Witajcie w piękny czerwcowy dzionek :)
Lato za oknem, mój pies nie chce siedzieć w domu i domaga się długich spacerów. Trudno mu odmówić jak siądzie obok i wymownie się gapi. A jeśli samo gapienie się nie przynosi efektu wstaje i łapą albo zębami usiłuje ściągnąć moją rękę z klawiatury. Wczoraj w akcie cichego protestu zeżarł kwiatka. Właściwie to nie zeżarł tylko przerobił go na sieczkę. Bromelia to była. Oczywiście bardzo był po tym niecnym czynie skruszony i żaden przemądrzały behawiorysta nie wmówi mi, że pies jak narozrabia to nie zdaje sobie sobie sprawy, że narozrabiał. Zdaje sobie jak jasna cholera, aczkolwiek w chwili, gdy broi pokusa jest po prostu silniejsza od niego. Na jego szczęście nie umiem się na niego gniewać. Jego mina w chwili kiedy dostaje ochrzan zawsze mnie rozkłada i z trudem powstrzymuję się wtedy od śmiechu. Wczoraj również. Jak go zawołałam na "miejsce zbrodni" to szedł z podwiniętym ogonei i na paluszkach. Dosłownie, bo nawet pazurki nie stukały w panele, jak zawsze kiedy biega po domu.
Na blogu w okresie wakacyjnym planuję zrobić trochę porządków, pewnie jakieś przemeblowanie, nowy look pewnie też. Ot tak, żeby troszkę powiało świeżością. W poprzednim poście podawałam link do mojego konta na wattpadzie, w ramach porządków pewnie umieszczę go gdzieś w takim miejscu żeby nie trzeba było za nim przekopywać wpisów. Poza tym wycofałam się już praktycznie ze wszystkich stron, portali, serwisów itp., na których cokolwiek publikowałam. Nie da się po prostu ogarnąć takiej ilości miejsc, dlatego zostaję zostaję tylko w dwóch, tutaj i na wattpadzie. I tylko w tych miejscach będę publikowała moje teksty. Zostaje jeszcze strona na fejsbuku, tam jednak będą się pojawiać jedynie informacje, aktualności, ciekawostki.
Tyle informacji na dziś, a teraz zapraszam na właściwy wpis :).
poprzedni fragment
Zmian
jakie nastąpiły w ciągu kilku zaledwie tygodni nie spodziewał się nikt. A może
się spodziewał, lecz chyba nikt nie oczekiwał, że nastąpią tak nieoczekiwanie i
tak szybko.
Świat
stanął w miejscu i zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni. Decyzje powzięte na
samym szczycie władzy wprawiły w szok równie wielki, co wywołały radosną
euforię.
Negocjacje
w sprawie rozejmu prowadzono bezskutecznie od wielu miesięcy i nic nie
zwiastowało porozumienia. Aż niespodziewanie wszystko rozegrało się w ciągu
kilkunastu godzin… Zapadły decyzje, których dotąd nie potrafiono wypracować.
Bulgoczące w tyglu nastoje obydwu nacji osiągnęły punkt, z którego nie można
było już ani się cofnąć ani karmić dalej wojennej propagandy. Dalsze
przeciąganie groziło kompletnym chaosem, bowiem organizacje lobbujące za
porozumieniem zyskały już tak wielkie poparcie społeczne po obydwu stronach, że
nie było odwrotu. Wystarczyłaby iskra a wojna pomiędzy ludźmi i yennimi
przerodziłaby się w totalną wojnę wszystkich ze wszystkimi paradoksalnie niosąc
nie pokój a zagładę. Granice wytrzymałości społecznej osiągnęły punkt krytyczny
a iskrą mogło stać się cokolwiek.
I
yenni i ludzie na najwyższych stanowiskach musieli się ugiąć.
Nie
takie to jednak proste dokumentem, rezolucją, demonstracją „dobrej woli” na
pokaz uciszyć niepokój, niecierpliwość i adrenalinę, którymi obie społeczności
nabrzmiały niczym ropnie. Rozejm był zastrzykiem politycznego antybiotyku, ale
potrzeba było czasu by lek zaczął działać. Teraz, po obu stronach wciąż jednak
dochodziło do łamania postanowień, przez co nieustannie wracano do punktu
wyjściowego a właściwe zawieszenie broni wciąż było jedynie fikcją zapisaną na
nośniku.
