WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

26.09.2014

Yave cz.23 (18+)

Przechodzimy do strefy lukru, stąd oznaczenie 18+ ;). I zapraszam na kolejny kawałek...


     Odjechał galopem, ale gdy zyskał pewność, że zagroda znikła już z zasięgu wzroku ostro ściągnął wodze koniowi, osadzając go w miejscu tak gwałtownie, że zwierzę przysiadło na zadzie.
     Zeskoczył z siodła i z furią kopnął w darń, potem jakiś wystający korzeń, podniósł szyszkę i cisnął nią w krzaki. Spory kawał drogi powrotnej przeszedł piechotą żeby ochłonąć. Co za uparta, mała... jędza. Znał jej temperament, nie powinien go dziwić jej upór. Ale też zawsze umiał owinąć ją sobie wokół palca. Tymczasem dziś najzwyczajniej w świecie dała mu kosza. A przez chwilę było tak... Tak rozkosznie obejmować ją i czuć ciepło ciała, zapach...

     W domu ojciec już czekał i powitał go tyleż z radością, co i ze skupioną powagą, jakby na sercu leżała mu jakaś troska. Melta, który po drodze zdążył już opanować złość, zdobył się nawet na krzywy uśmiech, chociaż nastrój miał wyjątkowo podły.
     – Cieszę się, widząc cię zdrowego, mój synu. – Arut uściskał serdecznie swego jedynaka. – Wyczekiwaliśmy tutaj ciebie – dodał.
     Jaka szkoda, że tylko wy – pomyślał ponuro młody mężczyzna. Pewien był, że ojciec znał wszystkie interesujące go szczegóły i nie bez przyczyny zażyczył sobie jego obecności w Nammas. Ale koło kręciły się siostry, matka i mnóstwo innych ludzi. Nie było jak wypytywać się o cokolwiek, więc zdusił w sobie palącą ciekawość i rzucił żartem:
     – Ech, sądziłem, że dawno tu już pamięć po mnie zaginęła.
     Uśmiechnął się nawet nieszczerze przy tych słowach, ale oczy ojca pozostały poważne, gdy odpowiedział:
     – Ci, którzy kochają nie zapominają, synu, a jest nas tu takich kilkoro w Nammas. – Gasnący uśmiech na twarzy Melty i pionowa zmarszczka, która przecięła mu czoło, gdy ściągnął brwi na tę odpowiedź, nie uszła uwadze.
     – Ze starymi przyjaciółmi byłeś się witać, jak mniemam? – zapytał podchwytliwie Arut.
     – N... Nie, nie dzisiaj. Lato długie na to będzie dość czasu. Dziś jestem wasz! – Melta rozłożył ręce i wyszczerzył się do dziewczynek, by zmienić temat. Chciał rozmowy z ojcem, ale nie tu i nie teraz. W cztery oczy. Tymczasem siostrzyczki uwiesiły się na nim radośnie.
     – Jeździłeś gdzieś, więc sądziłem... – drążył Arut.
     – Ach, to... – Melta spochmurniał i postawił dzieci na ziemi. Przegarnął ręką włosy. – Była tu kobieta, Yave. Odwiozłem ją tylko, bo z dzieckiem była, a daleko...
Arut z zadumą pokiwał głową i utkwił wzrok w jakimś punkcie w przed sobą.
     – Tak... Yave... Czasem zachodzi do nas, jak jest we wsi. Dobrze, żeś ją odwiózł.

23.09.2014

Yave cz.22

Wiecie jak to jest kiedy, jak to się mówi: "jak nie urok, to  przemarsz wojska"? Albo zdechnięty dysk w kompie? Jak nie wiecie, to się cieszcie, że nie, ja już wiem... Jest strasznie do d***... Ot, co.

Na dziś obiecany fragment, a kiedy reszta, najstarsi górale nie wiedzą, bo muszę zrobić to, co wywołuje we mnie wyjątkowy wstręt, czyli odtworzyć, co już raz miałam napisane. Z drugiej strony chyba powinnam się cieszyć, że większość archiwizowałam na bieżąco i do odtworzenia nie ma tak znów wiele. Nie mniej jednak, sam fakt mnie... (tu proszę sobie wstawić słowo mocno niecenzuralne). Humor poprawiałam sobie, czytając coś nieswojego, co mnie wciągnęło, wessało jak trąba powietrzna, ale o tym innym razem ;)



     Rok czwarty... Nammas... lato...

