WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

29.06.2014

Jesienny nokturn cz.2

Postanowiłam, że puszczę tego tekstu tyle ile mam z niego gotowego materiału, a to znaczy, że będzie jeszcze przynajmniej jeden wpis poza dzisiejszym. Co dalej zobaczymy... 

poprzedni fragment

W swoim pokoju Ada rzuciła się na łóżko i wbiła wzrok w sufit. Chciało się jej wyć. Była rozbita i roztrzęsiona. Ten facet był... Kiedy dotknął jej ręki, tam w holu, miała wrażenie jakby przeszył ją prąd od punktów na skórze, których dotknęły jego palce aż do... Wcisnęła dłonie między zaciśnięte uda i zwinęła się w kłębek.
Kompletnie zwariowałaś Adriano, skarciła się. Ale latających w brzuchu motyli i tak nie potrafiła powstrzymać na samo wspomnienie tego przypadkowego, nic nie znaczącego dotyku.
A co by było, jakby spróbował ją pocałować?! Boże, zirytowała się na siebie, przecież nie próbował. To obcy facet i na pewno przez myśl mu to nawet nie przeszło.
Ada, uznała, że najlepszym rozwiązaniem będzie zimny prysznic, ale nim się ruszyła z łóżka drzwi do jej pokoju uchyliły się i w szparze pojawiła się głowa Davida.
– Wybacz, chciałem tylko...
– Mówiąc o drzwiach miałam na myśli drzwi wyjściowe, a nie te! – Usiadła na łóżku rozzłoszczona.

Ledwo zdołała się odwołać się do zdrowego rozsądku, a on znów pojawił się w polu widzenia i z niemałym trudem osiągnięta równowaga rozsypała się jak domek z kart. Sam dźwięk jego łagodnego, głębokiego głosu wywołał ponowne harce motyli.
Stał w drzwiach, nie próbując naruszać prywatnej przestrzeni Ady i uśmiechnął się tym swoim zniewalającym uśmiechem, wywołując w niej kolejny atak furii i motylków równocześnie. Oparł się o futrynę, splótł ramiona na piersi i z wesołymi iskierkami w oczach spoglądał na czerwoną z gniewu i zażenowania Adę.

27.06.2014

Jesienny nokturn

Bez wstępów tym razem...

Start


        Deszcz lał bez przerwy. Szare strugi spływały smętnie z wielkiego parasola niesionego przez starszego mężczyznę w okrągłych okularach. Osłaniał nim siebie i młodą kobietę idącą obok niego.

Mini kondukt powoli minął cmentarną bramę i zmierzał w kierunku miejsca pochówku. Za trumną szło ich tylko dwoje, Adriana i stary adwokat ojca.
         Dziewczyna nie płakała. Oczy miała zaczerwienione, lecz suche, szczęki zaciśnięte. Prosty, czarny płaszczyk stanowczo pamiętał lepsze czasy. Kiedyś należał do jej matki.
         Ada nie lubiła czarnych rzeczy i nie miała niczego własnego w tym kolorze. Całości stroju dopełniał obciachowy toczek z krótką woalką, czarne rajstopy i buty równie niemodne, jak cała reszta.

         Wciąż jeszcze nie do końca otrząsnęła się z szoku, jakim była nagła śmierć ojca. Człowieka, który był dla niej wszystkim i dla którego, jak sądziła, wszystkim była ona.

         Rzeczywistość zweryfikowała te mrzonki.


         Od pogrzebu minęły niecałe trzy tygodnie.  Ada siedziała za stołem, wpatrując się tępo w pismo leżące na jego blacie. Czytała je niezliczoną ilość razy. Znała jego treść prawie na pamięć, ale wciąż nie mogła uwierzyć w zawarte w nim informacje. Została z niczym. Dom, ziemia, konie, nic nie należało do niej. Ojciec wszystko zastawił. Wprawdzie w testamencie „wszystko” zapisał jedynej, ukochanej córce. Tyle że w praktyce „wszystko” okazało się jednie kupą bankowych długów. Na co wydał zdobyte w ten sposób pieniądze? Tę tajemnicę zabrał ze sobą do grobu.  W liście adwokat ojca informował, że „wszystko” wykupił zagraniczny inwestor.