Nikomu
nie było łatwo, zarówno ludzie jak i yenni pragnęli zachować twarz a żadna ze
stron nie chciała jednoznacznie uznać się za pokonanych.
Jednocześnie
pacyfistyczne nastroje w obydwu społecznościach ścierały się z przeciwnymi, bo
zwolenników dalszych działań wojennych nadal było całkiem sporo. W miastach
wrzało. Wojna przez lata stała się dniem codziennym. Dwa pokolenia wychowały
się na jej prawach i nie znały innego życia. Czasy pokoju, stały się czasami
mitycznymi. Kiedy ogłoszono rozejm mit ożył. Wybuchła euforia będąca mieszaniną
nadziei, radości, gniewu i strachu.
Tydzień
temu wszystkie jednostki, zarówno skoszarowane jak i te operujące na wszystkich
frontach otrzymały kategoryczny rozkaz: Zakazuje
się wszelkich działań zaczepnych. Wszelkie akcje dywersyjne, ofensywne zostają
zawieszone do odwołania. Rozkaz ma zostać wdrożony w życie ze skutkiem
natychmiastowym.
Rozkazy
podobnej treści dotarły do każdego żołnierza po obu skonfliktowanych stronach.
Ich złamanie miało być sankcjonowane sądem wojennym pod zarzutem zdrady.
Do
normalności jednak było daleko. Rany były wciąż otwarte i nawet nie zaczęły się
goić. Teraz jednych i drugich czekała tytaniczna praca na rzecz mozolnej
normalizacji stosunków pomiędzy obiema nacjami. Każda dziedzina życia, nawet
jak bardziej banalne jego aspekty wymagały ustaleń i regulacji prawnych.
Podstawą sukcesu musiała stać się wiara, że to w ogóle jest możliwe. Że pokój i
współistnienie są możliwe.
Odd,
siedząc na szpitalnym krześle, bezmyślnie gapił się w okno. Dzień był
pochmurny, wietrzny i zimny. Drzwi do jego pokoju były otwarte z korytarza
dobiegały odgłosy szpitalnej codzienności.
Kiedy
go znaleziono, na wpół utopionego w bagnach w dolinie rzeki, nawet nie wiedział
czy warkot śmigłowca oznacza ratunek czy śmierć. I tamtym momencie było mu to w
zasadzie obojętne. Miał gorączkę, dreszcze. Prawie nic nie widział, ból mącił
mu wzrok. Nie był pewien czy wciąż posuwa się naprzód, czy może tylko mu się
zdaje, że jeszcze jest się w stanie poruszać. Stracił przytomność zanim zabrano
go na pokład. Ocknął się tutaj, wreszcie bezpieczny.
Poruszył
palcami wciąż usztywnionej ręki na temblaku. Tej, która trafiła w szczęki psa.
Uścisk naruszył kość, i tak jak się tego obawiał, ślina zainfekowała ranę
agresywnym szczepem. Niewiele brakowało, by stracił drugie ramię, a może i
życie. Uratował go antybiotyk najnowszej generacji.
Utracił
cześć tkanki mięśniowej, ale lekarz twierdził, że organizm wsparty środkami
farmakologicznymi poradził sobie z zakażeniem i teraz wszystko ładnie się
regeneruje. Za kilka miesięcy pozostaną jedynie niewielkie blizny. Będzie
oczywiście potrzebna rehabilitacja, ale wszystko było na dobrej drodze. Teraz wciąż
jednak pozostawał pacjentem, nie rekonwalescentem, ponieważ zakażenie poważnie
osłabiło układ immunologiczny. Jego regeneracja wymagała czasu. I niestety nie
zanosiło się na szybkie wypisanie ze szpitala.
