Dziś zostawimy na chwilę Tartarox. Poznamy kolejnego z moich trzech wiodących bohaterów, a właściwie bohaterkę - Kaysanę. Nim na dobre się wyniesiemy do T i zatrzaśniemy za sobą Wrota, to zrobimy szybką przebieżkę po jej świecie, widzianym jej oczami.
Nie wiem, czy jednak nie powinnam oznaczać kolejnych perspektyw imionami, szczególnie że za chwilę wskoczy jeszcze trzecia osoba. Jeżeli brak oznaczeń przeszkadza Wam w czytaniu i jednak się gubicie, to zawsze możecie dać znać w komentarzu, a ja dodam wtedy jednak imiona. Choć sądzę, że jak poznam Was z trzecim z bohaterów, zorientujecie się szybko, dlaczego nie da się pomylić go z pozostałymi, czyli z Kaysaną i Rigelem ;).
I wybaczcie, że nie to jednak nie "Dioris" dzisiaj wpada, ale mam z tym tekstem problem i opornie mi on idzie. Będzie oczywiście, ale potrzebuję na D więcej czasu niż sądziłam.
poprzedni fragment
Tak daleko jak zdołam sięgnąć pamięcią wstecz zawsze byliśmy dość osobliwą rodziną, a najważniejszą w niej osobą była babcia Diba, matka mojego ojca. Zawsze była dla mnie niedoścignionym wzorem. Podziwiałam jej niezwykły umysł wolny i nieuznający granic. Uwielbiałam słuchać niesamowitych opowieści, które się w nim rodziły. Najbardziej lubiłam te o uskrzydlonych aniołach, potężnych opiekunach i strażnikach świata. Ale fascynowały mnie także te bardziej mroczne.
To właśnie babcia
wprowadzała moją wyobraźnię na poziomy na które nie ważyła się wnosić nie tylko
kobieta, przypisana do przyziemnej codzienności, ale na które rzadko w ogóle
ważył się zapuszczać człowiek.
Babcia nauczyła mnie
marzyć. Marzyć odważnie, brawurowo. Marzyć o rzeczach niemożliwych. Nosiła imię
Diba. Tajemnicze, niespotykane, którego jej niezmiennie zazdrościłam, w głębi
ducha żywiąc odrobinę żalu do mamy, która uparła się na pospolitą Kaysanę dla
mnie. Nie znosiłam swojego imienia, a szczególnie irytowało mnie, gdy ktoś
zwracał się do mnie pełnym. Z dwojga złego wolałam zdrobnienie Kay, bo było
krótkie jak Diba i mało popularne.
Babcia nigdy nie
wyszła za mąż. Mojego dziadka nie było mi dane poznać. Był marynarzem i często
opuszczał rodzinne miasto na bardzo długo. Mieli się pobrać, ale on nie
powrócił z kolejnego rejsu. Niewątpliwie było to smutne zdarzenie, lecz nie
było w nim nic osobliwego. Morze jest przecież nieprzewidywalne, niebezpieczne
i podobny los nie raz dotknął i zapewne dotknie jeszcze niejednego marynarza.
Babcia uważała, że dla niej i tak ów los okazał się łaskawy, bowiem po
ukochanym pozostał jej syn, mój ojciec. Choć myślę, że nigdy do końca nie
pogodziła się z utratą dziadka. Kiedy o nim opowiadała w jej pięknych szarych
oczach zapalało się jakieś niezwykłe światło i chociaż zawsze wspominała go z
ogromną miłością nie umiałam się oprzeć wrażeniu, że historia mojego przodka
jest owiana jakąś tajemnicą i nie chodziło bynajmniej o wrak statku spoczywający
wraz z załogą gdzieś na dnie niezmierzonego oceanu.
Mimo nieszczęścia
jakie ją spotkało babcia Diba była kobietą życzliwą i pogodną? Czy jednak czuła
się choć odrobinę szczęśliwa. Mając nas, mam nadzieję, że tak. Ale nie
potrafiłabym tego jednoznacznie powiedzieć. Na pewno nie było jej łatwo, nawet
jeśli jedyny syn i jego rodzina byli pociechą. Wiem jednak na pewno, że gorąco pokochała
mnie, gdy tylko pojawiłam się na świecie. I ja darzyłam ją ogromną miłością. Co
chyba odrobinę miała mi za złe moja rodzona matka, która uważała, że to wręcz
nieprzyzwoite czuć tak ogromne przywiązanie do babki. Ale ja uważam, że mama
była po prostu odrobinę zazdrosna o tę naszą więź.
