WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

30.04.2014

Księżyc i miecz - Nawałnica - cz.1


     1
     Nieszczęście spadło na kraj jak czarny kruk. Bogedor, był wcale jeszcze młody. Miał ledwie czterdzieści lat, a tylko trzy minęły, jak włożył na skronie dumną, anviliońską koronę. Wszyscy czekali, że rychło pojmie małżonkę, pannę godnego rycerskiego rodu, by ta dała królestwu dziedzica z krwi Danargidów. Ojcowie bacznym okiem spoglądali na córki w odpowiednim do zamążpójścia wieku. Niejeden widział się już w roli królewskiego teścia, a w przyszłości dziada. Tymczasem śmierć cicha, podstępna i banalna rozbiła w proch wszelkie plany i marzenia. Bogedor, na polowaniu spadł z konia i nadzwyczaj mało chwalebnie skręcił kark. Nie pozostawił potomka, za to pozostał po nim pusty tron i korona, którą jak najszybciej należało włożyć na godną głowę.

     Stare prawo stanowiło, że w żyłach króla musi płynąć zacna krew rodu z Danargo. Niestety, ród ów szlachetny, ku zgryzocie Rady Królestwa, nie należał do zbyt płodnych. Tymczasem do pośpiechu w poszukiwaniu odpowiednio urodzonego następcy, skłaniały pogłoski o starych dokumentach, traktatach oddających dziedzictwo raskońskim władcom, w przypadku wygaśnięcia rodu anvioliońskich Danargidów. W odległej przeszłości, królowie z Alsarath spokrewnieni byli bowiem z władcami z Danargo. Początkowo nie chciano dawać wiary plotkom, lecz królewski archiwista odnalazł owe stare pisma. Co gorsza, okazało się, że kopie tych dokumentów posiadają też Raskończycy i chcą zrobić z nich użytek.
     Stary Arthiran Raskoński przysłał posłów, by ci, wziąwszy wpierw udział w ceremonii pogrzebowej, następnie w imieniu swego władcy zażądali korony i berła, powołując się na rzeczone zapisy. I uczynili to rzecz jasna, nie czekając nawet dla przyzwoitości, aż ciało zmarłego Bogedora ostygnie w grobowcu. Oczywiście, posłów odprawiono z Danargo z kwitkiem. Oddanie korony Arthiranowi oznaczałoby włączenie anviliońskich ziem do terytorium Rasków. Dumni Anviliończycy nie chcieli słyszeć o utracie niepodległości.

28.04.2014

Yave - cz.8

Ustaliłam harmonogram na ten tydzień: dziś spotkanie z Yave, we środę ruszymy z KiM, w piątek... to zobaczycie/poczytacie w piątek ;)



***     
     Czas skończyć, Yave... Czas skończyć... Wszystko skończyć... Zakręciło się jej w głowie, gdy spojrzała w dół. Ostre krawędzie skał na dnie przepaści rozwiążą wszystkie problemy, ukryją jej wstyd, jego hańbę...
     Dłonie złożyła na brzuchu. Nie bój się... – szepnęła do rosnącego w niej życia – to tylko chwila, nic nie poczujesz... A potem nic już nie będzie, ani strachu, ani bólu,  ani pogardy. Nikt nie będzie cię wytykał palcami... Tylko jeden krok...jeszcze jeden i koniec.
     Łzy zalewały oczy, zasnuwając mgłą czeluść u stóp, przerażającą i jednocześnie kuszącą obietnicą nieistnienia. Nie zauważyła szarej błyskawicy, która wypadła spomiędzy drzew i mknęła w jej kierunku.

