WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

28.05.2014

Księżyc i miecz - Pergamin cz.1

Dzisiaj trochę gadania, mało akcji, w sumie to żadnej akcji i... tu uwaga... nikogo nie zabiję :D
I tyle, tytułem wstępu, bo i tak dzisiaj w większości tekst "woda" poleci ;)

poprzedni fragment


     Dzień miał się ku końcowi. Jesienne, chłodne słońce wisiało na nieboskłonie ale jego czerwona tarcza dotykała już linii horyzontu. W mieście widać je było jeszcze tylko z wyższych kondygnacji. Uliczki pomiędzy kamienicami powoli spowijał wieczorny mrok, choć godzina nie była jeszcze późna. Ludzie niezrażeni zmierzchem załatwiali sprawy i sprawunki, wciąż jeszcze gwar uliczny mieszał się ze stukotem kopyt i turkotem kół po brukowanych drogach.
Alsarath, dumna stolica raskońskich władców nawet nocą nie cichło całkiem. Na licach zapalano latarnie, a gdy już mieszkańcy pozamykali sklepy i warsztaty i cichły odgłosy pracy, co rusz rozbrzmiewały monotonne nawoływania miejskich strażników, strzegących spokojnego snu mieszczan. Bramy zamykano po zmroku i póki ten nie zapadł w mieście trwał ruch we wszystkich kierunkach. Śpieszyli się zarówno ci, którzy chcieli miasto opuścić, jak i poza jego murami ci, którzy chcieli noc spędzić bezpiecznie w ich obrębie. Samo Alsarath, było prężnie działającym ośrodkiem handlowym. Położone w centrum kraju łączyło węzłem niemal wszystkie szlaki wiodące na wschód, zachód, północ i południe kraju.

***
     W królewskich ogrodach, usytuowanych ponad właściwym grodem i oddzielonych od niego wysokim murem, panowała ponura cisza.
     Stary człowiek w bogatych szatach, z zasępioną twarzą wędrował samotnie wysypanymi jasnym żwirem alejkami. Nieruchomy wzrok utkwił gdzieś w nieokreślonym punkcie przed sobą.
Zima i tu, w położonej bardziej na południe, niż Anvilion, Raskonii, z wolna brała ziemię w posiadanie. Czuć ją było w powietrzu. Słońce skryło się teraz, wprawdzie jeszcze nie za horyzontem, lecz za grubą warstwą skłębionych chmur przesuwających się po sinawym niebie. Lodowaty wiatr szarpał podbitym futrem płaszczem, którym starannie owinął się król. Arthiran czuł się znużony. Tak wiele spraw wciąż wymagało rozwiązania, tak wiele planów należało zabezpieczyć, a on jest stary. Czy dane mu będzie dożyć trzydziestych urodzin wnuka, by osobiście mógł przekazać mu berło? Może tak, a może nie. Jakże ponuro i niepewnie rysowała się dzisiaj przyszłość. Zdać się na los i łut szczęścia... Nie, to nie do przyjęcia. Musi zapewnić stabilizację krajowi, który wplątał w łatwą zdawało się wojnę. I była łatwa, a zwycięstwo proste i szybkie. Lecz on, król i ojciec, drogo za nie zapłacił. Musi pomyśleć o regencie, dopilnować, by sukcesja obydwu koron nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Jeżeli jego zabraknie, nie może być niczego, co umożliwiłoby Anvilionowi ponowne oderwanie się od Raskonii. Dwa kraje mają stanowić jedno. Nadszedł ten czas i to on, Arthiran jest i pozostanie wykonawcą wyroczni. Wszelkie sprawy muszą zostać ułożone tak, by ewentualny regent mógł skupić się wyłącznie na wychowaniu przyszłego króla, nie zaś na wojnie i polityce. Te rodzą niedobre pragnienia i złe ambicje.

27.05.2014

Widoki na przyszłość...

     A tak niezobowiązująco dzisiaj...

     Wczorajsze popołudnie spędziłam znów na zabawie z grafiką. Koleżanka podsunęła mi programik graficzny dostępny on-line, na stronie. Dla graficznych analfabetów mojego pokroju znakomity. Radzę sobie jak mogę, nie będąc posiadaczką osławionego photoshopa. Zresztą pewnie i tak nie umiałabym się nim posłużyć.
     Gdyby ktoś miał ochotę pobawić się, jak ja, klikamy  tu: Picmonkey.

     Zajmijmy się teraz tytułowymi widokami... Otóż... Widoki na ten tydzień...
     Jestem w trakcie łatania dziury w "Yave". Uznałam, że troszkę muszę przeflancować wydarzenia względem notatek, a żeby mi się nie zrobił za duży bałagan muszę po prostu "rok drugi" doprowadzić do końca i dopiero potem publikować. Coś tam postanowiłam przesunąć z "roku trzeciego" do "drugiego" itp. Żeby się w tym przemeblowaniu nie pogubić, muszę je skończyć i sprawdzić, czy czegoś gdzieś nie pomieszałam. Zatem wszystkie znaki wskazują, że na "Yave" troszeczkę poczekamy. Przy tym lato i upały rozleniwiają człowieka, same/i wiecie.
     Jest napisany rozdział trzeci z "Księżyca i miecza" i to nim będziemy się raczyć w dniach najbliższych. Dalej niestety kolejna dziura w moich zapiskach. Jestem jednak dobrej myśli, ponieważ przy Waszym kibicowaniu udało mi się skończyć jedną powieść, nawet dwie, to może i tę trzecią się uda :). Taki zresztą przyświecał mi cel przy założeniu bloga: podokańczać niedokończone.

