WSZYSTKIE TEKSTY na blogu są mojego autorstwa, bez mojej zgody nie wolno ich kopiować, ani wykorzystywać, czy to w całości, czy fragmentów.

Projekty grafik to również moje prace i także stanowią moją własność.

Katarzyna Batko-Łupina - autorka bloga

Opowiadania są skatalogowane w zakładce "Spis treści", kolejne części poszczególnych tytułów są tam podlinkowane, by łatwo było je znaleźć.

Proszę nie traktować bloga jak słupa ogłoszeniowego. Spam pod postami bezwzględnie USUWAM!!!

20.11.2013

Piesek na kółkach



     Od zawsze moim pragnieniem było posiadać psa. I od zawsze ów wymarzony pies był psem przez wielkie „P” o gabarytach, które budziłyby zawistną zazdrość u posiadaczy ratlerków, pekińczyków i tego rodzaju psopodobnych maskotek.
Mój pies winien budzić wśród przechodniów najlepiej nabożny lęk, a przynajmniej szacunek. Zatem, pod uwagę brane były dogi, owczarki kaukaskie tudzież inne mastify. Im bydlęta większe, tym większą aprobatą byłam skłonna darzyć ewentualność posiadania któregoś. Choć w ostateczności zaakceptowałabym pospolitego wilczura, a nawet boksera.
Stało się tak, iż realizacja owego marzenia, dotyczącego posiadania potwora, o mrożącym krew w żyłach wyglądzie, była możliwa dopiero po wyfrunięciu z rodzinnego gniazda. Wyfrunęłam zatem i zamieszkałam u babci.

O ile tato, w mieszkaniu na dziewiątym piętrze wieżowca, pozostawał niewzruszony w kwestii psa przez jakiekolwiek „p”, o tyle babcia, na drugim piętrze starej kamieniczki, dała się „urobić” dość szybko. Przystąpiłam, więc do wertowania odpowiednich ogłoszeń w prasie i pewnego pięknego, zimowego dnia przytargałam do domu psa przez... małe „j” – jamnika. Jamniczkę właściwie, bo suka. Tak, tak, możecie się śmiać do rozpuku, ale ja tam swoje wiem. Może i mikrus, i kurdupel, ale za to z charakterkiem.
Tymczasem, żeby dodać choć odrobinę powagi swojemu nabytkowi, imię jamniczka otrzymała: Jona, przez duże „J”. Niech chociaż coś ma wielkie, skoro widoków na wzbudzające respekt gabaryty nie ma.

16.11.2013

Niecierpliwość

Tekścik kiczowaty i o "standardzie blogaskowym", dlatego uznałam, że nie może go zabraknąć właśnie na blogu ;)
     


     Jedna, jedyna łza spłynęła po obliczu Pana Piekieł. Nie otarł jej, pozwalając upaść na posadzkę. I upadła tam, najczystszy diament. Z cichym dźwiękiem potoczyła się pod nogi śpiewaka. Palce trącające struny kitary zastygły w bezruchu. Muzyka i śpiew urwały się nagle i tylko echa pobrzmiewały jeszcze w korytarzach i salach podziemnego pałacu.

     – Wzruszyłeś mnie – rzekł Pan Piekieł – przychylę się, więc do twej prośby, śmiertelna istoto. Odejdź w spokoju. Nikt cię nie zatrzyma.
     
     Serce śpiewaka zmroziła trwoga. Nie chciał odejść sam. Nie po to ryzykował życie, schodząc do podziemi, nie po to rzewną pieśnią skruszył kamienne serce Pana Piekieł, by powrócił sam, bez niej. Przecież po nią tu szedł, pchany  nieutuloną tęsknotą. Odejdą razem lub on zostanie z nią, tutaj. I nie żal mu będzie życia, gdy ona będzie blisko.
     
     Stała teraz u stóp czarnego tronu Władcy Umarłych. Śpiewak patrzył w jej oczy, puste, bez wyrazu, jakby go nie znała, nie pamiętała. Nie mówiła nic. Duchy nie potrzebują słów, a on tak bardzo pragnął zobaczyć w jej oczach tę miłość, którą darzyła go za życia. Czy przypomni sobie o tym, gdy wywiedzie ją stąd w światło dnia?
     
     Tłumiąc obawy, śmiertelny zapytał bóstwo:
     – A ona? Czy pozwolisz odejść jej ze mną?
     
