Mam tu w sumie dwa rozpoczęte teksty, ten i "15 godzin..." oraz jeden zasadniczo zawieszony, "Kontredans". Zawieszony, bo jakoś nie mogę się do niego zabrać. Może kiedyś. Na razie skupiam się na tamtych dwóch i mam nadzieję, że na żadnym z nich się nie zawieszę i doprowadzę oba do końca :).
I to dobre wieści, a złe... Złych nie ma :D. A niebawem spodziewajcie jeszcze lepszych ;) A teraz zapraszam na chwilkę z Dioris i Bottą...
Wiosna wybuchła nagle. Niemal z dnia na dzień w dolinie
zazieleniły się łąki i zakwitły wczesnowiosenne kwiaty. Na gałęziach pojawiły
się pączki a listki rozwijały się niemal w oczach. Poletka na łagodnych
wschodnich zboczach szumiały oziminami.
Dioris pozostawiono niemal całkowita swobodę. Mogła chodzić
gdzie chciała i rozmawiać, z kim chciała. Gdyby oczywiście ona sama miała
ochotę rozmawiać. Zastanawiała się nawet czy próbowano by ja zatrzymywać, gdyby
postanowiła opuścić dolinę, ale tego nie zamierzała sprawdzać. Jeszcze nie
teraz. Jeszcze nie czuła się gotowa wracać. Niemal każdego dnia spędzała
godzinę lub dwie uważnie obserwując ćwiczących chłopaków. Potem w tajemnicy
próbował naśladować ich ruchy i kroki z użyciem kija, ale zdawała sobie sprawę,
że to żadna nauka. Potrzebowała czynnych lekcji z dobrym szermierzem. Z
kobiecych zajęć lubiła prząść wełnę. Popołudniami i wieczorami zaszywała się w
kącie z kołowrotkiem i, rozumiejąc wiele z auryjskiej mowy, przysłuchiwała się
rozmowom kobiet. W ten sposób dowiadywała się wiele o swoich gospodarzach, oraz
o zwyczajach i kultywowanych tradycjach. Osłuchawszy się z językiem sama coraz
częściej zaczynała go używać, odpowiadając na pytania, gdy się do niej
zwracano.
Przy wiosennych porządkach wynalazła belę delikatnego
płótna. Zapewne była to część jakiegoś łupu. Poprosiła o kawałek materiału
Diye, ochmistrzynię w domu Botty. Ślęczała kilka wieczorów aż uszyła z niego
trzy małe koszulki i ozdobiła je delikatnym haftem. Wybrała się z nimi do domu
Aruta...
Pomimo zapewnień Botty nie czuła się dobrze, że w żaden
sposób nie dołożyła się do podarunku jaki złożył w imieniu ich obojga. Chciała
podarować coś od siebie, a płótno z którego uszyła kaftaniki, było przecież
zdobyczne, więc też nie do końca stanowiło własność Botty.
Illith powitała gościa z właściwą sobie życzliwością i
radością, okazując jednocześnie szacunek
jak komuś niezwykle ważnemu. Posadziła Dioris na honorowym miejscu i częstowała
słodkim ciastem. Dziewczyna wyciągnęła przyniesione, własnoręcznie wykonane
koszulki. Kobieta szczerze się ucieszyła podarku.
– Są śliczne. I ten haft, taki misterny, piękny... –
Oglądała zachwycona misterną pracą. – Ja nie umiem tak haftować, choć z szyciem
jakoś sobie radzę, bo muszę. – Zaśmiała się pogodnie. Podniosła wzrok na
Dioris. – Nie musiałaś ich przynosić, król obdarował przecież Mayah także w
twoim imieniu.
– Tak, wiem, ale bardzo chciałam dać także coś od siebie, a
że niczego nie mam, więc zrobiłam to.
– Dziękuję – odparła uśmiechnięta Illith. – Malutka będzie w
nich wyglądała ślicznie. Zaraz każę ją przebrać. – Skinęła na służebną i podała
jej koszulki, wydając polecenie w mowie Aurów.
– Bardzo dobrze mówisz tutejszym językiem – zauważyła
Dioris.
– Musiałam się nauczyć. Jak inaczej mogłabym besztać męża? –
Roześmiała się. – Kiedy mówię do niego po barthyjsku udaje, że nie rozumie.
Teraz nawet Dioris się uśmiechnęła.
– Jesteś tu szczęśliwa, prawda Illith? – zapytała po chwili.
