WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

25.04.2016

15 godzin... cz.11

Ostatnio przeglądałam blogi na chybił trafił. Na jednym z nich znalazłam wpis dotyczący tekstów porzucanych w pół zdania... Autorka wpisu wyraziła swoje mocno niepochlebne zdanie na temat Autorów tak niefrasobliwie podchodzących do tego czego się podjęli rozpoczynając publikację tekstu.
Rozumiem, że różne przypadki losowe wpływają na zmianę planów to trudno nie przyznać jej sporej dozy racji. Jeżeli ktoś nie potrafi zaczętej pracy doprowadzić do końca (i nie chodzi tu o tempo tej pracy) nie powinien jej podejmować. A już na pewno nie powinien zabiegać o publiczność na wstępie, by potem bez cienia szacunku dla czytelnika, tę publiczność olać.
I ponieważ w znacznym stopniu podzielam ową niepochlebną opinię o takich niefrasobliwych poszukiwaczach poklasku dla połechtania własnego ego, dlatego śpieszę zapewnić, że niczego nie zamierzam porzucać. Każdy z rozpoczętych tu na blogu tekstów zostanie ukończony. Potrzebuję jedynie robić to własnym tempem. Chciałabym żebyście, moi drodzy Czytelnicy wiedzieli, że nawet dłuższa chwilami stagnacja tutaj nie oznacza bynajmniej porzucenia bloga przeze mnie. Nigdy nie zamierzałam i nie zamierzam go porzucać, ani zawieszać. Gdyby jednak z jakichś przyczyn stało się to konieczne, z pewnością o tym tutaj poinformuję. Na razie zaś informuję, że "15 godzin..." powoli, bo powoli, ale na pewno zostanie ukończone. Mam także w planie kontynuację "Księżyca i miecza" i kolejne, nazwijmy to tomy, "Dzikich łabędzi", z drugą częścią "Dioris" na czele.
Muszę jednak robić to po kolei i tak chwilowo cisnę "15...", reszta zaś musi czekać na swoją kolej :).

A teraz już zapraszam na właściwy wpis :)


poprzedni fragment


***

     Opleciona licznymi kończynami kochanka, wtulona w jego wielkie ciało twarde i miękkie zarazem, czuła błogie rozleniwienie i z niechęcią myślała o powrocie do rzeczywistości. Jego długie, mocne place zdolne z żelazną siłą zacisnąć się na jej ramionach teraz delikatnie i z czułością gładziły skórę.
     Pod zamkniętymi powiekami przywołała obraz słonecznej łąki, spokojnej łagodnej, cichej. Oderwanej od świata, zawieszonej w izolowanej bańce w czasoprzestrzeni. Wolnej od wojny, ideologii, cierpień...      Czy taki świat gdziekolwiek istniał? Czy miał jeszcze szanse zaistnieć w przyszłości? Miejsce, w którym ludzie i yenni nie będą na siebie strzelać, z nienawiścią patrząc w celownik?
     Męska pierś uniosła się, gdy głębiej odetchnął.
     – Śpisz, Naan? Nie masz mi za złe? Skrzywdziłem cię? Powiedz coś.
     Poruszyła się leniwie i zamruczała jak kotka.
     – Nie śpię. Wszystko dobrze. Nic mi nie jest. Nigdy bym nie przypuszczała... – Boże, te wszystkie głupie słowa, które cisną się na usta w podobnych sytuacjach.
     Ich sielanka trwała ledwie chwilę i dobiegła końca. Brutalne realia znów przejęły władzę. Nawet cisza i ciemność panujące dookoła naigrywały się teraz z tych dwojga. W tu i teraz nie było miejsca na ckliwość, czułość i sentymenty.
     Anni i Oddowi udało się pochwycić jedną piękną chwilę, to wszystko. Na więcej takich nie mają szans. Rzeczywistość jest pozbawiona sentymentów. I jest zimna, tak zimna, że Annę przeszył dreszcz.
     Spróbowała się wyplątać z objęć yenniego, ale nie chciał jej puścić, jedynie szczelniej otulił oboje pledem.