     Pan Piekieł spojrzał na niego czarnymi, bezdennymi oczyma, w których zaklęty był bezmiar wieczności.
     – Pójdzie za tobą – powiedział, a jego twarz nie wyrażała niczego, żadnych uczuć, żadnych emocji. – Lecz pamiętaj, nie oglądaj się za siebie póki oboje nie miniecie bram mego królestwa. A teraz idź już...

14.11.2013

Kropla



...byłam kroplą deszczu. Ukołysana w puchowej chmurze, śniłam o Ziemi. Przyszedł czas, wysłano mnie w podróż daleką. Wierzyłam, Ziemia jest piękna… zielona, błękitna. Lecz upadłam na twardą skałę. Rozpaloną słońcem, gorącą niczym ogień. Pamiętam tylko ból...                                         

Znowu stałam się kroplą uśpioną i wypełniła mnie wiara. Z podobnymi sobie, ruszyłam w nową podróż ku Ziemi. Niosę nadzieję, to piękne. Niosę życie, to radosne, powtarzałam sobie. Upadłam w proch. Wessał mnie chciwie, bezlitośnie, marzenia, zmieniając w błoto…

Dziś znów jestem kroplą. Jestem w drodze. I już wiem tam, w dole są tylko rozpacz i cierpienie. Marzę by stać się  kroplą, kolejny raz…





Miniaturka to drabble, czyli tekst zawierający równo sto słów.

12.11.2013

Pożar

Budowałam wieżę z marzeń,
Chciałam sięgnąć nieba.
Lecz runęła ma budowla,
Rozsypały się marzenia,
Jak bańki mydlane
Prysnęły w przestworza.
Został po nich w sercu pożar…




11.11.2013

Shanya

Opowieść Shanya, z racji tego, że powstała później niż Grin, jest wspomnianym rodzajem prequela do tegoż opowiadania.


     Menhida – pustynia, jest domem, schronieniem. Przetrwaniem i życiem. Nieprawda, że jest jałowa i martwa. Tak mówią tylko ci, którzy jej nie znają i boją się jej. Menhida jest Matką i my, jej dzieci, żyjemy skryci w niedostępnych oazach-koloniach, jak w łonie matki właśnie.

     Moim żywiołem była Woda. Moją mocą i siłą, i ja byłam Wodą. Nie lękałam się pustyni. Matka nie  krzywdziła swych dzieci. Lękałam się ludzi, bo oni byli niebezpieczni, okrutni. Nienawidzili nas, radość i rozkosz znajdując w zadawaniu bólu. I my także byliśmy ludźmi. Wybranymi – Siginami, wszakże tamci mówili o nas Divari – Przeklęci.
     Moje imię było Shanya, a w mojej wiosce byłam drugą, za ludzkiej pamięci, naznaczoną Żywiołem. Wybrana przez bogów i przeklęta przez ludzi zarazem. Byłam mała, miałam pięć lat kiedy tamtą dziewczynkę, Savę, wybrał Ogień. Ludzie oszaleli. Naznaczona należy do Żywiołu... Jej ojciec błagał, by pozwolono mu wywieźć dziecko na pustynię, lub odebrano życie szybko.
     „Twoja córka należy do Ognia”, tak mu powiedzieli. I oddali ją Ogniowi. Staliśmy tam wszyscy i słyszeliśmy, jak krzyczy, gdy jęzory płomieni trawiły drobne ciało, aż wreszcie huk płonącego stosu zagłuszył dziecięcy głos, a dym przesłonił obraz. Lecz smród spalenizny pamiętam do dziś...

     Dwa lata później i mnie naznaczył żywioł. Woda. Płakałam, bo nie chciałam płonąć żywcem jak Sava. Przez kilka dni udawało mi się skrywać znamię. Nie wiedziałam wtedy, że mnie oddano by nie Ogniowi, lecz Wodzie. Znamię zauważył mój brat. Najstarszy. Nakazał milczeć, a potem nocą, w tajemnicy przed wszystkimi, zabrał z rodzinnego domu. Dwa dni jechaliśmy przez bezdroża, aż dotarliśmy na skraj Menhida – pustyni Matki. Tam mnie zostawił. Kazał iść. Iść w głąb pustyni, nie oglądać się za siebie i nigdy nie wracać.