A
jego nosił niepokój, niepewność i niecierpliwość. Tymczasem skąpiono nawet
prostych informacji o tym, co się dzieje poza szpitalnymi murami. Ten sztucznie
utrzymywany stan emocjonalnego spokoju był dla Odda gorszy niż mogłaby być
najbardziej bolesna prawda. Kontaktować mógł się jedynie z ojcem, który nawet
nie próbował kryć zadowolenia z fakty, że okaleczenie wyeliminowało Odda z
linii ognia. Nie podjęto jeszcze decyzji jakie stanowisko obejmie po powrocie
do zdrowia, ale było wiadomo na pewno, że nie będzie to służba w terenie.
Oddałby
jednak bez wahania drugą rękę, żeby tylko był jakiś sposób na zdobycie
jakichkolwiek informacji o Annie. Nie chodziło o kontakt z nią, jedynie o to,
by wiedzieć, że nic jej nie jest.
Rozprostował
palce ręki w temblaku i zacisnął w pięść, potem jeszcze raz. W mięśniach
odezwało się przykre mrowienie, jakby ktoś wbijał drobne igiełki i to uczucie
promieniowało na całe przedramię. Lekarz zalecił to ćwiczenie. Podobno
pobudzało komórki tkanki do intensywniejszej pracy i szybszej regeneracji, a on
jak najszybciej chciał stąd wyjść.
A
kiedy już znajdzie się na powrót w funkcjonującej społeczności, znajdzie sobie też
kanały żeby uzyskać informacje.
***
Leniwie rozparty w pościeli Vlad obserwował Nadię. Stała w
oknie zupełnie nieskrępowana nagością. Blask latarni zmieszany z kolorowym
światłem nielicznych ocalałych neonów zalewał jej sylwetkę tęczą migotliwych
barw i sprawiał, że wyglądała jak zjawa.
Zmieniła fryzurę. Teraz resztki włosy na zdeformowanej
połowie głowy strzygła króciutko na zapałkę. Te po drugiej stronie zapuściła i
sięgały już ramienia.
Stała tyłem do Vlada, lekko zwrócona w jego stronę zdrowym
profilem, tak że blizny nie były widoczne. Ktoś, kto nie wiedziałby o nich, z
pewnością uznałby ją za piękną kobietę. Vlad wiedział i tym bardziej go
fascynowała. To było jakby jej dwoista, niespójna natura zawierająca zarówno
kobiecą delikatność i piękno, jak i okrucieństwo, gniew i zimną nienawiść, nie
chciała pozostać w ukryciu. Anioł i demon w jednym ciele.
Odwróciła się od okna i zmierzyła mężczyznę przyglądającego
się jej z cynicznym uśmieszkiem błąkającym się po twarzy.
– Głupcy – warknęła pod adresem ludzi nieustannie
hałasujących na ulicach.
Miasto nadal trwało w euforii, minął ledwie tydzień jak
ogłoszono rozejm. Koniec wojny – słowa brzmiały irracjonalnie, bo mimo
powszechnego stanu radosnego uniesienia ani ludzie, ani yenni żyjący na tej
planecie nie znali innej rzeczywistości. Tyle że jeszcze nie nadszedł czas
refleksji i nikt nie zastanawiał się, co dalej.
– Wiesz, że rozejm nieco przesunie bieguny prawnych
priorytetów? Zwiastuje pokój, a to oznacza...
– Rozejm to tylko rozejm – przerwała mu. – Niczego nie
zwiastuje. – Odwróciła się tyłem do okna, bez skrępowania prezentując mu swoje
wdzięki i powoli podeszła do łóżka. Chłody uśmieszek, błąkający się po jego
twarzy nadawał jej kpiący wyraz.
Nadia doskonale wiedziała, że nakręca go zarówno jej uroda
jak i szpetota. Uklękła na pościeli i prężąc ciało opadła, popierając się
ramionami. Górna warga uniosła się i w nieco demonicznym uśmiechu odsłoniła
zęby. Zbliżała się, jej ruchy były miękkie, kocie.
Vlad uniósł się na łokciu, chwycił Nadię za kark i
przyciągnął jej głowę do swojej twarzy, dłoń dotknęła piersi.
Nadia chwyciła zębami
jego wargę a paznokciami przesunęła po ciele Vlada od obojczyka aż po pępek,
pozostawiając czerwone, podbiegłe krwią pręgi.
