Za oknem afrykańskie upały a tu trochę zimy i lodu, ale i tak będzie gorąco ;). Zapraszam na kolejny fragment Dioris. Na razie jeszcze poprawiam to co kiedyś tam zostało spisane. Schody zaczną się, gdy dotrę do moich luk, których zwykle pełno mam w starych opowiastkach, w tej też ich nie brakuje. Tu dochodzi jeszcze ten problem, że choć każda część "Dzikich" stanowi osobną opowieść to zasadniczo są całością. Zdarzenia zazębiają się, często toczą się równolegle w jednej i innych częściach. Zdarza się też że poszczególni bohaterowie uczestniczą w tych samych akcjach. Myślę jednak że w pełni to ogarnę dopiero wtedy, kiedy wreszcie wszystkie części zostaną pouzupełniane i napisane do końca. Ale to kiedyś tam ;)
Wciąż jeszcze zima trzymała świat w okowach, choć już nie
tak twardą ręką. Zwłaszcza tu, w dolinach, gdzie wiosna zawsze przychodziła
nieco szybciej. Wprawdzie Graniczna Rzeka nadal była skuta lodem, ale ów zrobił
się już kruchy i niepewna byłaby po nim przeprawa.
Samotny jeździec zatrzymał konia na brzegu i długą chwilę
obserwował rzekę. Zamarznięta, tylko środkiem rwała wąska struga, wolna od
lodu. Człowiek obejrzał się za siebie, jak ktoś ścigany, kto wie, że pościg
lada moment pojawi się w zasięgu wzroku. Wahanie trwało tylko chwilę. Odpiął
sakwy od siodła i przerzucił sobie przez ramię. Zmusił konia do zejścia na lód.
Zaniepokojone zwierzę, które z własnej woli z pewnością
nigdy nie wlazłoby na niebezpiecznie cienką taflę, z nisko pochyloną głową węszyło
rozdętymi chrapami. Parskało głośno, ostrzegawczo i ostrożnie stawiało rozsunięte
szeroko nogi na niepewnym, śliskim podłożu. W okolicy płynącej środkiem, wąskiej
strugi lód pod kopytami konia zaczął złowrogo trzeszczeć. Wtedy jeździec
błyskawicznie zsunął się z siodła i lekkim krokiem pobiegł co sił, ku strużce.
W pędzie odbił się od jej jednego brzegu i jakimś cudem udało mu się wylądować
po drugiej stronie, nie wpadając przy tym do wody. W biegu odwrócił tylko głowę
i kątem oka dostrzegł jak lód, pod porzuconym wierzchowcem, załamuje się z
trzaskiem i zwierzę z rozpaczliwym kwikiem pogrąża się w lodowatej wodzie. Człowiek
biegiem dopadł drugiego brzegu Rzeki i skrył się w zaroślach. W chwili, gdy
znikał na przeciwległym brzegu pojawili się trzej jeźdźcy.
Tonący koń wciąż jeszcze walczył o życie, rżąc i desperacko
bijąc kopytami wodę. Trzej przybysze patrzyli na tę walkę z daleka. Żaden nie
odważył się wjechać na lód. Wreszcie tonące zwierzę poddało się i znikło pod
lodem. Ludzie po drugiej stronie stali jeszcze chwilę, gestykulując i wskazując
to na lód, to na wyrwę po środku rzeki, wreszcie
zawrócili konie i odjechali.