23.05.2014

Księżyc i miecz - Pisklę Sokoła cz.3

Dziś kolejny fragment "Księżyca i miecza". Przez chwilę myślałam o epilogu "Dzieci Żywiołów", ale pośpiech, jak wiadomo, nie jest najlepszym doradcą. Postanowiłam się wstrzymać, póki mi nie spłyną korekty i dopiero, jak go nieco wygładzę, publikować na blogu.
Spodziewam się trochę Was dzisiaj zaskoczyć rozwojem sytuacji, ale też rozbudzić ciekawość i apetyt na to, co dalej :)
I jeszcze promocyjno-informacyjnie... Na pasku bocznym jest buttonik nowej toplisty, ten mniejszy. Można wejść i kliknąć ocenę bloga wedle uznania.  


     8
     Arthiran nerwowo przebierał palcami po rzeźbionej poręczy fotela z wysokim oparciem.
     − Wyjechała – wycedził przez zęby. – Uciekła raczej...
Był wściekły. Wyrzucał sobie, że nie kazał posłać po nią natychmiast. Wojna, niepokoje, bunty, śmierć Helmoda, tyle spraw odciągnęło jego uwagę od tej jednej. I przy wszystkich innych, ta akurat zdawała się być rzeczą małej wagi. Cóż bowiem mogła uczynić słaba niewiasta, wobec klęski jaka spadła na kraj? Ano, zrobiła co mogła i wymknęła się zwycięzcom.
     − Kiedy to się stało? – warknął spoglądając na pochylonego, w służbistej postawie, hrabiego Yorgana. – Kiedy wyjechała?
     − Dwa tygodnie, nim zjawiliśmy w Falersei. Zabrała dziecko, trzech zbrojnych i jakąś niewiastę. Próbowaliśmy podążać ich śladem, lecz zdążyli opuścić kraj. Ślad urwał się w Lossedonie.
     Arthiran ze złością uderzył pięścią w poręcz fotela.
     − Znasz chociaż płeć dziecka? – warknął gniewnie.
     − Znam, panie – odparł Yorgan. – To dziewczynka. Po bitwie znaleziono list, przy jakichś zwłokach. Ilvegor pewnie chciał pchnąć gońca do żony tuż przed bitwą, za późno jednak. Chłopak nie zdążył opuścić obozu. Niewiele było w liście ważnych wieści, tyle jednak wiemy, że jego żona powiła córkę. Potwierdziła to także czeladź z Falersei.

     Król podniósł się ze swego siedziska. Podszedł do otwartego okna. Założył ręce do tyłu i przez chwilę w zamyśleniu przyglądał się kilku chłopcom próbującym swoich sił w hałaśliwej walce na drewniane mieczyki. Grupce przewodził jasnowłosy ośmiolatek. Endargil, jedyny wnuk i nadzieja Arthirana.
     Do chłopców zbliżył się młodzieniec lat około dwudziestu. Verluth, dworzanin, syn jednego z możnych rodów, młodzieniec ambitny i pewny siebie. Powiedział kilka słów do chłopców, a ci natychmiast, z wrzaskiem pomknęli w kierunku królewskich stajni. Arthiran powrócił myślą do spraw bieżących. Z zadumy wyrwał go głos wciąż stojącego w komnacie rycerza.

20.05.2014

Expresssowo...

Pytanie brzmi:
Chcecie niespodziewaną spodziewajkę na jutrzejsze południe?

Szybkie pytanie... szybka odpowiedź... należy do Was ;)

19.05.2014

Yave cz.13

Fragment na dziś... Troszeczkę się odkułam z innymi, więc jest szansa, że się w tym tygodniu zbiorę do sfiniszowania DŻ. Myślę, że jeden wpis z KiM też uda się do piątku sfinalizować... Jednak dokładnych terminów nie potrafię podać.
Dodana jest, na pasku bocznym, opcja subskrypcji przez e-mail, zachęcam do skorzystania, aczkolwiek wysyła powiadomienia z poślizgiem. Za to macie pewność, że niczego nie przegapicie... Wiosna roku drugiego, podobnie jak zima pierwszego, też zamknie się jednym wpisem. Jest dłuższy niż zimowy, ale uznałam, że nie na tyle długi, by go dzielić... Za to lato jest w czarnej... dziurze i pojęcia nie mam kiedy je ogarnę.



Rok drugi... Nammas... wiosna...

     Z początkiem wiosny na prośbę Ukera, zamieszkał w leśnej zagrodzie Gedor. Zbliżało się rozwiązanie Yave i jej mąż chciał mieć pewność, że zawsze ktoś będzie w pobliżu. Sam musiał zajmować się gospodarstwem, czasem polował i wtedy bywało, że spędzał poza domem i cały dzień. Teraz zaś, choć Yave wypominała mu nadmiar troski, obawiał się zostawiać żonę samą na dłużej.
     Gedor zajął, porzucone przez Ukera, łóżko w kuchni. Yave zrobiła się ociężała, mimo to z uporem imała się wszystkich prac, które uważała za swój obowiązek. Uker burczał na nią niemal nieustannie, to odpędzając od szorowania podłogi, to wyjmując z rąk ciężkie skopki z kozim, czy owczym mlekiem. Zwykle organizowali się tak, by jeden nich, Uker lub Gedor, był w domu, ale zdarzyło się, że obaj poszli polować na zające, bo w domu akurat skończyło się mięso. Wyszli wcześnie rano, z zamiarem powrotu najdalej za kilka godzin.
     – Przed południem wrócimy! – Gedor pomachał wesoło do siostry.

