WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

23.08.2015

Dioris cz.4

Halo, halo...! Ogłaszam oficjalnie koniec dłuuuugich wakacji, a powakacyjnie na Warsztacik wrzucam kolejny fragment "Dioris". Pourlopowałam się bowiem troszeczkę i chyba było mi to potrzebne, bo nawet wen się odnalazł i zaczęłam sobie pisać coś. W sensie, że coś nowego. Ale to tak na marginesie. Na bloga nie zacznę dodawać żadnej nowości, póki nie dokończę tego, co leci na bieżąco, więc tamto sobie jeszcze poczeka. Na wyjeździe przerzuciłam pobieżnie materiał z "Dioris" i doszłam do mało budujących wniosków, że jest tak skopana, że gorzej już być nie mogła. Tak to niestety jest, jak się odkopuje teksty sprzed lat. Ale bez obaw, powoli z pewnością dam radę z niej coś wykrzesać. Nie mniej, jak to zawsze u mnie, jest tam cała masa dziur do zakopania. Mnie się jednak nigdzie nie spieszy i mam nadzieję, że Wam również starczy do mnie cierpliwości.



     Dziewczyna leżała nieruchomo na posłaniu. Oczy miała zamknięte i pomyślał, że jeśli śpi, to nie będzie jej budził. Przysiadł na skórach, na brzegu posłania. Wziął w dłonie jej rękę. Otworzyła oczy.
     – Nie śpisz... – Uśmiechnął się. – To dobrze, bo chcę z tobą rozmawiać. Lepiej się teraz czujesz?
     Milczała, spoglądając tylko wrogo, spod lekko przymrużonych powiek.
     – Rozumiesz naszą mowę? – Zapytał, nie uzyskawszy odpowiedzi na wcześniejsze pytanie. Ale on nawet nie drgnęła. – Hmm... nie szkodzi. Na szczęście, ja znam waszą. Kim jesteś? I dlaczego weszłaś na ziemię Aurów? – spytał znów, tym razem w języku Barthów. I znów odpowiedziało mu jedynie uparte milczenie. Rozzłościł się.
     – Do licha! Wyrwano ci język, czy jesteś głucha, dziewczyno?! – podniósł głos poirytowany niepowodzeniem.
     Nadal milczała, zupełnie nie reagując na jego gniew. Przetarł dłonią twarz, dla opanowania wzburzenia. Może rzeczywiście coś z nią jest nie tak? Może faktycznie jest głucha, albo niema. Albo i jedno, i drugie…

     – Mam język, umiem mówić i nie jestem głucha. – Z posłania dobiegła niespodziewanie całkiem spokojna odpowiedź.
     Spojrzał na nią nie kryjąc irytacji.
     – To, dlaczego milczysz i nie odpowiadasz na pytania?! – Podniósł głos.
     – A dlaczego miałabym potulnie odpowiadać? Napadłeś na mnie i poturbowałeś, a teraz wrzeszczysz, choć nie dałam ci żadnego powodu.
     – Nie wrzeszczę...
     – Wrzeszczysz.
     Machnął ręką. Nie będzie się z nią spierał o bzdury. Chce informacji.
     – Przekroczyłaś graniczną Rzekę. To wystarczający powód by cię pojmać – oświadczył z powagą. – I kto tu, kogo poturbował? – zapytał z drwiną, wskazując równocześnie na zapuchnięte oko i podrapany policzek. – To moja gęba wygląda jakbym się zderzył z galopującym koniem, a nie twoja – dodał oskarżycielsko.

05.08.2015

O warsztatach o... Indianach...











Najsamprzód o warsztatach...
     Jest pomysł i projekt do realizacji… Autorką jednego i drugiego jest Karina. Bierze udział w konkursie. Wygrana pozwoliłaby zrealizować i rozwinąć pomysł w prężnie funkcjonujący portal. Gorąco zachęcam do wsparcia Kariny. Wystarczy oddać głos poprzez kliknięcie na TEJ STRONIE. Można tam znaleźć informacje o szczegółach pomysłu. Można też doczytać o nim tutaj. W imieniu pomysłodawczyni dziękuję za każdy oddany głos.