24.06.2014

Yave cz.15

Chyba będę częściej zrzędzić, wychodzi bowiem na to, że to całkiem niezły sposób na wciągniecie ludzi do dyskusji :). Z drugiej strony nie chciałabym z bloga opowiadaniowego zrobić bloga zrzędliwego, więc częstotliwość zrzędzenia raczej się nie zmieni. Jednak tu stawiam głównie na teksty do lajtowego poczytania, a zrzędzenie to tylko tak czasem, na marginesie...
Ciekawe, co powiecie na dzisiejszy fragment? Zapraszam... 


     Rok drugi... Diorida, garnizon... koniec lata

     Podobnie jak poprzedniego roku, tak i w tym kilku młodych mężczyzn opuściło dolinę, by w Dioridzie zasilić szeregi wojska.
     Arut, choć z niechęcią, uczynił zadość prośbie Botty. Jednak sformowany w Nammas oddzialik był wyjątkowo nieliczny tym razem. Naczelnik uznał bowiem, że młodzi i sprawni ludzie potrzebni są nie tylko na dalekim pograniczu.
     Przy tym zdawał sobie sprawę, że za rok, znów konieczne będzie uzupełnienie stanów w oddziałach i drużynach. Północ wciąż była niespokojna, niebezpieczna i słabo zaludniona. Jednak żeby było kim ją zaludnić młodzież była potrzebna tu, gdzie mogła bezpiecznie dorastać i spłodzić kolejne pokolenie.      I taką właśnie argumentacją się posłużył, odpisując na królewski list.

***
     Kilkunastu, może ze dwudziestu, rekrutów obficie rosiło potem piasek na majdanie. Ci, którzy trenowali w parach używali drewnianych atrap broni.
     Ćwiczebne manekiny musiały cierpliwie znosić kolejne ciosy zadawane żelazem, przez ćwiczących pojedynczo. Ludzie ukradkiem ocierali mokre czoła. Na pot, płynący strużkami po plecach, szybko nauczyli się nie zwracać uwagi. Nadzorujący trening oficer, przechadzał się pomiędzy świeżo wcielonymi żołnierzami, klnąc i porykując na opieszałych i słabo się przykładających według niego.

     – Wykończysz ich Rokko! – zawołał wysoki mężczyzna, który zbliżył się od strony koszar.
     Usta skrzywił w sarkastycznym uśmieszku. W ciemnych oczach paliła się ponura powaga i nie było tam cienia wesołości, nawet sarkastycznej. Wysokie czoło przecinała pionowa zmarszczka, skutek trosk i obowiązków, które przyszło mu dźwigać.

22.06.2014

Ze zrozumieniem...


     W czym problem tym razem? A w totalnej porażce rodzimej edukacji ostatnich lat...

     Do czego piję... Ano do „czytania ze zrozumieniem”. Niby nic, a jednak szwendając się po kilku różnych forach i portalach niezmiennie trafiam na pokemony, którym ta umiejętność jest obca. Ba, można by rzec, że nawet wroga. I pusty śmiech mnie ogarnia, gdy słyszę, jaki to nacisk kładzie się na naukę „czytania ze zrozumieniem” w szkołach. Ktoś tu mocno skopał rzecz, bo de facto od lat nasze szkoły opuszczają rzesze, które bladego pojęcia nie mają czym właściwie owo „czytanie ze zrozumieniem” jest.

    Dziwne to wszystko. Dysy wszelkiej maści mnożą się jak grzyby po deszczu. Jeszcze kilka pokoleń i wrócimy w pełni do pisma obrazkowego. Dlaczego w pełni? Bo już dziś jest tak, że wyedukowani w „rozumieniu” pisanego tekstu są zdolni do zrozumienia zawartego w słowach przekazu, tylko wtedy jeśli ów zawiera odpowiednią ilość znaczków graficznych, eufemistycznie zwanych emotkami. Żałosne... ale prawdziwe.
     Mnie w szkole uczono po prostu czytać, na zrozumienie lub nie, nikt nie zwracał uwagi, nie było to potrzebne mojemu pokoleniu. My po prostu czytaliśmy. Teraz zastanawiam się, czy tej umiejętności można się nauczyć w szkole? Może po prostu tak jest, że niektórzy nie są zdolni opanować zrozumienia, niezależnie od systemu edukacyjnego? Może pseudonaukowa pseudopsychologia naszych czasów powinna zaakceptować i opisać kolejnego dysa? Może ktoś napisze na temat pracę magisterską? Albo i doktorat? Wszak w dysach tkwi naukowy potencjał nie do przecenienia.