***
     Mężczyzna biegł tak szybko, jak tylko pozwał mu na to teren i siła mięśni.
     – Szukaj! – zawołał do psa węszącego przed nim.
     Zwierzę szczeknęło krótko, jakby zrozumiało polecenie i pomknęło, wietrząc świeży trop w powietrzu. Niepokój podążającego za nim człowieka wzrósł i sięgnął zenitu, gdy mijał porzucony na mchu, pusty koszyk. Leżał tam, tak jakby ktoś bezwiednie wypuścił go z ręki, nie zauważywszy zguby. Uker przerzucił w pośpiechu łuk przez plecy, bo z wolnymi rękoma łatwiej i szybciej mógł się przemieszczać.
     Człowiek to twarde stworzenie... Nie ma takich nieszczęść, takich tragedii, z których nie byłby zdolny się podźwignąć. O ile tylko w chwili słabości znajdzie się przy nim ktoś, kto powstrzyma przed wykonaniem kroku, po którym nie ma już powrotu.
     Cokolwiek spotkało tę dziewczynę, jakakolwiek była przyczyna jej rozpaczy i desperacji... Uker zdał sobie sprawę, że w tej chwili jest najprawdopodobniej jedynym, który może zapobiec nieszczęściu.

25.04.2014

Rąbek tajemnicy i prolog...

     Uchylę rąbka tajemnicy...
     Botta ma swój własny epizod w „Dzikich łabędziach”, Uker wprawdzie epizodu nie ma, ale gdzieś tam się pojawia w roli statysty, a... ojciec Melty, Arut też ma swoją własną opowieść ;). Ale tekstów z „Dzikich łabędzi” postanowiłam nie mieszać, żeby się nam kogel-mogel nie zrobił. Z nimi polecimy po kolei, czyli że następny z tego cyklu dopiero, jak skończymy „Yave”. Dzisiejsza niespodzianka to zupełnie inna para kaloszy.

     Rzecz się zwie „Księżyc i miecz” i to był taki wielki i megaambitny projekt rozpisany na prolog, 16 przyzwoicie rozbudowanych rozdziałów, kilka wątków, kilka lokacji i ogólnie bla bla... No, był i tylko „i” z tych planów zostało + konspekt i trochę spisanego tekstu. Postanowiłam ruszyć to, zdmuchnąć kurz, pacnąć trochę szpachli farby i połatać dziury (jak zwykle zresztą). Uznałam jednak, że skoro SW dało radę ogarnąć to i z KiM poradzę ;).
     Początkowe rozdziały są napisane. Dwa chyba nawet w całości, wymagają jedynie drobnych poprawek. W ferworze walki, kiedy jeszcze hulałam z tym tekstem, wątki poboczne mi się odrobinę zanadto rozrosły, szczególnie jeden, który raczej w obecnej formie do całości nie trafi, ale od czego mamy w końcu bloga ;).
     Dziś prolog... Będę pewnie przeplatać fragmenty „Yave” z tym tekstem i być może jeszcze z innym, ale zobaczymy. Mnie taka przeplatanka pozwoliłaby nie „przesycić się” jedną historią, a w razie jakiegoś zastoju umysłowo-twórczego w jednej z nich, moglibyśmy się raczyć kawałkami pozostałych.
     Praktyka uczy, że blogi nie lubią przestojów i dni, które nie obradzają wpisami. Mimo to od jakiegoś już czasu planuję sobie, że troszeczkę zwolnię tempo i notki będę dodawać rzadziej, tak ze dwa, trzy razy na tydzień. Ale każdego dnia, w którym nic się nie pojawia, a ja widzę na liczniku wejścia osób, które wpadają zerknąć, co nowego, mam wyrzuty sumienia, że nic nowego... Zatem póki mam z czego czerpać, wolne od wpisów będą na pewno weekendy. W inne dni będę się starała coś wrzucać, choć przerwa może się zdarzyć, bo wiadomo, nie samym blogiem się żyje (w każdym razie nie powinno się żyć nim samym). Dlaczego w weekendy nie? Bo kochaniu moi, wiosna za oknem... lato się zbliża... w weekendy korzystamy z pięknej pogody i wynosimy się z domu, nie siedzimy przy kompach ;)

     I po tym przydługawym dziś wstępie zapraszam na prolog „Księżyca i miecza”...

24.04.2014

Yave - cz.7

Z niewielkim poślizgiem... Uwaga mogą być literówki i inne babole ;)

poprzedni fragment

     Rok pierwszy... Nammas... koniec lata...