– Lubię w tobie, tę drapieżność – syknął.Pogłębił pocałunek,
odrzucił przykrycie, objął talię kobiety i chciał ją przyciągnąć do siebie, ale
ona nagle go odepchnęła i odsunęła się. Przysiadła na piętach, wciąż podpierając
się rękoma i wbiła w niego ostry wzrok.
Zaskoczony uniósł brew.
– Co jest? Nie podobało ci się?
– Podobało – powiedziała chłodno. – I tobie też. I skoro
dostałeś, co chciałeś, teraz moja kolej. Informacje, Vlad. – Palce jej lewej
dłoni przesunęły się po wewnętrznej stronie jego łydki, dotknęły kolana i choć
wyczuwała, iż lekko napiął mięśnie w oczekiwaniu, że nie przerwie tej wędrówki,
zatrzymała się w połowie uda i zabrała rękę.
Westchnął teatralnie i chciał usiąść, ale pchnęła go
okaleczoną dłonią. Opadł na poduszkę, skrzywił się niezadowolony i uniósł
ramiona, by podłożyć je sobie ramiona pod głowę.
– Mamy całą noc, piękna... Ale twoje życzenie jest dla mnie
rozkazem. Więc niech będzie, jak sobie życzysz. Od czego mam zacząć?
– Wiesz, gdzie ona jest?
– Może...
Nadia wbiła mu paznokcie w skórę. Syknął, chwycił jej
nadgarstek żelaznym chwytem i szarpnięciem pociągnął na siebie. Zamknął w
uścisku, nie pozwalając się jej odsunąć.
– Nie pogrywaj ze mną – warknęła wściekła.
– Nie śmiałbym – zakpił. Trzymając ją ciasno przy sobie,
odwrócił się a Nadia znalazła się pod nim. Uniósł się odrobinę i kolejnym
szybkim ruchem przewrócił ją na brzuch. Przylgnął do niej i ukąsił lekko w
kark. – Nie złość się... – Teraz oba jej nadgarstki przytrzymywał skrzyżowane
na jej plecach, wolna dłoń wsunęła się między uda. – Tak jeszcze nie
próbowaliśmy. Co o tym myślisz?
Wściekła Nadia próbowała się uwolnić, ale silniejszy i
cięższy od niej mężczyzna przytłaczał ją ciężarem. Fakt, że czuła na plecach
jego twardego, gorącego członka i pozostawała unieruchomiona sprawił, że pod
skórę zaczął wpełzać strach.
– Zabiję cię, sukinsynu! – wycharczała w poduszkę. – Tylko
spróbuj, a cię zabiję!
– Ta Subik pracuje w polowym szpitalu, XVII okręg, odcinek
54/35. Małe miasto, niedawno przejęte. Jest tam chirurgiem.
Nadia przestała się szamotać. I zastygła w bezruchu.
– Widziałeś ją?
– Nie. Na razie wyciągnąłem tylko informacje. Nie musimy się
śpieszyć. Ona nigdzie nie ucieknie, nie ukryje się. Nie ma pojęcia, że jej
szukasz.
Uwolnił wreszcie Nadię od swego ciężaru i ułożył się na boku
podparty na łokciu. Opuszkami palców, zachęcająco gładził pośladki kobiety. Ta
jednak ze złością odtrąciła pieszczącą jej skórę rękę, odwróciła się w stronęmężczyzny,
usiadła i z rozmachem trzasnęła go w twarz. Chciała zrobić to ponownie ale
złapał jej rękę i ścisnął tak, że nie zdołała powstrzymać krzyku.
– Nigdy więcej tego nie rób – wycedził przez zęby. Jego oczy
były zimne jak lód.
– Ty też nie pozwalaj sobie na więcej niż...
– Tsss... – Położył jej palec wskazujący na ustach. – Nie
mów niczego czego mogłabyś później żałować.
– Jeśli sądzisz, że się ciebie boję...
– Nie sądzę. Zresztą, ty nie musisz. Jesteś moją klientką, a
ja nigdy nie zagrażam klientom. Dopóki mi płacą, oczywiście – dorzucił
cynicznie i puścił jej rękę. – A co do naszej pani doktor... Wysłałem tam dzisiaj
człowieka, jak tylko dotrze na miejsce namierzy ją i będzie miał na oku. My
tymczasem przygotujemy zabawki i dołączymy w najdogodniejszym dla nas momencie.