20.06.2014

Yave cz.14

Moi drodzy Czytelnicy, witam po krótkiej przerwie... Na dzisiaj Yave. Wprawdzie nie w samo południe, ale mam nadzieję, że i tak czekający się ucieszą. Ja z kolei mam nadzieję, że od poniedziałku wpadnę już w stały rytm. I to tyle zbędnego gadania ;).

poprzedni fragment


     Rok drugi... Nammas... początek lata...

     Palce nerwowo bębniły o blat stołu. Arut rzucił niechętne spojrzenie na pismo, leżące obok dłoni, opatrzone królewskimi pieczęciami.
     Lato dopiero się zaczęło, ale dni już były upalne. Gorące powietrze wpadało przez szeroko otwarte okno wychodzące na sad. Z daleka dobiegał wesoły śmiech dzieci. Mężczyzna westchnął ciężko, odsunął od siebie list i podszedł do okna.
Pomiędzy jabłoniami migały kolorowe sukienki córek. 

     Uśmiechnął się do siebie. Kobieca dłoń wsunęła się pod jego ramię.
     – Trudno uwierzyć, że są już takie... dorosłe – Uśmiechnęła się Illith.
     – Dzieci jeszcze... – mruknął, nakrywając dłoń żony własną.
     Illit uniosła brwi.
     – Zobaczysz, ani się obejrzymy, a trzeba nam będzie za mąż je wydawać. Tylko patrzeć, jak Melta się ożeni i wnuków się doczekamy...
     Arut drgnął i bezwiednie zacisnął palce na dłoni kobiety.
     – Nieprędko znów go zobaczymy, prawda? – ciągnęła ona, nie zwróciwszy uwagi na gest męża.
     – Świszczypała – warknął Arut przez zaciśnięte zęby. – Gdzie takiemu do żeniaczki?
     – Swoje lata już ma – dowodziła Illith. – Niechby tylko do domu zjechał, znalazłaby się tu panna dla niego.
     Teraz spojrzał na żonę z rozbawieniem.

12.06.2014

Na skraju tęczy...


Osrebrzoną wędruję nocą.

W górze gwiazdy, oczy wieczności,
A moje oczy wypatrują dnia,

Promieni świtu, zórz różanych,
Tych, które niosą odrobinę ciepła,
Lecz nie palą bezlitośnie.
Szukam krainy wiosennej,
Subtelnej wonną trawą i motylim tańcem,
Z delikatnym śmiechem deszczu w tle.
Tam zbuduję dom zielony,
Na skraju wiecznej tęczy.
Będę czekała tam na Ciebie,
A kiedy przyjdziesz do mnie,
Powitam Cię płatkami pocałunków,
Nektarem napoję najsłodszym.
I zawsze będziesz do mnie wracał.
Bo chcę byś mnie kochał…




Dla odmiany, ponieważ ostatnio same opowiadania były, wierszyk :)
Z czasów kiedy jeszcze pisywałam wierszyki... Teraz, jakoś tak się składa, że prawie ich nie pisuję... Ale jeszcze trochę zaszłym mam w zanadrzu.

Do przyszłego tygodnia nic nowego się nie pojawi. Mnie także tu nie będzie przez kilka dni. Ale oczywiście wszystko, co jest na blogu, jest do czytania ;). Częściowo naprawiłam indeks. Podlinkowałam dłuższe teksty i opowiadania.
DŻ zostaną zdjęte zgodnie z bijącym zegarem. Gdyby więc ktoś chciał jeszcze zaliczyć ten tekst, przez weekend jest to możliwe. Na końcu każdego fragmentu jest odnośnik przenoszący do kolejnego kawałka. Tylko w indeksie nie dawałam już odnośników do każdego z osobna. Tam są jedynie linki do początkowych fragmentów każdej z czterech części.