     Niewielka drużyna Melty wspinała się stromą, górską ścieżką na znajomą przełęcz. Trzy lata temu opuszczali rodzinną osadę chłopcami, nieopierzonymi młodzikami, dziś wracali mężczyźni. I nie wracali wszyscy. Ale serca tych, który spoglądali na znajome góry pełne były radości, nawet jeśli odrobinę tłumił ją smutek z powodu tych, których w tym orszaku dzisiaj brakło.
     Byli już niemal na szczycie, gdy ponad głowami rozległo się groźne:
     – Stać! Jeśli żywot chcecie zachować, stać wszyscy!
     Wiodący drużynę Melta uśmiechnął się, rozpoznając głos.
     – Ejże, Gurto! – odkrzyknął. – To aż tak ci się wzrok skrócił, że starych druhów nie poznajesz?
     – Mój wzrok równie dobry, jak twój słuch. Ale prawo jest i każe przybyszom opowiadać się strażnikom. A prawo, to prawo i trzeba go przestrzegać. – Strażnik wysunął się z cienia z powagą na twarzy, ale po chwili i jego oblicze rozjaśnił uśmiech.
     – Witaj w domu, Melto, włóczęgo jeden.
     Melta zeskoczył z konia i objęli się serdecznie.
     – Czekaliśmy na was. Wieści dostaliśmy – powiedział Gurta.
     Teraz i pozostali strażnicy wyszli z ukrycia. Wszyscy uzbrojeni w łuki i długie sztylety. Witali ze starymi towarzyszami chłopięcych zabaw.
     – Nim zejdziecie w dolinę, chodźcie spocząć chwilę u nas – zaprosił dowódca strażnicy. – Ugościmy was porządnym, starym winem. Dobrze schłodzone w loszku – zachęcał – gardła z kurzu wam przepłucze, a że dzień dzisiaj skwarny to i orzeźwi.
     – Nie odrzucimy przecież zaproszenia – zaśmiał się Melta. – Co, chłopaki?
     Przytaknęli ochoczo, dobrze było zobaczyć starych druhów i pogawędzić chwilę.
     – No to pójdźmy na strażnicę.
     Podróżnicy pozsiadali z koni, które odprowadziło kilku z młodszych wojaków. W jednym z nich Melta rozpoznał Gedora, brata Yave.
     Miał wielką ochotę zagadnąć go, a właściwie wypytać o wszystko w szczegółach. Raz nawet ich spojrzenia się spotkały, ale wtedy wyraz oczu i zaciśnięte gniewnie usta chłopaka, sprawiły, że Melta stracił ochotę na przyjacielską pogawędkę. Cóż, siostra raczej nie miała powodów przedstawiać uwodziciela w korzystnym dla niego świetle. Licho wie, co dziewczyna tak naprawdę naopowiadała bratu.
     Po raz kolejny poczuł złość, że nie dano mu szansy, by mógł chronić swój honor. Zirytowany i bezradny zgrzytnął zębami i poszedł za Gurtą i resztą. Na posterunku zostali tylko wyznaczeni obserwatorzy.

19.09.2014

Yave cz.21

Kochani, to jeden z najstarszych fragmentów, w którym teraz poprawiałam akcję, dialogi itd. Przeglądałam go wiele razy, ale niewykluczone, że jakieś nieścisłości mi umknęły, więc gdyby kolnęło kogoś w oczy coś poważniejszego niż literówka, jakaś niespójność fabularna na przykład, albo jakieś pomieszanie w dialogach będę wdzięczna za wskazanie.

Nom, powoli, powoli się klaruje sytuacja, już bliżej niż dalej... Nic więcej nie mówię, poczytajcie sobie :)



     Rok czwarty... Diorida... początek lata...