Nadia odprężyła się wyraźnie. Wyciągnęła się na pościeli
sprawna połowa ust wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu.
– Chcę poczuć jej strach, zobaczyć go w jej oczach. I chcę
żeby to trwało długo... bardzo długo.
– Tak z ciekawości, co do niej masz?
Uśmiech Nadii zgasł. Odwróciła głowę i wbiła we Vlada
spojrzenie jedynego oka.
– Jej zawdzięczam to, kim teraz jestem. Zostawiła mnie suka.
– Głos ociekał nienawiścią. – Zostawiła mnie i przeżyła. Wyszła z tego
niedraśnięta, chociaż to ona nie miała prawa przeżyć.
– Znaleziono cię pod gruzami. Pewnie sądziła, że nie żyjesz.
– Nie próbowała tego sprawdzać. Poza tym, jak sądzisz? Jaki
cud mógł sprawić, że przeżyła ekipy czyścicieli? Wszystkich wykańczają bez
wyjątku. Ale ona przeżyła. Dlaczego akurat jej nie odstrzelili łba? – Dłonie
Nadii zacisnęły się w pięści. – Ta zdzira zdradziła nie tylko mnie. Nie wiem,
jak się jej udało wyczyścić to w papierach, że w ogóle dostała zatrudnienie.
Powinna była zdechnąć tam, albo gnić w jakimś obozie. Tymczasem żyje, chodzi
sobie wolna i śmieje się wszystkim w twarz.
– Cóż, może masz rację, a może nie. Zasadniczo nie robi mi
to żadnej różnicy. Jeśli sobie życzysz, zabiję ją. Znaczy... zabijemy. –
Poprawił się, podchwyciwszy spojrzenie kobiety. Uśmiechnął się drapieżnie. - I
będziemy się przy tym świetnie bawić.
Nachylił się przyciągnął Nadię bliżej i pocałował. Tym razem
nie opierała się i nie protestowała, gdy męskie dłonie śmiało sobie poczynały,
a usta mruczały jej do ucha:
***
Ostatnio dobrze mi się dłubie w tym tekście, więc jest spora szansa, że na kolejny post nie trzeba będzie czekać bardzo długo. Ale proszę nie brać tego przypuszczenia w kategorii dni. Będę zadowolona jeśli wyrobię się do dwóch tygodni. Nie wykluczone, że pomiędzy wykopię z odmętów szuflady coś krótszego, w sensie, że inny tekst, jako przerywnik. Na razie jednak (odpukać w niemalowane) "15..." idzie dobrze, zapewne póki znów się na jakimś problemie nie zawieszę. Najbardziej przerażają mnie te fragmenty, w których usiłuję ogarnąć system i politykę. Robię to z duszą na ramieniu, bo w budowaniu tego rodzaju tła jestem słaba, mam tego świadomość. W opisywanym świecie w znacznym stopniu panuje chaos, ale gdyby jednak komuś zazgrzytało na tyle, że chciałby zwrócić mi na to uwagę, prosze robić to bez skrępowania. Na pewno przeczytam i przemyślę, i być może coś zmienię. Proszę jedynie nie szukać logiki u Nadii, bo tam nie ma jej z założenia. Nadia po prostu jest nie logiczna, dorabia sobie teorie i ideologie, chore i nieistniejace. Przeżyła koszmar, z którym jakoś musiała sobie poradzić i tym lekarstwem stał się dla niej gniew, a ten z kolei musiała na kimś zogniskować. Padło na Annę. W działaniach Nadii jest właśnie gniew, zazdrość, poczucie krzywdy, zawiść, nienawiść. W takiej mieszance nie ma miejsca na rozsądek i logikę.

Myslalam ze okaleczona kobieta jedt Anna. Ahh pogubilam sie teraz....
OdpowiedzUsuńNie, nie. Ta z bliznami to Nadia, która na samym początku przepadła w zawalonym korytarzu. Teoretycznie powinna tam zginąć, ale jednak przeżyła.
UsuńAnnie oszczędziłam tego rodzaju cierpień, choć nie zamierzam jej oszczędzać innych problemów :).