WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

23.11.2014

Plaża



Siedzę na plaży o zachodzie słońca,
Świat kąpie się w czerwieni.
Fale brzeg liżą raz po raz, bez końca,
W dłoniach zamykam błękitne marzenia,
Okruchy muszli, nereid uśmiechy,
Pod stopy bose zgarniam,
W bursztynu kroplach, światło zaklęte
Zbieram w istnień latarniach.
Wiatrowi czesać pozwalam włosy,
Niech z pereł warkocze splata,
Na skrzydłach mew szarych, żałosne głosy,
Skargami biegną do końca świata,
Ziarenka piasku, dni nieprzeliczone
We krwi czerwieni słonecznej skąpane,
Oczy mgłą zachwytu powleczone,
Nuty na pięcioliniach fal, pian koronką haftowane..
.

16.11.2014

15 godzin... cz.2

Uwaga, lecę z tym na żywca.
Nawet nie jestem pewna, czy to aby na pewno tak miałam zamiar poukładać, jak poukładałam. Słusznie sie jednak spodziewałam, że Kraków wpłynie na moje szare komórki pobudzająco. A właściwie to Kraków w komplecie z czekoladą. Niestety, dieta nie służy mojemu pisaniu. Wychodzi na to, że czekolada jest absolutnie niezbędnym składnikiem mojej weny. I tak, po przyjęciu odpowiedniej dawki, dzisiaj udało mi się ogarnąć kawałek, który podrzucam. Mimo iż moje myślenie karmi się, jak widać, cukrem, dzisiejszy wpis lukru nie zawiera, za to będzie dużo pudru, pyłu, kurzu, jak tam komu pasuje. Idziemy na wojnę...



* * *
     Słońce świeciło, jak każdego innego dnia. Nie robiło mu żadnej różnicy, co ogarniają jego promienie, ani co wydobywają z ciemności nocy. Rajski ogród, migoczący feerią barw, czy pokryte pyłem, jeszcze dymiące zgliszcza...
     Jakie to miało znaczenie? Światło, z jednakową obojętnością opływało zarówno piękno, jak i koszmar.
     Bombardowanie dobiegło końca i teraz miasto należało do nich, do „czyścicieli”. Każdemu z kilkunastu oddziałów przydzielono konkretny sektor czegoś co przestało już właściwie być miastem. To raczej osobliwe cmentarzysko, w którym nie miały prawa przeżyć nawet szczury i karaluchy. Ludzie jednak potrafili się wykazać wyjątkową żywotnością. Nie zdarzyło się, by nie natknęli się na jednostki, które pomimo straszliwych obrażeń kurczowo trzymały się życia. Dobijanie takich osobników było bardziej odruchem miłosierdzia, niż egzekucją rozkazów. Gorzej kiedy natknęli się na całkiem zdrowe osobniki, które jakimś cudem przeżyły. Wtedy było trudniej, bo zwykle byli to bezbronni cywile. Wojskowi  mieli więcej szczęścia, ginąc podczas rozpaczliwych prób obrony, a gdy ta zawodziła wycofywali się na bezpieczniejsze pozycje, pozostawiając na pastwę losu bezbronną ludność, która nie miała jak i nie mogła opuścić bombardowanego obszaru. Właściwie na pewną śmierć, bo wiadomo było, że jeśli nawet komuś uda się wyjść cało z ostrzału dobiją go „czyściciele”. Ta wojna rządziła się swoimi prawami, humanitaryzm stał się pustym słowem.
     Za każdym razem, gdy przemierzali zrównane z ziemią dzielnice i sektory wiedzieli, że będą zabijać. Po akcjach nie rozmawiali o tym, nie przechwalali się między sobą. Wykonywali swoją robotę i tyle. Dzisiaj także.

10.11.2014

15 godzin... cz.1 - na urodziny

Eksperyment zacząć czas... Co z tego wyjdzie jeszcze sama do końca nie wiem. Zakładałam, że to ma być opowieść bez lukrowania, ale... Kusi mnie po równo, żeby zrobić wg swoich standardów, czyli po mojemu: lukier, cukier, puder, miód, malina i wiadomo... Kusi też żeby zrobić totalną masakrę... Cóż, popiszemy zobaczymy. Ciągle mam w głowie dwie ścieżki dla tego opowiadania i nie wykluczam, ani podążania tylko jedną, ani eksperymentalnego połączenia ich w jakąś autostradę.

Tytuł, jak widać, w dalszym ciągu pozostaje roboczy... Taki może być niezłą motywacją, żeby jednak pozostać przy pierwotnych założeniach, albo niezłym wyzwaniem, by w przypadku zmian nadal przystawał do tekstu i nie trzeba było go zmieniać.
Tymczasem do brzegu, voila...


Start

     Kierowca bez słowa wziął podany sobie banknot i ruszył z piskiem opon, jak tylko Morr Baih zatrzasnął za sobą drzwi taksówki.
     Yenni* skrzywił się z niesmakiem. Człowiek zachował się irracjonalnie, zupełnie, jakby czuł się winny, że wykonując swoją pracę świadczył usługę na rzecz obcego.