     Tak też, nim słońce stanęło w zenicie, oni stanęli w opłotkach.
     Yave, przy pniaku do rąbania szczap, brała właśnie rozmach, usiłując trafić siekierą w ustawiony na karpie kawał drewna. Siekierka ześlizgnęła się i wbiła głęboko w drzewo. Kobieta próbowała ją wyszarpnąć.
     – Yave! Co ty robisz?! – Krzyknął z gniewem Uker.
     Odwróciła się przestraszona, wypuszczając z dłoni trzonek siekiery, ale nie odpowiedziała tylko jęknęła, zginając się w pół. Twarz wykrzywił bolesny grymas. W oczach zrobiło się ciemno i sięgnęła na oślep ręką, by się czegoś przytrzymać. Uker cisnął upolowane zające i podbiegł do niej, podtrzymując przed upadkiem.
     – Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony. – Czy to już?
     – Nie było drewna… – jęknęła. – Woda będzie potrzebna, ciepła... chciałam...
     Porwał ją na ręce i poniósł do domu.
     – Szalona dziewczyno, trzeba było siedzieć w domu i na nas czekać. Mogłaś sobie coś zrobić.
     Ułożył ją ostrożnie na łóżku w kuchni.
     – Dawno się zaczęło? – zapytał.
     – Jakąś godzinę, może dwie, jak wyszliście…
     – Gedorze – zwrócił się do pobladłego młodzieńca – bierz mały wóz i sprowadź Ruet, akuszerkę. I waszą matkę. Chodź pomogę ci zaprząc, żeby szybciej.
     Wyszli pośpiesznie. Chłopak pobiegł wyciągnąć wóz z poddasza, a Uker po konia do stajni, o nic nie pytając. Chwilę później Yave dobiegł turkot kół odjeżdżającego wozu. 

16.05.2014

Księżyc i miecz - Pisklę Sokoła cz.2

Pogoda za oknami zrobiła się wybitnie niespacerowa. W tych okolicznościach zapraszam na spotkanie z bohaterami KiM. Dowiemy się czy Gedris uda się ujść przed nadmiarem troski raskońskiego władcy, czy może będzie miała okazję jej posmakować ;)




   6
     Już sam pomysł by podróżować przez lossedońskie bory bez solidnej eskorty zdawał się szaleństwem. I doprawdy niewielu miało odwagę i dość uzbrojonej służby, by zapuszczać się na tamtejsze szlaki. W nieprzebytych lasach grasowały bandy rzezimieszków wszelkiej maści i tylko połączone, kupieckie karawany solidnie uzbrojone i liczne w pachołków, decydowały się na tę drogę. Tylko takie grupy zdolne były się obronić, przed potencjalnymi napastnikami. Gedris miała podróżować w towarzystwie kilku zaufanych osób. Jeden wóz, kilka koni. Im mniej liczna grupa, tym mniejszą przyciągała uwagę, wścibskich oczu, których nie brakowało w mijanych wsiach i gospodach, z których musieli korzystać nie chcąc nocować pod gołym niebem. Uciekinierzy musieli skrywać swą tożsamość i nie mogli zabrać ze sobą oddziału zbrojnych, bowiem to natychmiast ściągnęłoby na nich uwagę raskońskich patroli, kręcących się po drogach, choć tych na razie szczęśliwie udawało się unikać. Na szaleństwo takiej podróży mogła się ważyć jedynie Gedris.
     Od czterech dni w drodze, zbliżali się właśnie do ostatniej osady na szlaku wiodącym wprost w nieprzebyte bory Lossedonu. Tuż za nią, rzeka Lossena wyznaczała granicę Anvilionu. Gdy ją przekroczą, naprawdę staną się banitami. Gimrod zastanawiał się, czy jego pani aby na pewno jest przy zdrowych zmysłach. Może rozpacz spowodowana jednoczesną utratą ojca i męża odebrała jej rozum? A może nie sama kieruje swoim losem, tylko jakieś piekielne przeznaczenie pcha ją ku temu oczywistemu niebezpieczeństwu? Westchnął ciężko. Gedris pochodziła z dziwnego, starego rodu, który zawsze widział dalej niż przeciętni ludzie. Cokolwiek się ma zdarzyć, skoro uznała, że mają iść tamtą drogą, pójdzie za nią.

15.05.2014

Yave - cz.12

Kochani, jak rzekłam, tak będzie. Z długą i nudną zimą rozprawimy się szybko i krótko. Za to na słodko. Dzisiejszy wpis jest nasłodzony do obrzydzenia. Uprzedzam lojalnie wszystkich nie tolerujących nadmiaru słodyczy... Żeby mi potem nie było jojczenia, że ktoś nie lubi wątków miłosnych... W każdej mojej historyjce jest jakiś wątek miłosny, mniej lub bardziej wyrazisty. Dla jasności... dzisiaj jest wyrazisty. Dodatkowo okazuje się, że nie tylko ja mam marny tydzień. A nic nie robi tak dobrze na samopoczucie, jak serotonina. Dlatego dziś słodzić będziem i już.


Rok pierwszy... Nammas... zima...