Nie miała jednak
słuszności sądząc, że kocham ją mniej. Po prostu matka to matka, dla niej jest
specjalny rodzaj miłości i nie da się tego z niczym porównywać. Tak więc,
kochałam oboje moich rodziców równie gorąco i z wielkim oddaniem. Choć chyba
tylko ojciec z nich dwojga umiał mnie zrozumieć.
Ojciec, Forion, był
człowiekiem surowym, zamkniętym w sobie. Być może stał się takim, ponieważ wychowywał
się bez ojca. Dzieciństwa, w związku z tym nie miał łatwego, bo ludzie
uwielbiają snuć domysły i domniemywać najróżniejsze rzeczy, szczególnie w
sprawach, co do których nie posiadają żadnej wiedzy. Jednak duma i silny
charakter babci nigdy nie pozwoliły, by rodzinę zepchnięto w miejscowej
społeczności na spód społecznej drabiny. Choć samotne macierzyństwo zawsze
budziło, w najlepszym razie sceptycyzm, umiała sobie zaskarbić szacunek i nikt
nie ważyłby się jej wypominać tego, że nigdy nie będąc zamężną została matką.
Ojciec był pszczelarzem. Znakomitym pszczelarzem, a pszczoły z jego rojów należały
do bardzo pracowitych. Miody ojca słynęły szeroko. Znano je nawet w stolicy i
nie raz zdarzało się, że z odległych stron przyjeżdżali tu kupcy w celu nabycia
naszej cennej słodyczy.
Zapobiegliwa matka
hodowała kury i gęsi. Dzięki temu na naszym stole mięso gościło częściej niż w
innych domach. Mieliśmy też dwie krowy i spore pastwisko dla nich, oraz
spłachetek pola, na którym uprawialiśmy warzywa.
Sam dom otaczał
owocowy sad. To w nim stały ule ojca. Z okien mojej maleńkiej sypialni na
poddaszu lubiłam obserwować go przy pracy. Nigdy nie nosił maski. Nie
potrzebował jej podobnie jak nie potrzebował dymu z podkurzacza, by przekonać
owady do podzielenia się miodem. Jego pszczoły znały swego gospodarza i
opiekuna obsiadywały jego ramiona, gdy podbierał wypełnione lepką cieczą
plastry i nigdy żadna go nie użądliła.
Lubiłam pomagać mu w pasiece,
choć ja nie byłam tak odważna i wchodząc między ule zawsze miałam na głowie ów
osobliwy kapelusz z siatką osłaniającą twarz i ramiona. Pachniał słodyczą,
woskiem i dymem. I wiem, że zawsze ta osobliwa mieszanina woni będzie mi się
kojarzyć z ojcem.
Babcia mówiła, że
ojciec ma dobre serce, dlatego garną się do niego stworzenia. Mawiała też, że
moje dłonie są darem od niebios, bo niosą ulgę w cierpieniu. Zwykła tak
twierdzić, kiedy masowałam jej skronie lub stopy. Cóż, przy takich zabiegach
każde dłonie niosły ulgę, wiec wbrew obawom mamy, sarkającej, że babcia wbija
mnie w pychę, takie uwagi były miłe, ale raczej nie powinny mnie zepsuć, bo
przecież nie traktowałam ich poważnie.
Czasami jednak czułam
się nieswojo, gdy zdarzało mi się przyłapać babcię, jak ze skupionym wyrazem
twarzy przygląda mi się. Jej spojrzenie było wtedy niesamowicie bystre i
przenikliwe, podczas gdy zwykle spoglądała na nas z życzliwością i miłością.
Jakby próbowała odkryć we mnie coś, co pozostawało ukryte. Co by to jednak
mogło być, ja sama nie miałam pojęcia. Nigdy jednak nie przyłapałam jej, by
przyglądała się w ten sposób mojemu bratu. Na niego zawsze patrzyła z pewną
pobłażliwością i wyrozumiałością. Cóż, zapewne wynikało to z faktu, że każde z
nas było inne.
