WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

29.05.2016

15 godzin... cz.14

Od jakiegoś czasu publikuję także na wattpadzie. Nie ma tam na razie wszystkich tekstów, które są na blogu, ale dodaję tam w tej chwili "Dzieci Żywiołów", które jakiś czas temu zdjęłam z bloga, i które w miarę publikacji poprawiam. Są tam już części "Ziemia" i "Ogień", wkrótce zostaną dodane dwie kolejne. Pozostaną tam póki nie przerobię całości, więc jest okazja żeby poczytać póki są.
Tamto konto powstało ponieważ, wydaje mi się, że tamten serwis jest nieco lepiej przystosowany do urządzeń mobilnych, jak czytniki i fony wszelkiej maści. Tak więc publikuję tam dla Waszej wygody :). Blog pozostaje dla tych, którzy wolą blogi i nadal będę go prowadzić i dodawać tutaj teksty. Na dłuższą metę zakładam, że oba konta, to i na wattpadzie, będą funkcjonowały równolegle. W każdym razie, "15 godzin..." już wyrównało i na dzień dzisiejszy jego status tutaj i na wattpadzie jest identyczny. Kolejne fragmenty tego tekstu będą dodawane równocześnie i tu, i tam, i tylko od Was będzie zależało, gdzie wygodniej będzie Wam czytać.
A teraz już właściwy wpis...




     Szczekanie przemieniło się w głuchy warkot i światło wylotu „uliczki” przesłonił wielki cień.

     Zwierzę było naprawdę potężne. Pozbawione sierści, jedynie na głowie pokrytej charakterystycznymi guzami po wszczepach jej kępki tworzyły osobliwe antenki. Uniesione wargi odsłaniały dziąsła i cały garnitur białych, ostrych zębów. Oczy były pokryte bielmem. Pies był ślepy. To jednak w żadnym razie nie czyniło go słabszym ani mniej niebezpiecznym. Jego węch i słuch skoordynowane ze sobą były skuteczniejsze niż wzrok. Dodatkowo pojedyncze szczeciniaste włosy znajdujące się na jego pysku były wrażliwe na najlżejsze zmiany temperatury i ruch powietrza. Z kącików potężnych szczęk kapała pienista ślina, jakby pies był wściekły. Odd wiedział jednak, że to skutek stymulacji.
     Drapieżnik namierzył swoją ofiarę perfekcyjnie. Cały czas warcząc, przesunął się w jej kierunku o kilka kroków i przypadł do ziemi, spinając mięśnie do skoku. Odd napiął swoje, przygotowując się na przyjęcie ataku.
     Ten nastąpił błyskawicznie, niemal bez ostrzeżenia.

     Yenni odruchowo osłonił gardło ramieniem. Długie kły przebiły skórę, mięśnie i sięgnęły kości. Jedna fala bólu nałożyła się na drugą, gdy sztywne, zaostrzone pazury jednej z przednich łap przeorały ledwie zabliźniony kikut. Oddowi pociemniało w oczach, ale utrzymał się na nogach. Jeżeli upadnie będzie po nim. Choć szanse na przeżycie były niewielkie, nie był ich pozbawiony. Był potężnym, silnym yennim, nie słabym człowiekiem. Poza ramieniem, na którym zacisnął szczęki pies, miał jeszcze dwa wolne, w tym jedno uzbrojone. Jedną z wolnych dłoni chwycił teraz dolną szczękę psa i pociągnął w dół, zmuszając go do zwolnienia uścisku, nożem dźgnął na oślep między żebra. Pies szarpnął głową, rozdzierając kłami mięśnie przedramienia Odda i skórę dłoni trzymającej jego szczękę. Próbował się uwolnić z uchwytu, ale w żaden sposób nie zareagował na uderzenie nożem. Najwyraźniej nie czuł bólu. Każda mijająca sekunda działa na niekorzyść yenniego, przechylając szalę potencjalnego zwycięstwa na korzyść bestii.