24.04.2016

Słony wiatr - Tryton cz.3

I obiecana trzecia część Trytona, pierwszego rozdziału "Słonego wiatru".
Zapraszam...

część II - KLIK


VII
     Przed świtem Marike już krzątała się po izbie, cichutko, starając się nie robić hałasu. Było bardzo wcześnie, jeszcze noc prawie i jej tajemniczy gość spał. Ona szykowała się do wyjścia. Dziś był dzień targowy.
     Wpierw jednak musiała zadbać o nieznajomego. Spoglądała na niego, pogrążonego we śnie, zastanawiała się, kim może być. Martwiła się trochę, że nie może się z nim porozumieć. Nie znała języka, którym się posługiwał, a on nie rozumiał jej mowy. Dziwiło ją też trochę, że tkwił tu, w tej ubogiej chacie, w ogóle nie próbował się stąd oddalić. Jak gdyby, poza tym niewielkim, obskurnym obejściem i jego mieszkanką nic więcej go nie interesowało. Nawet na migi nie próbował pytać o innych ludzi. Tylko Marike obserwował z niezrozumiałą dla niej uwagą, jakby była jakąś osobliwością, której postanowił sobie dokładnie obejrzeć. Pozostając rozbitkiem, któremu morze odebrało wszystko, wyrzucając go nagiego na plażę, dziwiło, że nie próbował wracać na brzeg, w poszukiwaniu towarzyszy, którzy przecież też mogli się uratować. Nie próbował szukać niczego, co mogłoby ocaleć z ładunku. Był... Był dziwny. Tajemniczy i... piękny.
     Przygotowała dla niego posiłek. Nie mogła przecież dopuścić, by siedział tu głodny, kiedy już się obudzi.  Nie miała też pewności, czy nie będzie się niepokoił nie znajdując jej w pobliżu, ale brała pod uwagę jego dotychczasowy spokój i generalnie całkowity brak zainteresowania światem, poza jej maleńkim gospodarstwem. Postanowiła też nie brać dziś ze sobą psa. Liczyła, że ten drobny gest zostanie odebrany jako zapewnienie o tym, że jej nieobecność w domu jest jedynie chwilowa, wróci najszybciej jak będzie to możliwe.

23.04.2016

Nie-boskie stworzenie cz.1

Jakiś czas temu obiecałam, że Nie-boskie wróci na bloga, czas dotrzymać obietnicy. Dziś część pierwsza...
Zapraszam po odrobinę uśmiechu na weekend :)

Start


     Ogromne, złocone podwoje... Stałam przed nimi pełna obaw i ciekawości pomieszanej z ekscytacją. Wezwano mnie, a to oznaczało misję. Otrzymam przydział. Pierwszy... Nareszcie...
     Czułam podniecające mrowienie na całym ciele i nijak nie byłam w stanie utrzymać skrzydeł w bezruchu, na baczność. Całkiem serio obawiałam się, że nie uda mi się normalnie wkroczyć do środka i wysłuchać spokojnie tego, co Szef ma do powiedzenia. Wpłynę tam po prostu, unosząc się nad podłożem, podrygując i podfruwając z podniecenia, i zrobię z siebie kompletną idiotkę.
     Och, dość...! Zrugałam się w myślach za tę dziecinadę. Wzięłam głęboki oddech, zdyscyplinowałam niesforne skrzydła, strzepnęłam z ramienia jakiś niewidoczny pyłek, wyprostowałam się i pchnęłam delikatnie wielkie podwoje. Uchyliły się natychmiast, oczywiście bezszelestnie, a ja wsunęłam się do gabinetu, stąpając pewnie po posadzce.

     Szef siedział za biurkiem, z nosem zanurzonym w stercie papierów. Postąpiłam do przodu ze dwa kroki, chrząknęłam lekko dla zaznaczenia swojej obecności. Przełożony podniósł wzrok znad okularów, po czym podsunął je z czubka nosa w górę i odchylił się w fotelu.
     – O, Amelio, dobrze, że jesteś – zagaił.
     Uśmiechnęłam się skromnie, splotłam dłonie, jak do modlitwy i dygnęłam zgodnie z protokołem.
     – Siadaj, dziecko. – Wskazał mi krzesło naprzeciw biurka. – Jak się zapewne domyślasz, mamy dla ciebie przydział.