     Świeżo zawarty pokój był niestety niemniej kruchy niż wcześniejsze zawieszenie broni, które z takim trudem uzyskano. Wzajemna niechęć, momentami przechodząca w kiepsko tłumioną wrogość i pogardę, dawała się wyczuć po każdej ze stron. Na wzajemne zaufanie długo jeszcze przyjdzie pracować wszystkim, yennim i ludziom. Nie mniej, zakończenie wlokącej się od lat wojny, było sukcesem zarówno jednych, jak i drugich.

     Niestety, w przypadku tej planety i żyjącej na niej populacji, determinacja yennich w dążeniu do terytorialnej ekspansji okazała tyleż samo potężna, co wola przetrwania u zaatakowanych ludzi.
     Nie pozwolili oni agresorom na eksterminację swojej rasy, stawiając opór, jakiego ci pierwsi się nie spodziewali po słabym i ułomnym fizycznie przeciwniku. Ludzka zdolność przetrwania i adaptacji do nieoczekiwanych, zaskakujących warunków osłabiła, w znaczący sposób, niespodziewany atak, wyhamowała go, a w końcu całkowicie powstrzymała, zmuszając wroga do przejścia w defensywę.
     Ostatecznie żadna ze stron nie była w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Powstały, swoisty impas trwał kilka lat. Obie strony konfliktu wykrwawiały się, przepychając, to w jedną, to w drugą stronę linię frontu. Wielka wojna rozszczepiła się na setki drobnych potyczek, zdobywanych i odbijanych miast i przyczółków, akcji dywersyjnych na tyłach wrogów i eskalację wzajemnej nienawiści. A gdy ten stan osiągnął swoje apogeum, zaczęły się w sercach rodzić najpierw marzenia, a z czasem konkretne działania i wreszcie realne nadzieje na pokój. Bo ani jedni, ani drudzy nie byli już w stanie przyjąć więcej nienawiści.
     Zaczęły się pojawiać idee negujące konflikt na rzecz koegzystencji i współpracy. I choć początkowo traktowano idealistów jak szaleńców i zdrajców, po latach udało się osiągnąć przynajmniej namiastkę tego o czym marzyli, kruchy, nieufny pokój.

Świętowanie zacząć czas...

     A tak... bo to właśnie dnia 10 listopada, równiutko rok temu, opublikowałam tu pierwszy wpis.
Rok zleciał szybko, miejsce trochę okrzepło, zdobyło stałych czytelników i takich, którzy bywają tylko okazjonalnie, ale bywają, na co wskazuje statystyka i co mnie oczywiście niezmiernie cieszy.
     Trochę się wydarzyło, trochę tekstów upłynęło, nawet nalot trolli się przydarzył, ale zabić mnie im się nie udało, a stara mądrość ludowa prawi: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Czyli, jest dobrze.
   
     Jak zauważyliście zmienił się wygląd, ponieważ jaskrawe kolory jednak męczą oczy przy czytaniu i mam nadzieję, że zarówno stałym bywalcom, jak i okazjonalnym gościom, obecny wystrój i kolorystyka przypadną do gustu.

     A teraz trochę wynurzeń, odnośnie samego bloga... Założyłam go, żeby mieć motywację do skończenia rzeczy pozaczynanych. I ten cel konsekwentnie realizuję. Udało mi się sfinalizować już dwie z zaczętych powieści, w tym "Słony wiatr", który na finisz czekał w szufladzie, nie mniej, nie więcej, a dziesięć lat. Tak, zaczęłam go jeszcze nim dorobiłam się komputera i miałam trochę pracy z przeniesieniem go na nośnik inny niż papier. Udało się i cieszę się z tego.
     Dokończyłam też "Dzieci Żywiołów", z którymi, w porównaniu do poprzedniego, uwinęłam się iście ekspresowo, bo w jedyne półtora roku od chwili ich poczęcia ;). Faktem jednak jest ta powieść była już w lwiej części klepana bezpośrednio na dysk, więc było znacznie szybciej.
     Ci którzy odwiedzają mnie od dawna mieli przyjemność (mam nadzieję, że jednak była to przyjemność) poznać oba teksty. "Pamiątki" po nich pozostały tu w odpowiednich wpisach. Teksty obecnie "leżakują". "Słony Wiatr" przechodzi ostateczny lifting i spodziewam się niebawem wiedzieć, czy wróci tutaj, czy jednak nie. "Dzieci Żywiołów" zostawiam sobie na postanowienie noworoczne.