19.05.2016

15 godzin... cz. 13

Kochani, maj za oknem ciepły i słoneczny, jak dla mnie doskonały do spacerów z psem. I żeby tylko jeszcze kleszcze nie woziły się na nim tak ochoczo byłaby pełnia szczęścia. Zabezpieczyłam, co prawda zwierza specjalistyczną obrożą, ale niestety przed wsiadaniem ten gadżet nie chroni. Jedyne pocieszenie w tym, że jak wsiądą to nie pożyją i potem tylko truchełka się zmiata z podłogi.
Poza tym... dobre błotko nie jest złe. Tam gdzie chodzę wybiegać psa są zazwyczaj kałuże, ogromne jak jeziora i miejscami głębokie po kolana. Woda w nich zwykle stoi nawet jak od od jakiegoś czasu nie ma deszczu. To ulubiony wybieg mojego czworonoga. Spuszczony ze smyczy lata po nich tam i z powrotem po tych podłużnych i w kółko po tych okrągłych jak stawki ;). Najzabawniejszcze jest to, że mokre błoto absolutnie w niczym mu nie przeszkadza, jest wręcz atrakcyjne, za to kąpiel w domu po takiej zabawie już atrakcyjna nie jest, chociaż też mokra. I zrozum tu psa, człowieku.

A teraz już dość psich dygresji i zapraszam na kawałek "15 godzin..." :)

poprzedni fragment

***
     W tunelu nadal było duszno i ciemno ale Odd odniósł wrażenie jakby jego światło nieco się zwiększyło. Nie musiał się już garbić, w każdym razie nie aż tak jak dotąd. Przy kolejnej studzience zastał już noc. Przez kratkę ściekową nie wpadała nawet odrobina światło jaką mogłaby emitować żarówka ulicznej latarni. Czy mogło to oznaczać, że wreszcie znalazł się na peryferiach? Niezamieszkanych, niepatrolowanych, gdzie miałby szanse by niezauważonym przemknąć się do rzeki?
     Nie ocierając łzawiących oczu, podniósł twarz i wytężając w ciemnościach wzrok usiłował ocenić solidność zamontowanej na górze ażurowej pokrywy. Szarpnął metalową drabinką. Zachybotała się, a obluzowane kotwy zgrzytnęły. Trochę pokruszonego tynku i zaprawy posypało się w dół. Odruchowo zacisnął powieki, żeby pył nie dostał się do i tak podrażnionych oczu. Miał do pokonania jakieś trzy może cztery metry w górę i tam przeszkodę w postaci kratki ściekowej.
     Silnym chwytem złapał szczebel nad głową i postawił stopę na najniższym, potem dźwignął zmęczone ciało i zaczął się wspinać.
     Niewielki wysiłek, na szczęście odległość nie była duża, za komin w którym się znalazł, był wąski i z trudem się w nim mieścił. Jakiś metr przed szczytem zastygł w bezruchu i długą chwilę nasłuchiwał.
     Dookoła panowały egipskie ciemności i tylko wylot kanału nad głową Odda odcinał się nieco mniejszą głębią czerni od reszty otoczenia. Było cicho, jeśli nie liczyć odgłosów pojedynczych kropel uderzających w powierzchnię jakiejś kałuży. Poza tym absolutnie nic. Żadnych szmerów, żadnego postukiwania, czy popiskiwań szczurów, które pozostawił w dole. Podjął decyzję, podciągnął się jeszcze trochę i naparł prawym barkiem na kratę.
     Błąd. Ostry ból natychmiast przypomniał mu o odniesionej ranie. Została wstępnie zaleczona, ale gojenie nadal trwało a echa urazu będzie na pewno jeszcze odczuwał przez długi czas.
     Klnąc pod nosem własną nieuwagę, w ciasnym kominie zmienił nieco pozycję i ponownie naparł na kratkę tym razem lewym barkiem.

16.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.4

Kończymy z "Nie-boskim...", zapraszam na ostatni już fragment tego opowiadania.


poprzedni fragment

***
     Nigdy dotąd, w całej swojej niebiańskiej egzystencji nie przeżyłam czegoś podobnego, ani nie doświadczyłam podobnych uczuć i rozkosznych wrażeń. Jeżeli tak wygląda miłość, o której nauczano nas w Akademii...
     Cóż, wykładowca najwyraźniej był mocno niedoinformowany.