     I tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Dziwne było to „małżeństwo”. Yave bez słowa skargi sprzątała błoto, naniesione przez nieuwagę na butach i składała porozrzucane niedbale ubrania. cierpliwie zmiatała sterty wiórów, którymi Uker zasypywał całą kuchnię, gdy heblował, strugał  i wygładzał kolejne części kołyski. Szorowała podłogi, stoły, postarała się też o nowe, owcze skóry i zastąpiła nimi te, nieco już wyliniałe, na łóżku Ukera. On zaś troszczył się o żonę, nie będąc natarczywym, okazywał życzliwość nie domagając się niczego w zamian. Zrzędził tylko, gdy w jego mniemaniu, ponad siły tyrała, czy to w domu, czy w oborze przy kozach i owcach. Sarkał, że nie szanuje się i nazbyt ciężko pracuje, nie zważając na swój stan.
     – Daję z siebie, co mogę dać – odpowiadała na wszelkie uwagi. – Nie broń mi.
     Nie bronił więc, niczego nie narzucał, choć wcale nie przestał marudzić i odganiać od co cięższych zajęć.

***
     Yave stała przy piecu, zajęta gotowaniem strawy. Uker, otrzepawszy wpierw starannie obuwie wszedł do izby. Uśmiechnięty do ucha do ucha odłożył to, co przyniósł ze sobą, na stół. Zbliżył się do kobiety, wyjął chochlę z jej dłoni i wsadził w garnek mówiąc:
     – Zostaw to i popatrz, kochana moja. Skończyłem właśnie. – Oznajmił zadowolony. – Zobacz jak wygląda.
     Poprowadził ją do stołu, na którym stała wykonana z delikatnego, białego drewna, pięknie ozdobiona snycerką, dziecięca kołyska.
     – I jak? Podoba ci się? – dopytywał się niecierpliwie.

     Wzruszenie ścisnęło jej gardło i nie mogła wydobyć słowa, więc tylko skinęła głową, przyciskając ręce do brzucha, wyraźnie już zaokrąglonego pod luźną suknią. Uker patrzył na nią z boku. W pewnej chwili podniósł dłoń i delikatnie pogładził wypukłaść.
     – Brzuszek ci urósł. – Uśmiechnął się ciepło. – Melta byłby dumny... – dodał cicho.
     Dopiero po chwili spostrzegł łzy, które wypełniły oczy Yave.

13.05.2014

Konstruktywnie (16+)

     Dlaczego 16+? Bo będę kląć jak szewc. Bo nie cierpię głupoty, a głupotą mnie poczęstowano. Bo przełknę krytykę, ale debilizmu nie potrafię...
     Publikuję „Dzieci Żywiołów” także na portalu literackim. Publikuję we fragmentach, w miarę jak piszę. Każdy publikowany fragment jest otagowany: „powieść”, „przygodowe”, „fantasy”. Publikuję tam dla konstruktywnej krytyki. Wiem jak piszę, znam swoje możliwości i ograniczenia. Wiem też, że nie każdemu musi się moje pisanie podobać. Niech mi ktoś jednak wyjaśni... Jaki cel ma posadzenie, pod wyrwanym ze środka powieści fragmentem, takiego komentarza:
     „Kapłanki, żywioły, magia - typowo świat fantastyczny. Dużo występujących tu postaci wpływa na ogólny odbiór opowiadania/powieści. Miejscami tempo akcji wydaje mi się zbyt powolne, nie przepadam za fragmentami, które niczego nie wnoszą do całości. Nie lubię również wątków miłosnych, chociaż tutaj wystąpił bardziej erotyczny o niezbyt dobrym zakończeniu dla bohaterów, co akurat pozytywnie mnie zaskoczyło.
 Napisane w dobrym stylu, widać, że poświecono dużo czasu nad tekstem.”
     I jeszcze nazywanie tego „recenzją”?

Księżyc i miecz - Pisklę Sokoła - cz.1

Troszkę zwariowany tydzień mi się szykuje. A z tego, co podglądnęłam u innych nie tylko u mnie jest zamieszanie. Widać to jakaś ogólnokrajowa, majowa tendencja... Dzisiaj fragment "Księżyca i miecza". Zaczynamy nowy rozdział: Pisklę Sokoła. Zapraszam... :)


     1
     Dzikość lossedońskich borów od zawsze budziła lęk w tych, którym przyszło nimi wędrować. Choć istniały wytyczone, wiodące przez nie szlaki, kupcy udający się na wschód, niejednokrotnie woleli nadkładać drogi i omijać owiane złą sławą, nieprzebyte puszcze. Nieliczne lossedońskie osady nie gwarantowały żadnego bezpieczeństwa podróżnym. Zamieszkujący je ludzie, twardzi drwale i myśliwcy, byli zamknięci, niechętni przybyszom, można by rzec nawet, wrogo do nich nastawieni. Zbrojne zbójeckie kupy, wypatrujące na drogach kupieckich karawan, w niejednym z owych leśnych siół,  miały swoich informatorów, wystawiających im na żer podróżnych. Był to kraj ponury i niebezpieczny.

     2
     − „Kto by przysięgi nie złożył, ten musi kraj natychmiast opuścić i powrócić nigdy nie będzie mu dozwolone. Nie wolno takiemu zabrać niczego poza osobistymi rzeczami. Odzież tylko najniezbędniejszą, nie paradną. Pieniędzy: pięć sztuk złotych dukatów i dziesięć srebrnych talarów, na rodzinę. Wszelkie kosztowności i inne cenne przedmioty mają być pozostawione. Wolno zabrać jeden, najwyżej dwa, kryte płótnem, podróżne wozy wraz z zaprzęgami. Do tego dwa konie, luzaki, nic nadto. Wszelkie odstępstwa od wyznaczonych reguł będą surowo karane, nawet osadzeniem w lochach.” − Gimrod skończył czytać i zapadła cisza.