Illith spoważniała.
– Gdy związałam się z Arutem, zdałam sobie sprawę, że
dopiero tutaj – powiedziała cicho. – Wiele straciłam, ale tego, co zyskałam nie
da się zmierzyć żadną miarą. Tak, jestem szczęśliwa.
Dioris posadziła sobie na kolanach dwulatkę kręcącą się z
uporem koło jej nóg. Podrzucała ją lekko, przyjemnością słuchając śmiechu
zadowolonego dziecka.
– To twoja starsza córeczka? Jak jej na imię?
– Ma na imię Ellay.
Dioris popatrzyła nieco zaskoczona.
– To auryckie imię. Sądziłam, że... Mówiono mi...
– Mój mąż ją adoptował i nadał jej imię – pośpieszyła z
wyjaśnieniem Illith. – Nowe, tutejsze. Jest jego córką i nosi imię Ellay.
***
Było wczesne popołudnie. Dioris siedziała na górze, w
komnacie, w której wspólny czas spędzali zazwyczaj członkowie królewskiej
rodziny, a ostatnimi czasy także ich goście.
W skupieniu, bardzo starannie zszywała ze sobą perfekcyjnym,
drobniutkim ściegiem kawałki białego płótna. Kątem oka obserwowała Bottę, który
cały dzisiejszy ranek ślęczał nad porozkładanymi na stole mapami. Robiąc jakieś
notatki i zapewne snuł na najbliższą przyszłość plany, którymi na razie nie
dzielił się z nikim.
Wreszcie oderwał wzrok od pergaminów, wyprostował się
przeciągnął, poczym podszedł i z zaciekawieniem zerknął przez ramię Dioris na
jej pracę.
– Ech, wy, kobiety, to macie cierpliwość – mruknął z
westchnieniem.
Uśmiechnęła się tylko. Zakończyła starannie ścieg, przycięła
równiutko nitkę i ściągnęła brwi, skupiając się na ponownym nawleczeniu igły.
– A co to ma być? – zainteresował się, usiłując dopasować do
siebie jakieś przypadkowe dwa kawałki płótna. Dziewczyna z pobłażliwą miną
wyjęła z jego rąk materiał.
– To jest moja wolność – oznajmiła ze śmiertelną powagą na
twarzy.
Botta podsunął sobie krzesło i usadowił się naprzeciw niej.
– Że niby, jak? – Uniósł brwi.
Dioris wbiła igłę w materiał. Podniosła głowę i zajrzała
śmiało w ciemne, wpatrzone w nią intensywnie oczy, na których na dnie błyskały iskierki
rozbawienia.
– Powiedziałeś, panie, że aby się wykupić, muszę uszyć ci
koszulę. Zatem szyję i to właśnie moja wolność.
Na ustach Aury wykwitł podstępny uśmieszek.
– Moja droga, powiedziałem: koszule, nie koszulę. Nie
ma mowy żebyś wykupiła się jedną. Chyba jesteś więcej warta.
Poirytowana takim obrotem sprawy Dioris, opuściła ręce z
tkaniną na kolana.
– Ile? – rzuciła twardo.
– Hm... niech no pomyślę – droczył się. – Gdybym był prostym
chłopem, pewnie starczyłyby ze trzy... Ale nie jestem – zawiesił głos na chwilę. – Król powinien mieć chyba trochę więcej koszul, nie sądzisz?
– Ile? – powtórzyła pytanie Dioris.
Botta przesiadł się na ławę. Podniósł jej dłoń do swojej
twarzy i patrząc w oczy całował drobne palce.
– Jedną... – szepnął i teraz to zdziwiona Dioris uniosła brwi.
– Przecież przed chwilą mówiłeś, że to mało.
– Jedną – podstępny uśmieszek nie znikał z twarzy intryganta
– na każdy dzień roku.
– To nieuczciwe! – oburzyła się szczerze i próbowała się odsunąć,
bo równocześnie Botta położył dłoń na jej karku. Nie pozwolił jej się ruszyć.
Objął ramieniem talię i delikatnie, acz stanowczo przyciągnął ją do siebie.
Muskał wargami kąciki ust, policzki, podbródek.
– Będę darł te koszule szybciej niż będziesz je szyła...
Nigdy się nie wykupisz… – Pieszczotliwie nawijał na palce drobne loki na karku
dziewczyny.
