Ufff... Najgorzej jak się człowiekowi zalęgnie coś w głowie, to nie ma bata musi to wywalić. A jak przetrzyma to potem jest jak z "Dioris", lezie, ale wolno. A tu mam już naklepane prawie setkę stron. Ale podawać będę na przemiennie z D, tak więc kolejna będzie z D i nie ma zmiłuj. A ponieważ każdego dnia staję przed lustrem i napominam się surowo, że przerwy są pfuj, to powinna być jeszcze we wrześniu. A dzisiaj "Ukryci", żeby znów w maraz nie wpaść ;).
Labirynt lochów i
korytarzy pod zamkiem nawet dla nas, którzy znaliśmy każdy kamień w tej budowli
był wyzwaniem. Ojciec jednak wydawał się zmierzać prosto do celu. Mimo, że
często zmienialiśmy kierunek marszu, skręcając to w lewo, to w prawo, czasem
wręcz zawracając, nie miałem wrażenia, że błądzimy w poszukiwaniu właściwej
drogi. Niemal w każdym korytarzu pokonywaliśmy wiodące w dół schody, aż w końcu
osiągnęliśmy najniższy poziom.
Szliśmy teraz wąskim
pomostem z bazaltu a tuż pod nami bulgotała i syczała magma. Żar panował tu nie
do zniesienia. Znaczy nie byłby w stanie znieść go nikt prócz demonów związanych
z ogniem, jak my. Gorących, gryzących oparów nie odczuwaliśmy intensywniej niż
człowiek czuje lekką letnią bryzę. Można by nawet rzec, że znajdowaliśmy swego
rodzaju przyjemność we wdychaniu tej zabójczej dla innych istot mieszaniny
wulkanicznych gazów.
Na końcu pomostu
znajdowała się okrągła platforma nieco wklęśnięta pośrodku, co sprawiało, że
trochę przypominała wielką bazaltową misę. Po jej dnie wiły się smużki dymów
przedostające się przez porowatą skałę, pod którą gotowała się lawa. Jednak to,
co przykuło moją uwagę znajdowało się w samym centrum niecki.