     Lucjusz i ja, zjednoczeni w jedno... Jego dłonie na moim ciele, jego pocałunki, oddech na skórze, jego palce badające delikatnie i z czułością moją intymność i moje palce w jego włosach, kiedy rozpalona przyciskałam jego głowę do piersi. Nie umiałam się temu oprzeć i nie chciałam. To było piękne, a w takim razie nie mogło być złe. Poza tym, skoro to jeden z aspektów miłości... Miłość jest dobrem ponad wszystko, więc i to, czego doświadczamy teraz, razem, nie może być złe...
     Kochaliśmy się... ja jego, a on mnie i ja czułam tę płynącą od niego miłość, żar, pożądanie, czułość i troskę jednocześnie... Chciałam powiedzieć mu, wykrzyczeć tę radość i rozkosz, których właśnie doświadczałam, ale odebrano mi mowę, więc wszystkie uczucia starałam się wlać w gesty, pieszczoty, by własne pozytywne emocje przelać na mojego kochanka. Otulałam go swoją wypełnioną szczerym, gorącym uczuciem aurą i widziałam w jego oczach, że on tak właśnie czuje, nawet jeśli nie rozumie jeszcze czym jest to, czego właśnie doświadcza...
     Lucjusz nie pozostawał obojętny, nie było tak, że jedynie brał zachłannie, niczego nie ofiarowując w zamian. W jego czułym dotyku, głosie szepczącym mi w ucho żarliwe słowa, było tak samo wiele namiętności, co troski. Byłam dla niego ważna, wiedziałam i uskrzydlała mnie ta świadomość. Mogłabym tak trwać, złączona z nim w jedno, przez całą wieczność, chroniąc go od wszelkiego zła, od trosk i bólu doczesnego życia... I ciesząc się tą jednością.

09.05.2016

15 godzin... cz.12



***
     Nadia zatrzymała się przy wejściu, czy raczej zejściu do jednego z licznych lokalików. Znajdował się w piwnicach, bo reszta budynku nadawała się tylko do wyburzenia. Właściwie była tu jedynie wyrwa pomiędzy dwoma zniszczonymi kamienicami. Jednak sąsiadki wciąż jakoś się trzymały podczas gdy ze środkowej został jedynie sufit drugiej kondygnacji dramatycznie rozpięty pomiędzy ścianami sąsiadujących domów.

     Spojrzała w dół ku ciemnemu zejściu. Nic tu nie sugerowało obecności lokalu, może poza starą magazynową lampą w metalowej klatce, przyczepioną nad drzwiami i kawałkiem dykty przybitym na tych drzwiach, na którym jasną farbą wymalowano godziny otwarcia i numer budynku, po którym pozostały te piwnice. Całość wyglądała tak, że chyba nikt przy zdrowych zmysłach bez konkretnego powodu nie zagłębiłby się w kazamaty, mając do wyboru całe mnóstwo spelunek usytuowanych na poziomie ulicy, nie pod.Kobieta najwyraźniej była jednak zdecydowana i pewna,że trafiła we właściwe miejsce.
     Ostrożnie zeszła po śliskich schodach i pchnęła drzwi. Tak jak jej powiedziano nie były zamknięte i ustąpiły bez oporu. Nie wydały przy tym nawet dźwięku, co świadczyło o dobrze zakonserwowanych zawiasach.
     Znalazła się teraz w dosyć długim i wąskim korytarzu i po obu jego stronach miała rzędy kolejnych drzwi. Interesowały ją ostatnie, te na wprost i ruszyła ku nim wolnym krokiem, strząsając z siebie po drodze deszczówkę. Nie ściągnęła jednak kaptura. Wręcz przeciwnie, nasunęła go głębiej.

     Spoza kolejnych mijanych drzwi dobiegały stłumione odgłosy, jęki, warczenie, postękiwanie, nawet szloch albo coś co przypominało stłumione okrzyki bólu. Nie zastanawiała się jednak co dzieje się w mijanych pomieszczeniach. Mogły być zarówno izbami tortur jak i pokojami płatnych schadzek, zupełnie jej to nie interesowało. Na uwadze miała jedynie własne sprawy, które tu właśnie planowała załatwić. Spoza ostatnich drzwi, tych na końcu korytarza dobiegła muzyka, stylowa niezbyt hałaśliwa.

     Nacisnęła klamkę i pchnęła lekko jedno z dwóch skrzydeł. Muzyka natychmiast popłynęła głośniej a zza uchylonych drzwi, pełzając po ziemi niczym wąż, wydostała się smużka sztucznej mgły.
Nadia weszła do środka i zanurzyła się mglistym półmroku. Przyciemnione światła o ciepłej barwie i płożące się, wszechobecne kłęby sztucznego dymu mocno ograniczały widoczność. Zresztą kąty były ciemne i pewnie nawet bez mgły niewiele szczegółów dałoby się w nich dostrzec.