     Sama nie wiedziała jakim cudem udawało się skrywać przed matką i bratem dolegliwości związane z jej stanem. Ale jak długo jeszcze.

     Przygnębienie i smutek, które dręczyły dziewczynę, niestety nie całkiem uszły uwadze rodzicielki. Zaczęła baczniej niż dotąd przyglądać się córce i pytaniami dociekać przyczyn. Gedor, nie wiedzieć czemu, też chodził jak struty. Na szczęście nie zadawał żadnych pytań, dyskretnie tylko obserwował siostrę. Choć jeszcze niedorosły, był bystrym młodzieńcem, sporo wiedział i dostrzegał znacznie więcej niż przypuszczała Yave. Zaciskał zęby i po cichu zgrzytał zębami. Nie próbował przypierać jej do muru, zdając sobie sprawę, że prędzej czy później dziewczyna i tak zmuszona będzie wyznać matce prawdę.

     Tymczasem Yave dręczyła się myślami, co będzie za dzień lub dwa? Za tydzień, za miesiąc? Kiedy jej stan stanie się już widoczny gołym okiem? Do lęku dołączyło się poczucie winy.
     W niewielkiej społeczności mężczyzna, który postąpił z kobietą tak, jak Melta z nią, postrzegany był jako najgorszej maści nicpoń i okrywał się hańbą, znacznie większą niż wstyd dziewczyny, która pozwoliła się w swojej naiwności wykorzystać. Yave jednak widziała to tak: Melta uwiódł ją i porzucił, owszem, lecz przemilczając konsekwencje ona nie dała mu szansy na rehabilitację. Tym samym odpowiedzialnością za czyny ich obojga obciążała wyłącznie siebie.

W sprawie ciszy...

     Moje dziewczyny kochane :D, obiecuję solennie nie zrzędzić już na milczących czytelników ;).
     Jeśli chodzi o długość tekstów... fakt, rzadko kiedy bywają krótkie. Tak już mam i nic nie poradzę, że nie umiem się szybko porzucić bohaterów, bo zwykle mnie samą ciekawi, co zrobią dalej, jak potoczą się ich losy już za kulisami i za magicznym słówkiem "koniec". Dlatego wybranie miejsca na wstawienie „końca” w tekście, wcale nie jest dla mnie łatwe.

     Doskonale też rozumiem, że ktoś zagląda i zabiera się za DŻ np. Jest tam kupa części do przewałkowania i zdaję sobie sprawę, że bez sensu byłoby oczekiwać, że pod każdym wpisem czytająca osoba będzie zostawiać słówko. Ale jak już dobrnie do końca to byłoby miło, żeby zostawiła ślad bodaj w postaci krótkiego: „nuuudne jak flaki z olejem”, albo „ok, mnie się podobało, może być”. Ale jak zaznaczyłam na wstępie, koniec z marudzeniem na ciszę.

     Idę łatać dziurę w Yave. Nie wiem czy się wyrobię na południe, jeśli nie, to dzisiaj złamię swoją własną zasadę i wrzucę nawet później ;).

     To mój osobisty, pożytek z istnienia tego bloga: połatam i powykańczam teksty, które od lat leżą sobie w folderze, niektóre jeszcze spaczkowane ze starych dysków, przy wymianie sprzętu na nowszy ;). Równocześnie staram się na bieżąco notować nowsze pomysły, żeby nie przepadły w czeluściach niepamięci. Ostatecznie wychodzi tak, że na bieżąco dłubię w kilku tekstach na raz. Zwykle zależy od nastroju, za który akurat się złapię. W ten sposób, choć trochę chaotycznie, posuwam się jednak do przodu, bo jak bym miała konsekwentnie trzymać się jednego od a do z... obawiam się, że wtedy wpisy ukazywałyby się max raz w miesiącu, a tego bym nie chciała.
     To po prostu jest tak, że w pewnym momencie czuję zmęczenie jedną historią i muszę łapać od niej oddech. W dodatku mózg pracuje znacznie szybciej niż palce. Nie nadążam z wklepywaniem w klawiaturę. Kiedyś pisałam wyłącznie na papierze, potem przepisywałam... Od jakiegoś czasu porzuciłam tradycyjne metody, bo mimo wszystko wklepywanie idzie szybciej niż pisanie ręczne, aczkolwiek od klepania wysiadają mi rączki. Nie jestem księgową, ale dopadła mnie choroba zawodowa księgowych ;/.

