WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

29.06.2016

W strugach deszczu cz.1

Słowo się rzekło, post w eter... Bez zbędnych pogaduch, dziś część pierwsza a reszta...

Start

     To sen... Bardzo dziwny sen...
     Stoję na ulicy przed drzwiami swojego domu. Pada deszcz.
     Właściwie to leje jak z cebra. Wiatr z wściekłością szarpie nagimi gałęziami drzew rosnących wzdłuż krawężnika. Chodnik zamienił się w rwący strumień, a ja tkwię tam i gapię się bezmyślnie na zamknięte drzwi.
     Czuję, jak z włosów spływają strużki deszczówki i wsiąkają w szary gruby sweter, który mam na sobie. Odruchowo otulam się nim szczelniej jakby ciężki, nasiąknięty wodą ciuch, mógł ochronić mnie przed wilgocią i wiatrem.
     Przyglądam się drzewom, nie mają liści... Jest jesień, a ja stoję w deszczową noc na ulicy przed własnym domem, w letniej sukience, bosa... I za całe okrycie mam jedynie przemoczony blezer.
     Dziwny sen...

     Ciemno... więc trwa noc. Okna domu są ciemne. Okna wszystkich domów w zasięgu mojego wzroku są ciemne. Choć dla ścisłości muszę dodać, że wzrok nie sięga daleko. Wszędzie panuje mrok...
Po drugiej stronie ulicy pali się jedna, jedyna latarnia. Jarzy się mdłym, żółtawym światłem, które rozmywa się w strugach lejącej się z firmamentu wody. Niebo jest czarne, ale to przecież oczywiste, skoro przykrywają je ciężkie, deszczowe chmury.
A ja wciąż stoję jak głupia na ulicy zamiast wejść do domu i schronić się przed deszczem. Nogi są jakieś takie... nie moje. Jak wrośnięte w ziemię. Wzdrygam się, strząsając z siebie krople, które natychmiast zastępują kolejne. Skupiam się na tym, by ruszyć z miejsca. Odrywam w końcu od podłoża ociężałe kończyny i krok za krokiem, powoli zbliżam się do domu. Wspinam się po schodkach na ganek. Zadaszenie wcale nie chroni przed ulewą. Niesiony wiatrem deszcz zacina i dosięga mnie także tutaj.
     Nie mam klucza...
     Naciskam jednak klamkę i ku memu zdumieniu drzwi ustępują miękko, jakby wcale nie były zamknięte. Ale przecież, to sen...

28.06.2016

Od strony technicznej...


     A więc od strony technicznej...


     Tak, wiem nie zaczyna się zdania od "a więc", "tak, więc", ani od "więc" w ogóle... No i co z tego? Nic. Dlatego... a więc, od strony technicznej dół, głęboki jak Rów Mariański.

     Kochani, sprzęt zdechł. Jeszcze nie wiem czy definitywnie bo właśnie zabrało go "pogotowie" i dowiem się za kilka godzin, czy reanimacja rokuje nadzieję.
     Oczywiście w dzisiejszej dobie nie jest tak, że padnięcie jednego starego, zdezelowanego kompa odcina nas od świata. Teraz telefony, smartfony, tablety i Bóg jeden wie co tam jeszcze. Tak że oczywiście nadal mam dostęp do sieci i do komputera (innego, a nawet dwóch innych), ale... Bo zawsze jakieś ale się znajdzie. Ale...  nie pisałam, nie piszę i nigdy w życiu nie będę pisała na telefonie. Taka zabawa jest dobra dla dzieci, ja swoje pisanie traktuję jednak odrobinę poważniej, nawet jeśli jest to tylko hobby. Na tablecie to może i bym pisała, ale nie posiadam. A najpoważniejszym problemem jest to, że dwa pliki, na których pracowałam ostatnio, w tym plik z opowiadankiem "15 godzin..." pozostały na dysku trupka. Nie wiem kiedy uda się odzyskać dane i czy w ogóle będzie to możliwe.
     Mimo to powodu do totalnej paniki nie ma. Zdechły komp to nie apokalipsa, a ja pliki przechowuję nie tylko w jednym miejscu. Ma oczywiście zapasowe kopie, niestety nie ma w nich wszystkiego co ostatnio sobie doklepałam. Duże tego nie było, ale jednak, a odtwarzanie tego, co już gdzieś z głowy przeniosłam na nośnik, to niestety nie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