08.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.3

Na niedzielne popołudnie kolejny fragment "Nie-boskiego...", przedostatni.
I jeszcze mały bonusik, który mi zafundowało wydawnictwo. Nic wielkiego, ot, kilka pytań kilka odpowiedzi. Zainteresowanych zapraszam TUTAJ :) 


***
     Przez cały tydzień nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Noce spędzałem oczywiście z Marisą. Było jak zawsze, szaleńczo, gorąco i namiętnie. Jednak coś się zmieniło... Nie umiałem sprecyzować co, lecz nie było jak dawniej.
     Amelii nie widziałem od tamtego ranka. Nie zaglądałem do jej komnaty. W sumie, to gdyby mnie spytano, nie wiedziałbym nawet, czy w niej sypiała. Tęskniłem za jej widokiem, ale równocześnie bałem się go. Ona działa na mężczyznę jak narkotyk. Uzależniała. Mnie uzależniała. Może jednak powinienem posłuchać rad Marisy i odesłać Amelię do wszystkich diabłów? Najlepiej wsadzić ją na powrót w tę kałużę, z której ją wyciągnąłem, albo w niej utopić?
     Boże, o czym ja myślę?! Utopić?! Przecież chcę zobaczyć ogień w jej oczach... Taki jak wtedy, kiedy była na mnie wściekła. Ale ona chyba mnie unika. Może się boi? Marisa śmiała się ze mnie i twierdziła, że Amelia jest po prostu beznadziejną, nudną cnotką, która w życiu nie miała do czynienia z prawdziwym mężczyzną. I kochać się z nią, byłoby jak kochać się z drewnianą kłodą. Doprawdy? Jak to się miało do faktu, że starczało bym jej dotknął, a zapalała się jak trzaska?
     Marisa, nie zdając sobie sprawy, rozbudziła moją ciekawość, co do tego, chyba bardziej niż sama Amelia. Naprawdę była cnotliwa?
     Postanowiłem sobie rzecz spokojnie przemyśleć i podjąć decyzję. A do tego, nie ma jak polowanie. Tylko las, zwierzyna, ja i mnóstwo świętego spokoju na dumanie.

***
     Wredna diablica stawała na rogach, żeby mnie trzymać od Lucjusza z dala. Na jej polecenie wyrywano mnie z łóżka o nieprzyzwoicie wczesnej porze, a potem gary, podłogi, gary, pranie, gary i tak do wieczora.
     Kostki na dłoniach miałam poocierane, paznokcie połamane, kolana poobijane, wiecznie byłam głodna, bo nie miałam czasu się najeść. Bywało, że nawet ze znalezieniem czasu na wysikanie się miałam problem. Wieczorami padałam na twarz w swojej komnatce, zasypiałam jak kamień i nawet orgiastyczne wrzaski zza ściany nie były w stanie mnie ruszyć.

01.05.2016

Nie-boskie stworzenie cz.2

Przy niedzieli coś lekkiego, więc padło na "Nie-boskie..." :) Zapraszam...


***

     Patrzyłem na nią. Teraz, kiedy znikła warstwa brudu mogłem w pełni ocenić z czym mam do czynienia. Była... Nie potrafiłem znaleźć właściwych słów... Była śliczna. Marisa była piękną kobietą, a ta była po prostu śliczna. Zupełnie inna niż moja faworyta. Delikatna, dziewczęca, nie dostrzegałem w niej ani śladu tej zachłannej drapieżności, którą emanowała tamta. Ta tutaj sprawiała wrażenie uosobienia łagodności i uległości. Drobna i krucha, a przy tym idealnie zbudowana, krągłe biodra, długie nogi i te cudne, nie za duże, piersi. Jędrne, sterczące. Poczułem mrowienie w opuszkach palców i miałem ochotę jej dotknąć.
     Zapatrzyłem się na usta, nie tak pełne jak Marisy, ale ładnie ukształtowane, rozchylone w lekkim uśmiechu. Kuszące obietnicą słodyczy...
     Kąpiel rozleniwiła ją rozkosznie. Ułożyła się na stopniach. Miała zamknięte oczy, ramiona rozłożone szeroko, co znakomicie wyeksponowało te doskonałe, kuszące piersi. Piersi Marisy były obfite, wylewały się z moich dłoni. Ciekawe, jak te by się w nie wpasowały? Właściwie nic nie stało na przeszkodzie to sprawdzić. Jej głowa przechyliła się lekko. Zasypiała.
     – Nie zasypiaj w kąpieli, bo się utopisz – odezwałem się głośno.
     Spojrzała na mnie trochę nieprzytomnie, a w następnej sekundzie skuliła się, zasłaniając mi fantastyczny widok, czym wprawiła mnie w niezadowolenie. Obszedłem basen, zgarniając po drodze ręcznik.
     Wyciągnąłem do niej rękę.
     – Wyjdź, skoro już jesteś czysta – poleciłem, ale ona nawet nie drgnęła.
     Uroczo zarumieniona siedziała skulona na schodkach, do pasa zanurzona w wodzie. Zirytowało mnie nieposłuszeństwo.