WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

2.09.2017

15 godzin... cz.31

Kochani, próbuję się troszkę rozpędzić. Nie ośmielę się składać obietnic, bo zawsze jak to robię, to coś się dzieje takiego, że nie mogę ich dotrzymać. Więc, po prostu staram się robić swoje. Udało się wydłubać działkę, to jest :). Zapraszam...


poprzedni fragment


***
     Kolonia karna, obecnie przekształcona w kontrolowaną produkcyjną osadę o surowym rygorze, oddalona była od stolicy o jakieś trzy dni drogi. Było to oczywiście dość subiektywne wyliczenie czasu potrzebnego na dotarcie tam, bo przecież na ów czas miały wpływ najrozmaitsze czynniki, a ich parametry mogły być dość zmienne. Jednak mniej więcej tyle poświęcili Morr i Odd. Należy jednak doliczyć jeszcze dwa noclegi w przydrożnych hotelikach, na które się zdecydowali ze względu na obecność towarzyszącej im Giny.
     Od kiedy dowiedziała się od Morra, że yenni szukają Anny, prawie nie odstępowała go na krok. Z czego zresztą sam yenni wydawał się całkiem zadowolony. Poza tym, było jeszcze coś, co bezpośrednio wpłynęło na jego decyzję, by nie pozostawiać Giny bez „opieki”.

     Kilka dni temu ktoś włamał się do jej mieszkania i przewrócił je do góry nogami. Co gorsza, znalezione ślady wskazywały, że po tej akcji włamywacz czekał tam na nią, ale prawdopodobnie wypłoszyła go obecność yenniego, który akurat tego dnia odprowadzał ją i którego sama kobieta zaprosiła na filiżankę herbaty.

22.08.2017

15 godzin... cz.30

Tak sobie popatrzyłam na datę publikacji poprzedniego posta... O rany, najwyższy czas pozrywać pajęczyny, wykarczować mchy, paprocie i łopatą odgarnąć kurz...
Wiem, ja wiem Kochani, że wystawiam Waszą cierpliwość na ogromną próbę, nie chcę się tłumaczyć, bo i tak każde tłumaczenie wybrzmi banalnie i głupio. Po prostu jest jak jest. Wszystkim, którzy nie tracą we mnie wiary i wciąż tu zaglądają, serdecznie dziękuję. Mogę jedynie życzyć Wam i sobie samej, by było lepiej :)
Informacyjnie powiem tylko, że wreszcie uporałam się (z pomocą życzliwej osoby) z ogarnięciem korekty do "Dzieci Żywiołów". Nadchodzący kwartał zdecyduje jakie będą ich dalsze losy.

Dzisiaj zapraszam na kontynuację "15 godzin..."



***
     Odzwyczaiła się o miasta, jego wielojęzycznego harmideru i wszechobecnego tłoku. Czuła się tu obco, dusiła się, ale w takim miejscu najłatwiej było się „zgubić”. Ludzie mijali się nawzajem skupieni na swoich sprawach, nie interesowali się tym kto przechodzi obok. Co zaskoczyło ją najbardziej w tej wielobarwnej mieszaninie nie brakowało yennich. I na nich też mało kto zwracał uwagę, aczkolwiek nie dało się nie zauważyć, że wokół nich było znacznie więcej przestrzeni. Jakby ludzie ich omijali, starając się nie zbliżać bardziej niż było to konieczne, a niejednokrotnie rzucane ku nim ukradkowe spojrzenia były raczej niechętne, czasem wręcz wrogie. Jednak nikt jawnie nie okazywał agresji. Anna odruchowo w każdym obcym obliczu szukała rysów Odda. Nawet jeśli nie miało to większego sensu nie potrafiła się powstrzymać. Bardzo chciała wierzyć, że przeżył, niepewność wysysała z niej siły. Może powinna spróbować go znaleźć albo chociaż dowiedzieć się co się z nim stało? Tylko od czego miałaby zacząć?
     Mała Ania obudziła się, zaczęła wiercić w nosidełku na jej piersi i pomrukiwać. Pewnie była już głodna a przy tym nie lubiła, gdy Anna ubierając ją do wyjścia krępowała jej jedną parę rączek ubrankami. Niestety, to co można było nabyć w sklepach nie było szyte dla yennijskich dzieci. No i tak było bezpieczniej. Tak nikt nawet nie zatrzymywał spojrzenia na kobiecie z dzieciakiem, jednej z wielu.