     Diorida zmieniła się. Zdawało się im, że miasto spuchło przez zimę i napęczniało. Ludzi wyraźnie przybyło. Rozpoznać można było nie tylko rodzimych Aurów. W mieście byli Barthowie z południa, nie brakowało też osobliwie odzianych mieszkańców wschodu. Diorida choć wciąż niewielka, zmieniała się i rosła. Wyrastały nowe domy, ulice, kupieckie składy i gospody. Ruszyła też budowa nowych murów, bo stare choć niedokończone już stały się za ciasne. Wątpliwym zdawało się, czy mieszkańcy zdążą ukończyć nowe nim miasto znów z nich „wyrośnie”. Brzegi rzeki, niegdyś zwanej Graniczną, opływającej miasto od południa spinał teraz szeroki, kamienny most. Dar Hengoda, króla Barthii. Materiałów do jego budowy dostarczyli sami Aurowie, ale Hengod przysłał kamieniarzy, budowniczych, konstruktorów i pokrył koszty ich pracy.
     Wytyczono nowy szlak handlowy wiodący przez kraj Aurów ze wschodu na zachód.

     W mieście roiło się od wojów należących do przybocznych, rycerskich drużyn. Rycerstwa bowiem też trochę stanęło po gospodach w mieście. Wezwani przez króla, który miał nadać im tytuły i włości na rubieżach. Oddając się miejskim uciechom oczekiwali wezwania na zamek na uroczystość, która miała się odbyć w najbliższych dniach. Tymczasem Rokka, kapitan Gwardii Królewskiej odpowiedzialny za zakwaterowanie możnych i ich ludzi, dwoił się i troił, żeby wszystko przebiegało sprawnie i bez burd. Prostych żołnierzy lokowano w koszarach Gwardzistów. Lordów i przyszłych lordów kwaterowano w mieście, w gospodach i wynajętych mieszkaniach. Melta moczył się właśnie w gorącej kąpieli, zmywając kurz i brud długiej podróży, gdy przybył królewski goniec z poleceniem, by jak najszybciej stawił się przed królem.

15.09.2014

Kontredans cz.1

Lojalnie uprzedzam, że wszystkie fakty, lokacje, akcje i sytuacje są mocno naciągane dla mojej koncepcji tego tekstu, dlatego może on wywołać ostrą niestrawność u poszukiwaczy zgodności z realiami i ogólnie dziury w całym... Najprawdopodobniej nie będzie się tu zgadzać nic, z niczym.

Traktuję ten wpis jako rodzaj zapowiedzi, "okładka" do niego już od jakiegoś czasu "wisi" w "Galerii", ale jakoś tak nie mogłam się pozbierać żeby zacząć go ogarniać.
Dla wyjaśnienia dodam tylko, że zasadniczo cała historyjka powstała pod te pojawiające się w tekście wstaweczki kursywą. Mam nadzieję, że moje wisielcze poczucie humoru przypadnie do gustu, choć części z Was :)




     Dzień pierwszy – niedzielne popołudnie

     Londyn, wielkie miasto... metropolia... Big Ben, pałac Windsor i takie tam... Wiadomo...
     Cóż, z perspektywy lotniska nie rzucił Karoliny na kolana, ba z perspektywy niewielkiego hoteliku, w którym miała rezerwację, musiała przyznać, że też nie rzucił. Jednakże pewnym pocieszeniem był fakt, że po pierwsze znajdował się niedaleko centrum, po drugie zlokalizowany był w zacisznym zaułku, gdzie nie było zbyt wielkiego ruchu, a miejski zgiełk docierał w dość ograniczonym zakresie. Należało właściwie uznać za cud, że w tak przystępnej cenie udało się dokonać rezerwacji w tak dobrym punkcie. Miała stąd rzut beretem do starszej, zabytkowej części miasta, zakwaterowanie było więc idealne dla popołudniowych spacerów poznawczych.

