No i ostatni październikowy wpis.
Nadal na warsztacie mam "Ukrytych", jak widać, i nie rozpieszczam Was częstotliwiścią, wiem.
W tym tygodniu wyjazdowe święta, ja także wyjeżdżam, ale przerwa między postami nie powinna być dłuższa niż zwykle, bo na razie materiał jest i się kisi ;).
Wszystkich odwiedzających serdecznie pozdrawiam i wszystkim, a szczególnie tym, którzy wyjeżdżają, życzę nam dpowiedniej pogody. Wiecie, zimno nam nie straszne, bo od czego czapki i szaliki, ale życzę nam słońca a przynajmniej braku deszczu i błota :).
A teraz zapraszam na kolejną porcję "Ukrytych".
Czekaliśmy w
milczeniu, stojąc przed Wrotami, które lada chwila miały się otworzyć.
Dziesięciu demonów z najstarszych, najpotężniejszych rodów. Właściwie
dziesięcioro, gdyż była pośród nas jedna istota rodzaju żeńskiego. Przyglądałem
się dyskretnie moim przeciwnikom, ważąc swoje szanse. Wszyscy to zresztą
robili. Bruxas, piękna demonica uzbrojona w ogon skorpiona z żądłem pełnym zabójczego
jadu, jak przystało na istotę, której domeną są trucizny, podchwyciła moje
spojrzenie. Uniosła wargi i wysuwając rozdwojony na koniuszku język syknęła wrogo
w moim kierunku.
Bywaliśmy kochankami,
ale pomijając fakt, że jako jedna z dwóch żeńskich demonów w Tartarox mogła
mieć każdego kogo chciała i kiedy chciała, dziś byliśmy rywalami i jakakolwiek
była zażyłość między nami nie znaczyła nic. Zresztą byłem pewien, że podobne
relacje łączyły ją z większością obecnych, jeśli nie ze wszystkimi. Nie
pozostałem jej zresztą dłużny, pozwalając zapłonąć pełnemu złości ogniowi w
moich oczach. Taka żałosna demonstracja. Bo tak, wyglądaliśmy żałośnie ludzko.
Odarci z większości naszych przyrodzonych mocy. I nawet po przekroczeniu wrót
na czas wyścigu przywrócona nam będzie jedynie zdolność latania, oraz odrobina
instynktów i wyczulonych zmysłów, tak byśmy byli w stanie wyczuć i zlokalizować
Ofiarę.



