Taki przerywnik pomiędzy Wodą a... Wodą ;)
Mówili o mnie Bestia... ale to oni byli Bestiami. Łudzili się,
że strachem zmuszą mnie do posłuszeństwa. Nie bałem się. Serce nie znało
strachu. Płonął we mnie tylko gniew. Jak najgorętszy ogień, wypełniały mi
trzewia nienawiść i pragnienie zemsty. Za ból, za głód, za niewolę...
Wiedzieli o tym i to
oni się bali, a ja czekałem... Czekałem na dzień, gdy kraty, którymi
tchórzliwie odgradzali się ode mnie, znikną.
Nigdy nie podchodzili blisko. Mieli dość rozsądku, by się nie
zbliżać. Lecz każdy popełnia błędy. Któregoś dnia, stracą czujność, a ja będę
gotowy... Tymczasem musiałem walczyć. Walczyć o życie. Z Bestią...
Tamtego dnia jaskrawe światło sprawiło, że źrenice gwałtownie
się zwęziły, gdy wydostałem się wreszcie z ciemnego tunelu. Zamiast twardej
skały, nieprzyjemnie ocierającej podeszwy stóp, poczułem pod nimi miękki,
ciepły piasek.
Przezornie cofnąłem się w cień. Zamarłem w bezruchu. Nozdrza
zadrgały lekko, kiedy wciągnąłem powietrze, identyfikując wonie. Uszy
wyłapywały, otaczające mnie, znienawidzone dźwięki . Obce i wstrętne. Woń i głosy Bestii... Wielu....
Moje, nabiegłe krwią, oczy zlustrowały otoczenie. Ta przestrzeń
była większa niż klatka, w której przyszło mi żyć, ale wciąż ograniczona, o kolistym
kształcie. A w górze, byli oni, zdziczali, żądni mojej krwi... Warknąłem
gniewnie. Byli zbyt wysoko, bym mógł sięgnąć.
Tchórze...! Jakże ich nienawidziłem. Marzyłem, by poczuć na
języku smak ich soków, by słuchać wrzasków bólu i trwogi, zamiast tych
opętańczych krzyków, zagrzewających do walki mego przeciwnika...
Mój przeciwnik... Bestia...
Stał w oddaleniu, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Zmrużyłem
oczy i patrzyłem na niego, ukrytego w obcej skórze. Głupiec... Czy liczył,
że nie rozpoznam go pod przebraniem? Ale smrodu strachu i własnego ciała nie
mógł ukryć... Drażniły moje zmysły... Byłem głodny, a jego woń obiecywała
posiłek. Czułem narastające podniecenie... Będę walczył...
Przylgnąłem do ziemi, przyczaiłem się, obserwując, co zrobi
Bestia uzbrojona w jeden żelazny pazur i zęby, które nikomu nie mogłyby
wyrządzić krzywdy, odziana w cudzą skórę, która nie mogła jej ochronić
przede mną. Drżał... Gardziłem nim. Koniuszek mego ogona poruszał się nieznacznie
w lewo i w prawo...
Jakże pragnąłem, zatopić swoją broń w jego trzewiach i wywlec
na wierzch wnętrzności. Gorące, parujące, okraszone słodką krwią... Lecz
czekałem... Byłem ostrożny... Nauczyłem się, że Bestii nie wolno ufać. Nie
wolno lekceważyć.
Chwilę młodzieńczej, aroganckiej brawury przypłaciłem
niewolą. Nie zamierzałem popełniać ponownie tego błędu. Tym razem ceną byłoby
moje życie. A ja nie chciałem umierać i wiedziałem, że o życie kolejny raz muszę
walczyć. Byłem gotowy... Czekałem na jego ruch...
Postąpił kilka kroków w moją stronę.
Nie odrywając ciała od ziemi, także powoli zbliżałem się do
niego. Im byłem bliżej, tym wyraźniej czułem jego pot, a dyszący oddech
wdzierał się do moich uszu jak krzyk. Jego pierś, okryta obcą skórą, falowała i wyobrażałem
sobie jak miażdżę żebra i wyrywam z niej bijące jeszcze serce wraz z
płucami. Adrenalina nasączyła moje mięśnie i ścięgna mocą i siłą.
Nienawiść wypełniła żyły, krążąc w nich wraz z gorącą krwią, a krew stała się
nienawiścią... Chciałem go zabić. Pragnąłem tego z całej duszy...
Mierzyliśmy się wzrokiem, ale to ja przykułem jego spojrzenie
swoim, sprawiając, że strach odbierał mu rozum. Szukał moich słabych punktów, nie
wiedząc, że głód wyzwala we mnie determinację, której żadna siła niezdolna jest
pokonać.
On był słaby, choć widziałem, jak spięte są jego mięśnie. Jak
gdyby jego wątła postura mogła oprzeć się mojej dzikiej sile. Woń strachu
mówiła jednak, że nie ufa sobie. Że brak mu wiary w moc pazura, który dzierżył
w dłoni i ochronę z obcej skóry, którą osłaniał miękkie, smakowite ciało. Znałem
już ten smak. Na wspomnienie słodyczy ślina pociekła mi z kącika pyska.