Mój młodszy braciszek
był chłopcem spokojnym, o łagodnym usposobieniu. Nieco nieśmiałym i miał
zadatki, by w przyszłości być człowiekiem równie zamkniętym jak nasz ojciec. Ja
byłam żywiołowa, niepokorna i pyskata, co z pewnością przysparzało zmarszczek i
siwych włosów mojej zacnej rodzicielce, która przecież dokładała wszelkich
starań, by wychować mnie na zrównoważoną i ułożoną panienkę, z jak najlepszymi
szansami na satysfakcjonujące zamążpójście.
Starałam się ją
zadowolić, ale często niepokorna natura okazywała się silniejsza i nie raz kładłam
się spać z poczuciem winy, z powodu kolejnego siwego włosa na głowie mamy.
Zazwyczaj jednak rankiem nie pamiętałam już tego wszystkiego, co sama sobie
obiecywałam poprawić w swoim zachowaniu i wszystko zaczynało się od nowa.
Wszyscy w domu
uwielbialiśmy jagodowe ciasto babci Diby. Kiedy więc nastał koniec lata i
jagodziska zaczerniły się owocami, była to najpierwsza rzecz, o której wszyscy
pomyśleliśmy. Mowy nie było by ktoś odwiódł mnie od pomysłu by wybrać się do
lasu na zbiory. Oczywiście matka słyszeć nie chciała, bo któż to widział, by
panna prawie na wydaniu samotnie szwendała się po lesie. Niebezpieczeństwa jej
zdaniem czyhały pod każdym jagodowym krzaczkiem gotowe rzucić się na mnie, gdy
tylko się nad nimi pochylę. Strachy i niepokoje na wyrost, u nas okolica
przecież była spokojna i nawet leśnej zwierzyny wiele nie było. Trochę saren,
dzików. Przed laty ktoś podobno widział samotnego wilka. Jeżeli były jeszcze
jakieś inne, niebezpieczne gatunki, to najpewniej siedziały głęboko w
matecznikach, stroniąc od ludzkich siedzib. Więc czego tu się niby było bać? No
może jedynie okolice Czarciego Kręgu, budziły nieco obaw. Ale też nie dlatego,
że coś lub ktoś miałby tam grasować, ale po prostu aura panująca w tamtym
miejscu była nietypowa. Czarci Krąg był osobliwością. Było to miejsce nagiego
gruntu o kolistym kształcie, od czego wziął swą nazwę. Ziemia była tam
poczerniała jakby dawno temu Krąg wypalił jakiś ogień. Dziwne było, że na owym
wypalonym gruncie nic nie rosło, choć ów ogień musiał dokonać zniszczenia wieki
temu. Także roślinność w promieniu kilkunastu łokci była jakby skamieniała i
nie odradzała się. Zaiste dziwne i niepokojące miejsce, w którym podobno nawet
powietrze miało inny ciężar i woń, i opornie wypełniało płuca. Być może z ziemi
wydobywały się tam jakieś trujące opary. Nie wiedziałam i nie miałam zamiaru
tego sprawdzać. Nie wybierałam się nawet w tamte okolice. Tak więc obawy mamy
były całkowicie nieuzasadnione.
Wyszłam z domu o
świcie, jeszcze nim opadły poranne mgły i wyschła rosa. Dzień się zapowiadał
ciepły, wczesno jesienny, pełen słońca, umiarkowanego ciepła i złoto zielonych
liści. Zamaszyście wywijając koszykiem pomachałam babci Dibie, która stała przy
furtce i odprowadzała mnie wzrokiem.
Dopiero później, kiedy
we wspomnieniach powracałam do tej chwili uświadamiałam sobie, że to spojrzenie
było właśnie takie jak w tych chwilach, kiedy sądziła, że go nie widzę:
przenikliwe, pełne powagi i czegoś, co dziś określiłabym jako wiedzę. Tak,
myślę, że babcia wiedziała.
