Kochani, połowa stycznia za nami, czas ucieka nie ma na co czekać. Pora zainaugurować rok konkretnie a nie tylko marudzeniem. I tak, na pierwszy ogień w tym roku poleci "Zieleń", opowiadanie, które miało wylądować gdzie indziej, ale z pewnych przyczyn trafi tu, na bloga i w jeszcze jedno miejsce w niedalekiej przyszłości i o tym będzie innym razem. Tymczasem teraźniejszość jawi się konkursem na bloga roku, w którym biorę udział, o czym informuje banerek na pasku bocznym. Po lewej stronie.
A teraz już przechodzimy do konkretów i do pierwszej części opowiadania "Zieleń". Dla uspokojenia dodam tylko, że to opowiadanie jest po pierwsze krótkie, zawiśnie tu w dwóch częściach, po drugie absolutnie ukończone, więc część następna zostanie opublikowana po niedzieli bez żadnych terminowych obsuwów tym razem.
Start
– Ziemia! Ziemia na dziesiątej!
Krzyk dobiegający z bocianiego gniazda sprawił, że bezruch
panujący na statku, bezwładnie dryfującym z morskim prądem wreszcie został
złamany. Z kątów wypełzli wycieńczeni, zrezygnowani i apatyczni załoganci. Zawiśli
na bakburcie, wbijając spojrzenia w horyzont, choć z perspektywy pokładu nie
mogli widzieć tego, co z góry dostrzegał obserwator.
Stężałe w napięciu twarze, przekrwione białka pustych od
beznadziei oczu, spękane od pragnienia usta, a w nich krwawiące od szkorbutu
dziąsła i chwiejące się zęby. Zesztywniałe języki utrudniały mowę, zamieniając
ją w trudny do zrozumienia bełkot, więc nie gadali po próżnicy. Twarde,
marynarskie dłonie zaciskały się kurczowo na relingu, a na nich, na napiętej
skórze pokrytej siateczką zastrupiałych pęknięć, obok starych tworzyły się
nowe, krwawiące ranki.
Wszyscy pogodzili się już z nieuchronnym losem. Najpierw nagła
burza, która uszkodziła ster, zniszczyła część żagli i pozbawiła statek przedniego
masztu. Złamany też został bukszpryt, a wściekłe fale uszkodziły płetwę sterową.
A gdy rozszalałe morze wreszcie się uspokoiło nastała cisza.
I w końcu ten dziwny, nieznany prąd, który pochwycił statek i
niósł go w nieznane. Dosłownie, bo jedynie w przybliżeniu, obserwując słońce i
gwiazdy nocami byli w stanie określić kurs. Kompas zwariował i kręcił się w
kółko, nie wskazując niczego. Jedyne, czego byli pewni to, że prąd niesie ich coraz
dalej uczęszczanych szlaków i znanych, żeglownych akwenów. W nieznane, które
pragnęliby jednak poznawać na własnych warunkach.
A teraz wód, na których się znaleźli nie opisano w żadnej locji,
ich bezmiar zdawał się nieskończony i nie spodziewali się, by na ich drodze
stanęła bodaj marna skała, o którą mógłby się roztrzaskać kadłub, a oni
znaleźliby godną, marynarską śmierć. A tu nagle... Ziemia? Nadzieja?