     Tymczasem jednak, póki nie wysiadły idę klepać ;)



23.04.2014

Imprezka



Stoję dzisiaj przy przejściu dla pieszych, czekając cierpliwie na zielone. Obok kilka osób, między nimi
starszy pan z dwojgiem maluchów w wieku przedszkolnym. Nocą spadło u nas z półtora centymetra śniegu. No dobra, może dwa centymetry. Dzieciaki się cieszą, coś tam szczebioczą o sankach i bałwanach. Zima tego roku śniegiem nie szasta, grzech byłoby nie skorzystać.

Dziadek instruuje dzieciarnię:
– Tylko zanim wejdziecie do domu, proszę mi buty porządnie ze śniegu i błota otrzepać.

Dzieciaki zachichotały podstępnie między sobą nim padła odpowiedź:
– W domu, urządzimy ci imprezkę...

Powiało grozą, dziadek zaniemówił, a ja zakrztusiłam się od śmiechu. Panie stojące obok, również...





Ponieważ na dziś się nie wyrobiłam z kolejnym fragmentem (nie wiem nawet czy się na jutro wyrobię :/), to dzisiaj taka tam sobie miniaturka. Z życia wzięte, scenka wprawdzie nie wiosenna lecz zimowa, ale mam nadzieję, że uśmiech i tak wywoła... 100 słówek czyli drabble ;).

I jeszcze sobie pomarudzę, a co... Wczoraj skorzystałam z grzeczności innej bloggerki, również piszącej i zarzuciłam link do siebie... Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania... To dlaczego marudzę? Bo efekt w żadnym razie nie przełożył się na Wasze opinie... Milczycie jak zaklęci, a ja się z tym dziwnie czuję, bo w końcu nie wiem, czy to co piszę jest tak potwornie beznadziejne, że słów brak? Czy może tak fantastyczne, że... słów brak? Nie wiem, w sumie chyba się już zaczynam powoli przyzwyczajać do tego milczenia na blogu. Tak czy inaczej są osoby, które tu wracają i takie, które zabierają głos, więc nie ma obaw, będę dalej tu publikować swoje fantasmagorie :)

22.04.2014

Yave cz.6

Święta, święta, wszystko ma swój kres i Bogu dzięki... Nie wiem jak Wy, ale ja jestem szczęśliwa, że to już po i że mogę spokojnie wrócić do swoich ulubionych zajęć. Tak w ogóle, ze świąt chyba najbardziej lubię święty spokój, a o ten to akurat w święta łatwo nie jest.
Wracam do gry... żeby nie było, że zapomniałam o swoich światkach.
Kolejna część Yave... Zapraszam :)

poprzedni fragment


     Następne dni wlekły się Yave w nieskończoność. Do tej pory nie wyobrażała sobie, że można tak bardzo za kimś tęsknić. A tęskniła… Za czułymi pieszczotami, za pocałunkami, za nieco cynicznym uśmiechem i błyskiem w oku. Tęskniła za Meltą. Nie wiadomo kiedy wypełnił jej świat. Myśli, marzenia, sny. Chciała być blisko niego, móc wtulać się w mocne, twarde ciało i czuć się bezpiecznie w jego ramionach.
     Zgodnie z życzeniem Melty nie pisnęła nikomu ani słówka. Nawet Eyat, chociaż ta, sama domyślała się wielu rzeczy. Zdawała sobie sprawę, że nie bez przyczyny jej przyjaciółka stała się raptem rozkojarzona i małomówna. I potrafiła dostrzec wiele z tego, co Yave starannie skrywała przed wszystkimi.