     Pani siedziała z dłońmi zaciśniętymi na poręczach, zapatrzona w ogień. Jej twarz pozostawała nieruchoma, tylko w oczach płonął upór pomieszany z rozpaczą i determinacją. Świetlne refleksy, rzucane przez świece, tańczyły na ciemnych, długich włosach. Oderwała w końcu spojrzenie od płomieni i przeniosła je na Gimroda. Na bogów, jakie ona ma oczy... – pomyślał mężczyzna, gdyż miał wrażenie, że Gedris widzi go na wylot – prawda jest w starych opowieściach, że w rodzie z Nomessei inna jeszcze, niż tylko ludzka, krew płynie...

12.05.2014

Policzone...

Moi drodzy dziś fragmentu nie będzie... Bynajmniej nie dlatego, że się obijałam przez ostatnie wieczory. Weekend wypełniłam sobie kleceniem tekstu do grupowego projektu tematycznego i tak mi zeszło. Opowiadanko będzie miało swoją premierę w przygotowywanym przez kilka osób zbiorku. Nie, ma to być żaden papierowy produkt, zwykły plik pdf, za to wszystkie teksty, które udostępniamy, są autorskie. Po premierze opowiadanie trafi oczywiście tutaj, ale to będzie w czerwcu ;)

Dziś, zajmiemy się podsumowaniem ankiety dotyczącej bohaterów Dzieci Żywiołów. Głosowało 36 osób a oddane głosy rozłożyły się następująco:

Eva i Larkus – 9 głosów
Airo i Ergor – 4 głosów
Alena i Corlah – 4 głosów
Ino i Raza – 19 głosów

Jak to wygląda z mojego punku widzenia? Ano okazuje się, że nie tylko ja bywam przewidywalna ;). Reakcje i preferencje czytających także w znacznym stopniu da się przewidzieć. Wyniki bynajmniej mnie nie zaskoczyły. Ostatnia para jest zdecydowanie najbarwniejsza, w dodatku przy nich zdecydowałam się troszeczkę podkręcić temperaturę i pojawiła odrobina tego, czego czytelnik łaknie, jak dżdżownica dżdżu, czyli odrobina seksu.

09.05.2014

Yave - cz.11

No, dobra... To był bardziej żart, niż zagadka i zdziwiłabym się, gdyby ktoś nie wpadł od razu na właściwą odpowiedź ;).
Mnie, jak piszę te moje opowiastki, zdają się one potwornie przewidywalne, wręcz boleśnie przewidywalne. Pewnie dlatego, że pisząc, z reguły mam historię już poukładaną w głowie i tylko ją przenoszę z pamięci na inny nośnik.
Z drugiej strony w relacjach międzyludzkich naprawdę trudno o totalną nieprzewidywalność. Ilość interakcji jest w naturalny sposób ograniczona, można próbować różnych kombinacji, owszem, ale i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi: ja wiedziałem, że tak właśnie będzie. Dlatego sama siebie próbuję czasem zaskoczyć, jakimś niespodziewanym zwrotem akcji. Jeśli przy tym udaje mi się sprawić niespodziankę czytającym, to jest super. Moim zdaniem na tym etapie w tej akurat opowieści jest baaardzo przewidywalnie, ze struganiem kołyski na czele. No, bo co innego mógłby chłopina strugać, żeby sprawić radość przyszłej mamie i równocześnie okazać, że w pełni akceptuje sytuację? Mógłby jeszcze ewentualnie strugać pal dla Melty i z czystej złośliwości ładnie go przyozdobić przed wbiciem mu go w tyłek :P
Mimo obecnej przewidywalności liczę, że jeszcze uda mi się zaskoczyć jakąś akcją, choć raczej nie w tym fragmencie :)
A i ostatni dzień żeby oddać głos w ankiecie tu z boczku :D


     – Kołyska – usta mężczyzny rozciągnęły się w uśmiechu od ucha do ucha – zima długa, do wiosny, nim się maleństwo urodzi akurat skończę.
     Yave zaczerwieniła się jak rak.
     – Tak, pewnie tak – burknęła i odłożyła deseczkę na stół.
     Uker zupełnie nie zwrócił uwagi na jej zażenowanie. Złapał ją za rękę i pociągnął w kierunku drzwi w głębi.
     – Chodź mam jeszcze coś – mówił wyraźnie podekscytowany – to nieduży dom, ale jest tu jeszcze jedna izba. Do tej pory mieszkałem sam i nie używałem jej, teraz trochę uprzątnąłem i odnowiłem, sama zobacz.
     Wprowadził ją do drugiego pomieszczenia.
     Cóż, nieduży dom z dwiema izbami i tak był większy od rodzinnej chaty Yave. Pokój, w którym się znalazła, był przestronniejszy niż kuchnia. Być może wydał się takim, ze względu na to, że było w nim znacznie mniej sprzętów. Tylna ściana glinianego, kuchennego pieca ogrzewała to pomieszczenie zimą, teraz ładnie pobielona wapnem. I w przeciwieństwie do kuchni, tu panował idealny porządek.
     Dwa malutkie okienka wpuszczały odrobinę światła. W kącie stały obok siebie dwie, malowane skrzynie, okute żelazem na rogach, a pod szczytową ścianą, na wprost wejścia, szerokie łóżko. Nie było na nim pościeli, jedynie siennik wypełniony świeżym, tegorocznym sianem, obciągnięty czystym, lnianym płótnem. Na zamiecionej i wyszorowanej podłodze rzucono kilka zwierzęcych skór. Pod jednym z okien stało krzesło z wysokim oparciem i poręczami.
     – W skrzyniach można trzymać ubrania i różne inne rzeczy. Kiedyś postaram się o jakąś szafę z półkami, albo i sam zrobię. Na razie to musi nam starczyć – mówił, objaśniając. – Pościeli jeszcze nie mam – z zakłopotaniem przegarnął palcami włosy – ale popytam w osadzie i kupię...
     – Nie musisz – wykrztusiła Yave – matka da nam pościel...
     – A to dobrze – odetchnął z ulgą i zatrzymał spojrzenie na jej twarzy.
     Nie odrywała szeroko otwartych, dałby głowę, że przestraszonych, oczu od... małżeńskiego łoża. Uśmiechnął się pod nosem.
     – Wyglądasz, jakbyś się bała, że mógłbym w nim spać razem z tobą.
     – Słucham? – Ocknęła, się przenosząc na niego wzrok.
     – Ech, nic, nic... – westchnął. – Chodź, przymierzę to ubranie.

