Helo :) Ktoś się stęsknił? Nikt? No, trudno, jakoś przeżyję ;). A tymczasem na pociechę (głównie dla mnie, bo ja się za tym miejscem trochę jednak stęskniłam) ogarnęłam kolejny fragment "Dioris". Zapraszam zatem...
Minęło ledwie kilka dni, od ich przyjazdu do Nammas, gdy z
domu Aruta przysłano radosne nowiny. Jego małżonka powiła córeczkę.
Teraz zadowolony ojciec spraszał wszystkich na uroczystość przyjęcia nowej, świeżo urodzonej osóbki do społeczności. Biesiada połączona z tańcami miała odbyć się dzisiejszego wieczora w domu Aruta. Rzecz jasna Botta był zaproszony i to zarówno jako druh gospodarza jak i gość honorowy, bez którego nie mogła się przecież obyć żadna ważna uroczystość w Nammas. Oczywiście, nie było tak, by ciągano następcę na każdą hulankę do każdej chałupy, lecz Aruta łączyła z nim szczególna więź. Starszy od Botty, Arut, był nie tylko kompanem w czasie wypraw ale serdecznym przyjacielem i często też doradcą w różnych sprawach. Choć bywały takie, w których młody książę słuchał wyłącznie własnej intuicji, jak w przypadku owej niespodziewanej branki, z którą wrócili do domu.
Teraz zadowolony ojciec spraszał wszystkich na uroczystość przyjęcia nowej, świeżo urodzonej osóbki do społeczności. Biesiada połączona z tańcami miała odbyć się dzisiejszego wieczora w domu Aruta. Rzecz jasna Botta był zaproszony i to zarówno jako druh gospodarza jak i gość honorowy, bez którego nie mogła się przecież obyć żadna ważna uroczystość w Nammas. Oczywiście, nie było tak, by ciągano następcę na każdą hulankę do każdej chałupy, lecz Aruta łączyła z nim szczególna więź. Starszy od Botty, Arut, był nie tylko kompanem w czasie wypraw ale serdecznym przyjacielem i często też doradcą w różnych sprawach. Choć bywały takie, w których młody książę słuchał wyłącznie własnej intuicji, jak w przypadku owej niespodziewanej branki, z którą wrócili do domu.
Dioris, zadumana, mięła w palcach delikatny jedwab. Suknia
miała piękny, błękitny odcień. Szerokie mankiety i obszycie dekoltu ozdobiono
misternym wzorem wyszywanym srebrną nicią i perełkami. Na wierzch przychodziła
narzuta zapinana z przodu na cztery pary srebrnych guzów,
połączonych ze sobą srebrnymi, plecionymi ozdobnie sznurkami. Narzutę uszyto z
grubego, granatowego aksamitu. Jej dół i rękawy obszyto futerkiem barwionym na
ten sam odcień błękitu, jaki miała suknia. I podobnie jak spodnia szatka tak i
wierzchnia sięgała ziemi. Głos, który nagle zabrzmiał za plecami wyrwał
dziewczynę z zamyślenia.
– Podoba ci się?
Drgnęła gwałtownie i obejrzała się. Za nią stał uśmiechnięty
od ucha do ucha Botta. Pogrążona w zadumie nie słyszała, jak tu wszedł. Nie
okazała tego, ale w duchu cała się spięła. Czujność. Nie powinna sobie pozwalać
na jej uśpienie. Nigdy i nigdzie. Nawet jeśli całej jestestwo pragnęło czuć się
w tym domu bezpiecznie, musi być czujna. Pogładziła dłonią aksamit.
– Przestraszyłeś mnie, książę.
– Wybacz, nie miałem takiego zamiaru. – Stropił się nieco,
lecz zaraz powrócił do swojego zwykłego, pogodnego tonu: – Ale nie
odpowiedziałaś mi, a pytałem czy podoba ci się mój podarunek?
Dioris cofnęła dłoń gładzącą materiał.
– Nie.
– Nie? – Skonsternowany Botta zmarczył czoło. – Sam wybierałem
i wydawało mi się, że ta jest najładniejsza. Co ci w niej nie odpowiada? Kolor,
czy...
– Suknia jest piękna – weszła mu w słowo – godna nawet i
królowej. Nie o nią mi chodzi.