Nie bałem się, o nie. Strach był bronią i tarczą Bestii. Moją
były odwaga i nienawiść, a tarcza nie była mi potrzebna. Byłem lepiej
uzbrojony, a moje mięśnie, choć osłabione trwającą wiele dni niewolą i głodem,
były potężniejsze. I był we mnie gniew... Potężny gniew. I pragnienie zemsty...
Bestia... krążył wokół, próbując zajść od tyłu, lecz obracałem
się wokół własnej osi nie pozwalając mu na to. Warknąłem ostrzegawczo. Smród jego
paniki i adrenaliny stał się intensywniejszy, wzmógł we mnie uczucie głodu i
podsycił apetyt. Obnażyłem kły, wydając głuchy pomruk z głębi trzewi.
Niech się boi... Bestie, jemu podobne skazały go na porażkę, lecz nie było mi
go żal... Liczyło się przetrwanie...
Zawahał się na mgnienie oka...
Wykorzystałem moment i wyrzuciłem ciało w przód, wysuwając
pazury. On odskoczył, ale musnęły jego kończynę. Czułem, jak zatapiają się w miękkim
ciele i rozdzierają je. Słodki zapach krwi uderzył w moje nozdrza. Oblizałem
wargi, koniuszkiem języka wyczuwając smak kropli, które tryskając zrosiły mi
pysk. Cudowny smak...
Na powrót przypadłem do ziemi, wyczekując chwili odpowiedniej
na atak. Woń krwi drażniła moje zmysły, wzmagając niecierpliwość i
sprawiała, że drżałem z podniecenia.
Bestia... nie poddawał się, lecz to za mało, by wzbudził we
mnie szacunek. Wciąż nim gardziłem, a jego woń mnie drażniła. Krążył. Był
zdeterminowany. Tak, jak ja walczył o życie. Wlokąc za sobą zranioną
kończynę znów próbował mnie obejść, odwrócić moją uwagę, zaskoczyć...
Teraz on zaatakował pierwszy. Uchyliłem się, skręcając ciało,
ale otumaniony głodem nie byłem dość szybki. Żelazny pazur sięgnął mnie,
rozdarł skórę na żebrach i ześlizgnął się po nich. Ryknąłem gniewnie, czując
ból. Dosyć! Przytuliłem uszy do czaszki, spinając mięśnie do skoku... Uwięziłem
jego wzrok. Mój ryk zawibrował w powietrzu, wypełnił je grozą, a ta sparaliżowała
strachem członki Bestii. Cofnął się odruchowo i potknął...
Skoczyłem... Łapy uderzyły w jego pierś, a wysunięte pazury
przebiły obcą skórę, pod którą skrywał swoje słabe ciało. Upadł i to, czym
osłaniał głowę potoczyło się po piasku. Nachyliłem się nad nim. Przez chwilę
widziałem jego oczy, pełne przerażenia. Słyszałem rozpaczliwy krzyk, nim zacisnąłem
szczęki, druzgocąc czaszkę.
Na podniebieniu poczułem rozkoszny smak... Moja nagroda...


No to macam :) Od dłuższego czasu planowałem zabrać się za poprawioną wersję Bestii i w końcu znalazłem na to chwilkę.
OdpowiedzUsuńJak zwykle czytało się "Ciebie" dobrze, jak dobrze czytało się i wcześniejszą wersję. Niestety, nadal kotek jest wyjątkowym erudytą ;) Wiesz, chodzi mi o to, że zwierzę raczej nie zastanawiałoby się nad zwężeniem swoich źrenic, nawet gdyby wiedziało, że w coś takiego wyposażone są jego oczy, i że tak reagują na jaskrawe światło. Nie określałoby swego ruchy jako "wokół własnej osi", etc.
Oczywiście nie wiem jak to jest być dzikim zwierzęciem, ale to wygląda mi trochę nienaturalnie :P
I żeby nie było, zdaję sobie doskonale sprawę, jakiego trudnego wyzwania się podjęłaś. I to doceniam.
Aha i jeszcze jedno. Tak sobie teraz myślę, że mogłabyś uzyskać fajny efekt, jakbyś usunęła z prawie całego tekstu określenie "Bestia" dot. człowieka, prócz ostatniego zdania.
I tyle tego macania :)
Pozdrawiam!
A toś się namacał... Poleciałeś po najmniejszej linii oporu :P bo tu akurat tylko trochę flaków... ale dobrze, przebiegła - Bestio.
UsuńTen kotek, to taki egzemplarz specjalny, może się nażarł czegoś i dlatego taki mundry jest.
Też nie wiem, jak to jest być dzikim zwierzęciem, naprawdę nie wiem. To czysta fikcja, zdaję sobie sprawę, że wyposażyłam kocura w świadomość jakiej w naturze nie posiada. Wszystkie uwagi zachowam sobie na wypadek, jakby mi znów przyszło do głowy włazić w skórę dzikusa jakiegoś ;) Zastanowię się na wywaleniem Bestii - znaczy określenia.
Miło, że wreszcie zostawiłeś jakiś ślad :D
Trochę potrwa zanim zapoznam się z Twoją twórczością, ale będę się starała zostawiać ślad.
OdpowiedzUsuńCo do tej notki. Trochę uczłowieczyłaś kota, ale mi się podobało. A że człowiek jest najbardziej krwiożerczą bestią wiadomo nie od dziś.
Serdecznie Cię witam, Ado w moich progach, proszę się rozgościć i częstować :)
Usuń