     Tymczasem rudowłosą dręczył nieustanny niepokój, że kochanek wyjedzie bez słowa, zniknie z jej życia jak sen i zapomni o niej, oddając się wojennemu rzemiosłu na dalekim pograniczu. Wydawało się jej nawet, że już zapomniał, bo nie pokazywał się wcale całe pięć dni. Gdy więc kolejnej nocy znów doleciało jej uszu pohukiwanie sowy w sadzie za domem, pobiegła do tam bez zastanowienia, cała rozedrgana z emocji i tęsknoty. Rzuciła się w jego ramiona i oddała z taką radością i żarem, jakby czekała na niego pięć lat, a nie pięć dni.
     – Co się stało? – mruczał trochę zaskoczony, chociaż jednocześnie bardzo zadowolony Melta, tuląc ją później do siebie.
     – Tęskniłam… – szepnęła jedno tylko słowo.
     – Aż tak? – Uniósł brwi. Niewątpliwie schlebiało mu, że aż tak.
     – Tak.
     – Ej, maleńka, chyba nie powinnaś – mruknął. – Wiesz przecież, że niedługo wyjadę. Co wtedy zrobisz?
     – Nie wiem – westchnęła. – Nie chcę o tym myśleć. Teraz jesteś i chcę być twoja.
     – Jesteś moja, kochanie... Zawsze będziesz tylko moja...

16.04.2014

Wesołych Świąt

Życzenia świąteczne dla wszystkich moich Gości :)
Wspaniałych Świąt Wielkanocnych, oczywiście wspaniałej zabawy w Lany Poniedziałek, pysznych bab, kolorowych pisanek i duuuużo, duuuużo radości :)


Ponieważ mam słabość do króliczków... króliczki w oprawie ;)



Do poczytania po świętach...

15.04.2014

Yave - cz.5 (18+)

Moi drodzy... świąteczny tydzień na blogu będzie krótki. I zakończymy go niniejszym wpisem... Na świąteczną atmosferę, po żywiołowych huraganach trochę sielanki ;)


     Rok pierwszy... Nammas... lato
   
     Na tych potajemnych schadzkach zszedł prawie cały tydzień.
Dzisiaj Yave wyczekiwała głosu sowy z niecierpliwością. Poczuła mrowienie pod skórą, gdy wreszcie usłyszała znajome, trzykrotne pohukiwanie puszczyka. Ostrożnie podniosła głowę, zerkając na brata śpiącego na posłaniu obok.
     – Gedor...? – szepnęła.
     Chłopak nawet nie drgnął. Przez cały dzień uganiał się gdzieś z Yorką i teraz spał twardo.
     Yave uśmiechnęła się do siebie zadowolona. Sięgnęła po przygotowaną zawczasu wełnianą chustę i cichutko zeszła na dół. Zesztywniała na moment, gdy matka poruszyła się, odwracając się na drugi bok, plecami do izby.
     Parę małych, skórzanych kierpców wzięła w dłoń i ostrożnie uchyliła drzwi, modląc się w duchu, by nie zaskrzypiały. Udało się.
     Drżąc z emocji, domykała drzwi z zewnątrz. Owinęła się przed nocnym chłodem chustą i wsunęła stopy w buty.

     Chwilę później była w rozciągającym się za domem sadzie, skąd wcześniej dochodził głos sowy.
     – Melto? – odezwała się, rozglądając się wokoło. – Jesteś tutaj?
     Pohukiwanie puszczyka dobiegło teraz gdzieś z głębi sadu.
     Niepewnym krokiem ruszyła w tamtym kierunku. Zdawało się, w pobliżu nie ma żywego ducha. Odwaga i pewność, z jaką opuszczała bezpieczny dom, topniały z każdą chwilą.