– Jeśli nie o nią, to o co?
– Proszę, nie zrozum mnie źle... Botto. Nie chcę podarków. Żadnych. Od nikogo. –
Dziewczyna nerwowo skubała brzeg mankietu. – Mężczyzna, który daje podarunki, zwykle...
oczekuje czegoś w zamian. Nie wezmę tej sukni – powiedziała zdecydowanie.
Botta wyprostował się i zaplótł ramiona na piersi.
– Owszem, weźmiesz.
– Nie. Nie rozumiesz...
– Tak! – Zbliżył się i wziął jej dłonie w swoje. – Ja
rozumiem cię doskonale, Dioris. To ty niewłaściwie odczytujesz moje intencje. Mówiłem
ci już, nie mierz mnie tą samą miarą. Niczego nie zażądam w zamian, ani za
suknię, ani za gościnę.
– Zawsze jest coś. Jeśli nie teraz, to później. – Zabrała
ręce i cofnęła się.
– Ależ jesteś uparta – stwierdził poirytowany, ponownie splatając
ramiona na piersi.
– Owszem, jestem. – Uniosła z dumą brodę i wcale nie miała
zamiaru ustąpić.
– Dobrze, więc – zmrużył oczy - ustalimy tę zapłatę teraz, jasno,
tak by nie było żadnych niedomówień – oświadczył stanowczo.
– Nie wezmę sukni – zastrzegła z góry, cofając się kolejny krok.
Puścił to mimo uszu.
– Ja daję suknię, a ty ją założysz...
– Nie...
– Nie przerywaj mi. – Podniósł ostrzegawczo palec i ściągnął
brwi. – Założysz tę suknię, a potem pójdziesz ze mną do domu Aruta. Będziemy
tam świętować narodziny jego córki. Będziesz mi towarzyszyła. I to jest
zapłata. Twoje towarzystwo. O innej nie ma mowy. Zrozumiałaś?
Chciała zaprotestować, ale uciął kategorycznym:
– Nie będzie żadnej dyskusji. Czekam na dole – oznajmił i
opuścił jej komnatę.
Zszedł na dół, usiadł zły za stołem za stołem w głównej
izbie i kazał nalać sobie wina. Robię, co
mogę. Nie narzucam się, jestem uprzejmy. Wyłażę ze skóry i nic – pomyślał rozgoryczony. – Nie zbliżać się, nie dotykać, nie wypytywać
o nic, nie obdarowywać... To jak, u licha mam w końcu do niej dotrzeć?
Trzasnął kielichem o blat stołu, rozlewając trunek. Ale kiedy chwilę później Dioris
zeszła na dół cała złość przeszła mu natychmiast.
Wyglądała prześlicznie. Niebieska suknia była idealnie
dobrana do barwy oczu i nawet upór i irytacja nadal w nich obecne, ani obcięte
krótko włosy, nie były w stanie oszpecić tego obrazka. Kędziorki zwijały się na
karku w miękkie loki i równie miękkimi, drobnymi falami okalały twarz.
– Zadowolony jesteś, książę? – warknęła wrogo.
Wyraźnie nieprzyjazny ton głosu też nie był w stanie wyrwać
Botty ze stanu niemal bałwochwalczego zachwytu w jaki wprawił go jej widok.
– Bardzo – odparł, kompletnie niezrażony wrogo brzmiącą w
pytaniu nutą.
Dioris powoli dopinała guzy aksamitnej narzuty. Sam Botta
miał na sobie aksamitny kaftan z długimi rękawami sięgający kolan, zapinany
rzędem srebrnych sprzączek, przepasany w talii jedwabnym błękitnym pasem,
czarne dopasowane spodnie, wpuszczone w wysokie buty ciasno opinające łydki.
Wspaniałe, czarne włosy, zaczesane do tyłu, przytrzymała wąska, srebrna opaska,
gładka, bez żadnych ozdób. W jego ciemnych, jak głębokie, górskie jeziora,
oczach odbijał się płonący na kominku ogień. Prezentował się nie mniej wspaniale
niż Dioris, która na teraz pod jego śmiałym, można by rzec, że nieco natarczywym
spojrzeniem poczuła dziwny uścisk w żołądku i musiała spuścić wzrok.