07.05.2014

Yave - cz.10

Voila! Niespodzianka :D
Ostatnio było długo, dzisiaj będzie krótko. Dotarłam do pewnego miejsca w tekście i wpadł mi do głowy zabawny pomysł. Na końcu wyjaśnię, o co chodzi... Tymczasem odrobinę się przyjrzymy Ukerowi ;)

poprzedni fragment


     Matka nie naciskała, nie przekonywała. Czekała cierpliwie, pozwalając dziewczynie oswoić się z myślą i podjąć decyzję.
     Yave chodziła jak struta, doskonale zdawała sobie sprawę, czego oczekuje rodzina, ale... Nie przestawała bić się z własnymi myślami. Wszystko zdawało się jej tak dziwne, że aż nierealne i niemożliwe. Miała oddać siebie innemu mężczyźnie jako... żona. Czyli, miała oddać mu prawo do siebie tak... jak dała je wcześniej Melcie.
     Bała się tego. Uker był starszy, to prawda, ale nie był niedołężnym starcem. To mężczyzna w kwiecie wieku, silny i sprawny. Jeśli za niego wyjdzie...
     Cóż, nie mogła raczej oczekiwać, że jako mąż wyrzeknie się swoich praw. Nie była pewna, czy będzie umiała ten stan rzeczy zaakceptować. Czuła się zapędzona w kozi róg i przyparta do muru.

***
     Siedziały z Eyat nad strumieniem.
     – Nie masz wielkiego wyboru, Yave. Jeśli chcesz żeby rzecz pozostała w tajemnicy, musisz się zgodzić – stwierdziła trzeźwo Eyat.
     – Nie potrafię sobie tego wyobrazić. – Potrząsnęła rudą czupryną Yave i chlipnęła, wycierając nos rękawem.
     – Nie rycz, moja matka mówi, że dziewczyna w ciąży nie powinna płakać i się smucić, bo to...
     – Przestań... – Yave znów głośno pociągnęła nosem.
     – Ale naprawdę tak mówiła – oświadczyła Eyat ze śmiertelną powagą. – Dobra, nieważne... A co do Ukera... Możesz zrobić jeszcze jedno...
     – Co?! Chyba tylko jeszcze raz iść nad urwisko, albo w jeziorze się utopić!
     – Przestań, głupia – żachnęła się Eyat, ale równocześnie pocieszająco objęła przyjaciółkę. – Jeśli to zrobisz, stłukę cię na kwaśne jabłko, zobaczysz – zagroziła na co, Yave musiała się uśmiechnąć przez łzy.
     – To co lepszego wymyśliłaś?

Księżyc i miecz - Nawałnica cz.3

Trochę przydługawy ten wpis wyszedł, ale uznałam, że bitwy rozmieniać na drobne nie należy, bo by jej na zdrowie nie wyszło. W sumie to bitwa mało komu na zdrowie dobrze robi... Sami zresztą poczytacie ;).
Przypominam maruderom, że ostatni dzwonek zagłosować w ankiecie, jeszcze dwa dni chyba :)


     6
     Dzień, jak na ironię, wstawał piękny i słoneczny. Bezchmurne niebo w niczym nie zapowiadało nadciągającego mroku, który cieniem zaległ w sercach anviliońskich chłopów i szlachty. Wschód słońca, Anviliończyków zastał na nogach. W obozie wrzała gorączka. Zewsząd dobiegały nerwowe nawoływania, rżenie koni i szczęk oręża. Garstka rycerstwa dopinała zbroje, by stawić się u boku swego króla. W jego otoczeniu panowało ponure milczenie. Wszyscy wiedzieli, ku czemu podążają z dzisiejszym rankiem. Patrzyli na wschód słońca po raz ostatni, a zachodu nikt nie miał nadziei ujrzeć.
     Merleth z Ossei, pośród rycerstwa i ziemiaństwa najwyższy rangą po królu, siedział już na koniu ze wzrokiem utkwionym w dali. Tam, po drugiej stronie szerokiej doliny, stawało w zwartych szykach raskońskie rycerstwo i regularne, zaciężne wojsko. Po tej stronie garść desperatów w błyszczących zbrojach i bezładna zbieranina w odwodzie.