13.04.2014

Plaster miodu


Wedle życzenia i zgodnie z obietnicą... plaster miodu na połamane serca fanek Dellana :p. Mnie po tym zemdliło na tyle, że zrezygnowałam z takiego endu :p. Ale chcecie, znajcie moje miętkie(sic!) serce i proszę bardzo, nasłodźcie się :D

(zakończenie z HAPPY endem, które się nie doczekało i nie znalazło się w tekście finalnym :P)

"Słony wiatr" - e-book można nabyć na stronie wydawnicwa:


     Dellan biegł plażą, bez wytchnienia, póki nie poczuł ostrego bólu w płucach. Zatrzymał się na chwilę, by wyrównać oddech. Wyspa jest niewielka, ona musi gdzieś tu być. Nie może pływać, nie mogła, więc jej opuścić. Rozejrzał się. Zaczynało się powoli ściemniać, a plaża ciągnąca się po horyzont, była pusta...

     Jeżeli coś jej się stanie, Loannar nigdy mi nie daruje. A co tam Loannar, ja sobie nie daruję...! Ruszył dalej biegiem.

     Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi, gdy wreszcie w oddali zauważył w malutkiej zatoczce jasną postać na tle ciemnego morza. Stała w wodzie sięgającej powyżej kolan, twarzą zwrócona w kierunku oceanu, a drobne fale łagodnie obmywały jej uda. Podszedł i bez słowa mocno przygarnął ją do siebie. Objęła go ramionami i wtuliła się w niego z całej siły. Spod przymkniętych powiek spływały gorące łzy i mieszały się z potem perlącym się na jego piersi. Całował jej twarz, czoło, zapuchnięte od płaczu powieki, słone ślady na policzkach…
     Wziął w końcu na ręce i wyniósł z wody. Ostrożnie postawił na piasku. Splotła ramiona na jego szyi, wsuwając palce we włosy trytona. Przycisnął usta do ust, całując żarliwie, głęboko i zachłannie. Rozwiązał cienki sarong i rzucił na piasek. Badał dotykiem każdy skrawek jej ciała, jakby chciał się upewnić, że na pewno jest cała i zdrowa, że nic się jej nie stało. Jego usta i dłonie przesuwały się w dół po szyi, między piersiami, coraz niżej... Opadł na kolana i przytulił policzek do płaskiego brzucha Marike.

11.04.2014

Yave - cz.4

Wiem, że wpis troszkę krótszy niż zazwyczaj, ale nim zamykamy początek lata w Nammas i dlatego tak, a nie inaczej :).


     Za dnia Melta nie zbliżał się do jej domu. Wolał, by go tam nie widywano. Chciał Yave, nie rozgłosu, gdyby zaś rozniosło się, że jedyny syn naczelnika ugania się za córką byłej niewolnicy, to dopiero byłaby sensacja, ojciec zmyłby mu łeb, albo co gorsza kazał się żenić, choć niekoniecznie z Yave. W każdym razie do Dioridy odesłałby go wyposażonego w małżonkę i żegnaj swobodo młodości.
     Co, jak co, ale żenić się nie miał zamiaru, na pewno nie tego lata. Ani nawet następnego... Na to ma jeszcze czas. Dużo czasu... Lecz, że w Nammas nieczęsto zdarzało się coś, o czym ludzie mogliby gadać, z całą pewnością nie przepuściliby okazji. Wioska huczałaby od plotek.

     Melta obserwował Yave dyskretnie, licząc na to, że ją przyłapie, gdy ta oddali się od domu. Ale jak na złość ona przez całe, koszmarnie długie, dwa dni nie ruszała się z obejścia. A jeśli już, zawsze towarzyszyła jej ciemnowłosa, pulchna dziewczyna, córka jednego z gospodarzy z sąsiedztwa.
     Wściekły i zniecierpliwiony Melta zachodził w głowę, dlaczego śliczna Yave przyjaźni się z takim brzydactwem i pomyślał nawet o tym, że jeszcze jeden taki dzień, a nie wytrzyma i złamie grubasce nogę żeby się wreszcie przestała wszędzie włóczyć za jego zwierzyną.
     Determinacja Melty w podchodach, została wszakże nagrodzona, bądź też bogowie wysłuchali klątw, ciskanych przez niego pod adresem nieświadomej niczego Eyat.
     Obeszło się bez zbrodni, ponieważ tak się stało, że Eyat sama zleciała z drabiny, włażąc na poddasze obórki dla kóz, po siano.