Mężczyzna wyciągnął ku niej rękę, więc posłusznie podała mu
dłoń.
– Idziemy – zakomenderował, lekko ścisnąwszy palce
dziewczyny.
Przed budynkiem czekali już na nich pachołkowie z osiodłanymi końmi.
– To aż tak daleko? – zdziwiła się Dioris. Sądziła, bowiem,
że pójdą piechotą. Osada nie była przecież aż tak wielka, choć kilka mniej
znaczących gospodarstw rozrzuconych było w odleglejszych krańcach doliny.
– Nie jest daleko, ale następca ma swoje przywileje –
mrugnął wesoło Botta. – I jego pani też – dorzucił.
– Nie jestem twoją panią – sprostowała natychmiast,
nadymając lekko usta.
– Ależ z ciebie uparciuch – zirytował się, sadzając ją na siodle,
po czym sam dosiadł drugiego wierzchowca.
– Bo uzurpujesz sobie, książę – celowo podkreśliła to słowo –
prawa, które ci się nie należą.
Służący poprowadzili konie brukowaną drogą.
Służący poprowadzili konie brukowaną drogą.
– Ależ należą mi się – stwierdził z przekonaniem Botta,
kontynuując rozmowę. – Weszłaś na moją ziemię, to raz. Schwytałem cię
osobiście, to dwa. Podbiłaś mi oko, to trzy. I wciąż jeszcze się nie wykupiłaś.
Miałaś cerować moje koszule, pamiętasz? – Zaśmiał się, rozbawiony żartem.
Sama Dioris też uśmiechnęła się pod nosem.
– Jesteś księciem. Nie wypada byś chodził w pocerowanych
koszulach. Spraw sobie nowe – odparowała.
– Uhm... – mruknął, spoglądając na nią spod oka. Uniósł z
namysłem jedną brew. – Masz, pani, absolutną rację.
– Oczywiście, że mam. – Z triumfem zmrużyła niebieskie oczy.
– I w takim razie tamta umowa jest nieważna, a ja jestem wolna.
Botta przez chwilę przyglądał się jej z nieodgadnioną miną,
po czym oznajmił z powagą:
– Nic z tego, pani. Tak łatwo mi się nie wywiniesz. Skoro koszule
mają być nowe... Będziesz musiała je uszyć.
Parsknęła śmiechem.
– Lubię twoje poczucie humoru, Botto...
– Tym razem nie żartuję. Jestem śmiertelnie poważny. – Na
jego twarzy rzeczywiście nie było w tym momencie nawet cienia uśmiechu. Dioris
spoważniała natychmiast i wbiła w niego pytający wzrok. Botta przykuł go swoim.
– Ja też jestem uparty. Nie licz na to, że ustąpię –
powiedział cicho, niskim głosem.
W uszach Dioris zabrzmiało to niemal jak groźba. Przez
chwilę jeszcze patrzyła na niego póki nie uwolnił jej wzroku i nie odwrócił
głowy. Do domu Aruta dotarli, nie zamieniwszy już ze sobą ani słowa.
***
Dom i obejście gospodarza dzisiejszej uroczystości były
jednymi z bardziej okazałych w osadzie. Zbudowania tworzyły czworobok otwarty w
kierunku centrum wioski. W zagrodzie, przy stajni, stało kilka osiodłanych
wierzchowców, na podwórzu dwa wozy, którymi zapewne przybyli ci, mieszkający
nieco dalej.
Dzień o tej porze roku wciąż jeszcze był krótki i słońce zaszło
już za górskim łańcuchem. Z zalesionych zboczy powoli spełzał mrok, spowijając
dolinę do spółki z oparami snującymi się znad jeziora.
Spoza matowych szybek niewielkich okien domu, z jego wnętrza
bił ciepły blask kaganków i świec, dobiegały gwar toczonych rozmów i wesoła muzyka.
Widać większość gości była już na miejscu. Gospodarz zapewne wraz z nimi, bo
poza służbą, która zajęła się końmi nikt nie wyszedł, by powitać spóźnionych. Władca
jednak miał prawo, a nawet obowiązek, odrobinę się spóźnić.