Tamtego dnia przerzuciłam
jedynie koszyk do drugiej ręki, po czym zgrabnie przeskoczyłam przez gruby
konar leżący na ścieżce. I ruszyłam dalej podśpiewując sobie. Znałam tu każde
drzewo, każde źdźbło trawy i każdą kępę wrzosów. Wiedziałam, gdzie znaleźć
najobfitsze jagodziska i pomiędzy którymi drzewami wiją się strumyki, w których
można zaspokoić pragnienie. Las był dla mnie niczym drugi dom. Choć lato miało
się ku końcowi, zarówno dnie jak i noce wciąż jeszcze były ciepłe a runo
oferowało swoje skarby w pełnej obfitości.
Jagód miałam zamiar
nazbierać jak najwięcej. Ciasto było jedynie naszą miłą letnią tradycją.
Większość tego, co zbierałam co roku, suszyliśmy. Zimą z suszu można było
parzyć wyśmienitą herbatę, a jeśli jeszcze miało się do dyspozycji leśny miód
jako dodatek, to była już prawdziwa uczta. Miodu zwykle nie brakowało nam co
najmniej do połowy zimy. Część zbioru zawsze zachowywaliśmy dla siebie, resztę
ojciec sprzedawał, uzyskując całkiem przyzwoitą cenę. Nie wiodło nam się źle,
nie klepaliśmy biedy.
Przez jakiś czas wędrowałam
ścieżynką wijącą się wśród mchów wydeptaną przez nieuchwytnych dla oka
mieszkańców lasu i zbieraczy takich jak ja. Jagodziska przy niej były już
przetrzebione i szybko zorientowałam się, że nie mam czego na nich szukać.
Jeśli chciałam coś zebrać musiałam pójść głębiej w las. Matka przestrzegała...
Odrzuciłam jednak tę myśl cicho na nią prychając, aż tak daleko nie miałam
przecież zamiaru się zapuszczać. Lecz jeżeli miałabym się kurczowo trzymać
ścieżki to mogłam od razu wracać do domu.
Przecież znam ten las,
znam też jego tajemnice. Nie mogłabym się zgubić. Musiałam się tylko odrobinę
oddalić od ścieżki. Cóż mogło mi się stać? I z tą myślą, pewnym krokiem
skierowałam się na wschód.
***
To takie wstępne przedstawienie, na przygody dopiero przyjdzie czas. U mnie niestety wszystko długo się rozkręca. A jeszcze przed nami zapoznanie z trzecim z bohaterów. Ale to nie wcześniej jak w przyszłym tygodniu. Chyba że jednak wystrugam "Dioris", wtedy wpadnie ona, a "Ukryci" poczekają w kolejce ;).


Wydaje mi się, że imienne oznaczenia nie są potrzebne, gdyż:
OdpowiedzUsuń- Autorka zdolna Bestia jest i pisze tak, że wiadomo o kim mowa,
- Czytelnicy inteligentni są i łopatologii nie potrzebują,
- każde z trójki bohaterów pochodzi z innego świata i raczej trudno byłoby ich pomylić.
Uspokoiłam się co do bohaterki - Kaysana na pewno nie da sobie w kaszę dmuchać i na ofiarną owieczkę się nie nadaje.
"Cóż mogło mi się stać?" to czysta prowokacja kosmosu/sił nieczystych/przepowiedni/jasnej strony mocy... I budzi demony...
Żadne "niestety", tylko wręcz przeciwnie. Współczesna literatura ma ten problem, że sporo książek jest urwanych z choinki - opowieści niczym zdania wyrwane w kontekstu, historie znikąd, postacie z nieba (bez przeszłości). Ja wolę spokojnie się w temat wgryzać, rozkoszować smakiem.
Bardzo jestem ciekawa trzeciej postaci - jakoś tak mi się majaczy, że to niby przeciwieństwo Rigela, ale może się okazać, że są do siebie bardzo podobni.
Ps. Uświadomiłam sobie, że w tym roku w moim domu nie zapachniały jagodzianki - koniec świata!
No, skoro Czytelnik daje radę, to ok, zostawiam jak jest ;).
UsuńW kaszę sobie nie da, ale... no, sama wiesz jak to jest,nie dość że ma do czynienia z facetem to jeszcze z demonem, który lubi stawiać na swoim ;)