10.04.2014

Yave - cz.3

Na dziś trochę tęczy i sielanki ;)


     Trochę później, tego samego dnia, Yave w domu Aruta rozkładała przed panią Illith swoje dzieła.
     – Prześliczne – zachwycała się Illith. – Masz talent w palcach, dziewczyno. W waszej rodzinie wszystkie kobiety mają zręczne ręce. U mnie zawsze znajdziesz zbyt na takie cudeńka. Mam cztery córki. – Uśmiechnęła się. – Muszę cię jakoś wynagrodzić, zaczekaj tutaj.
     Opuściła komnatę, pozostawiając Yave samą. Dziewczyna z zainteresowaniem przyglądała się dużemu, haftowanemu gobelinowi, przedstawiającemu scenę myśliwską. Pomyślała, że haftu też mogłaby spróbować, kiedyś w wolnej chwili, żeby zobaczyć czy wyjdzie.

     – Witaj, Yave...
     Głęboki głos za plecami kompletnie ją zaskoczył.
     Odwróciła się gwałtownie. Tak gwałtownie, że omal nie przewróciła stojącego na stole kaganka. Zaczerwieniła się mocno, napotkawszy palące spojrzenie ciemnych oczu niepoprawnego wielbiciela jej wdzięków znad strumienia.
     – Spokojnie – roześmiał się, przytrzymując chyboczącą się niebezpiecznie lamkę – bo spalisz mój dom.
     – Twój? – Zdumiała jeszcze bardziej. – Mieszkasz tutaj?
     – Urodziłem się tutaj...

     Do komnaty weszła Illith z kawałkiem błękitnego, jak niebo, płótna w rękach.
     – O, dobrze, że jesteś, Melto – ucieszyła się wyraźnie – zaczekaj, nie odchodź.
     Podała materiał dziewczynie.
     – To dla ciebie, Yave. Powinno wystarczyć na suknię. Widzę, że buty ci służą, do sukienki będą jak znalazł.
     – Dziękuję, pani Illith. – Dygnęła grzecznie w podzięce.
     Płótno było delikatne, gładkie w dotyku.

07.04.2014

Yave - cz.2

Przepraszam za spóźnioną publikację... Coś pogmerałam w opcjach i źle ustawiłam czas ;p
Ale już jest... zatem przyjrzyjmy się dziś trochę samej Yave ;) 

poprzedni fragment

    Prawie wbiegła do strumienia i stanąwszy obok przyjaciółki zaczęła z pasją okładać jakąś nieszczęsną sztukę odzieży, która pierwsza wpadła jej w ręce.
     – O mały włos, a moje pranie popłynęłoby z prądem! – Zawołała Eyat, przekrzykując klaskanie kijanek. – Matka obdarłaby mnie ze skóry! Co ty tam robiłaś tak długo?!
     – Gadaliśmy! – Odkrzyknęła krótko Yave, nie podnosząc wzroku.
     Eyat rzuciła spojrzenie na lekko nabrzmiałe i wyraźnie zaczerwienione usta przyjaciółki i postanowiła nie dociekać tematu owej „gadki”. Była najmłodszą z czterech córek swego ojca. Jej siostry były już zamężne, ale nim to nastąpiło nieraz wracały wieczorami z ustami obrzmiałymi, jak usta Yave w tej chwili. Uśmiechnęła się tylko pod nosem.
     – Wiesz, chociaż kto to? – Zachichotała.
     Yave przerwała walenie kijanką w płótno. Wyprostowała się i wbijając śmiertelnie poważne spojrzenie w Eyat powiedziała:
     – Nie.
     I obie parsknęły śmiechem.
     – Całowałaś się z mężczyzną i nawet nie wiesz, z kim? O, matko! – Śmiała się Eyat. – Nie wytrzymam...! Dlaczego nie spytałaś go kim jest?
     – Wcale nie chcę wiedzieć. Nie chcę go znać. – Naburmuszyła się Yave. – I nigdy więcej nie chcę go widzieć. A ty skąd wiesz, że się całowałam? Podglądałaś?! – Ściągnęła groźnie ciemne brewki.
     – Ja?! No, wiesz... – Szczerze oburzyła się Eyat. – Tylko tak sobie pomyślałam, jak zobaczyłam twoje... – Znacząco dotknęła palcami ust.