Botta pomógłszy zsiąść swojej towarzyszce, cierpliwie czekał
aż ona upora się z poprawieniem i wygładzeniem sukni.
– Żona Aruta jest Barthyjką, jak ty – poinformował. – Nie
szlachcianką, pochodzi z prostego ludu, ale to miła i życzliwa niewiasta.
Polubisz ją.
Pchnął drzwi i gestem zaprosił Dioris do środka,
przepuszczając przed sobą. Minęli krótką, nieco mroczną, sień i znaleźli się w
rozświetlonym migotliwymi płomykami przestronnym wnętrzu. Gospodarz zauważył
nowych gości i natychmiast skinął na małżonkę, by razem z nim podeszła ich
powitać. Oboje wpierw skłonili się przed przybyłymi. Żona medyka dygnęła
dwornie, mówiąc:
– Witajcie w naszym domu, książę... Pani...
Dioris odpowiedziała ukłonem, a mężczyźni, zaprzyjaźnieni ze
sobą, objęli się po przyjacielsku. Botta wręczył ojcu podarunek dla nowo
narodzonej dziewczynki, niewielką szkatułkę wypełnioną kosztownościami. Drugą,
taka samą, wręczył zaczerwienionej z zakłopotania matce dziecka. Złożył dar wyraźnie
zaznaczając że czyni to w imieniu swoim i Dioris, na co z kolei ona zarumieniła
się zażenowana. Tak jednak nakazywał zwyczaj, by każdy gość, zaproszony, czy
niespodziany, złożył dar. Nie musiał być cenny, lecz miał wypływać z serca,
dlatego podarunki przynoszono najróżniejsze od kosztowności, jak uczynił Botta,
po drobiazgi w postaci pieluszek, czy prostych przedmiotów, jak drewniana
łyżeczka lub gałgankowa lalka. Wszystkie ceniono na równi. Oczywiście, jeżeli
kogoś stać było jedynie na drewnianą łyżkę, ofiarodawca starał się wykonać i
przyozdobić przedmiot najpiękniej, jak tylko potrafił. Większość gości
przynosiła ze sobą takie właśnie praktyczne przedmioty, wełnę, płótno i tym
podobne, ale zdarzało się, że zamożniejsi darowywali nawet jałowicę lub źrebca.
Żona Aruta nosiła imię Illith. Była to młoda kobieta o
miłych, delikatnych rysach i lekko zaokrąglonych kształtach. Co było całkiem
zrozumiałe, jeśli zważyć, że całkiem niedawno urodziła dziecko. Arut objął ją
ramieniem i spoglądał na nią z taką miłością i uwielbieniem, że tylko ślepiec,
by tego nie zauważył, ona zaś w pełni odwzajemniała owo spojrzenie. Dioris
poczuła lekkie ukłucie zazdrości i zrobiło się jej smutno. Ona nigdy na nikogo
nie ośmieli się patrzeć w taki sposób i nikt na nią tak nie spojrzy. Ona jest
splamiona, okryta hańbą na całe życie i nigdy nie uwolni się od tego brudu...
Gdy mężczyźni oddalili się, pozostawiając kobiety same. Illith
wiedziona ciekawością zapytała:
– Mąż mój mówił, że ty, pani, jesteś szlachetnie urodzona. Wiele
takich jak ja, trafia tu jako niewolnice. Ale jak to się stało, że jest tutaj
szlachetna niewiasta?
Głos kobiety oderwał Dioris od własnych myśli.
– Ja? – Co miała na to odpowiedzieć? Kim właściwie była?
Niezależnie od tego jak ją tu traktowano... – I ja jestem branką waszego władcy. – Westchnęła.
Botta może gadać, ale ona nie pozwoli na wyobrażanie sobie, że jest kimś, kim nie jest. Kto wie, kiedy jemu znudzi się traktować ją z atencją i sprowadzić na ziemię, przypominając gdzie jest miejsce niewolnicy? Szlachetnie urodzona? Nie, nie, to odległa przeszłość, jak sen. To nie ją, a chwilę obecną miała na uwadze, gdy odpowiadała Illith:
– Tutaj nie ja lecz ty jesteś panią i żoną szlachetnego człowieka. Moje barthyjskie urodzenie nic nie znaczy. To ja winna ci jestem szacunek i ukłon, nie ty mnie. – Dioris pochyliła głowę przed kobietą.
