Mój pies winien
budzić wśród przechodniów najlepiej nabożny lęk, a przynajmniej szacunek.
Zatem, pod uwagę brane były dogi, owczarki kaukaskie tudzież inne mastify. Im
bydlęta większe, tym większą aprobatą byłam skłonna darzyć ewentualność posiadania
któregoś. Choć w ostateczności zaakceptowałabym pospolitego wilczura, a nawet
boksera.
Stało się tak, iż
realizacja owego marzenia, dotyczącego posiadania potwora, o mrożącym krew w
żyłach wyglądzie, była możliwa dopiero po wyfrunięciu z rodzinnego gniazda.
Wyfrunęłam zatem i zamieszkałam u babci.
O ile tato, w
mieszkaniu na dziewiątym piętrze wieżowca, pozostawał niewzruszony w kwestii
psa przez jakiekolwiek „p”, o tyle babcia, na drugim piętrze starej kamieniczki,
dała się „urobić” dość szybko. Przystąpiłam, więc do wertowania odpowiednich
ogłoszeń w prasie i pewnego pięknego, zimowego dnia przytargałam do domu psa
przez... małe „j” – jamnika. Jamniczkę właściwie, bo suka. Tak, tak, możecie
się śmiać do rozpuku, ale ja tam swoje wiem. Może i mikrus, i kurdupel, ale za
to z charakterkiem.
Tymczasem, żeby
dodać choć odrobinę powagi swojemu nabytkowi, imię jamniczka otrzymała: Jona,
przez duże „J”. Niech chociaż coś ma wielkie, skoro widoków na wzbudzające
respekt gabaryty nie ma.
Wspomniany charakterek
bestia pokazała już pierwszej spędzonej w moim domu nocy, wyjąc potępieńczo
przy moim łóżku póki mnie szlag nie trafił i nie wzięłam gadziny pod kołdrę. Miejsca
w nogach nie uznała za odpowiednie dla siebie i natychmiast znalazła sobie
lepsze, w jej mniemaniu. Na mojej szyi, przewieszając się jak szalik, po czym
grzejąc mnie swoim szczenięcym brzuszkiem wreszcie zakończyła koncert, dzięki
czemu i mnie tamtej nocy udało się złapać trochę snu.
Jona szybko
nauczyła się, że dziadzio ma miększe serce niż pani i miłosiernie dokarmi, na
przykład: jajecznicą. Wystarczy ładnie poprosić, to znaczy zająć odpowiednią
pozycję podczas śniadania, lub innego posiłku i wlepić wygłodniały wzrok w
widelec. Gdyby zaś dziadzio zapomniał o swoich „obowiązkach”, należy dyskretnie
zaakcentować swoją obecność szczeknięciem. Z umiejętnością przybierania miny
„konającego z głodu”, Jona przyszła chyba na świat.
Łakomstwo,
łakomstwem, a porządek musi być. Przez „P”, czy przez „j”, pies powinien swoje
miejsce znać, zatem należy poddać go tresurze. Edukację zaczęłam od nauki
chodzenia na smyczy. Oczywiście dopiero, kiedy po długich poszukiwaniach udało
mi się nabyć obrożę, której nie musiałabym zapinać mojej Jonie na brzuszku i
smyczy, która swoim ciężarem nie groziła oberwaniem jej łebka.
Dziwne to były
spacery, albowiem psu, czy też raczej imitacji psa, będącej w moim posiadaniu,
nie bardzo lekcje przypadły do gustu. Dezaprobatę swą zwierzak wyrażał tym, że
zamiast wyrywać po wariacku do przodu, co czyni większość psów, Jona wlokła się
za mną i w rezultacie nie była wyprowadzana na spacer, a raczej nań ciągnięta.
Któregoś letniego
popołudnia wracałam ze starego parku, tradycyjnie już ciągnąc za sobą
sfrustrowaną uwiązem Jonę. Przechodziłam właśnie przez mostek przerzucony nad
niewielką rzeczką, właściwie kanałem doprowadzającym wodę do starego młyna, czy
jakiejś innej muzealnej maszynerii, pojęcia nie mam. Przyszło mi minąć się na
owym mostku ze starszym panem z kilkuletnią wnusią, podążającymi w przeciwnym kierunku. Dziewuszka dreptała u
boku dziadunia, z jedną rączką w jego dłoni, w drugiej ściskając sznureczek, na
końcu którego znajdowała się zabawka. Piesek na kółkach. Mijaliśmy się, a dziecko
ze skupioną minką obserwowało opornie truchtającego za mną szczeniaka uwiązanego
na smyczy. Kiedy znaleźli się za moimi plecami dobiegło mnie pytanie:
- Dziadziu, a
gdzie tamten piesek ma kółka?


Witam serdecznie. Niewątpliwie masz talent literacki . Opowiadanie lekki i przyjemne , Czyta się z zainteresowaniem . Lubię takie opowiadania z nutką humoru. A , że posiadanie psa jest moim niespełnionym od dziecka marzeniem tym bardziej fajnie mi się to czytało. Niestety psa to chyba kupię dopiero moim wnukom , o ile takowych doczekam . Pozdrawiam i życzę miłego dnia Ania
OdpowiedzUsuńDziękuję :), ja też już psa nie mam. Teraz w domu hula królik, Lizak, wyprowadzać go nie trzeba a też pocieszny, a jaki pieszczoch :)
OdpowiedzUsuń