Wszystkim życzę pogodnego i mile spędzonego weekendu i do poczytania po niedzieli :)

10.06.2014

Księżyc i miecz - Pergamin cz.3

Niniejszym wpisem skończymy z dziadkami, aczkolwiek nie wykończymy i pozwolimy jeszcze trochę pożyć... Jakby nie patrzeć, przynajmniej jeden ciągle ma jeszcze w życiu misję do spełnienia ;)
Musicie też pamiętać, że to co tu serwuję to mimo wszystko wersja robocza i chociaż staram się wygładzać potknięcia (nie mówię tu o takich bzdurach jak literówki) mogą się zdarzyć. Jakby coś komuś z czytających wpadła jakaś fabularna niespójność w oko to zawsze może wytknąć w komentarzu. Naprawdę będę wdzięczna.

poprzedni fragment

     Feron wstał i zaprosił swego gościa do stołu.
     Nalał królowi wina.
     – Skosztuj, przyjacielu, powiadam ci, przednie, z najlepszych siblithyjskich winnic. Stare... – Sam umoczył usta w szlachetnym trunku i delektował się jego bukietem, przymknąwszy powieki.

     Król, za radą gospodarza, skosztował wina i po długiej chwili orzekł:
     – W istocie, doskonałe... – odstawił kielich – lecz nie o winie przecież mieliśmy rozprawiać, Feronie, ale o starych pergaminach i legendach – przypomniał.

     Feron też odstawił swój kielich, wyprostował plecy i odetchnął głęboko.
     – Tak, tak... – odchrząknął. – Pamiętam, oczywiście.  Na czym to...? Ach, tak. Pytałeś o znak twego rodu na anviliońskim dokumencie. – Uśmiechnął się i sięgnął po półmisek, podsuwając go królowi.
     – Otóż to – mruknął Arthiran, częstując się kawałkiem mięsiwa.
     – Ów pergamin zawiera przepowiednię...­­
     Ręka z kawałkiem pieczystego zawisła w połowie drogi do ust. Arhiran wbił wzrok w mędrca, który ze stoickim spokojem i nieodgadnionym uśmieszkiem znów popijał wino.
     – Przepowiednię? – powtórzył władca. Na twarzy odmalowało się rozczarowanie.  – Czyżby przewidziano nasze zwycięstwo i koniec  Anvilionu? W takim razie marna to przepowiednia, bo Raskonia zawsze była silniejsza. A i na nic się już ów papier nie zda, skoro stało się, co miało się stać – dodał pogardliwie.
     Feron nadal się uśmiechał.
     – ...przestrogę... – kontynuował własną myśl, ignorując słowa króla.
     – A cóż po przestrogach pokonanemu?– prychnął Arthiran z sarkazmem.
     – ...i wskazówkę – dokończył wreszcie mędrzec, badając z uwagą barwę trunku w pucharku.

05.06.2014

Margas od... (18+)



     Żebyście wiedziały, co ja się zeszukałam tego kuchennego fragmentu. Już byłam przekonana, że w ferworze robienia „porządków” wywaliłam na amen. Okazało się jednak, na moje szczęście, że zapobiegliwie schomiczyłam na chomiku i jest. Kuchnia jest light, więc to od niej zaczniemy ;)



     Kuchnia...

     Był sobie... rosół... ;)

     Rosół... cholerny, parszywy rosół. Skubanie i patroszenie drobiu...
     Ergor serdecznie tego nie cierpiał, podobnie zresztą babrania się w mące. Jednak mąkę jeszcze był w stanie przeżyć, zaś oprawianie drobiu doprowadzało go do szału. Tymczasem oni zgodnym chórkiem poparli Vertosha, który uznał, że rosół musi być, bo „ to pożywna strawa i dobrze zrobi dziewczątkom”, tak stwierdził i bez skrupułów zagonił kowala do kuchni.
     Pozostali rechotali przy tym bezczelnie, bo wszystkim znana była awersja jaką Ergor żywił do gotowania czegokolwiek. Nie żeby nie lubił jeść, lubił a jakże, byleby sam nie musiał kucharzyć.
     Robienia klusek do rosołu też oczywiście  nie lubił, ale kluski nie wyprowadzały go aż tak z równowagi i gdyby od niego zależało, dzisiaj skończyłoby się na kluskach okraszonych słoniną. Ale nie, im się zachciało...
     A czekajcie wy... braciszkowie, zarazy wy jedne, już ja się wam odwdzięczę przy okazji. Każdemu z osobna się odwdzięczę... Miął pod nosem przekleństwa, z furią drąc pierze z kury. Na ławie na swoją kolej czekały cierpliwie cztery kolejne.