Botta może gadać, ale ona nie pozwoli na wyobrażanie sobie, że jest kimś, kim nie jest. Kto wie, kiedy jemu znudzi się traktować ją z atencją i sprowadzić na ziemię, przypominając gdzie jest miejsce niewolnicy? Szlachetnie urodzona? Nie, nie, to odległa przeszłość, jak sen. To nie ją, a chwilę obecną miała na uwadze, gdy odpowiadała Illith:
– Tutaj nie ja lecz ty jesteś panią i żoną szlachetnego człowieka. Moje barthyjskie urodzenie nic nie znaczy. To ja winna ci jestem szacunek i ukłon, nie ty mnie. – Dioris pochyliła głowę przed kobietą.
Illith uśmiechnęła się ciepło.
– Towarzyszysz dziś, pani, następcy tronu. On nie wyróżniłby
w taki sposób kogoś niegodnego. Jesteś gościem jego, a teraz i naszym. Chodź, zajmij należne ci miejsce za naszym stołem i obyś dobrze czuła się pośród nas.
Dziewczyna z wdzięcznością przyjęła życzliwe słowa, choć
bynajmniej nie rozwiały one jej obaw i trosk, ani nie przekonały, że się w swojej
ocenie myli. Jednak spierać się nie wypadało, odparła więc tylko:
– Dziękuję. Już czuję
się tu dobrze. Aurowie to ludzie życzliwi i o szlachetnych sercach.
Illith uśmiechnęła się szerzej, wiele mogłaby o tym
opowiedzieć. Sama przecież zaznała owej życzliwości i nadal jej doznawała. Choć
nie była rodowitą Auryjką nigdy nie okazywano jej niechęci ani pogardy z tego
powodu, że przybyła tu jako niewolnica. To barthyjskie niewiasty napiętnowały
ją, bo pokochała Aurę.
Dioris zatrzymała ją jeszcze, nim gospodyni oddaliła się do swoich
obowiązków.
– Czy wolno mi o coś cię prosić?
– Mów, pani. Chętnie spełnię prośbę, jeśli tylko będę mogła.
Ciepłe spojrzenie Illith, jakby odrobinę rozgrzało
skostniałe serce Dioris, ale tylko odrobinę, bo oczy Dioris pozostały poważne i
smutne.
– Proszę byś zechciała zwracać się do mnie, Dioris. Tak
brzmi moje imię. Nie jestem tu panią i nigdy nie będę, a moje barthyjskie
szlachectwo już nie istnieje. Jestem tylko zbiegłą niewolnicą w mocy nowych
panów.
Kobieta spoważniała. Długo patrzyła w powleczone,
niezrozumiałym dla niej, smutkiem oczy dziewczyny, usiłując wyczytać z nich
tajemnicę. Odparła wreszcie:
– Będzie jak sobie życzysz, Dioris, ale pod warunkiem, że i
ty będziesz nazywać mnie moim, a na imię mi Illith.
„Należne” Dioris miejsce wyznaczono u boku księcia. Zerkał z
daleka jak rozmawia z Illith. Miał szczerą nadzieję, że obie przypadną sobie do
serca i zaprzyjaźnią się ze sobą. Może przed życzliwą kobietą Dioris zdoła się
wreszcie otworzyć i uwolni od skrywanych głęboko w sercu bolesnych wspomnień?
Nie wypytywał o nic, gdy wreszcie podeszła do stołu. Uśmiechnął się tylko,
nalewając jej wina.
Stoły były suto zastawione wszelkim dobrem. Podawano mięsiwa
przyrządzone na różne sposoby, pieczone i marynowane, przede wszystkim baraninę
i drób. Nie brakowało chleba, ani słodkich, miodowych ciast z orzechami.