10.11.2013

Grin - cz.2



     Późna noc już była, gdy wreszcie wszyscy zapadli w głęboki sen. Grin, który nie brał udziału w „zabawie”, teraz trzymał wartę. Wstał i przeszedł się pomiędzy śpiącymi, sprawdzając, czy poganiacze śpią dość twardo. Upojeni trunkiem i hulankami chrapali mocno.
     Najciszej jak się dało, osiodłał jednego wielbłąda. Potem odwiązał wszystkie i oddalił się z nimi. Osiodłanego zostawił tuż za skalnym nawisem. Resztę poprowadził jeszcze kawałek. Gdy uznał, że znalazł się dostatecznie daleko od obozowiska, porozcinał ich pęta i popędził je w noc, strzelając korbaczem po zadach.
     Wrócił do ogniska. Zabrał derkę. Skatowana dziewczyna leżała tam, gdzie ją zostawili. Wciąż jeszcze żyła. Jęknęła bezwiednie, gdy owijał pledem zmaltretowane ciało. Chciała coś mówić. Zasłonił jej dłonią usta, wzrokiem nakazując milczenie. Wielbłąd, którego pozostawił za skałą, wciąż tam był.

     Całą noc jechali na wschód, w kierunku kolonii. Jeśli tamci będą ich ścigać… Kolonia była jedynym logicznym kierunkiem ucieczki dla sigina. O świcie znaleźli się nad brzegiem szerokiego, kamienistego uedu biegnącego w kierunku północno-wschodnim. Kilka godzin posuwali się jego dnem na południe. Na kamienistym podłożu płaskie kopyta wielbłąda nie zostawiały śladów. Wreszcie Grin skierował wierzchowca na zachód i znów popędził galopem.
     Nie rozmawiali. Ona, co chwilę traciła przytomność. Szaleńcza ucieczka nie pomagała odzyskać bodaj odrobiny sił. Ciało trawiła gorączka. Grin poił ją jedynie wodą, licząc, że zdoła utrzymać przy życiu, nim dotrą do jakiejś oazy, gdzie będzie mógł opatrzyć jej rany...

Grin - cz.1

Grin - to opowiadanie, które ma dość specyficzną historię. Pierwotnie powstał tylko początkowy fragment  i był przymiarką do większego projektu. Powstał i jak wszystkie moje teksty, trafił do "szuflady", czyli do folderu "Pisemka" na moim komputerze ;). Później napatoczył się konkurs i fragment na jego potrzeby został odpowiednio rozbudowany i podrasowany, stając się Grinem ;). Tutaj publikuję wersję poprawioną i chyba już ostateczną.



Start



     – Tfu! A zaraza! – Splunął ze wstrętem. – To sigin!
     Poraniona, skuliła się pod nawisem rudawego piaskowca, wciśnięta w naturalną szczelinę wyżłobioną pracowicie przez wiatr i piasek. Wodziła dokoła przerażonymi, przekrwionymi oczyma o złotawych tęczówkach. Przez rozdarty rękaw prześwitywała jasna skóra naznaczona filigranem znamienia.
     Było ich sześciu. Odziani w proste ubrania z wełny i koźlej skóry, wskazujące na wykonywaną profesję. Poganiacze. Tylko jeden, najwyższy, tęgi, o nalanej twarzy ze szczeciniastym, rudawym zarostem, odziany był w drogi jedwab i aksamitny, pikowany kaftan zdobiony haftem. Ten musiał być kupcem i właścicielem towaru, który wiozła karawana. Kupiec miał krótki sztylet zatknięty za jedwabny, szeroki pas. Pozostali także uzbrojeni byli w sztylety, ale ich broń miała wąskie, długie ostrza.
     – Wiedziałem, że to nie dziki zwierz wykończył tamtą harpię. Od razu wiedziałem. – Pochwalił się swoją przenikliwością jeden z poganiaczy.
     – Suka – syknął inny. – Trzeba jej poderżnąć gardło i powiesić głową w dół, żeby krew zeszła.
     – Zostawcie. Jest ranna i ledwo zipie, długo nie pożyje. Tu wszędzie pustynia... ani żarcia, ani wody…
     – Głupiś, Grin. Sigin, jak go nie wykrwawisz, jak flaków nie wyprujesz, zawsze się jakoś wyliże. Czarów użyje. Ona – wskazał wzrokiem kulącą się w szczelinie dziewczynę – widziała nas. Wielbłądy ochwaci jak nic. Albo burzę ściągnie. Trzeba ją wykończyć, inaczej źle będzie z nami.
     – Sam głupoty pieprzysz, Bermus – warknął Grin z niesmakiem.
     Miał nieprzyjemną świadomość, że spieranie się o życie napotkanego sigina nie ma sensu. Jego towarzysze zabiją ją tak czy inaczej.