Dioris przymknęła oczy. Wydawało się jej, że leci gdzieś
wysoko nad ziemią. Pocałunek stawał się z wolna coraz bardziej śmiały i
pożądliwy. Nie stawiała jednak oporu i ośmielony tym mężczyzna przycisnął ją do
siebie bardziej zdecydowanie i jednoznacznie, choć równocześnie czule.
Przerażona otwarła oczy. Nie! Odepchnęła go w panice. Nie!
Uciekła do swojej komnaty.
– Ech... – Westchnął, rozłożywszy puste nagle ramiona na
boki i wspierając je na oparciu ławy odrzucił do tyłu głowę. Przymknął oczy,
trwając tak przez dłuższą chwilę. Czekał, aż opadną emocje, ale bynajmniej nie
uznał sprawy za beznadziejną. Przeciwnie, tym bardziej zaciął się w uporze, by
zdobyć względy Dioris. Kiedyś mu się uda. Musi się udać. Niechby tylko ona
pokonała wreszcie ów paniczny strach, który trzyma nad nią władzę.
***
Ćwiczebny plac jak co dzień tętnił życiem. Przychodzący tu
nie tylko pracowali na fizyczną tężyzną, którą mogli zaimponować pannom. Było
to miejsce spotkań, przyjacielskich pogawędek, czasem zajadłych dysput.
Przypominało nieco rynek w dużym mieście, choć nie handlowano tu niczym. Także
Dioris zaglądała. Miejscowi przywykli już do jej obecności, a mężczyźni nie
zwracali na nią uwagi baczniejszej niż na inne kręcące się tu kobiety i
dziewczęta. Za to jej uwagę przyciągnął wysoki łucznik. Obserwowała go
dyskretnie, z daleka. Niestety chyba nie dość dyskretnie, bo zauważył, że
często skupia na sobie jej uwagę i sam co jakiś czas zerkał na nią, jakby
sprawdzał, czy ona jest tu nadal. Podchwytywał jej spojrzenie i wtedy kącik
jego ust unosił się w ledwie dostrzegalnym, nieco cynicznym uśmieszku. Przyglądała
mu się także podczas innych ćwiczeń, dość by stwierdzić, że ów mężczyzna jest
silny, sprawny i obeznany nie tylko z łukiem. Zawsze towarzyszyły mu jakieś kobiety,
często wyraźnie nim zainteresowane, ale on sam żadnej w szczególny sposób nie
wyróżniał. Przyjmował hołdy, jak coś co jest oczywiste i co mu się należy.
Kilka razy Dioris przymierzała się, żeby zapytać Bottę o niego, ale jak dotąd nie
starczyło jej na to odwagi. W oczach tamtego Aury było coś, co napawało ją
niepokojem. Przede wszystkim jednak obawiała się, że adorujący ją książę, a
teraz już król, mógłby źle zrozumieć jej zainteresowanie innym. Nie chciała
żadnych kłopotów, a nie była pewna, czy zdołałaby wyjaśnić, że jedynie łuk i
strzały są dla niej ważne, nie zaś sam łucznik.
Dioris zawsze trzymała się skraju placu, nieco na uboczu.
Nie chciała zawierać przyjaźni. Nie było jej na rękę przywiązać się do
kogokolwiek. Dość gryzło ją sumienie w sprawie Botty, któremu przecież nie była
obojętna. Zdawała sobie z tego sprawę a jednocześnie i z tego, że nie sama nie
mogła mu ofiarować niczego. I któregoś dnia przecież zniknie stąd, jak zły sen.
Głośno pokrzykujące dziewczęta właśnie kibicowały zmagającym
się w zapasach. Bez skrępowania strzelały oczyma za Bottą i wzdychały do niego
bez wyjątku, choć po opłotkach mocno plotkowano o tym, na kim skupia się uwaga
wodza. Sam Botta traktował to wszystko z pobłażliwą wyrozumiałością. Ludzie
muszą plotkować. O ile nie krzywdzą gadaniem nikogo, niechże sobie gadają.
Walka zakończyła się tym razem jego zwycięstwem. Przeciwnik
był trochę młodszy i mniej doświadczony. Śmiali się teraz obaj, wymieniali jakieś
uwagi i poklepywali się po przyjacielsku po plecach. Dziewczęta otoczyły ich
wianuszkiem i wszyscy i żartowali wesoło. Roześmiany od ucha do ucha Botta
obejmował przyjacielskim gestem jakieś dwie dziewczyny. Zauważył Dioris już
jakiś czas temu i spoglądał ku niej kątem oka. Cały czas trzymała się z boku i
nie zbliżyła się do nich, chociaż posłał jej zachęcający uśmiech. Teraz, gdy
widowisko dobiegło już końca, odwróciła się i powoli zaczęła oddalać. Nie szła jednak
w kierunku osady. Szukała samotności. Botta puścił dziewczyny, powiedział coś
do przyjaciół i ruszył za nią.