03.04.2014

Yave... wstępniak...

Parę notek temu zapowiedziałam nowy tekścior... Dzisiaj, ponieważ w dalszym ciągu nie udało mi się ruszyć wykończeniówki ani w DŻ, ani w SW, a nie tylko Wy, ale i ja przyzwyczaiłam się, że coś się w ciągu dnia pojawić powinno, mały wstępniaczek do nowego. Z niespodzianką...

Tekst pochodzi z cyklu, z którego kiedyś w ferworze walki chciałam zrobić wielowątkową powieść, ale potem rzuciłam w kąt i zostały się tylko wątki, z których każdy stanowi dziś osobną historyjkę. Wszystkie łączy ze sobą świat, jako miejsce akcji każdej z nich, łączą je bohaterowie, którzy gdzieś tam orbitują wokół głównych wydarzeń, łączą w końcu same wydarzenia, bo większość rozgrywa się w tym samych okresie, mniej więcej równolegle, jeśli chodzi o chronologię. Wspominałam już, że właśnie chronologicznie wydarzenia z „Yave” rozgrywają się kilkanaście lat później, po tych właściwych.
Motyw z dwojgiem ocalonych dzieci, gdzieś mi się tam przewinął, w którymś z wątków, a nie mając akurat nic innego do roboty rozwinęłam go. Jak? Będziecie miały/mieli właśnie okazję przez jakiś czas pośledzić.
Oczywiście, zgodnie z moją podstawową wadą, krótko i zwięźle nie będzie, bo tak nie umiem. Może to dobrze, może nie, nie wiem. Same/sami ocenicie.

Świat z „Dzikich łabędzi” to inne uniwersum niż w poprzednich opowieściach. Nie ma w nim magii, nie ma żadnych nadprzyrodzonych mocy, żadnych niezwykłych mitologicznych istot itp. udziwnień. Bohaterami są wyłącznie ludzie i wyłącznie na stosunkach międzyludzkich (głównie damsko-męskich) się tu skupiłam. Ot, samo życie. Chociaż pewnie można by polemizować odnośnie tej magii. Bo przecież czyż to, co dzieje się pomiędzy kobietą i mężczyzną, nie jest jednak rodzajem magii? Niektórzy powiedzieliby, że to co najwyżej chemia, ale spytajcie chemika, a powie Wam, że chemia jest magiczna ;)
Jednakże z magią, czy bez niej, nadal jest to fantastyka w klimatach jakie lubię, czyli daleka od współczesności. Wiadomo, żadnych helikopterów, supermarketów, a wygódka za stodołą, albo w jakimś innym równie romantycznie przytulnym miejscu... Cud, miód, malina, sielanka i oczywiście moja miłość, konie jako jedyny dopuszczalny środek transportu wszystkiego :D.

Krótko i absolutnie nie na temat...

Być może niektórzy poczują się rozczarowani, ale po prostu wczoraj, jak to obrazowo określa mój mąż, miałam "dzień słonia". Planowałam zająć się końcowym dialogiem do SW, skończyło się na spędzeniu czasu i bezmyślnym gapieniu się w monitor.
Nie posunęłam się do przodu ani o pół zdania :(.
Ale... przecież w czeluściach mojej szuflady kryją się różne rzeczy... Dlatego coś podrzucę. Co? Hmm... Zasady są po to, by je łamać, więc dzisiaj nie będzie tradycyjnie w samo południe lecz troszkę później. Myślę, że między 17 a 18 powinnam się wyrobić...


I oczywiście zachęcam do lektury Dzieci Żywiołów i głosowania w ankietce :)

Pozdrowienia dla wszystkich i do popołudnia :)