     Nie najlepiej się czuję ze świadomością, że oczekiwanie na kolejny fragment "15 godzin..." przeciągnie się nieco w czasie, szczególnie po ciepłym i bardzo życzliwym komentarzu jaki ostatnio dostałam. Niestety, siła wyższa. Z tego co mam pochowane, niczym wiewiór, w różnych dziuplach wydobyłam na razie jedno krótkie opowiadanko, które kiedyś już było na blogu, a które zostało zdjęte, bo był plan. Plan zdechł śmiercią naturalną, więc opowiadanie tu wróci. Wiem, że to jedynie zapchajdziura, ale chcę żeby mimo technicznych kłopotów przejściowych, blog nie był martwy. Szczególnie, że przeszłam tu w tryb "spacerowy" i wpisy i tak nie pojawiają się zbyt często.

W każdym razie opowiadanko "z odzysku" wpadnie tu w dwóch częściach i pierwsza z tych dwu zostanie dodana jutro. Do jutra zatem, kto wie, może wieści na które czekam okażą się pomyślne :).

13.06.2016

15 godzin... cz.16

Postanowiłam, że dodawane części będą odrobinę krótsze, ale dla zrekompensowania bedę się starała dodawać je w miarę regularnie. Ideałem byłoby raz w tygodniu i możecie trzymać kciuki, żebym dała radę :).


poprzedni fragment

***
     Oczywiście nikt  nie poinformował Anny, że coś się zmieniło, a zmieniło się. Niepokój, że coś się dzieje ogarnął ją już rankiem.
     Apatia oczekiwania na wykonanie wyroku, zmieniła się w przeczucie oczekiwania na coś nowego, manifestując się nerwowym mrowieniem pod skórą. Było zbyt cicho, zbyt spokojnie, jakby o niej zapomniano.
     Bez względu na to, jak bardzo człowiek godzi się ze swoim losem, nikt nie oczekuje na śmierć ze stoickim spokojem. Ale też nikt nie chce odchodzić niegodnie. Czy jednak w ogóle może być cokolwiek godnego w śmierci?
     Była niespokojna, bo nie podano jej środków uspokajających, co było standardową procedurą w przypadku skazańców. Bała się swoich reakcji i był to naturalny strach. Bała się, że nie zapanuje nad paniką, że zdradzi ją ciało i umysł.
     Śmierć jest tylko procesem, na który tak naprawdę nic nie ma wpływu. Staje się i już. I tak naprawdę nikt nie wie, co jest poza nią. A kiedy już nastąpi... Jakie może mieć znaczenie nieestetycznie ubabrane wydzielinami ciało? Żadnego. A mimo to patrzymy na porzucone przez świadomość niczym  śmieć, czyjeś zwłoki i myślimy o tym, że sami nie chcielibyśmy tak wyglądać po śmierci. Czujemy więc zażenowanie i obawę.
     Życie jest najwyższą z wartości i nikt nie chce wieńczyć go ekskrementami. Dlatego nie była w stanie tłumić narastającego od dłuższego czasu strachu. Atawistycznego uczucia, które niegdyś było warunkiem przetrwania, dziś zaś budziło niesmak, pogardę, dlatego tak często głuszono je środkami farmakologicznymi.
     Z jakiegoś powodu nie chciano jej dać tego komfortu, a jej apatia najwyraźniej nie była dość głęboka, by się poddała i nie czuła niczego.

