rozlewam się
po moich nowych włościach, rozkoszując się przestrzenią. Wypełniam korpus,
głowę... Kończyny, aż po koniuszki palców...
Wyczuwam ludzką świadomość. Dziwi
się, nie rozumie. Zaraz ją uśpię. Nikt mi się nie będzie panoszył w mieszkanku...
Próbuję poruszyć palcami rąk i
nóg. Udaje mi się. Świetnie! Otwieram oczy... Widzę niszę z półką, na której
spędziłem tyle nudnych lat. Spoglądam w dół na dłonie. Teraz to moje dłonie.
W
jednej coś trzymam... pojęcia nie mam, co to jest... Odwracam i snop światła
uderza w źrenice. Szlag by to, chyba jakiś rodzaj pochodni, ale dziwny, bo choć
się pali, to nie daje ciepła, a jedynie światło.
Mniejsza o to, później będę
się nad tym zastanawiał. Może jednak trzeba będzie nawiązać współpracę z tutejszą
świadomością. Zobaczymy... Tymczasem patrzę dalej...
W drugiej ręce wciąż ściskam
butelkę. Moje więzienie. A do diabła z nią! Ciskam nią o ścianę i z satysfakcją
obserwuję, jak okruchy szkła rozpryskują się na wszystkie strony.
Ręka wędruje w kierunku nowego
„naczynia”, w którym się znalazłem. Dotykam klatki piersiowej i... Ogarnia mnie
lekka konsternacja. Szybko sprawdzam niżej... O kurwa!
Jestem kobietą...!
Jak myślicie? Może jednak to bardziej by mu się spodobało?
Liczę, że udało się wywołać uśmiech na koniec pracowitego tygodnia i jeśli tak, z tym uśmiechem pozostawiam Was do następnego razu ;)


No, to musiał być niezły szok. I jak ten biedny duch to przeżyje?
OdpowiedzUsuńKupi sobie lakier do paznokci, tampony i jakoś da radę ;)
UsuńJednak trzeba być ZUĄ osobą, by taki los dżinowi zgotować ;)
UsuńKajjka, przewrotna z Ciebie kobieta! Nie wiem, czy nasz bohater powinien się cieszyć, czy raczej wiać. Ciężko byłoby mi coś mu doradzić w tej kwestii :D Czasami jest bajkowo, a czasami lepiej jakby już został w tej butelce na następne setki lat!
OdpowiedzUsuńNo pewnie że wywołałaś uśmiech! Jestem fanką Twojego poczucia humoru, zwłaszcza po nieboskiej anielicy :)
To nie ja, to podły los ;) Pożyje w babskim ciele, kto wie może zmieni zdanie i zacznie cenić sobie siedzenie w butelkach ;)
UsuńNo to żeś nabiła dżina gorzej niż w butelkę :p Aż mi biedaka żal, szczególnie, jeśli miał silne poczucie swojej męskości to taka zmiana...Przerąbane.
OdpowiedzUsuńkaro
Nie wiem dlaczego, ale buteleczka z napisem "Wypij mnie" skojarzyła mi się od razu z "Alicją w Krainie Czarów" :) jakaś inspiracja?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Alexza
Super (;
OdpowiedzUsuńPrzecież to było do przewidzenia, że to kobieta ;) Żaden facet nie postąpiłby zgodnie z zapisem dyndającym na jakimś cholera wie jak starym flakonie :D No może gdyby to była stara półlitrówka lub 0,7 ale na pewno nie flakon :p
OdpowiedzUsuńPzdr!
SirE, ja nie wiem co było napisane na drugiej stronie tego papiera może: Ballantaines? ;)
UsuńZawsze pozostaje zmiana płci ;)
OdpowiedzUsuńTeraz wystarczy zapuścić brodę :D
UsuńUpał źle na mnie działa, najchętniej wyjechałabym do jakiś mroźnych krain.
OdpowiedzUsuńNie pamiętam co komentowałam, a mój net ma dziś straszne zagrania, więc wszystko co mi się nasunęło i zostało w pamięci napiszę tutaj. Nie obrazisz się?
Po pierwsze. Zauważyłam, że większość Twoich tekstów bazuje na miłości i seksie. Nie żebym miała coś przeciwko, to tylko taka dygresja.
Po drugie. Krótkie formy. Z zakończenia "Pieska" śmiałam się pięć minut. "Rzymska" przypomniała mi film, dawno temu oglądałam takie coś o druidach, nie powiem, podobało mi się. A walczące drzewa rzeczywiście mogą przypominać te z Tolkiena.
Zostało mi kilka rozdziałów "Jesiennego", ale i do tego dojdę.
Po trzecie. Twoja igła. Robisz cudowne rzeczy, ja nigdy nie miałam czasu na to. Jak mi się uda to wyszywam, ale w tej chwili rzadko. Może też powinnam wrzucić swoje dzieła na bloga?
Tak, to prawda, większość moich tekstów obraca się wokół spraw damsko-męskich i sercowych dylematów bohaterów. Co za tym idzie, o łóżko też zahaczam ;) Dlatego zresztą uważam, że teksty moje są skierowane do żeńskich czytelników, nie do męskich. Panowie, jeśli czytają, to na własne ryzyko ;)
OdpowiedzUsuńTolkien jest jednym z moich ulubionych pisarzy, wiec echa jego opowieści na pewno gdzieś między moimi wierszami pobrzemiewają.
Mało ostatnio pracuję z igłą. Teraz, na urlopie, coś tam dłubię i pewnie niebawem pokażę wyniki tych letnich dłubanek ;). Jeśli zdecydujesz się pokazać swoje prace u siebie, z przyjemnością poznam efekty Twoich zabaw z igłą :)
Upały nie tylko na Ciebie źle działają. Przy takich temperaturach, nie wychodzę z domu :(. Opalanie, to już nie dla mnie :)
Ja nie mam wyboru, do pracy muszę iść. Tym bardziej, że zazwyczaj chodzę na drugą zmianę. A słońca unikam od dzieciństwa, mam uczulenie. Prędzej mnie poparzy, niż opali. Na szczęście dzieciaki ( co za eufemizm - za trzy miesiące mają osiemnaście lat) odziedziczyły skórę po mężu, nic im nie szkodzi.
Usuń