– Dioris! Zaczekaj! – zawołał.
Obejrzała się i zatrzymała, choć z wyraźną niechęcią.
Ruszyła dalej, gdy ją dogonił i zrównał z nią. Przez chwilę szli obok siebie w
milczeniu.
– Dlaczego nie podeszłaś do nas? – zapytał wreszcie. Chciał
otoczyć ją ramieniem, ale odsunęła się natychmiast.
– Nie lubię ścisku. – Odparła krótko.
Westchnął tylko i nie ponowił próby. Zastanawiał go jedynie
wyraz zaciętości na jej twarzy. Zacisnęła dłonie w pięści jakby szykowała się
do walki z jakimś niewidocznym przeciwnikiem.
– Dioris... – zaczął.
– Chcę nauczyć się władać bronią, Botto – powiedziała,
niespodziewanie wpadając mu w słowo.
Zachłysnął się powietrzem.
– Co?! – wykrztusił z niedowierzaniem.
– Naucz mnie.
Mimo zaskoczenia niezwykłą prośbą, pogodna skłonna do żartów
natura mężczyzny wzięła górę. Wywrócił oczyma, a potem uśmiechnął się szeroko.
– Moja droga, na mój gust to ty doskonale sobie radzisz bez
broni – zauważył z przekąsem. I zwróciwszy w jej stronę twarz wymownie wskazał
palcem maleńką bliznę nad okiem. Pamiątkę ich pierwszego spotkania, wciąż widoczną,
która miała pozostać tam już na zawsze. – Jak nauczę cię władać bronią to
jeszcze kogoś zabijesz.
– Naucz mnie zabijać. – W głosie drgał upór i determinacja.
To nie była prośba, lecz żądanie.
Spoważniał natychmiast. Dioris nie patrzyła na niego, wzrok
utkwiła gdzieś w dali. Pochwycił ją za ramiona i zatrzymując się w miejscu zwrócił
dziewczynę twarzą do siebie.
– Oszalałaś?! Co ty mówisz?! Po co ci to?! Jesteś kobietą!
Kobiety mają dawać życie, nie je odbierać!
Skrzywiła się tylko z niechęcią, po czym strząsnęła z ramion
jego dłonie.
– Inne kobiety, nie ja. Ja nie dam go nikomu. Żyję tylko po
to, by zabić. Jeżeli nie chcesz mi pomóc, trudno, poradzę sobie sama. –
Odwróciła się i ruszyła w kierunku lasu.
Zacisnął szczęki poirytowany i poszedł za nią.
– Właśnie, że chcę ci pomóc...
– Więc naucz mnie posługiwać się bronią – warknęła gniewnie.
– ...ale nie tak. Chcę żebyś uwolniła się od przeszłości.
Nie wiem, co wydarzyło się w twoim życiu...
– Owszem, nie wiesz. I nie dowiesz się. Bo to moja
przeszłość, moje brzemię i moja zemsta. Nie próbuj mnie powstrzymywać, bo tylko
myśl o niej trzyma mnie przy życiu. Od przeszłości nie można się uwolnić, Botto.
Ona zawsze będzie się czaić gdzieś w pobliżu. Powracać w snach... Nie można od niej
uciec.
– Ale ja chcę wiedzieć, Dioris. Jeśli w końcu wyrzucisz to z
siebie, ulży ci i spojrzysz na życie inaczej. I chcę ci pomóc. Powiedz mi, co
się stało. Jeżeli nie ufasz mi, bo jestem mężczyzną, to powiedz jakieś kobiecie,
ale nie męcz się z tym sama, bo to cię niszczy.
– Niszczy? – Ironiczny uśmiech wykrzywił jej usta. – Nie,
Botto, mylisz się. Nie można zniszczyć czegoś, co dawno już zostało zniszczone.
Jeśli się wytnie las można poczekać aż urośnie nowy, ale to już nie będzie ten
sam las. Nie da się odtworzyć ani zdeptanych kwiatów, ani drzew, które
bezlitośnie pocięto w drzazgi.
