WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

28.10.2015

Dioris cz.11

Obiecanki, macanki... I tak, obiecanki...  Z obiecanek należy się wywiązać. Obiecałam dać kawałek w tym tygodniu, i proszę, oto jest :) A co się tyczy macanek... O tym rzeknę słówko na końcu ;) A teraz zapraszam :)



     Na zewnątrz było już ciemno, jedynie ciepły blask oliwnych lamp i świec wylewający się przez okienka z jasno rozświetlonych wnętrz nieznacznie łamał mrok w pobliżu domu. Było cicho i nikt się tu nie kręcił. Ludzie radowali się wewnątrz i jedynie z zagrody dobiegały parsknięcia pozostawionych tam zwierząt. Dioris przemknęła przez podwórze i przysiadła na wysokim progu jakiejś komory. Skuliła się, jakby bolał ją brzuch. Bo tak po prawdzie czuła ból, choć nie był on fizyczny. Palił jednak i dręczył nie mniej dokuczliwie, a może nawet bardziej, ponieważ ten fizyczny zawsze w końcu ustępuje albo sam z siebie, albo zagłuszony i uśmierzony właściwym zielem. Na cierpienie, które Dioris nosiła w sobie nie było lekarstw ani środków. Musiała z nim żyć.
     Oparła głowę o futrynę drzwi i przymknęła oczy. Z oddali, stłumiona ścianami dobiegała muzyka i radosne głosy. Słyszała śpiewy i śmiech. Myśli pobiegły ku wspomnieniom, gdy na palamarskim zamku beztroska młodzież ochoczo płatała figle nauczycielom, wieczorami w świetlicy umilali sobie czas muzykowaniem i śpiewem. Dziewczęta szeptem powierzały sobie nawzajem głęboko skrywane tajemnice. Byli wtedy szczęśliwi. Tak jak ci ludzie tutaj. Westchnęła ciężko, wsłuchując się w odgłosy zabawy, by zagłuszyły przeszłość, za którą nie było sensu tęsknić.

     Choć zarówno w jej rodzinnym domu jak i na dworze także nie stroniono od rozrywek to Aurowie wyraźnie różnili się od Barthów. Ci pierwsi byli spontaniczni, otwarci, życzliwi. Chwilami gwałtowni, nawet porywczy, ale równocześnie szczerzy i dumni. Najbardziej zdumiewał szacunek jaki mieli dla siebie nawzajem. Człowieka określało tu nie urodzenie, lecz czyny. Król, czy książę, mimo iż owa najwyższa władza była dziedziczna, musiał pośród nich zdobyć szacunek, by zaskarbić sobie posłuch. Wydawało się zresztą, i owa dziedziczność władzy była wśród Aurów raczej nowym obyczajem, być może zaczerpniętym właśnie od południowego sąsiada. Wiele stamtąd czerpano zarówno wiedzy jaki i przenoszono na własny grunt barthyjskich tradycji. Nie powinno to dziwić jeśli zważyć fakt, że niemały odsetek tutejszej społeczności miał barthyjskiem korzenie, gdyż Aurowie łatwo asymilowali swych niewolników. Pozycję w społeczności jednak w znacznie mniejszym stopniu wyznaczało urodzenie. I choć  nie pozostawało bez znaczenia, bo z każdym pokoleniem coraz wyraźniejsze były podziały pomiędzy z wolna kształtującymi się klasami, to jednak wciąż jeszcze doświadczenie, wiedza, uczciwość i honor przede wszystkim decydowały o tym kim był konkretny człowiek.

22.10.2015

Dioris cz.10

Helo :) Ktoś się stęsknił? Nikt? No, trudno, jakoś przeżyję ;). A tymczasem na pociechę (głównie dla mnie, bo ja się za tym miejscem trochę jednak stęskniłam) ogarnęłam kolejny fragment "Dioris". Zapraszam zatem...


     Minęło ledwie kilka dni, od ich przyjazdu do Nammas, gdy z domu Aruta przysłano radosne nowiny. Jego małżonka powiła córeczkę.
     Teraz zadowolony ojciec spraszał wszystkich na uroczystość przyjęcia nowej, świeżo urodzonej osóbki do społeczności. Biesiada połączona z tańcami miała odbyć się dzisiejszego wieczora w domu Aruta. Rzecz jasna Botta był zaproszony i to zarówno jako druh gospodarza jak i gość honorowy, bez którego nie mogła się przecież obyć żadna ważna uroczystość w Nammas. Oczywiście, nie było tak, by ciągano następcę na każdą hulankę do każdej chałupy, lecz Aruta łączyła z nim szczególna więź. Starszy od Botty, Arut, był nie tylko kompanem w czasie wypraw ale serdecznym przyjacielem i często też doradcą w różnych sprawach. Choć bywały takie, w których młody książę słuchał wyłącznie własnej intuicji, jak w przypadku owej niespodziewanej branki, z którą wrócili do domu.