07.06.2016

15 godzin... cz.15

Witajcie w piękny czerwcowy dzionek :)
Lato za oknem, mój pies nie chce siedzieć w domu i domaga się długich spacerów. Trudno mu odmówić jak siądzie obok i wymownie się gapi. A jeśli samo gapienie się nie przynosi efektu wstaje i łapą albo zębami usiłuje ściągnąć moją rękę z klawiatury. Wczoraj w akcie cichego protestu zeżarł kwiatka. Właściwie to nie zeżarł tylko przerobił go na sieczkę. Bromelia to była. Oczywiście bardzo był po tym niecnym czynie skruszony i żaden przemądrzały behawiorysta nie wmówi mi, że pies jak narozrabia to nie zdaje sobie sobie sprawy, że narozrabiał. Zdaje sobie jak jasna cholera, aczkolwiek w chwili, gdy broi pokusa jest po prostu silniejsza od niego. Na jego szczęście nie umiem się na niego gniewać. Jego mina w chwili kiedy dostaje ochrzan zawsze mnie rozkłada i z trudem powstrzymuję się wtedy od śmiechu. Wczoraj również. Jak go zawołałam na "miejsce zbrodni" to szedł z podwiniętym ogonei i na paluszkach. Dosłownie, bo nawet pazurki nie stukały w panele, jak zawsze kiedy biega po domu.

Na blogu w okresie wakacyjnym planuję zrobić trochę porządków, pewnie jakieś przemeblowanie, nowy look pewnie też. Ot tak, żeby troszkę powiało świeżością. W poprzednim poście podawałam link do mojego konta na wattpadzie, w ramach porządków pewnie umieszczę go gdzieś w takim miejscu żeby nie trzeba było za nim przekopywać wpisów. Poza tym wycofałam się już praktycznie ze wszystkich stron, portali, serwisów itp., na których cokolwiek publikowałam. Nie da się po prostu ogarnąć takiej ilości miejsc, dlatego zostaję zostaję tylko w dwóch, tutaj i na wattpadzie. I tylko w tych miejscach będę publikowała moje teksty. Zostaje jeszcze strona na fejsbuku, tam jednak będą się pojawiać jedynie informacje, aktualności, ciekawostki.

Tyle informacji na dziś, a teraz zapraszam na właściwy wpis :).


poprzedni fragment 



     Zmian jakie nastąpiły w ciągu kilku zaledwie tygodni nie spodziewał się nikt. A może się spodziewał, lecz chyba nikt nie oczekiwał, że nastąpią tak nieoczekiwanie i tak szybko.
Świat stanął w miejscu i zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni. Decyzje powzięte na samym szczycie władzy wprawiły w szok równie wielki, co wywołały radosną euforię.
     Negocjacje w sprawie rozejmu prowadzono bezskutecznie od wielu miesięcy i nic nie zwiastowało porozumienia. Aż niespodziewanie wszystko rozegrało się w ciągu kilkunastu godzin… Zapadły decyzje, których dotąd nie potrafiono wypracować. Bulgoczące w tyglu nastoje obydwu nacji osiągnęły punkt, z którego nie można było już ani się cofnąć ani karmić dalej wojennej propagandy. Dalsze przeciąganie groziło kompletnym chaosem, bowiem organizacje lobbujące za porozumieniem zyskały już tak wielkie poparcie społeczne po obydwu stronach, że nie było odwrotu. Wystarczyłaby iskra a wojna pomiędzy ludźmi i yennimi przerodziłaby się w totalną wojnę wszystkich ze wszystkimi paradoksalnie niosąc nie pokój a zagładę. Granice wytrzymałości społecznej osiągnęły punkt krytyczny a iskrą mogło stać się cokolwiek.
I yenni i ludzie na najwyższych stanowiskach musieli się ugiąć.
     Nie takie to jednak proste dokumentem, rezolucją, demonstracją „dobrej woli” na pokaz uciszyć niepokój, niecierpliwość i adrenalinę, którymi obie społeczności nabrzmiały niczym ropnie. Rozejm był zastrzykiem politycznego antybiotyku, ale potrzeba było czasu by lek zaczął działać. Teraz, po obu stronach wciąż jednak dochodziło do łamania postanowień, przez co nieustannie wracano do punktu wyjściowego a właściwe zawieszenie broni wciąż było jedynie fikcją zapisaną na nośniku.