– Kto cię skrzywdził, Naimah? Powiedz tylko, a znajdę go i
sam zabiję.
Próbował ją przytulić, lecz wywinęła się z jego ramion i
odsunęła.
– Nie – powiedziała twardo. – Zrobię to sama. Ty jedynie
naucz mnie zabijać, albo daj mi spokój.
Potrząsnął gniewnie głową.
– Oszalałaś, Dioris! Nie będę cię uczył! Jesteś wrażliwa i
delikatna, i taka masz pozostać! Nie zrobię z ciebie mordercy! Nie proś mnie o
to! Nie zgadzam się! Zabraniam ci, rozumiesz?!
Wzruszyła ramionami.
– Nie jestem twoją własnością, Botto. Nie chcesz mnie uczyć,
to nie, ale niczego nie możesz mi zabronić, ani nakazać. Dam sobie radę bez
ciebie.
– Dlaczego jesteś taka uparta?! Jesteś jak... jak... dziki
łabędź. Tak, właśnie tak. Jasna i piękna. Pozwalasz się podziwiać, lecz nie
pozwalasz się do siebie zbliżyć. Masz w sobie majestatyczną dumę tego ptaka, gdy
samotnie sunie po tafli jeziora. I tak jak on, jesteś samotna. Do stada
dołączasz tylko wtedy, gdy przynosi ci to korzyść. Jak wtedy, gdy szukałaś pośród
nas schronienia pośród nas. Znalazłaś je, ale twoje czoło i tak pozostaje
naznaczone piętnem gorzkiej tajemnicy. Zrozum wreszcie, Dioris, to od ciebie
zależy czy się od tego uwolnisz, czy nie! Chwilami nie jestem pewien, czy
chcesz! – Wyrzucił z siebie rozdrażniony.
Wysłuchała go, nie przerywała, ale twarz pozostała zacięta.
– Jak dziki łabędź, powiadasz... – Patrzyła mu prosto w
oczy, zimnym, twardym spojrzeniem. – Wiele nas było, Botto. I wszystkie byłyśmy
jak dzikie łabędzie, dumne i wolne. Póki nie połamano nam skrzydeł. Mylisz się.
Nie mam wpływu na przeszłość. Ona zawsze będzie częścią mnie, bez względu na to,
jak bardzo boli, i jak bardzo jej nienawidzę.
Odwróciła się ruszyła ścieżką w głąb lasu. Chciał iść dalej
za nią, lecz zatrzymała go.
– Zostaw mnie – warknęła wrogo. – Chcę być sama.
Został więc i tylko odprowadzał ją gniewnym wzrokiem póki
nie znikła mu z oczu. Zacisnął pięści i ze złością trzasnął nimi o uda.
– Niech
cię diabli, Dioris... – burknął gniewnie.
***
Tak tylko jeszcze napomknę już na końcu, żeby bałaganu nie robić zbyt dużego. To mój nowy domownik, Lobo. Córa wymyśliła mu imię, ale moim zdaniem pasuje do niego :).
Innej fotki niestety nie mam, bo tylko jak śpi daje się go uchwycić. Musiał nauczyć się, że w domu rządzi jednak królik. Na razie Lizak ma psa pod butem, ale mam nadzieję, że kiedyś jednak się zaprzyjaźnią i będą sobie posypiać rzazem ;).


A więc kobieta do szycia koszul, ale ne do miecza. Cóż za staroświeckie poglądy ma ten facet. Gdybym była poprawną osóbką, która zawsze wszystko widzi albo w jasnych albo w ciemnych barwach, to bym napisała, że jeśliby ją naprawdę kochał, to darowałby jej wolność nawet jeśliby miała od niego odejść, ale że jestem względnie normalna, albo raczej nienormalna, to rozumiem iż mężczyzna nie chce utracić tego co kocha i woli nieszczęśliwą ptaszynkę w klatce, niż uciekające, radosne ptaszysko na wolności.
OdpowiedzUsuńBo tojest staroświecki świat, baby siedż w domach, w garach i pistują dzieci, a faceci rozbijają się po świecie pod pretekstem, że wojują. Ona jest wolna, on nie trzyma jej tam siłą. Gada bo gada, ale przecież gdyby naprawdę chciała odejść nie zamknąłby jej w piwnicy. Rzecz w tym, że ona nie za bardzo ma dokąd pójść i on o tym wie, więc to wykorzystuje.
Usuń