 ***
     Dioris, zadumana, mięła w palcach delikatny jedwab. Suknia miała piękny, błękitny odcień. Szerokie mankiety i obszycie dekoltu ozdobiono misternym wzorem wyszywanym srebrną nicią i perełkami. Na wierzch przychodziła narzuta zapinana z przodu na cztery pary srebrnych guzów, połączonych ze sobą srebrnymi, plecionymi ozdobnie sznurkami. Narzutę uszyto z grubego, granatowego aksamitu. Jej dół i rękawy obszyto futerkiem barwionym na ten sam odcień błękitu, jaki miała suknia. I podobnie jak spodnia szatka tak i wierzchnia sięgała ziemi. Głos, który nagle zabrzmiał za plecami wyrwał dziewczynę z zamyślenia.
     – Podoba ci się?
     Drgnęła gwałtownie i obejrzała się. Za nią stał uśmiechnięty od ucha do ucha Botta. Pogrążona w zadumie nie słyszała, jak tu wszedł. Nie okazała tego, ale w duchu cała się spięła. Czujność. Nie powinna sobie pozwalać na jej uśpienie. Nigdy i nigdzie. Nawet jeśli całej jestestwo pragnęło czuć się w tym domu bezpiecznie, musi być czujna. Pogładziła dłonią aksamit.

06.10.2015

Dioris cz.9

Udało mi się skrobnąć kawałek, więc zapraszam na kolejne spotkanie z Dioris...


poprzedni fragment


     Dziewczyna zamarła i dłuższą chwilę jedynie wpatrywała się budowlę. W głowie gonitwa myśli i uświadomienie sobie, z kim tak naprawdę ma do czynienia... Konsternacja i zakłopotanie... Oto jej samozwańczy opiekun okazał się być nie zwyczajnym lokalnym wodzem. Za plecami Dioris stał nie kto inny, jak władca Aurów we własnej osobie. No, może nie do końca władca, nie koronowano go jeszcze i Botta wciąż pozostawał następcą. Nie mniej nie ulegało wątpliwości, że z jakichś sobie znanych powodów zdecydował się wziąć uciekinierkę pod swoje skrzydła, dać jej ochronę i dom.
     Przymknęła powieki i przełknęła ślinę. Jakże przewrotne i pokręcone bywają ścieżki losu. Dioris zyskała potężnego protektora, owszem. Tylko czy tego chciała? Czy potrzebowała właśnie kogoś takiego? Jej celem było przetrwanie i przygotowanie się, by mogła dokonać zemsty, odpłacić za krzywdy bliskich i swoje własne. Reszta się nie liczyła, dalej nie było życia, a przynajmniej nie było go dla Dioris. Więc jaki to wszystko miało sens?
     Mężczyzna stał blisko niej, czuła siłę i spokój bijący od niego. Czuła ciepło promieniujące z dłoni, wciąż opiekuńczo ułożonych na jej ramionach. Kilka dni wspólnej podróży pozwoliło, w pewnym stopniu, ocenić jakim Botta jest człowiekiem. I ta świadomość sprawiła, że wszystko, boleśnie się w niej ścisnęło.
     Bo jakże ktoś taki jak ona, mógł czegokolwiek oczekiwać od kogoś, kogo cechowała pogoda, szlachetność serca, a przede wszystkim wiara, że ludziom można ufać? Ona, Dioris, utraciła wszystko, dom, bliskich, wiarę, szlachetne urodzenie, wszak uczyniono z niej niewolnicę. Zbrukano, zniszczono, wielokrotnie i z premedytacją udowodniono, że jest nikim, że ona sama zupełnie się nie liczy. Jest zabawką w rękach oprawcy, służy jedynie zaspokajaniu jego chuci i zwierzęcych instynktów. Jest niczym i nigdy już nie znajdzie radości w zabawie, w śmiechu, żyje wyłącznie by zabić. Tego jedynie pragnie się nauczyć i po tę naukę przybyła do kraju Aurów. W duszy ma tylko chłód, mróz, nie jest zdolna do uczuć, nawet do przyjaźni, bo przyjacielowi się ufa, a ona nie zaufa już nikomu. Nie umie... Tymczasem człowiek, który stał za nią nie zasługiwał ani na obojętność, ani na nieufność, która stała się jej drugą naturą. Gorzej, Dioris ze swoją przeszłością, która tkwiła w niej, jak cierń w ropiejącej ranie, była niegodna by mieszkać z nim pod jednym dachem, choćby miała być tam jedynie najmarniejszą sługą. Byłaby jak trucizna... Nie mogła się zgodzić.