     Pierwszy raz w zagranicznej podróży, w dodatku sama jak przysłowiowy palec, czuła się obco i nieswojo. Do hotelu dotarła jednak bez większych przeszkód, bo z lotniska wzięła taksówkę.
     Nie cierpiała taksówek, ale to było znacznie prostsze niż rozwikłanie zawiłości planów miejskiej komunikacji. Przekonała się przy okazji, że jej angielski nie jest tak doskonały, jak to się wydawało w Polsce. Rozumiała bez problemów, o ile tylko nie mówiono do niej zbyt szybko, za to Brytyjczykom jej angielszczyzna musiała zdawać się toporna.
     Niepoprawna optymistka ani myślała się tym przejmować. Grunt, że była w stanie w miarę płynnie się porozumieć. Akcent? Phi, drobiazg, jeśli jej plany się powiodą i zostanie tu na dłużej, będzie dość czasu, by popracować nad akcentem. Ostatecznie nie przyjechała tu deklamować monologów tylko grać.

13.09.2014

Epitafium

Taki przerywnik... odpowiedni do nastroju, który mnie dopadł i trzyma...



Nie potrafię dziś odszukać
Zagubionych chwil radosnych.
Próżno dziś do serca stukasz,
Nie odnajdziesz tam już wiosny.

Wiem, że pragniesz, że się boisz,
Lecz życzliwy wygasł ogień.
Nie potrafię Cię ukoić,
Nie chcę śnić już snów przy Tobie.

Nie da się wydobyć ciepła
Z kryształowej tafli lodu,
Pod nią tylko pustka piekła,
Nie ma czym rozproszyć chłodu.

Dzisiaj tylko mam dla Ciebie
Żal troskliwy i rozterkę.
Nie rozpędzę chmur na niebie,
Sercu Twemu słota, zimna poniewierka...




Pewnie jutro będzie lepiej :) Na poważny wpis, tzn. taki z konkretnym, choć nie koniecznie poważnym tekstem, zapraszam w poniedziałek :). W samo południe...

PS.(14.09.2014)
Kochane Dziewczyny, martwicie się tak bardzo, że postanowiłam się odrobinę wytłumaczyć...
Wierszyk to efekt jakiejś frustracji sprzed piętnastu lat z okładem, a może i jeszcze starszej. Nie dodaję dat do publikacji, bo daty uważam są tylko dla mnie. Stąd wrażenie, że to świeżak. Jednak od lat nie napisałam żadnego wiersza, jakoś tak wyparowała poezja ze mnie, może jeszcze kiedyś wróci, ale póki co utknęłam w zabawach prozą.
Podsumowując, choć Wasza życzliwość mile łechce, to naprawdę nie ma się czym przejmować. Dzisiaj jest niedziela i jest pięknie, a wczoraj miałam jakiś ponury dzień, nawet nie zły, bo bywały gorsze ;). Każdemu się zdarza, ale ja, na moje szczęście, nie jestem depresjonikiem. Czasem tylko dopadnie mnie kiepski nastrój i to wszystko :).

Wszystkim życzę pięknego dnia, a chętnych i ciekawych zapraszam jutro w południe na kawałek...
czegoś ;). 

11.09.2014

Yave cz.20

A życie płynie sobie swym, utartym torem, zaczyna się i kończy niezależnie od nas i naszych pragnień, czy marzeń... Tak to już jest...
Ostatnio nie byłam odpowiednio nastrojona do szwendania się po sieci, a przy tym, wzięłam do serca radę Moniki - odciąć się od internetów :). Oczywiście nie na amen, ale ograniczenie zaowocowało przygotowaniem kilku wpisów na zaś. Konkretnie dwóch, trzeci się robi... Ustawione, czekają tylko, by wskoczyć :)


     Rok czwarty... wiosna...

     Nammas...
     Kolejna wiosna nieśmiało, lecz konsekwentnie obejmowała w posiadanie dolinę. Lód na jeziorze zaczął topnieć, a spod coraz cieńszej warstwy śniegu śmiało wystrzeliły pierwsze przebiśniegi. Z każdym dniem cieplejsze powietrze, niosło coraz głośniejszy i gwałtowniejszy świergot, uganiających się po bezlistnych jeszcze krzakach, wróbli.
     Zimowe ptactwo odleciało już na północ, za to w lesie aktywniejsze stały się dzięcioły. Uporczywe stukanie, poszukujących pożywienia ptaków, raz po raz dawało się słyszeć w dali, podobnie jak wrzaski, poszukujących partnerów, sójek. Śnieżne czapy wciąż zalegały w zacienionych wąwozach i pod skalnymi nawisami. Także powyżej wsi, w górach, śniegi topniały znacznie wolniej. Jednak życie niepowstrzymanie, każdego dnia, budząc się z hibernacji, coraz silniej akcentowało koniec zimy.