***
     – Szaleńcy... – mruknął Helmod, obserwujący z daleka Anviliończyków najwyraźniej szykujących się do bitwy.
     – Garstka ich – stwierdził pogardliwie hrabia Yorgan. – Zwycięstwo jest nasze, a i sama bitwa długo nie potrwa.
     – To nie bitwa będzie, lecz rzeź... – Helmod nie krył dezaprobaty i niechęci. – Ilvegor oszalał...
     – Na rękę nam jego szaleństwo. Im więcej ich tu padnie, tym mniej zostanie chętnych do buntów po wsiach i dworach. Ale mylisz się, książę, sądząc że anvilioński król oszalał. On śmierci, godnej dla siebie, szuka.
     – I ja to wiem – Helmod ściągnął gniewnie brwi – lecz nie podoba mi się, że nam naznaczył rolę katów.
     – Zmiażdżymy ich samą liczbą, nawet nie dobywając mieczy – warknął zjadliwie hrabia.
     – I więcej w tym dla nas sromoty niż chwały. – Helmod z niesmakiem potrząsnął głową. Perspektywa wyrżnięcia w pień garstki rycerstwa i byle jak uzbrojonych chłopów napawała go odrazą. Czuł się jak zbój i oprawca.

06.05.2014

Mozaika

Zrzędzenie daruję sobie w tym tygodniu. W tym będą wierszowane przerywniki, więc dzisiaj, przy ładnej pogodzie, wierszyk :)


Mozaika

Zbieram srebrne okruchy radości,
Kawałeczki rozbitego lustra,
Rozsypane dokoła na ziemi,
Zbieram zielone kamyki smutków,
Tych wielkich – gdy ktoś odchodzi,
I tych małych – gdy więdną kwiaty,
Układam z nich kolorową mozaikę.
To moje życie, moja dusza,
Wypełniona blaskiem i cieniem,
Trelami ptaków, szumem drzew,
Śpiewem fal i potęgą gór.
Czasem tu zaglądam,
Siadam na omszałym głazie zadumy,
Zamykam oczy,
I trwam wsłuchana w melodię,
A myśli tańczą radośnie,
Wirując na kolorowej mozaice…


05.05.2014

Księżyc i miecz - Nawałnica cz.2

Obiecana scena jednak nie zmieściła się tym razem. Może i dobrze, bo jeszcze raz ją przeczochram, co bynajmniej nie musi wpłynąć wcale na jej jakość ;). Dzisiaj zaś będziemy szykować się do bitwy i ważyć swoje szanse... znaczy oni będą ważyć swoje szanse... Tak wiem, że jakie by te szanse nie były, to i tak moja wina. Nie mniej przepraszać nikogo nie będę, takie ich przeznaczenie (uwielbiam fatalizm w opowieściach), a ja tu tylko robię za wyrocznię i kronikarza ;)



   4
     Anviliońskie rycerstwo, z dawna osiadłe w rodowych majątkach, z biegiem lat przekształciło się w gospodarujących ziemian. Od początków istnienia państwa, góry na południu, a od wschodu i północy dzikie puszcze Lossedonu, były wystarczającą ochroną. Na zachodzie wojownicza Raskonia, zawsze stanowiła zagrożenie, lecz od dni Dawnych Wojen związana ustanowionym wtedy pokojem, swoje oczy kierowała zwykle w inne strony świata. Poczucie zagrożenia ze strony śpiącego Lwa z upływającymi wiekami zbladło, a to sprawiło to, że kolejni anviliońscy władcy nie przywiązywali zbyt wielkiej wagi do utrzymywania stałej, regularnej armii. Przez dziesiątki lat, pokolenia zajmowały się w pokoju uprawą roli, hodowlą bydła i koni.
     Lecz teraz, gdy na tronie w Danargo zabrakło króla, Lew na zachodzie przebudził się i zaczął ryczeć, a ów pokój okazał się być jedynie pozornym.

     Zbrojne ramię Anvilionu na dzień dzisiejszy stanowiła Gwardia Królewska. Ledwie pięciuset konnych rycerzy i około dwóch tysięcy lekkiej piechoty. Zaś „siłą”, w której tak wielkie pokładano nadzieje było... pospolite ruszenie. Cóż za opór mogła stawić, ta „armia”, zbieranina chłopów i trochę lekko uzbrojonej szlachty, wielu tysiącom ciężkiej, opancerzonej jazdy? Czy leśni myśliwcy, łucznicy mogli się równać z zastępami znakomitych kuszników, stanowiących dumę księcia Helmoda, syna Arthirana, dowodzącego armią Rasków? Czy, byle jak uzbrojone, niewielkie zastępy wieśniaków mogły stawić skuteczny opór zahartowanej, raskońskiej piechocie, którą też w tysiącach głów należało liczyć?

04.05.2014

Pisanie na kolanie

     Tak niezobowiązująco dzisiaj przy niedzieli, bo mnie naszło. Chyba na okoliczność pisania na kolanie...
Uprzedzam, zrzędliwie będzie, więc jak kto wrażliwy, zalecam odpuścić...

     Tak się składa, że z pisaniem nie miałam nigdy problemów, a w pisaniu na kolanie wprawiam się od zamierzchłych czasów podstawówki. Tej normalnej, ośmioklasowej, nie tego chłamu, jaki zaserwowała nam pseudo reformacja szkół. Za moich czasów, no, osiągnęłam już ten etap, żeby się posługiwać powyższym stwierdzeniem, zatem... Za moich czasów w szkole pisywało się wypracowania. W y p r a c o w a n i a przez duże „W” nie jakieś idiotyczne testy, z których nic nie wynika, czy bezmyślne kreślenie słów na ilość. W dzisiejszym "wypracowaniu" najważniejsza bowiem rzecz, to żeby się zmieściło w określonej ilości znaków. Jakich znaków? To już drugo, a nawet trzecio i czwartorzędna sprawa. 
     Dzisiaj się nie pisze wypracowań, dzisiaj siada się przed komputerem i nawet w klawiaturę, jak ja w tej chwili, się nie klepie. Łapie się myszkę robi się tzw. research i się napieprza (będą bluzgi, bo na nic innego system nie zasługuje): copy, paste, copy, paste, copy, paste, ewentualnie, żeby szybciej: ctrl+c, ctrl+v i tak parę razy, potem tylko klik, klik, zapisz, drukuj i gotowe. Super... Twórczo i kreatywnie... Wybitnie wręcz.
     Efekty tego kreatywnego kształcenia... Starczy czasem posłuchać młodych dziennikarzy produkujących się w tv, albo poczytać prasę, czy artykuły na portalach. Nic dodać, nic ująć...