Najobficiej jednak raczono się winem. Najczęściej oczywiście pito zdrowie
nowonarodzonej dziewczynki i jej rodziców. Botta, wraz z innymi, raz po raz
wznosił swój kielich zachęcając też i Dioris. Osobiście pilnował, by jej
kielich nie pozostawał pusty, ale ona ledwie moczyła usta. W pewnej chwili,
trochę już podchmielony, Arut wzniósł toast, za „nasze umiłowane niewiasty”, obejmując przy tym siedzącą obok niego
Illith i bez najmniejszego skrępowania wycisnął na jej ustach gorący,
bynajmniej nie oficjalny, pocałunek. Biesiadnicy z okrzykami aprobaty ochoczo
podjęli inicjatywę gospodarza, wznosząc kielichy i podobnie jak Arut obejmowali
i całowali swe żony, i towarzyszące im kobiety. Ręka Dioris zawisła na ten
widok z kielichem niesionym właśnie do ust, a ona sama zamarła w bezruchu, gdy
poczuła dłoń Botty na swojej i jego palący wzrok na twarzy. Spłoszona spojrzała
na niego, truchlejąc ze strachu, że i on zechce pójść w ślady pozostałych, a
ona przecież przyszła z nim. Ale Botta tylko patrzył. Uśmiechnął się, wznosząc
swój kielich.
– Wypij – powiedział cicho, pociągając łyk ze swojego,
pucharu. Upiła posłusznie mały łyczek. Palce Botty zacisnęły się lekko na jej
dłoni i nic więcej. Odwrócił głowę, nie próbując jej całować. Odetchnęła z
ulgą.
Melodie wygrywano przede wszystkim na fletach i różnego
rodzaju piszczałkach. Nie zauważyła, by używano instrumentów strunowych takich
jak lutnie, czy harfy dosyć popularne w jej ojczyźnie. Widać nie były znane
Aurom. Fletom wtórowały dzwonki i bębny różnej wielkości, dawało to w sumie
dosyć hałaśliwą, ale melodyjną i rytmiczną muzykę, wbrew pozorom, łatwo
wpadającą w ucho. Na środku, pomiędzy ustawionymi pod ścianami stołami, było
dużo wolnego miejsca i tam teraz zaczęli gromadzić się tancerze, podczas gdy za
stołami pustoszało, bo coraz więcej ucztujących porzucało jadło na rzecz
tanecznej zabawy. Nie tańczono w parach. Tancerze utworzyli kilka wirujących
naprzemiennie kręgów, podając sobie ręce lub też obejmując się ramionami, czy
chwytając towarzyszy w talii, jeśli chcieli zacieśnić krąg. Spojrzenie Dioris
przykuła młoda, ciemnowłosa Auryjka. Roześmiana, radośnie wirowała wraz z
innymi w rytm muzyki, trzymając z jednej strony za rączkę kilkuletniego chłopca
z drugiej jakiegoś młodego mężczyznę. Mogła mieć szesnaście, najwyżej siedemnaście
lat. Prawie jak Imeni...
Dioris przyszło na myśl, że gdyby Imeni tu była z ochotą
przyłączyłaby się do tej zabawy... Przed oczyma stanęła uśmiechnięta twarz
siostry, klaszczącej w dłonie przy dworskich pląsach, które
czasem urządzały dworki na zamku w Palamare. To wspomnienie jak żywe zasnuło
wizerunek tańczącej tutaj dziewczyny... Jasny warkocz Imeni wirował z jej
ruchami.. Imeni już nigdy nie przyłączy się do żadnej zabawy… Nie będzie śmiać
się radośnie, nie zaklaszcze w dłonie z uciechy. Nie popłynie w dostojnym
dworskim pląsie, ani nie będzie podskakiwać rytmicznie w spontanicznej,
żywiołowej zabawie Aurów. Gardło Dioris ścisnął żal, czuła napływające do oczu
łzy. Szybko odwróciła wzrok i wbiła go w blat stołu, by zatrzeć tamten bolesny
obraz i całą siłą woli powstrzymała narastający w krtani szloch. Nie wolno ci tego robić, Dioris. Nie wolno
psuć tym ludziom radości. To ich święto. Oni mają do niego prawo. Ty, nie.
– Chodźmy i my tańczyć, Dioris.
Pogodny głos Botty przywrócił ją do rzeczywistości. Zmusiła
się do opanowała żalu i odetchnąwszy głęboko odważnie podniosła na niego oczy.
Stał obok, gotowy do zabawy, uśmiechnięty szeroko, z wyciągniętą ku niej ręką. Choć
nie przyszło jej to łatwo, odwzajemniła uśmiech, ale nie przyjęła
zaproszenia, potrząsając przecząco głową.