     Do Nammas znów dotarły królewskie listy i Arut, zamyślony, po raz kolejny przebiegał wzrokiem pismo.

     Botta pisał: „Północ, póki bezludna, bezpieczna nie będzie. Sześć zamków pobudowaliśmy. Każdy z nich pieczę ma nad przyległościami, które zarazem włości lordowskie stanowią. Wasali swoich na nich, z tytułami i prawem dziedziczenia, chcę osadzić. Wybrałem i Twojego Meltę, przyjacielu. Tytuł już mu nadałem, ale na ziemi osadzę, jeśli Ty dasz zgodę, bo to Twój jedyny syn i nie chcę Ci go bezdusznie odebrać. Sam Melta, na moje wezwanie, ze swymi ludźmi stanie w Dioridzie przed latem. Proszę więc, tym pismem, byś mi jak najszybciej dał odpowiedź. Jeśli się zgadzasz, by Twój syn porzucił ostatecznie Nammas, ludzi, którzy są przy nim, a mają rodziny, na lato poślę do domów, by żony, dzieci i dobytek mogli zabrać. Wszyscy oni bowiem przy Melcie, jako jemu poddani, w jego nowych włościach zostaną.”

07.09.2014

We wrześniu i dalej...

     Odrobina planów... Przede wszystkim dokończymy Yave, bo wiadomo, co za dużo to niezdrowo i nie chciałabym, żeby się nam zbyt długo wlokąca się opowieść przejadła.

     Poza tym, we wrześniu przypadają moje urodziny, oczywiście 35 (od lat :P), a ja mam gotowe dwa teksty, pisane do antologii tematycznej "Deszczowe sny". A skoro mam, zrobię sobie i Wam prezent urodzinowy i oba we wrześniu ukażą się światu. Nie są długie, ale takie... Sami zobaczycie ;). Dzisiaj pokażę jedynie obrazki, bo oczywiście i one już są :). I tak:


"Sen o deszczu"...
...już wkrótce...
















"W strugach deszczu"
...już wkrótce...



















     Wiem, jakoś nieszczególną się wykazałam kreatywnością, przy tytułach, za to same teksty są od siebie zupełnie różne... Mam nadzieję, że odrobinę zaostrzyłam ciekawość ;).

     Jeszcze mała zapowiedź... Liczę na to, że jak zobowiążę się przed publiką, będzie to dla mnie mobilizacja, do ogarnięcia i przygotowania tego w planowanym terminie. Mianowicie, w przygotowaniu mam jeszcze jedno opowiadanie będące swego rodzaju eksperymentem, bo to trochę jakby nie moje klimaty. Nie mniej koncepcja na całość jest i spory kawał tego już jest. I nawet "okładka też już jest...


"15 godzin..."
...to tytuł roboczy, ale jakoś tak jest, że u mnie jak się już coś do tekstu przylepi to zwykle tak zostaje. Dlatego szczerze wątpię, w możliwość wystąpienia wersji finalnej pod inną nazwą...















   
     Ten ostatni, chcę przygotować na urodziny, tym razem bloga, które wypadają w listopadzie, a dokładnie 10 listopada, kiedy to wrzuciłam tu pierwszą część "Grina".
     "15 godzin..." na pewno będzie dłuższym tekstem niż te wcześniej wspomniane, jak długim, nie potrafię w tej chwili nawet w przybliżeniu powiedzieć

     Po zakończeniu "Yave" zabiorę się też za uporządkowanie kolejnej historii z cyklu "Dzikie łabędzie". Jak już wspominałam jest ich kilka i wszystkie wymagają kompleksowego "liftingu". Ale powolutku odkurzymy sobie wszystkie :)

04.09.2014

Yave cz.19

Zakładam, że wszyscy są w temacie i wiedzą, o co chodzi dlatego wstępu dzisiaj nie będzie. Gdyby jednak ktoś wpadł znienacka i czuł się nie wtajemniczony, w indeksie są podlinkowane wszystkie dotąd opublikowane części "Yave". Można też skorzystać z etykietek.