     Nie wszystkie teksty, które pojawiły się w minionym roku, są odgrzewane. Do tegorocznych świeżaków należą: "Nie-boskie stworzenie", "Studnia i róża", "Jesienny nokturn" i kilka krótkich opowiadań. Na kapitalny remont i swoje pięć minut nadal czekają pozostałe epizody z "Dzikich łabędzi". Czeka też na kontynuację "Księżyc i miecz". Obie powieści będą oczywiście kontynuowane, już w nowym roku. Chociaż w przypadku "Dzikich łabędzi" wciąż jeszcze się waham, jaką nadać im formę. Pierwotnie miała to być wielowątkowa powieść, później rozpisałam wątki na osobne epizody. Teraz jednak znów zastanawiam się nad połączeniem tego w całość. "Yave", była rodzajem pilota cyklu. Chronologicznie powinna być ostatnia. I od głównej treści jest jednak nieco oderwaną. Pojawia się tam jedynie kilka postaci, które swoje pięć minut miały właśnie w głównym cyklu, zaś sama akcja "Yave", jak wspominałam, toczy naście lat po wydarzeniach z "Dzikich łabędzi".

     Są też oczywiście pomysły na nowe opowiastki z innych światów. Niektóre pozaczynane, inne tylko w fazie zanotowanego pomysłu.
     Z jednym z tych nowych pomysłów, będzie okazja zapoznać się jeszcze dzisiejszego popołudnia, ponieważ na okoliczność urodzin ukażą się w dniu dzisiejszym dwa wpisy. I ów drugi będzie już tym właściwym, czyli ku uciesze z czytania.

No i oczywiście z okazji urodzin zapraszam na urodzinowy tort:


Na zdmuchiwanie świeczki zapraszam o 17.00 :)
Dzisiaj jeszcze... ;)






03.11.2014

Kontredans cz.4

Zapraszam na kolejny kawałek... Pewnie pełen absurdów, ale celem tego tekstu nie jest poznanie konkretnego miasta, a wywołanie uśmiechu na twarzy. I w związku z tym, każdy śmiech jest mile widziany, także ten z mojej nieznajomości tematu ;)
Przy okazji, zrobiłam nową okładkę do Shanyi, jeśli ktoś ma chęć można obejrzeć w "Galerii" albo przy opowiadaniu :) Dziękuję Monice, dzięki prostej wskazówce powoli zgłębiam tajniki Gimpa :D.

Chciałam też polecić autorskiego bloga grupy La_Noir - to ta, z którą wspólnymi siłami montujemy antologie tematyczne, z których dwie miałam przyjemność już prezentować na Warsztaciku. Blog nosi nazwę Ailes i link do niego jest na pasku bocznym w "Polecanych". Osobiście polecam na Ailes teksty współautorów, bo moje znacie stąd. Tworzymy bloga wspólnie, każdy autor ma swoją zakładkę teksty dłuższe które są dodawane w częściach, są wymienione w spisie tytułów więc łatwo je znaleźć.
Zapraszam i polecam :)

Będą też zmiany na blogu, bo planuję przemeblowanie i remont kapitalny, chciałabym się z tym wyrobić do 10 listopada, ale zobaczymy. W każdym razie, będę chciała opanować wszystko do końca tego roku, ponieważ po nowym rusza kolejna edycja "Blog roku" i zamierzam się zgłosić. Ot tak, dla samej frajdy uczestnictwa :). A teraz już jazda z koksem...



     – Słucham?
     Obejrzał się i napotkał zdumione spojrzenie szarych oczu. Szlag, jakie ona ma oczy.
     – Aa... ee... Nic, nic... tak sobie tylko... kwestię powtarzałem, dla pamięci – bąknął nieco skonsternowany, bo właśnie sobie uświadamił, że jeśli ona miała jakieś plany związane z instrumentem, to dzisiejszego przedpołudnia skasował je, jednym, niefortunnym trzaśnięciem drzwiami.

     Poczucie Winy nabrało powietrza w płuca, by wydać zwycięski ryk. Ego wcisnęło się pod kanapę i sromotnie zawstydzone łypało stamtąd niepewnie.

     Pozostała jedynie nadzieja, że jakiekolwiek owe plany były, zdążyła je zrealizować przed kursem ową feralną taksówką. Tak, tak, uspokajał struchlałe sumienie, z całą pewnością pozałatwiała swoje sprawy. Skoro już jutro wyjeżdża, to z pewnością dlatego, że nie ma tu już nic do roboty... ani do zagrania.

     Poczucie Winy  nie ryknęło jeszcze teraz. Nadzieja pomachała nieśmiało z daleka, a Poczucie Winy, krzywiąc się z irytacją,  wypuściło powietrze z płuc. Ego nieco śmielej wyjrzało spod kanapy.

     Ochłonąwszy z niemiłego lęku, że być może zrujnował czyjeś plany odchrząknął i zapytał lekkim tonem:
     – Co tak długo to trwało?
     Karolina uniosła brwi. Gdyby porywczość leżała w jej naturze, zapewne uniosłaby się słusznym poniekąd gniewem. Na szczęście dla Jasona, kobieta, z którą miał do czynienia była łagodną i cierpliwą istotą, więc nutka przygany w jej odpowiedzi była niemal niewyczuwalna:
– Myślisz, że łatwo ubrać się jedną ręką?

     Poczucie Winy zassało nowy haust powietrza i tym razem ryknęło zwycięsko. Ego wcisnęło się głębiej pod kanapę. Nadzieja wciąż jeszcze machała nieśmiało, ale jakoś tak bez wielkiego przekonania.