     No, dobra, a teraz trochę prywaty… No, niestety przed nami kolejny przestój, bowiem wyjeżdżam za dwa dni na trochę, a przenośny sprzęt wysiadł. W związku z tym nie będę miała na czym pisać (chociaż to może jakoś obejdę i powracając do korzeni zaopatrzę się w kajecik oraz pióro) ani z czego się zalogować do sieci. Tak że jeśli nawet coś naskrobię, to i tak po powrocie będę musiała wpierw przenieść rzecz na dysk.

03.08.2015

Dioris cz.3

Za oknem afrykańskie upały a tu trochę zimy i lodu, ale i tak będzie gorąco ;). Zapraszam na kolejny fragment Dioris. Na razie jeszcze poprawiam to co kiedyś tam zostało spisane. Schody zaczną się, gdy dotrę do moich luk, których zwykle pełno mam w starych opowiastkach, w tej też ich nie brakuje. Tu dochodzi jeszcze ten problem, że choć każda część "Dzikich" stanowi osobną opowieść to zasadniczo są całością. Zdarzenia zazębiają się, często toczą się równolegle w jednej i innych częściach. Zdarza się też że poszczególni bohaterowie uczestniczą w tych samych akcjach. Myślę jednak że w pełni to ogarnę dopiero wtedy, kiedy wreszcie wszystkie części zostaną pouzupełniane i napisane do końca. Ale to kiedyś tam ;)



     Wciąż jeszcze zima trzymała świat w okowach, choć już nie tak twardą ręką. Zwłaszcza tu, w dolinach, gdzie wiosna zawsze przychodziła nieco szybciej. Wprawdzie Graniczna Rzeka nadal była skuta lodem, ale ów zrobił się już kruchy i niepewna byłaby po nim przeprawa.

     Samotny jeździec zatrzymał konia na brzegu i długą chwilę obserwował rzekę. Zamarznięta, tylko środkiem rwała wąska struga, wolna od lodu. Człowiek obejrzał się za siebie, jak ktoś ścigany, kto wie, że pościg lada moment pojawi się w zasięgu wzroku. Wahanie trwało tylko chwilę. Odpiął sakwy od siodła i przerzucił sobie przez ramię. Zmusił konia do zejścia na lód.
     Zaniepokojone zwierzę, które z własnej woli z pewnością nigdy nie wlazłoby na niebezpiecznie cienką taflę, z nisko pochyloną głową węszyło rozdętymi chrapami. Parskało głośno, ostrzegawczo i ostrożnie stawiało rozsunięte szeroko nogi na niepewnym, śliskim podłożu. W okolicy płynącej środkiem, wąskiej strugi lód pod kopytami konia zaczął złowrogo trzeszczeć. Wtedy jeździec błyskawicznie zsunął się z siodła i lekkim krokiem pobiegł co sił, ku strużce. W pędzie odbił się od jej jednego brzegu i jakimś cudem udało mu się wylądować po drugiej stronie, nie wpadając przy tym do wody. W biegu odwrócił tylko głowę i kątem oka dostrzegł jak lód, pod porzuconym wierzchowcem, załamuje się z trzaskiem i zwierzę z rozpaczliwym kwikiem pogrąża się w lodowatej wodzie. Człowiek biegiem dopadł drugiego brzegu Rzeki i skrył się w zaroślach. W chwili, gdy znikał na przeciwległym brzegu pojawili się trzej jeźdźcy.
     Tonący koń wciąż jeszcze walczył o życie, rżąc i desperacko bijąc kopytami wodę. Trzej przybysze patrzyli na tę walkę z daleka. Żaden nie odważył się wjechać na lód. Wreszcie tonące zwierzę poddało się i znikło pod lodem. Ludzie po drugiej stronie stali jeszcze chwilę, gestykulując i wskazując to na lód, to na  wyrwę po środku rzeki, wreszcie zawrócili konie i odjechali.