     W tym stanie permanentnej furii nie zauważył Airo, która wsunęła się do kuchni, póki ta się nie odezwała.

     – Powiedzieli mi, że tu cię znajdę – zaszczebiotała słodko.
     – Zajęty jestem – burknął, nie podnosząc wzroku.
     – No wiem, dzisiaj ty gotujesz.
     – Właśnie – prychnął i dmuchnął wściekle, w celu pozbycia się jakiegoś upierdliwego piórka, przyklejonego do nosa, niestety bezskutecznie. Z uporem tkwiło w miejscu, które sobie wybrało. Ugryzł się w język żeby nie zakląć.

03.06.2014

Księżyc i miecz - Pergamin cz.2

Gadania ciąg dalszy... Szczerze Wam powiem, że ja na miejscu tego króla, to bym już dawno Ferona udusiła gołymi rękami, ale wiadomo... ja jestem pieniacz. Na szczęście dla Ferona, król z pieniactwa wyrósł dawno temu :D


     Dom Ferona znajdował się nieopodal  królewskiego zamku, ledwie parę kroków. Stał osobno, w pewnym oddaleniu od miejskich kamienic. Wysoki, z płaskim dachem otoczonym kamiennym murkiem. Budynek bardziej przypominał wieżę niż dom. Było to jednak tylko wrażenie, spowodowane tym, że w pobliżu nie było innej zabudowy, a dwie najniższe kondygnacje pozbawione były okien. Jedyne wejście do niego prowadziło przez ciężkie, dębowe drzwi, ozdobione misternie rzeźbionymi ornamentami.
     Feron pchnął je, a one uchyliły się zaskakująco lekko i absolutnie cicho.
     Obaj starcy, król i mędrzec weszli do środka, a drzwi zamknęły się za nimi równie cicho i jak wcześniej się otwarły.
     Znaleźli się w ciemnej, wąskiej, niezbyt długiej sieni. Na przeciwległym jego końcu, wejście do kolejnego pomieszczenia, jaśniało żółtawym blaskiem rozświetlających je pochodni. Tam właśnie się udali.
     Komnata, do której weszli była obszerna i zupełnie pusta, jeśli nie liczyć tkwiącego w samym jej środku, kamiennego filara, wokół którego owijały się spiralnie drewniane schody wiodące, poprzez wszystkie kondygnacje, aż na dach.
     W komnacie-holu, panował półmrok, podobnie jak w korytarzyku, który właśnie opuścili. Pochodni nie było wiele i mało dawały światła. W ścianach znajdowały się otwory wejściowe wiodące do kolejnych pomieszczeń na tej kondygnacji. Nie opatrzono ich jednak drzwiami. Przesłaniały je grube kotary z bordowej tkaniny przetykanej złotą nicią. Dookoła unosiła woń rozmaitych ziół i wywarów, pomieszana z ciężką wonią kadzidła.

01.06.2014

Dziecko...

Świętujemy dziś DZIEŃ DZIECKA...

Nie będzie z mojej strony rozprawek rozważań, dywagacji i w ogóle wielu słów nie będzie...

Dziecko jest dobrem największym i cudem bezsprzecznym... I nie sądzę bym tu była jakoś szczególnie odkrywacza... Nie zamierzam zresztą niczego odkrywać tym stwierdzeniem, a jedynie potwierdzić fakt...

Nie ma świata bez dzieci, może dlatego nie potrafię się bez nich obejść w swoich opowiastkach. Zawsze gdzieś mi się tam ich motyw przewija i zawsze są tym pozytywnym akcentem, niosącym nadzieję.

I choć bloga nie prowadzę dla dzieci i dzisiaj to Dzieciom życzę jak najszczęśliwszego dzieciństwa , takiego, które nauczy je zachować "dziecko" w sobie na całe życie :)



"W chwili, w której umiera w nas dziecko, zaczyna się starość..."
Francois Mauriac