10.03.2017

15 godzin... cz.29

Troszkę spóźnione, bo nie wyrobiłam się na 8 marca, ale jestem :). Na lato postanowiłam sobie z grubsza ułożyć harmonogram i kolejna część powinna pojawić się 20 marca. Zabrałam się też w końcu za drugą część "Dioris", choć jeszcze nie potrafię powiedzieć, kiedy zacznę ją publikować. Odkurzam też "Księżyc i miecz", który chciałabym wreszcie dokończyć. Podsumowując, nie mam pewności co pojawi się tego 20-tego, nie mniej coś będzie na pewno :). A dzisiaj zapraszam na spotkanie z bohaterami "15 godzin..." :)


poprzedni fragment


***
     – W porządku, przekażę jej – mówił spokojnym tonem, choć w środku gotował się ze złości. Zarówno ten przemądrzały palant jak i ona traktowali go jak chłopaka na posyłki. Owszem, podjął z nimi „współpracę”, bo potrzebował forsy a oni zaoferowali więcej niż ci dwaj yenni. Dokopanie Subik bez dwóch zdań sprawiłoby mu satysfakcję i Hudyc nie miałby nic przeciw temu, ale w przeciwieństwie do tej... modliszki, nie miał obsesji na punkcie tej lekareczki. Forsa, forsa zawsze była silną pokusą. A życie oferowało o wiele ciekawsze rozrywki niż ganianie króliczka, byle tylko człowieka było na nie stać. Ale nie tylko forsa trzymała go przy Nadii i Krossie. Bardziej świadomość, że ta para to psychopaci. Za nic w świecie nie chciałby mieć w nich wrogów, a tak właśnie by się stało, gdyby ich zostawił. Kupili jego czas i teraz wydawali polecenia jak podwładnemu. I nie było sposobu by się z tej transakcji wycofał, póki oni mu na to nie pozwolą. Ale nikt nie pomiata Hudycem. Nikt. Ani ta bezczelna lekarka, ani jakaś rąbnięta weteranka, której najwyraźniej kwas wyżarł nie tylko twarz, ale i mózg. Hudyc potrafił zdobyć się na cierpliwość i zawsze umiał wyczekać na właściwy moment. Teraz też da sobie radę.
     Stanął przed drzwiami mieszkania Nadii i zdecydowanym ruchem wcisnął dzwonek.

     Niezadowolona uchyliła powiekę. Co za gnida dobija się z samego rana?
     Uniosła się na łokciu i zerknęła na zegar wiszący na ścianie, by się przekonać, że wcale nie było już tak wcześnie.
     Wczoraj znów urządziła sobie rajd po cuchnących zaułkach. W nich można było znaleźć dobry materiał do wyładowania frustracji, która na skutek konieczności biernego czekania na wiadomość od Vlada, niemal ją rozsadzała.
     Owinęła się szlafrokiem i ziewając podeszła do drzwi, zerknęła w wyświetlacz monitoringu i skrzywiła się ze złością. A ten czego? Stęsknił się czy co? Ale kolejna, już nieco bardzie rozbudzona myśl podpowiedziała, że może ma jakieś istotne informacje od Vlada, który ostatnio wolał kontaktować się z nią właśnie przez pośrednika. Trochę ją to irytowało, ale wcześniejsza zażyłość stała się dla niej zbyt krępująca. Nie wykluczała jednak powrotu do niej, kiedy już przestanie ją dręczyć sprawa Anny. Wtedy odetchnie i pozwoli sobie na odrobinę szaleństwa.