– Nie, ja nie. Idź sam, książę. Nie znam waszych tańców.
– Nauczysz się. Są łatwe, tylko popatrz. – Jeszcze nie dawał
za wygraną. – No, chodź. Wszyscy się weselą. Nie wypada siedzieć za stołem.
Nie ustąpiła.
– Cieszy mnie szczęście twoich przyjaciół i szczerze życzę
im jak najlepiej, ale nie chcę tańczyć. Nie mogę, wybacz.
– Szkoda – westchnął z rezygnacją. Nie nalegał więcej widząc,
że coś ją dręczy. – Skoro nie chcesz, nie będę cię przymuszał. Zostanę w takim
razie z tobą.
– Nie, ty idź, dołącz do pozostałych. – Powstrzymała, gdy
zamierzał na powrót usiąść na ławie. – Nie wypada siedzieć za stołem,
najdostojniejszemu gościowi, gdy inni się radują.
Cóż, miała rację. Zatem dołączył do zabawy, a Dioris została.
Zerknęła dyskretnie w obie strony i rzeczywiście teraz sama poczuła się trochę
nieswojo, bowiem za stołami pozostali już tylko ci pogrążeni w sprawiedliwym
śnie, którego nie była zdolna przerwać nawet hałaśliwa muzyka, ani
pokrzykiwanie i przytupywanie tancerzy. Wstała więc i ona ze swego miejsca,
lecz nie przyłączyła się do zabawy tylko niepostrzeżenie, nie zwracając
niczyjej uwagi, wyszła na zewnątrz. Manewr ten jednak nie umknął uwadze czujnie
obserwujących ją oczu.
***
Liczę, że dam radę ogarnąć kolejny kawałek pod koniec tego lub w przyszłym tygodniu. Chciałabym też podgonić "15 godzin...". Doba ma ich stanowczo za mało. Do następnego razu :).

Oczywiscie ze tesknilam. Fragment fajny za krotki. Oczywiscie.
OdpowiedzUsuńNa pocieszenie powiem, że fragmentów będzie jeszcze sporo w tym tekćcie ;)
Usuńo! to juz cicho bede siedzeic, lubie Twoje mini powiesci
Usuń, oczywiście że tęsknotę, chociaż siedzę cicho;)) czekam każdego dnia na nowy post:)) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńBardzo bym chciała móc wrzucać coś częściej. Niestety czas, czas czas... Zachciało mi się i się zapisałam na kursy i teraz się najzwyczajniej w świecie muszę uczyć ;/. Ale kontynuacje będą na pewno. Będą tak często, jak tylko dam radę :)
UsuńCzekam z utesknieniem na kokejna czesc. Zagladam codziennie.☺
OdpowiedzUsuńJak to nikt? Czekamy! :) Ania
OdpowiedzUsuńKochane, to była mała prowokacja ;) W tym tygodniu mam troszkę luzu więc post pojawi się jutro lub najdalej pojutrze :) Jestem Wam wdzięczna, za cierpliwość do mnie :*
OdpowiedzUsuńNo i się wszyscy bawią, bo się berbeć urodził. Przyznam jednak, że trochę za miłe i za delikatne to społeczeństwo. Zazwyczaj takie duże włości, to mają ci okrutniejsi, bo co tu dużo kryć - oni mają szanse zwyciężać i podbijać ziemie, a tacy litościwi, to... ale podchodzę do tego jak do bajeczki, więc nie mam za złe. Ciekawe dokąd ona polezie, czy ktoś ją porwie i czy władca się wkurwi, że mu czmychnęła.
OdpowiedzUsuńTrzymają się razem, ale nie dokońca są tacy grzeczni, sądząc po niezbyt pochlebnej opinii jaką się cieszą za granicą okrytni i twardzi też umieją być. Tu są w domu a feudale układy w tej społeczności się dopiero tworzą. Z czasem bogacze pewnie obrosną w piórka, ale to jeszcze ze dwa trzy pokolenia. Poza tym podchodzisz odpowiednio bo to jest bajeczka ;).
OdpowiedzUsuńDaleko nie polezie, on jest czujny i pilnuje jej jak pies kości ;).