   
 – Pozwolisz wejść, Yave? – spytał, gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi na słowa powitania.
     – O... oczywiście – wybąkała, odzyskawszy głos. – Wejdźcie, proszę...
     Gość wkroczył do środka pewnym krokiem. Zbliżył się do stołu i postawił na nim duży, wyraźnie ciężki kosz.
     – Moja żona przysyła to dla ciebie.
     Yave pomyślała tylko, że przy całej życzliwości, jaką zawsze okazywała jej Illith, z tym można było posłać sługę. Z całą pewnością, nie podarunki były powodem tej niespodziewanej wizyty i zachodziła w głowę, próbując dociec prawdziwej jej przyczyny.
     – Pani Illith, jak zawsze łaskawa dla mnie wielce – powiedziała ostrożnie i dygnęła w podziękowaniu. – Przekażcie, panie, ode mnie wdzięczne słowa swej małżonce. Zechciejcie usiąść. – Wskazała miejsce za stołem.

     Arut rozgościł się chętnie, dyskretnie rozglądając dookoła.
     W izbie panował idealny porządek i było nieskazitelnie czysto. Cynowe i miedziane naczynia lśniły niczym lusterka, podłoga zamieciona, stół wyszorowany do białości, a w maleńkich okienkach zawieszono ręcznie robione, koronkowe firaneczki.

     – Widzę, że radzisz sobie doskonale, moja droga.
     – Mój brat zagląda tu często i pomaga mi. Czasem przychodzi też matka. Zechcesz napić się piwa, naczelniku? Wczoraj Gedor przywiózł świeże.
     – Z przyjemnością – uśmiechnął się pod wąsem – dzień dzisiaj ciepły, piwo dobre będzie na ochłodę.
     Mężczyzna spojrzał na chłopczyka.

02.09.2014

Yave cz.18

Poprzednim wpisem zakończyliśmy dygresyjne wędrówki, , przynajmniej na razie. Acz, do Dioridy jeszcze pewnie zajrzymy w swoim czasie. Teraz zaś pora wrócić do starego, poczciwego Nammas i rzucić okiem na to, co tam się dzieje... A dzieje się...

poprzedni fragment



     Rok trzeci... Nammas... jesień...

    Ired rósł ku radości swojej matki. Wiosną skończył rok i nauczył się chodzić. Nie można było ani na chwilę spuścić go z oka. Zrobił się też bardzo gadatliwy, choć prawdę mówiąc, nikt poza Yave nie potrafił go zrozumieć, a niekiedy zdarzało się, że i ona miała z tym problem.

     W Nammas mijało lato. Miało się już ku końcowi, gdy niespodziewanie pojawił się w dolinie wielki niedźwiedź-samotnik. Dobierał się do stad. Zabił kilkanaście owiec i kilka koni. Pustoszył barcie i rozszarpał dwóch bartników. Nie bał się ludzi i był tak zuchwały, że kilka razy ważył się zapuścić nawet w pobliże zagród, w poszukiwaniu łatwego łupu.
     Mowy nie było, by kobiety, czy dzieci mogły bezpiecznie po lasach zbierać jagody, grzyby, czy chrust na zimę. Koniecznym stało się pozbycie szkodnika.

        Zebrało się więc kilku myśliwców i poszli zapolować na zwierza.
     Udało im się go wytropić i osaczyć w jednym z wąwozów, lecz nim ubili, poważnie poturbował trzech z nich. Nieszczęście chciało, iż znalazł się pośród tyże, Uker, mąż Yave. Nieszczęście tym większe, że jego rany okazały się najpoważniejsze.
     Mężczyzna zmarł z upływu krwi, nim rannych dowieziono do osady i sprowadzono pomoc.

     Pochowano Ukera z szacunkiem i honorami należnymi szlachetnemu człowiekowi.
     Zdruzgotana Yave znów została sama. Po pogrzebie męża przebywała w domu swej matki. Nie płakała, siedziała tylko, z tępo wbitym przed siebie wzrokiem, nie odzywając się do nikogo. Zostawiono ją w spokoju, dając czas, by otrząsnęła się po tragedii.