03.05.2014

Yave - cz.9

Zrobiło się tak zimno, że nosa się z domu wystawić nie chce. Dzisiaj trochę trudnych rozmów. Rozgadało mi się towarzystwo. Częściowo wynika to z tego, że to tekst z czasów, gdy pisywałam głownie dialogi :D. Ale trudne rozmowy przeprowadzić trzeba, szczególnie, jak się latem trochę narozrabiało ;) 


     Odprowadził ją do wsi tak, jak obiecał, nim zapadł zmierzch.
     W domu Yave poczęstowano go kolacją, więc zatrzymał się u nich na chwilę. Chciał zresztą rozmawiać z matką dziewczyny, Tillemi i nim odszedł poprosił kobietę o kilka słów na osobności.

     Dom składał się z jednej izby, więc chcąc mówić w cztery oczy musieli wyjść na zewnątrz. Uker szepnął jeszcze tylko kilka słów Gedorowi. Ów zerknął badawczo na siostrę, ale nie okazał zdziwienia. Potwierdził jedynie skinieniem głowy, że obiecuje wykonać polecenie Ukera.

     Yave kręciła się po domu. Uprzątnęła i umyła naczynia po posiłku. Zamiotła podłogę. Gedor siedział w kącie i splatając pasek z rzemyków obserwował ją dyskretnie. Gdy wzięła w rękę drewniany cebrzyk, by przynieść wodę, odłożył robotę, wstał i odebrał jej wiadro, mrucząc pod nosem:
     – Zostaw, ja przyniosę.
     – To moja praca – odburknęła.
     – Kiedyś, a teraz nie – oznajmił, marszcząc brwi.
     – O co ci chodzi, Gedorze?! – Podniosła głos i ze złością szarpnęła cebrzyk w swoją stronę.
     – Tylko o to, siostrzyczko, że ogier dobrze się sprawił – palnął zupełnie bezmyślnie.
     Natychmiast puściła cebrzyk, zacisnęła usta, po czym uciekła na górę. Gedor został sam na środku izby, z cebrzykiem w garści i głupią miną, bo zrozumiał, że przeholował z żartami. Odstawił wiadro w kąt i wspiął się na górę za siostrą. Leżała na swoim posłaniu, z twarzą wtuloną w poduszkę i szlochała cicho. Usiadł obok.
     – Yave, przepraszam – pogładził ją pojednawczo po głowie – nie chciałem ci dokuczyć.
     – Co ty wiesz, dzieciaku?! Odczep się ode mnie! – Pociągnęła nosem.
     – A właśnie, że wiem – powiedział Gedor z jakąś taką zaciętością w głosie. – Widziałem cię z nim... Kochaliście się – dorzucił po chwili, bez mrugnięcia wytrzymując ciskające gromy spojrzenie Yave.
     Czerwona jak burak, sapnęła ze wstydu i złości.

02.05.2014

Skojarzenia...

Mam ogromną satysfakcję przynależeć do nieformalnej grupy pisujących sobie autorskie teksty ludzi i w ramach tej grupy od czasu do czasu urządzamy sobie warsztaty, w pisaniu. Swego czasu próbowaliśmy się z taką serią, która została opatrzona nazwą "Skojarzenia". Polegało to na tym, że dostawaliśmy do wglądu obrazek i trzeba było go jakoś zinterpretować. Teksty mogły być dłuższe, lub krótsze, musiały jednak opowiadać historyjkę powiązaną ze wskazanym obrazkiem. Miałam okazję uczestniczyć w trzech takich wprawkach i dzisiaj pokażę moje poczynania i przedstawię swoje interpretacje, oczywiście pokażę też odpowiednie obrazki, bo bez nich nie miało by to sensu.

I tak:

Fotka i historyjka nr 1


     Psiakrew, zaklął w duchu, wciskając ze złością pedał hamulca.
     Samochód zatrzymał się z piskiem, a opony zaznaczyły ciemne ślady na asfalcie.
     Tkwił nieruchomo w fotelu, z dłońmi na kierownicy, w duchu licząc na taryfę ulgową względem osoby konsekrowanej. Może w zamian za jakiś mały odpuścik albo coś? Zerknął nerwowo w lusterko i teraz zaklął głośno:
     – A niech to jasna cholera!
     Do auta, pewnym krokiem, z dłonią karcąco zaciśniętą na policyjnej pałce, zbliżał się nie kto inny, jak jego własna młodsza siostra. Ta, z której bez miłosierdzia nabijali się wraz z drugim bratem, zawodowym żołnierzem, gdy wpadła na pomysł, by wstąpić do akademii policyjnej. Znosiła ich docinki z podziwu godną cierpliwością, czekając na dzień, w którym weźmie odwet. I oto dzień nastał...
     Taryfy ulgowej nie będzie...